
Co łączy kamieniarzy i rockmanów? Zamiłowanie do burzliwego życia pełnego przygód i ryzyka.
Ta z pozoru śmiała teoria jest jak najbardziej prawdziwa i pełna analogii. Jedni i drudzy mają skłonność do dobrej zabawy i używek. I kamieniarze i muzycy żyją zbyt krótko. Jeżdżą po całym świecie szukając grosza. Zostawiają po sobie pomniki – jedni z kamienia, drudzy kultury. Nie jest im obce nieumiarkowanie w jedzeniu i w piciu. Zaliczają nieskończoną ilość upadków i wzlotów. Stale i uparcie dążą do osiągnięcia sukcesu i sławy. Bronią swojej niezależności i autonomii. I najważniejsze – mają wiecznie poczucie nadziei: na sukces, na pieniądz, na powodzenie.
Lato 1992 rok, Berlin, grupa polskich kamieniarzy w sercu stolicy Niemiec odnawia kamienną elewację jednego z bardziej znaczących budynków. Większość przyjechała „zielona”, ze szlifierkami kątowymi zapoznawała się na miejscu, a dłuta klepał pan Stasiu w kuźni skombinowanej naprędce. Starsi koledzy, niegdysiejszy filar PKZ-etów, urządzają dla młodych wilczków różne atrakcje, np. „dzień bez prądu”. I szok, profil gzymsu ci kamieniarze wykonują bez prądu niewiele dłużej niż my „młodzi-elektryczni”. Łeb w dół, rock and roll.
II.
Ta sama – strefa socjalna. W jednym kontenerze kamieniarze w pośpiechu wcinają śniadanie, czasem coś poczytają, zamienią kilka zdań. Jednak zbiorowe zainteresowanie i entuzjazm wzbudzają trzej starsi koledzy, którzy zajmują malutki kontener obok. Przez małe okienko widać, jak jedzą śniadanie. Kawa w filiżankach, koniak w odpowiednich kieliszkach i świeże kwiatki we flakoniku na stole. Przed okienkiem codziennie ta sama wymiana zdań pomiędzy majstrem a tymi dżentelmenami na temat spożywania alkoholu. I zawsze ta sama odpowiedź: „ja nie jestem koń i na wodę nie chodzę”. W końcu kierownik wpadł kiedyś z alkomatem i uśmiechem w stylu „mam cię!”. Panowie dmuchnęli – wynik: 0,2 promila. Zdolny do pracy, rock and roll.
III.
Na pewną budowę przyjeżdża grupa młodych adeptów kamieniarstwa. Coś już wiedzą, coś potrafią, ale niewiele. Jeden z nich trafia pod opiekę niezwykle spokojnego, starszego kolegi. Młody cały dzień gada bez opamiętania, głowa aż pęka. W końcu starszy wysyła tego młodego z wiadrem, żeby przyniósł „odejrzenie” od kolegów spod wiaty – śmiech słychać było na całej budowie. Na drugi dzień dokończyli młodego, dali mu szlaufwagę (wodną poziomicę) i kazali przenieść poziomy. Wcześniej zalali węża do pełna tak, że nie było bąbelka powietrza. Po chwili przyszedł i mówi, że nie da się, bo nie ma bąbelka. Jeden ze starszych powiedział mu, że wąż się zawiesił i trzeba przedmuchać. Chłopaczyna zdjął kurek z jednej strony i tak się zadął, że mało przytomności nie stracił. Dzisiaj to bardzo dobry kamieniarz, niewielu znam lepszych.
IV.
W Hamburgu, niedaleko lotniska mieszkała duża grupa Polaków pracujących w tym mieście. Jednym z nich był Andrzej, wtedy prawie pięćdziesięciolatek. Miał różne przygody i często z powodu braku znajomości języka wpadał w zabawne sytuacje. Ale był dzień, w którym przebił wszystko. W niedzielę wieczorem do kierownika kontraktu dzwoni policja, czy zna takiego pana Andrzeja. W ekspresowym tempie kierownik znalazł się na lotnisku ratować gamonia. Okazało się, że Andrzej był skrytym miłośnikiem lotnictwa i co niedziela chodził pod płot lotniska, wspinał się na drzewo i obserwował startujące i lądujące samoloty. Ochrona go widziała, ale zawsze mu się udawało czmychnąć. Tak mu się spodobało, że kupił gdzieś używaną lunetę i z nią poszedł na to drzewo. Ochrona zobaczyła, że ma jakąś rurę w rękach (może mini bazuka?) i wezwali antyterrorystów. Dalej było jak zawsze: kajdanki, areszt, 6 godzin przesłuchań itd. Ale najzabawniejszy jest epilog. Po dwóch miesiącach do pokoju kolegów wchodzi Andrzej wyraźnie wstrząśnięty i załamany, z butelką wódki. On, który nigdy nikomu nic nie postawił. Chłopcy zaskoczeni pytają: „co się stało?”. A Andrzej łamiącym się głosem odpowiada: „ Te Niemcy to niedobre ludzie są, drzewo mi wycięli”.
V.
Pewien znany właściciel dużego zakładu kamieniarskiego pojechał do Kazachstanu w sprawie zakupu kopalni kamienia. Obwieźli go po całym kraju helikopterem, ale pomimo wielu zachęt i ciekawych propozycji, kopalni nie kupił. W tym czasie jego zakład realizował duże zlecenie na moją budowę. W pewnym momencie potrzebowałem pilnie się z nim skontaktować. Niestety telefon przestał odbierać, a potem zamilkł. Po trzech dniach prób zadzwoniłem do zakładu. Usłyszałem od córki, że nie wiedzą gdzie jest, ostatni raz dzwonił 3 dni temu, że nie wraca helikopterem do hotelu, będzie wracał konno. Znalazł się po ośmiu dniach!
VI.
Dostaliśmy reklamację, że potężny ornament (prawie 6 metrów) w tympanonie wejścia do pałacu we Frankfurcie nad Menem, jest źle zrobiony i nie da się go złożyć. Przysłali zdjęcia i prośbę, że oni są gotowi nam zapłacić, jeżeli tylko to zrobimy w ciągu tygodnia. Spakowaliśmy się i na drugi dzień byliśmy na budowie. Około południa weszliśmy na rusztowania i nogi mi się ugięły. Panowie rzeźbiarze środkowy fragment kartusza wykuli w lustrzanym odbiciu. Folię, która przenosiła model, przyłożyli odwrotnie. Żeby nie spalić sprawy, zaczęliśmy mierzyć, sprawdzać i grać na czas, aż wszyscy wyjdą z budowy. Do drugiej w nocy wstawiliśmy wszystkie potrzebne fleki a przez kolejne dwa dni przekuliśmy to prawidłowo. Na trzeci dzień przyszedł kierownik i zawołał majstra. „Widzisz Horst, gówno się znasz na kamieniu! Miało się nie dać złożyć, a tu chłopaki w dwa dni dali radę”. Rock and roll.
I tak można jeszcze długo, tych historii wszyscy znamy dużo. Dopóki jest w ludziach fantazja, humor i pasja, ten zawód daje chyba jedną z najcenniejszą rzeczy w życiu. Bezcenne wspomnienia.
| « poprzednia | następna » |
|---|