
Piaskowiec Śmiłów wydobywany jest niedaleko Szydłowca, więc można go zaliczyć do piaskowców szydłowieckich. Należy jednak pamiętać, że piaskowce z tej okolicy mają bardzo zróżnicowane cechy w zależności od konkretnej lokalizacji wydobycia.

Piaskowiec Śmiłów to piaskowiec średnioziarnisty o krzemionkowym spoiwie ze sporadycznymi ilastymi przerostami. Ma barwę od białej ciepłej, przez jasnokremową, do żółtej – często z przebarwieniami ciemnożółtymi i rudymi w formie żył.
Śmiłów znajduje zastosowanie przede wszystkim na zewnątrz: elewacje, parapety, schody, nakrywy, elementy rzeźbione, czasami nagrobki. Jest mrozoodporny, a krzemionkowe spoiwo nadaje mu większą twardość i powoduje utwardzanie się kamienia w miarę upływu czasu od momentu wydobycia ze złoża. We wnętrzach bardzo często spotkać go można jako obudowy kominków.
Wykończenie powierzchni to najczęściej szlif. Dobrze wygląda również w fakturze piaskowanej, jednak przed piaskowaniem trzeba go przeszlifować, bo piaskowanie może pogłębiać nierówności i ślady po pile powstające w czasie cięcia.
Piaskowiec Śmiłów jest dość łatwy w obróbce, zwłaszcza krótko po wydobyciu. Do pracy wykorzystywane są tradycyjne narzędzia przeznaczone do obróbki piaskowca. Jednak Śmiłów jest materiałem bardzo abrazyjnym – agresywnym dla narzędzi – i zużycie narzędzi bywa nawet dwukrotnie wyższe niż w przypadku innych kamieni. Stąd jego częste zastosowanie jako osełki, kamienie szlifierskie czy ściernice dla hut szkła.

Dane fizykomechaniczne: (Koniak/Santon)
Gęstość objęt. 2010 kg/m3
Porowatość otwarta 16,18%
Nasiąkliwość 3,7–9,3%
Wytrzymałość
na ściskanie 70 MPa
po 25 cyklach zamrożenia 66 MPa
na zginanie 2,9 MPa
po 48 cyklach zamrożenia 2,5 MPa
Ścieralność
metodą Boehma 29,05 mm3
Odporność
na wyrwanie kołka 800 N
(grub. ścianki 10 mm)
Mrozoodporność
(25 cykli) bez uszkodzeń
Opis
zmienny kolor, z przebarwieniami i żyłkami,
długotrwałe utrzymywanie koloru, impregnacja niekonieczna,
mrozoodporny,
wykorzystywany w renowacji zabytków ze względu na wygląd i kolorystykę,
częste odciski roślin.
Cechy wyróżniające
średnie ziarno, ciepła barwa;
zróżnicowanie kolorystyczne od białego
do żółtego z przebarwieniami w formie żył;
pełna mrozoodporność.
W złożu Śmiłów wydobycie jest prowadzone metodą klinową, bez użycia środków wybuchowych. Najczęściej wydobywa się bloki o długości od 80 cm do 3 m i wysokości od 50 do 160 cm – w zależności od grubości ławicy. Całe wydobycie przerabiane jest na miejscu i materiał jest dostępny w półproduktach lub produktach, zazwyczaj w gotowym formacie. Zakład dysponuje piłami do przecinania bloków, formatówkami i piłami z uchylną głowicą pracującą w trzech osiach. Czasami, na specjalne zamówienie, dostarczana jest bryła do rzeźby.
Ze względu na dużą łatwość w obróbce jest lubiany przez rzeźbiarzy. Jest bardzo wdzięczny w pracy, a dzięki naturalnym przeżyleniom uzyskuje się bardzo plastyczne efekty pracy, zwłaszcza w przypadku prac symetrycznych, takich jak kule, wazony czy kolumny. Ze względu na wielkość ziarna nie zawsze znajdzie zastosowanie w rzeźbieniu elementów posiadających drobne szczegóły.

Wydobycie kamienia w tym złożu sięga mniej więcej przełomu XIX i XX wieku. Wtedy teren należał do Podkowińskich – rodziny znanej w okolicy Szydłowca z wydobycia kamienia, a kamień był prawdopodobnie wykorzystywany lokalnie jako budulec. Dostępne dokumenty potwierdzają natomiast, że w latach 20. XX wieku z tego kamienia były wyrabiane osełki, toczaki (kamienie szlifierskie) i inne elementy kamienne wykorzystywane w rolnictwie do ostrzenia narzędzi. W latach powojennych kamieniołom został znacjonalizowany i przejęty przez Szydłowiecko-Koneckie Zakłady Piaskowca z siedzibą w Radomiu. Obecnie właścicielem wyrobiska jest rodzinna firma Stanisława i Michała Urbańskich – „Wydobycie i Przerób Kamienia Budowlanego”, którzy prowadzą wydobycie od końcówki lat 90. XX wieku.
Ze względu na dość krótką historię wydobycia trudno mówić o historycznym znaczeniu tego kamienia. Jednak ze względu na barwę i właściwości bardzo często jest wybierany do renowacji zabytków, ponieważ pasuje kolorystycznie i dobrze komponuje się ze starymi kamieniami w podobnych odcieniach, a przy tym zachowuje odporność na warunki zewnętrzne.
Jak większość polskich kamieni dostępnych po wojnie, był wykorzystywany przy budowie Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie. W renowacjach zabytków był wykorzystany w następujących obiektach: Zamek Królewski – elementy kamieniarki, Teatr Narodowy w Warszawie – elewacja, schody w Dworze Artusa w Gdańsku, obramowania okien i drzwi w Galerii Zachęta w Warszawie, kompleksowa renowacja całej kamieniarki na dworze w Byszewie Grabowskim. Interesującym przykładem pokazania różnorodności kolorystycznej jest trwająca obecnie rewitalizacja kamieniołomu Podkowiński w Szydłowcu, który jest nieczynny od ponad 50 lat i właśnie otrzymuje nową funkcję rekreacyjno-edukacyjną. Elewację i podłogi w budynku w kamieniołomie wyłożono kremowo-żółtym, a schody i ławki w plenerze powstały z białego Śmiłowa.
Ciepła barwa i zmienność kolorystyczna przysposobiły mu również wielu klientów za granicami Polski. Łupanka była eksportowana do Illinois koło Chicago w USA. W Nicei we Francji cegła ze Śmiłowa była budulcem murów. Eksport również odbywał się do Berlina, ponieważ Niemcy lubują się w kamieniach cechujących się zmiennością kolorystyczną i nazywają je „multikolor”.
W Polsce najczęściej wykorzystywany jest przez inwestorów prywatnych. Jedna z większych takich realizacji to 7000 m² elewacji (płyty w formacie 30 × 60) na osiedlu domków jednorodzinnych pod Ożarowem. Inne ciekawe inwestycje to m.in.: strzelnica w Piasecznie, Osiedle Zielony Żoliborz – elewacje budynków przy ul. Rydygiera w Warszawie, schody na terenie jednostki wojskowej w Dęblinie.
Materiał jest mrozoodporny i nie wymaga impregnacji. Jednak dla zachowania estetyki warto go zaimpregnować, zwłaszcza w miejscach zacienionych i narażonych na częste zawilgocenie. Impregnacja bywa też przydatna w przypadku zastosowania w miejscach, które wymagają częstego mycia, np. schody czy miejsca narażone na opadanie liści czy igieł. Wyczerpujących podpowiedzi w doborze preparatów udziela dostawca kamienia.
Ładnie się starzeje. W miejscach częściowo osłoniętych długo zachowuje naturalną barwę, natomiast po prostych zabiegach postarzających jego wygląd wpasuje się nawet w estetykę zabytkowych cmentarzy.
Więcej informacji: tel. 605 880 423
www.piaskowiecurbanski.pl
Po 1918 roku odrodzone państwo polskie miało problem z pozyskaniem dobrego kamienia wykorzystywanego do budowy dróg. Stosowane w Niemczech – i na masową skalę w dzisiejszej Polsce – granity z Dolnego Śląska znajdowały się poza granicami kraju. To samo dotyczyło wielu skał dawnych Austro-Węgier. W takiej sytuacji decydowano się na pozyskanie niemal każdego surowca.
Jednym z nich były piaskowce karpackie, które próbowano stosować do wszystkiego. Produkowano z nich krawężniki, kostkę, płyty, tłuczeń i inne elementy infrastruktury drogowej, które trafiały do miast niemal całej ówczesnej Polski.
Same piaskowce sprowadzane z Karpat mają zresztą o wiele dłuższe dzieje. Powstały one między około 100 a 30 milionów lat temu, w niespokojnym, nawiedzanym przez liczne trzęsienia ziemi zbiorniku morskim, znajdującym się wówczas w miejscu obecnych Beskidów.
Piaskowce to skały osadowe charakteryzujące się warstwową budową. W zależności od minerału, który tworzy ziarna, i od spoiwa, które te ziarna łączy, różnią się między sobą własnościami technicznymi, a zwłaszcza wytrzymałością mechaniczną i odpornością na wietrzenie.
Te kamienne pamiątki problemów polskiego dwudziestolecia międzywojennego nie miały przed sobą dobrej przyszłości. Większość piaskowców karpackich pękała wzdłuż gęstych, równoległych powierzchni, inne po prostu się rozsypywały. To dlatego dzisiaj są one sukcesywnie usuwane z ulic.
Warto zatem rzucić okiem, czy stary, sfatygowany krawężnik w naszej okolicy to na pewno zwykły beton, czy może jednak prawdziwa skała z polskich Karpat.
Na zdjęciach można zobaczyć przykłady z ulic Poznania. Piaskowce z Karpat trafiły tu w związku z Powszechną Wystawą Krajową w 1929 roku i w niektórych miejscach pozostają jedną z niewielu pamiątek po inwestycjach drogowych, które wtedy wykonano. A jednak znikają, mimo swojej stuletniej historii...
Współcześnie również wytwarzane są krawężniki, kostki i płyty drogowe z polskich szarych piaskowców. Dzisiejsza produkcja jednak odbywa się z kamieni o pełnej mrozoodporności, dużej wytrzymałości mechanicznej, odpornych na ścieranie i obrabianych zgodnie z ułożeniem warstw. To m.in. Brenna czy Męcina Królewska.

Niektóre partie piaskowców całkiem dobrze radzą sobie ze zmianami pogody, mimo upływu stu lat. Parametry kamienia są jednak bardzo zmienne, co widać na fotografii – podczas produkcji krawężników nie zwracano na to uwagi.

Widoczne liczne powierzchnie oddzielności, ale sam krawężnik jeszcze jest w miarę spójny.

Dość typowy wygląd zabytkowych krawężników narażonych na częste najeżdżanie przez samochody – miejscami starty do poziomu jezdni.
Tekst na podstawie: zywaplaneta.pl
Zdjęcia: facebook.com/ZywaPlaneta

Tak, zbliżamy się bardzo szybko do piętnastu lat w Afryce. Czas mija w zawrotnym tempie, a razem z nim zmienia się wszystko dookoła!
Zmieniali się menadżerowie, którzy przeszli przez naszą firmę. Oszuści i złodzieje jak Redge – choć miał też dobre cechy i umiejętność, którą Zenon nazywał „oko od Boga”, czyli niesamowitą łatwość do określania koloru i wad w surowym, świeżo wydobytym materiale. Dany – biały Bur, który nosił tak ciasne i krótkie spodenki, że… nic nie zostawało dla wyobraźni – nie zabawił u nas długo, bo chciał kręcić lolki.
Świetny menedżer Eben – strzał w dziesiątkę – który swoim bezpośrednim podejściem do Czarnych i łatwością poruszania się w Brits robił świetną robotę. Miał też swoje wady: niecierpliwość i frustrację, która zawsze wychodziła w momencie, kiedy wylecieliśmy z Afryki i byliśmy z powrotem w Polsce – nagle jakby czas się zatrzymał i wszystko się sypało. Taki był, my się zdążyliśmy do tego przyzwyczaić, więc po pewnym czasie mieliśmy już to wkalkulowane w jego bycie sobą. Później przyszło jego zachłyśnięcie się Franco – dużym graczem w RPA z branży granitowej – który go zwerbował do prowadzenia i zarządzania kopalni w okolicach Rustenburga. Na papierze bajka: super układ, super kasa, nic tylko pracować. Ale był jeden mały haczyk – miał to wszystko prowadzić i reprezentować swoim nazwiskiem.
Dopóki była kasa i bloki schodziły jak świeże bułeczki, a biznes się domykał, było super. Ale jak to bywa w momencie, gdy coś szybko rośnie i niekontrolowanie się rozwija, to ojców sukcesu będzie dużo, i on trafił najgorzej jak mógł. Ziemia była własnością wodza z plemienia Zulu, który jak tylko widział, że biznes idzie, zaczął żądać coraz większego „royalty”. Najprościej mówiąc po polsku: haraczu, który rósł nie względem wydobycia, tylko z miesiąca na miesiąc, do tego stopnia, że Eben tuż przed zamknięciem firmy musiał oddawać więcej „royalty” za ziemię niż wynosiły płace dla setki pracujących ludzi! Franco wiedział, co chciał osiągnąć i wiedział, jak urobić Ebena, żeby on zarobił, a wszystkie długi spadły niestety na Ebena. Tak szybko, jak od nas odszedł, tak szybko wrócił z prośbą o drugą szansę. Tylko ten czas bez niego dał nam dużo do myślenia i spowodował, że wypełniliśmy po nim lukę i wprowadziliśmy takie zmiany, że sami – nawet jako Polacy – staliśmy się tymi menadżerami.
Równolegle do tych wszystkich zdarzeń był Rudi. Był z nami od początku firmy i z nią się utożsamiał – czy były dobre, czy złe czasy! Był też dość mocno schorowany, problemy z nogami i kręgosłupem, w ostatnim roku przeszedł trzy operacje, które dawały nadzieję na to, że wróci do formy i da radę jeszcze popracować dla nas. Jednak po każdej operacji trafiał na OIOM. Niestety ostatnia operacja była ostatnią dla niego. Pracował dla nas ponad 14 lat i, jak zawsze w takich chwilach, człowiek robi podsumowanie całego okresu spędzonego wspólnie: był dobrym człowiekiem, który – mimo przeszkód – robił wszystko, by pomóc!
Mietek i Bartek byli na jego pogrzebie i – tak jak pisałem wcześniej – celebracja odejścia zmarłej osoby jest kompletnie inna niż u nas. W RPA wszyscy się cieszą z tego, że zmarły już jest w Niebie, gdzie nie odczuwa bólu, strachu czy słabości. Pogrzeb nie jest czymś smutnym, tylko radosnym sposobem pożegnania się z bliskim. Jak to Mietek i Bartek określili: jest coś w tym, że organizacja pogrzebu w sposób pozytywny i radosny jest lepszym rozwiązaniem niż ten polski lament i smutek!
Nie zawsze ten Czarny Ląd daje nam szkołę życia i próbuje ustawić do pionu. Są jednak rzeczy czy chwile, które dają do myślenia i wyciągnięcia czasami innych wniosków, niż to sugeruje rzeczywistość. Po takich chwilach człowiek rozumie, że ten biznes to nie tylko kamień-granit. To również ludzie, którzy są z nami przez chwilę. Czasami ta chwila trwa 14 lat. Trzeba doceniać wszystko i wszystkich, którzy tworzą nasz biznes. Czy to na czarnym, czy na białym lądzie!
TIA! – this is Africa!
TIA – This is Africa – to najczęściej powtarzany przeze mnie zwrot w odniesieniu do RPA. Przez ostatnie kilkanaście lat powtórzyłem go tysiące razy. Na głos i w myślach.

Styczeń, piękna pogoda, mamy już połowę miesiąca. Czarni wrócili do roboty. Następuje powolne odpalenie kamieniołomu, po tygodniu chłopaki z Polski są już w drodze. Kiedy dolatują do RPA, jak zwykle Afrykanerzy i Czarni mają już sto tysięcy problemów oraz powodów do wyciągania ręki po kasę. Po kilkuletnich doświadczeniach odpowiadamy – ze zrozumieniem i troską na twarzy – „tomorrow”.
Przed świętami – a w sumie to 24 grudnia – kończą składać volvo 220. Skrzynia biegów złożona, zamontowana w maszynie. Dostaję filmiki – notabene na meczu córki w siatkówkę – jak maszyna jeździ i dźwiga. Mówię sam do siebie: „Zaj…cie! Powoli odbudowujemy park maszynowy. Następny cel to 350-tka!”.
Po kilku dniach Mietek dzwoni do mnie z tekstem, że coś jest nie tak ze skrzynią w 220-ce. „To się maszyna najeździła” – cedzę przez zęby. Maszyna znów zatrzymana, rozebrana i skrzynia wyciągnięta. Okazało się, że strzeliło jedno łożysko, które uruchomiło sekwencję lawinową. I znowu wszystko się posypało w skrzyni! Nasz czarodziej, który to składał, był tak przeświadczony o swoich możliwościach i umiejętnościach, że nas owinął dookoła palca do tego stopnia, że mu zaufaliśmy i powierzyliśmy tak ciężkie zadanie, jak złożenie skrzyni biegów do maszyny, której popularność w RPA jest na podobnym poziomie jak popularność samochodów TATA w Polsce. Oczywiście powiecie „gwarancja i rękojmia”! Jasne! Ale wróćmy na ziemię: jesteśmy w RPA. To jest inny świat. Przerzucanie odpowiedzialności, spychologia i znajdowanie innego winnego jest na porządku dziennym. Tak było oczywiście i w naszym przypadku. Winne było łożysko – łożysko kupił Mietek i Mietek jest winny, bo złe łożysko kupił. Proste? Kiedy usłyszałem tłumaczenie tego Bura, wpadłem w takie nerwy, że musiałem tabletki na nadciśnienie zażyć. Rozłączyłem się, ochłonąłem i próbowałem ustalić, co się stało. Mietek kupił porządne łożysko produkcji niemieckiej, tylko nasz czarodziej uszkodził łożysko, zbyt mocno wbijając je na wałek. Wystarczyło trochę czasu i temperatury, aby wszystko szlag trafił! Kolejny worek kasy wydany na… Na co? Na skrzynię zepsutych części.
I znowu człowiek staje sam przed sobą z pytaniem, czy warto cokolwiek powierzać tym (…) @#$%&*^. Czy nie lepiej wsadzić maszynę do kontenera i razem z blokiem wysłać do Polski, naprawić, złożyć i sprawdzić tak, jak powinno się to zrobić od początku. I zapomnieć o problemach. Tylko znów oznacza to czas i pieniądze, które coraz ciężej zarobić. Muszę więc zainwestować i wydawać kasę za czyjeś błędy. Oczywiście historia z Burem skończyła się kłótnią i awanturą, po której pozostał niesmak. Na szczęście zebraliśmy w porę wszystkie części, które czekają na wysyłkę do Europy.

Jakby tego było mało, w weekend nadszedł front burzowy, który zalał kopalnię. Mieliśmy ponad 2 metry wody, bo zlewnia jest tak potężna, że nie nadążaliśmy wypompowywać. Trzeba było odczekać kilka dni na przerwę w opadach, aby próbować to odpompować. Kiedy już mogliśmy wpuścić maszyny do pracy oraz rozstawić liny diamentowe i wiertnice dolnomłotkowe, opady wróciły z taką siłą, że pracownicy w samej bieliźnie wchodzili do wody, żeby zaczepić zawiesia i ratować maszyny.
To jest tylko kamieniołom. Na zboczu góry będącej potężną zlewnią. Kopalnię potrafiło zalać w ciągu kilku godzin taką ilością wody, że odpompowanie trwało kolejne 2-3 dni. Walka z naturą trwała w kółko przez trzy tygodnie.
Z powodu głupoty Bura przekonanego o swoich umiejętnościach straciliśmy maszynę, a pogoda odebrała możliwość pracy na prawie trzy tygodnie. Pensje ludziom trzeba będzie wypłacić, rachunki za energię zapłacić… A produkcję w to miejsce otrzymałem wielkości okrągłego zera! Więc wracając do tytułu naszego felietonu: niestety czasami może się posypać wszystko – nawet coś, czego możesz być pewien, że jest w porządku!
TIA! – this is Africa!
TIA – This is Africa – to najczęściej powtarzany przeze mnie zwrot w odniesieniu do RPA. Przez ostatnie kilkanaście lat powtórzyłem go tysiące razy. Na głos i w myślach.

Rok 2024 był pełen zawirowań dla branży kamieniarskiej. Z jednej strony obfitował w wyzwania i nadzieje na lepsze jutro, z drugiej zaś rosnące koszty prowadzenia działalności stawały się barierą trudną do pokonania. Pensje pracowników, składki ZUS, podatki — wszystko to sprawiało, że marzenia o rozwoju firmy wyraźnie się oddaliły.
Zacząłem zastanawiać się, gdzie szukać oszczędności, nie tracąc przy tym jakości.
Redukcja zatrudnienia? Nie wchodziła w grę. Moi pracownicy to najważniejszy element firmy, bez nich realizowanie wymagających projektów byłoby niemożliwe. Obniżenie pensji? Ryzykowne – mogłoby to prowadzić do utraty najlepszych specjalistów. Inwestycje w technologię? Kuszące, ale zwrot z nich przychodzi dopiero po dłuższym czasie. Wreszcie zrozumiałem, że kluczem może być surowiec, fundament naszej pracy.
Podczas targów Marmomac w Weronie poznałem polskiego przedstawiciela jednej z największych indyjskich hurtowni kamienia. Pomysł bezpośredniego importu granitu z Indii zaczął kiełkować w mojej głowie. Skoro inni kamieniarze z sukcesem to robią, może i ja powinienem spróbować? Myśl o podróży do Indii – najbardziej ludnego kraju na świecie – wydawała się początkowo abstrakcyjna. Jednak perspektywa otwarcia nowych możliwości była zbyt kusząca, by ją zignorować.
W podjęciu decyzji o wyjeździe upewniła nas informacja, że do Indii wybierają się także nasi przyjaciele z Polskiego Związku Kamieniarstwa. Moja żona Ania, będąca wtedy w czwartym miesiącu ciąży, zgodziła się towarzyszyć mi w tej przygodzie.
Podróż trwała ponad 22 godziny i była prawdziwym wyzwaniem. Dla kogoś, kto dotychczas nie miał okazji podróżować na taką odległość, lot do Indii był wyjątkowym doświadczeniem. Po dotarciu na miejsce około 6:30 rano, mimo zmęczenia, ekscytacja nie pozwoliła nam już zasnąć.
Pierwsze wrażenia z Indii były oszałamiające. Kraj kontrastów, gdzie nowoczesność przeplata się z tradycją. Podróż taksówką była niczym przejażdżka kolejką górską bez zabezpieczeń. Chaos na drogach zdawał się być kontrolowanym bałaganem, gdzie każdy zna swoje miejsce, mimo że na pierwszy rzut oka wszystko wygląda inaczej.

Pierwszy dzień w hurtowni był pełen emocji i niepewności. Bogaty wybór kamieni wprawiał nas w zakłopotanie. Brak doświadczenia w bezpośrednim imporcie sprawiał, że czuliśmy się nieco zagubieni. Bariera językowa również dawała się we znaki, ale życzliwość i cierpliwość indyjskiej obsługi pomogły przełamać wszelkie trudności.
Drugiego dnia nawiązaliśmy bliższy kontakt z innymi polskimi kamieniarzami. Okazało się, że nie jesteśmy sami w naszych obawach i wątpliwościach. Wspólne rozmowy, dzielenie się doświadczeniami i radami sprawiły, że poczuliśmy się pewniej. Zrozumieliśmy, że ta podróż to nie tylko kwestia biznesowa, ale też wyjątkowa okazja do nawiązania nowych relacji i przyjaźni.
Trzeciego dnia poczuliśmy presję czasu. Musieliśmy podjąć ostateczne decyzje dotyczące zamówienia. Niespodziewanie okazało się, że część wybranych przez nas kamieni została już zarezerwowana. Jednak dzięki pomocy pracowników hurtowni szybko znaleźliśmy alternatywne materiały, które spełniły nasze wymagania.

Po powrocie do Polski rozpoczął się czas oczekiwania. Zamówiony kamień płynie teraz przez Atlantyk, a ja z niecierpliwością śledzę jego trasę. To czas pełen nadziei, ale i obaw. Czy wszystko przebiegnie zgodnie z planem? Czy procedury celno-skarbowe nie okażą się zbyt skomplikowane? Czy nie pojawią się jakieś dodatkowe, nieoczekiwane koszty?
Ta wyprawa nauczyła mnie jednego: nasz świat to globalna wioska. Odległości, różnice kulturowe, bariery językowe – wszystko to można pokonać, jeśli tylko mamy odwagę wyjść poza strefę komfortu. Ważne jest, by na swojej drodze spotkać właściwych ludzi. Takich, którzy zainspirują, wskażą odpowiedni kierunek i zmotywują do działania.
Czy było warto? Wierzę głęboko, że tak. Nawet jeśli napotkamy po drodze trudności, ta przygoda już teraz wzbogaciła nas o bezcenne doświadczenia. Moja żona Ania, mimo że podróż była dla niej dużym wysiłkiem, dzielnie mi towarzyszyła. To umocniło nasze relacje i pokazało, jak silnym jesteśmy zespołem.
Podjęcie decyzji o imporcie kamienia z Indii było pełne ryzyka i niepewności. Z drugiej strony otworzyło nam drzwi do nowych możliwości. Czeka nas jeszcze wiele wyzwań, lecz z każdym krokiem zbliżamy się do realizacji naszych celów. Jesteśmy gotowi na przyszłość, z nadzieją i odrobiną obaw. Czy uda się wszystko tak, jak zaplanowaliśmy? Tego dowiemy się już wkrótce.
Łukasz Cyrklaf
www.granitus.info
