
…wspomnienie nieoficjalnego pomnika Jana Himilsbacha
Większości z nas listopad kojarzy się przede wszystkim dwiema datami: 1 listopada odwiedzamy cmentarze, a dziesięć dni później, 11 listopada, świętujemy odzyskanie niepodległości. Niewielu osobom – posługujących się „innym” kalendarzem – do których i ja się zaliczam, listopad również kojarzy się z dwoma dniami.
W tym jednym pozornym. 11 listopada przypada rocznica śmierci, a 31.11. pamiętamy o urodzinach… Jana Himilsbacha.
O Janie Himilsbachu napisano już wiele, a jeszcze więcej powiedziano… I nie ma tu znaczenia, czy powiedziano wszystko zgodnie z prawdą (jak choćby dzień urodzin przypadający według dokumentów Himilsbacha w dniu 31 listopada), czy też przekazano kolejną opowieść na kanwie jego życiorysu. Życiorysu przedziwnego, bo w wielu miejscach nieewidentnego. Do czego zresztą świadomie przyczynił się sam Himilsbach kładąc podwaliny swojej własnej mitologii. A później to już poszło...
Himilsbach – ikona polskiej popkultury, aktor, pisarz, kamieniarz... Postać nietuzinkowa. W 1947 roku Himilsbach za swoje młodzieńcze błędy trafia do zakładu poprawczego, skąd za dobre sprawowanie (czyli w nagrodę) skierowany zostaje do Strzegomia. Tam poznaje trudy pracy kamieniarza. Tam też uczy się czytać książki budząc do życia swojego literackiego ducha. Ma to wpływ na jego przyszłe życie pisarza, scenarzysty i aktora.
Himilsbach „garował” za młodu w Strzegomiu, co akurat nie jest wytworem mitologii, ale wydarzeniem bez wątpliwości prawdziwym. Wydarzeniem, można rzec granicznym, budującym przyszłe osobowości i twórczość Himilsbacha.
Jako strzegomianin, a jednocześnie artysta-rzeźbiarz postanowiłem upamiętnić to wydarzenie w możliwie przystępny i właściwy dla mnie sposób, korzystając ze sposobności, jaką dało mi uczestnictwo w VII Strzegomskim Biennale Rzeźby w Granicie w zeszłym roku.
Tak powstała rzeźba Jana Himilsbacha. Inspiracją dla niej była kultowa scena w ogrodzie zoologicznym z filmu Marka Piwowskiego z 1976 roku pt. „Przepraszam, czy tu biją?”. Himilsbach wciela się tam w rolę pijaczka pozującego do zdjęć w stroju niedźwiedzia polarnego. Gra tam tylko epizod, ale dzięki swojej naturalności i dowcipnym dialogom cała scena zdaje się być kompletną etiudą w oderwaniu od fabuły – nota bene stając się bardziej rozpoznawalna od samego filmu.
Początkowy zamysł rzeźby zakładał pełnoplastyczną postać Himilsbacha ubranego w niedźwiedzie futro, dzierżącego w prawej ręce łeb misia, a w lewej pustą, półlitrową butelkę. Nie miałem wątpliwości, z jakiego materiału powinienem wykonać swojego „misia”. Wykorzystałem ciemny granit skandynawski, który posłużył do wykonania portretu Himilsbacha i detali niedźwiedziego łba, oraz jasny granit strzegomski, dobrze korespondujący z bielą filmowego kostiumu niedźwiedzia. To właśnie w tym granicie młody Janek stawiał pierwsze kroki w rzemiośle kamieniarskim w okresie swojej resocjalizacji.
Podczas realizacji rzeźby zmieniłem nieco zamysł.
Skłoniłem się bardziej ku koncepcji w stylu „non finito”, rozszerzając jednocześnie o elementy nawiązujące do kamieniarskiej przeszłości Himilsbacha. Młotek i szpicak położone z tyłu podstawy rzeźby zdają się być odłożone na chwilę, w oczekiwaniu na kontynuację pracy. To celowe, symboliczne nawiązanie do mitologii Himilsbacha. Mitologii nieustannie wykuwanej współcześnie w polskiej popkulturze, ciągle żywej i niedokończonej.
I tak już pójdzie dalej…

| « poprzednia | następna » |
|---|