
Od lat, pracując w branży i spotykając ludzi, staram się zrozumieć naszą branżę.
Powiem szczerze: czasem nie rozumiem.
Nasze kamieniarstwo, jak kilka innych branż, wywodzi się z rzemiosła. To dość oczywiste, bo do realizowania robót kamieniarskich potrzebna jest wiedza, doświadczenie i znajomość materiału, w którym się pracuje. I to wiedza niemała, bowiem materiały są pochodzenia naturalnego, a procesy ich powstania trwały miliony lat i nawet naukowcy z licznymi tytułami nie wszystko potrafią wyjaśnić. Można rzec, że praktyczna wiedza kamieniarska ma w sobie coś magicznego. Początki kamieniarstwa sięgają zamierzchłych czasów, a budowniczowie realizujący budowle z kamienia traktowani byli jak posiadacze wiedzy tajemnej, a od pierwszej organizacji kamieniarskiej rozpoczęła się kariera owianej tajemniczością masonerii.
Współczesność to jednak brutalna ekonomia, walka o zysk i poszukiwanie klientów. W ramach dostosowywania się do tych zasad wielu właścicieli firm zaczęło dążyć do innowacyjnego spojrzenia na swoją działalność. Obserwując inne branże i ich działalność przemysłową, pozazdrościli efektywności masowej produkcji. Zaczęli przekształcać swoje zakłady w zakłady produkcji przemysłowej. Część ma jeszcze bardziej ambitne pomysły i najchętniej widziałaby swoje firmy jako korporacje. To coraz częściej spotykane, bo współczesne maszyny kamieniarskie osiągnęły poziom technologiczny umożliwiający masową produkcję.
Niby wszystko OK, ale czy kamieniarskie zakłady przemysłowe są w stanie zapewnić to unikatowe rozumienie materiału?
Nawet jeśli właściciel firmy z rodowodem rzemieślniczym to potrafi, to produkcja przemysłowa wiąże się z większym zatrudnieniem. A wtedy pojawiają się problemy z przekazywaniem doświadczenia wszystkim pracownikom, którzy będą chcieli poznać tajemnice konkretnych materiałów i niuanse jego obróbki.
Ważnym aspektem jest też podejście do klienta. Wśród rzemieślników hołdujących tradycyjnym wartościom to podejście to bardzo osobisty kontakt z klientem i rozumienie jego potrzeb nie tylko czysto handlowych. Do tego coś, co można nazwać honorem rzemieślniczym: „takie coś nie może zostać dostarczone klientowi – na ścianie mam dyplom mistrza, a to zobowiązuje”.
Czy możliwe jest takie podejście w firmie z rozbudowaną strukturą, w której handlowcy zajmują się sprzedażą, produkcja to oddzielny dział w firmie, a montażyści pracują w systemie akordowo-wykonawczym?
Dyskutowałem na ten temat z jednym z tradycyjnych kamieniarzy-rzemieślników. Powiedział krótko: „nie da się zjeść ciastka i mieć ciastko”. Rozbudowanie zakładu w kierunku przemysłowym, to inna działalność niż rzemieślnik, który doradzi, wie o kamieniu wszystko i zawsze pamięta, że jego praca świadczy o nim. To nie znaczy, że wśród rzemieślników nie znajdą się tacy, dla który kamieniarstwo to tylko zwykła praca. Tu kiepska jakość zdarza się dość często, a o indywidualnym podejściu do każdego zlecenia nie ma co marzyć.
Są też zakłady działające w warunkach masowej produkcji, które pomimo takiego funkcjonowania chcą, aby ich produkt miał te same cechy co wyrób rzemieślnika, a nawet był lepszy, bo w produkcji wykorzystywany jest zaawansowany park maszynowy.
Dla mnie ciekawy jest powrót w branży do uzyskiwania tytułów mistrzowskich i czeladniczych. Łatwo sprawdzić, że do egzaminów przystępują nie tylko rzemieślnicy i ich pracownicy, ale również przedstawiciele firm działających w reżimach przemysłowych.
Może jednak da się „zjeść ciastko i mieć ciastko”. Jeśli tak się stanie, to możemy być unikatową branżą, a jej przedstawiciele będą cieszyli się uznaniem jak twórcy kamieniarskich dzieł z przeszłości – i to niezależnie w jakiej formule pracujący.
| « poprzednia | następna » |
|---|