Kac

Kategoria: Felietony   |   Autor: Michał Ziołowicz   |   Data: środa, 23 września 2020 08:42

kisspng-headache-therapy-fatigue-health-migraine-5cc8e999d2f614.5948534315566708738641.png

Jako ludzie prowadzący firmy, wielokrotnie przyjmowaliście i zwalnialiście pracowników. Ja również mam wiele takich doświadczeń. Zawsze kiedy odchodził pracownik – nieważne czy sam, czy był zwalniany – miałem niealkoholową odmianę kaca. Kac ten nie był spowodowany krzywdą lub niesprawiedliwością – bo tego szczęśliwie udało mi się uniknąć – ale poczuciem pewnej żenady z powodu stylu, w jakim to rozstanie się odbywało. Pewnie wiecie, o czym mówię. Spróbuję opisać kilka klasycznych sytuacji.

Czubek
Przyjmujecie człowieka do pracy – ma zapał, energię i może przyjść już od jutra. Zaczyna pracować, ale dochodzą was sygnały, że facet nie jest całkiem normalny. Nie wykonuje poleceń, robi tylko to, co sam uważa za potrzebne, głupkowato się śmieje, wychodzi gdzieś i wraca nie wiadomo skąd, jest dziwnie. Pracownicy meldują, że boją się z nim pracować, bo nie wiadomo co mu strzeli do głowy.
Nadchodzi więc czas na rozmowę mobilizującą. Mówicie, o co chodzi, jakie macie uwagi i że musi się to zmienić. Gość szeroko uśmiechnięty kiwa głową, obiecuje się lepiej starać. Uff, może jakoś to będzie… Następnego dnia gościa nie ma, kolejny dzień również, nie odbiera telefonu. Mija tydzień, potem drugi. Nagle się zjawia, jak gdyby nigdy nic i rozpoczyna pracę. Ale już po godzinie wybucha awantura i gość wychodzi trzaskając drzwiami. Nie udaje się więcej z nim już zobaczyć, świadectwo pracy trzeba wysłać pocztą. Kac parodniowy.

Bankowiec
Przychodzi człowiek do pracy – dobre wrażenie, poukładany, widać od razu, że zna fach. Wszystko mu pasuje, a jedyne czego chciałby, to umowę o pracę na czas nieokreślony. Umawiacie się, że jak będzie wszystko w porządku, to po dwóch tygodniach dostanie stałą umowę. Facet pracuje, wszystko jest dobrze, mija dwa tygodnie, dostaje umowę. Po miesiącu nagle zaczynają przychodzić pisma. Bank, komornik, drugi komornik, Skok Stefczyka i co tam jeszcze. Masakra, zajęć komorniczych więcej niż poborów. Pytasz człowieka o wyjaśnienia, a on spokojnie, że odchodzi, bo chciał tylko zaświadczenie do kolejnej pożyczki. Znowu czuję się jak bałwan.

Alimenciarz
Tak jak wyżej, z tą różnicą, że chodzi i skamle, żeby go na pół etatu przyjąć. A drugie pół pod stołem wypłacać. Żegnam ozięble! To nie kac, może lekka czkawka.

Uczeń
Ten facet z kolei przychodzi nauczyć się fachu. I, o dziwo, pracuje dzielnie, faktycznie uczy się szybko, inwestujesz w gościa, bo widzisz, że z tej mąki będzie chleb. Po kilku miesiącach masz naprawdę niezłego pracownika. I nagle dostajesz od niego wymówienie. Pytasz dlaczego, czy za mało zarabia albo czy może z kolegami jakiś problem? Facet milczy, w końcu duka, że odchodzi i już. Po kilku dniach dowiadujesz się, że gość miał obstalowany wyjazd za granicę. Kac głęboki.

Turysta
Często spotykany typek. Gdzie on nie pracował, ile zakładów uratował, ile budów dzięki niemu ocalało. Scenariusz znany: okazuje się partaczem, leniem i nieudacznikiem. Męczysz się z facetem kilka tygodni, aż wreszcie uwalnia cię od swojej obecności porzucając pracę. Kac krótki i płytki.

Związkowiec
Dobry pracownik, ale roszczeniowy. Nic mu nie pasuje, domaga się wszystkiego, co napisane w przepisach, czy ma to sens czy nie. Zaczyna buntować załogę i grozić. Nie ma wyjścia, trzeba gościa zwolnić, bo inaczej rozmontuje nam firmę. No i zaczyna się gehenna. Musisz nagle stać się specem od prawa pracy, wojnę kończysz sowitą odprawą i postanowieniem: „nigdy więcej”. Kac wielotygodniowy.

Fachowiec
Tu zaczyna się inna opowieść. To dobry pracownik, pracuje kilka lat, jest jedną z podpór firmy. I nagle, bez ostrzeżenia, informuje, że odchodzi. Pytasz: „Odchodzisz? Czemu? Dlaczego?”. Wreszcie słyszysz od człowieka: „...bo ja się tutaj niczego nie dorobiłem, a szwagier to już trzecie mieszkanie kupuje”. No to katastrofa. Wiadomo, że odejdzie, bo tak już żona zdecydowała. Jeszcze próbujesz rozmawiać, wymyślać jakieś rozwiązania, na nic. Kac głęboki i bolesny. Epilog często bywa taki, że po dwóch-trzech latach facet wraca do ciebie. Tylko, że to już jest inny człowiek.

Majster
To najtrudniejsza sytuacja. Z tym pracownikiem nie tylko pracujesz, ty się z nim przyjaźnisz. Jest filarem firmy. Jemu powierzasz odpowiedzialność, pieniądze i zadania. Ufacie sobie i razem ciągniecie firmę. Dzień, w którym mówi że odchodzi, jest jak grom z jasnego nieba. Nagle okazuje się, że człowiek, którego znałeś tyle lat, ma też inną twarz. Robi się nerwowo, czujesz się tak, jakbyś dostał nożem w plecy. Na szczęście twój majster nie chce wojny, nie będzie cię ciągał po sądach, ale zostawia cię w stanie kaca giganta.

Celowo nie opisuję wszelkiej maści złodziejaszków, kombinatorów i innej patologii, bo na to nie warto tracić czasu. Ale to, co wynika z tych historii, to doświadczenie, które tak naprawdę szkodzi kolegom - - współpracownikom wszystkich opisanych ludzi. To oni zostają w tej firmie, z wkurzonym szefem, rozgrzebaną lub spartoloną robotą. To oni muszą przełknąć frustrację i wziąć na bary cały bajzel. Ten brak klasy w rozejściu zmienia ludzi – niestety na gorsze.

A przecież można próbować rozejść się jak ludzie, bez palenia za sobą mostów. To wszystkim wyjdzie tylko na dobre. Pracodawca, jeżeli da mu się czas, pogodzi się z odejściem, znajdzie kogoś na miejsce odchodzącego i zachowa w pamięci pozytywne wspomnienie o swoim pracowniku. Niestety to rzadkie przypadki.
Można też odejść z fasonem
Wiele lat temu pracowałem w Niemczech na budowie z kolegą, na którego mówiliśmy Misiek. Wielkie chłopisko, super kamieniarz z ogromnym doświadczeniem, po wielu latach w PKZ-etach. A do tego gołębie serce. Nie pamiętam, żeby odmówił pomocy lub nie podzielił się wiedzą. Taki pracownik to skarb. I dlatego nie chcieli go zwolnić, chociaż Misiek prosił, że chce już wracać do domu. Prosił, prosił, tłumaczył, że on się sam nigdy nie zwalniał, ale wszystko na nic. Po jakimś czasie nagle nastąpiła zmiana. Zaczęło się od śniadania.

Misiek miał z dwoma kolegami osobny, mały kontener z małym okienkiem. I w tym okienku któregoś ranka pojawił się wazonik z kwiatami. Zaglądamy, a tam Misiek z kolegą siedzą przy stole, koniaczek, pączki, ciasteczka i każdy w ręku z lampką koniaku i gazetą. Zaraz przyleciał polski kierownik z awanturą, a Misiek spokojnie powiedział: „Niech pan się uspokoi i nie zakłóca nam posiłku. Zapewniam pana, że nie mam więcej niż 0,2 promila, więc jest to zgodne z prawem. Pana wrzaski zakłócają mi kontemplację i jako zwykłego chama zmuszony jestem pana wyrzucić z mojej budy.” Przy różnicy wzrostu prawie pół metra i różnicy wagi około 50 kg pan kierownik nie miał wyjścia i zabrał się w cholerę. Cała budowa, nawet Niemcy, rżeli ze śmiechu cały dzień. Miśka śniadania weszły na stałe w folklor budowy, wszyscy pogodzili się z faktem, że takiemu fachowcowi jak on można wybaczyć różne fanaberie. Najbardziej wkurzało to Miśka, myślał, że jednak zwolnią go za to. Znalazł więc inny sposób. Zaczął wykuwać bardzo trudny, olbrzymi element narożnego gzymsu. Mówiliśmy na takie elementy fortepian.

Misiek postanowił, że wykona ten gzyms bez prądu. Nikt w to nie wierzył, ale on to zrobił. Pięcioma dłutami. W trzy tygodnie. Po pierwszym tygodniu przyszli do niego właściciele firm – polskiej i niemieckiej – i zagrozili, że go zwolnią. Misiek był w siódmym niebie. W drugim tygodniu przyszedł Niemiec i zaczął go prosić. Na nic się to nie zdało, Misiek zaciął się jeszcze bardziej. W końcu niemiecki szef podjął decyzję, ma być zwolniony, ale najpierw niech skończy. Skończył i pojechał do domu.

Myślę, że po tym odejściu nikt nie miał kaca, a chociaż minęło prawie trzydzieści lat, wielu ludzi pamięta Miśka z kwiatami w oknie.

Najnowszy numer
6/2025 (139)

grudzień 2025 – styczeń 2026

Zamów darmową prenumeratę

Ogłoszenie drobne
kup, sprzedaj, zamień...

SPRZEDAM BELLANI – SUPERMODULO
2025-11-26 00:00:00
SPRZEDAM używaną maszynę BELLANI – SUPERMODULO, rok produkcji 2008. Maszyna w bardzo dobry stanie, po remoncie w 2024 roku. Miejsce: okolice Krakowa. Cena 75 000 zł Tel. 609 102 580

Reklama W Kurierze
Poznaj zalety naszego pisma

  • Kurier Kamieniarski to dwumiesięcznik – najstarszy na rynku kamieniarskim, wydawany od 1997 r. Jest bezpłatnie wysyłany do ponad 4.000 osób i firm związanych z branżą kamieniarską.
  • Nasza baza adresowa jest na bieżąco aktualizowana, a co tydzień dopisujemy do niej nowe firmy. Stale zdobywamy nowe kontakty biorąc udział w targach i spotkaniach branżowych.
  • Osiągamy ponad 99% skuteczność - z wysłanych 4.000 egzemplarzy wraca do nas nie więcej niż 30-50 szt.