
Rok temu wybrałem się z żoną w podróż do Indii, by kupić kamień. To była pierwsza nasza taka podróż i opisywałem ją na łamach Kuriera Kamieniarskiego w artykule pt. „Zakupy w Indiach? A czemu nie spróbować?” (KK nr 6/2024). Podjęcie decyzji o imporcie kamienia z Indii było pełne ryzyka i niepewności. Z drugiej strony otworzyło nam drzwi do nowych możliwości. Dziś jestem starszy o rok, bogatszy o doświadczenia i dotrzymuję złożonej obietnicy – oto podsumowanie tamtej przygody.
Niepokój i emocje, które towarzyszyły nam podczas oczekiwania na pierwszą dostawę kamienia, na szczęście okazały się niepotrzebne. Materiał wybraliśmy osobiście w Indiach, więc nie było zaskoczenia ani rozczarowań. Kamień, który dotarł, szybko został przerobiony i w większości sprzedany. Kwestie celne i podatkowe również przebiegły bez większych problemów. Duża w tym zasługa firmy spedycyjnej oraz biura rachunkowego, które w naszym imieniu dokonały wszelkich formalności. Naszym obowiązkiem było jedynie wypełnienie kilku dokumentów i wykonanie przelewów.
Oczywiście nie obyło się bez emocji. Płatność za kamień zostawiliśmy na ostatnią chwilę i niestety los sprawił, że w dniu, w którym mieliśmy jej dokonać, odbyło się zaprzysiężenie Donalda Trumpa na prezydenta USA. Jego przemówienie inauguracyjne niestety spowodowało duże zawirowania w kursach walut.
Nieco trudności mieliśmy z transportem kamienia z portu do naszej firmy, a także jego rozładunkiem. Było to spowodowane głównie brakiem doświadczenia. Zamówienie przekraczało nieco dopuszczalną masę, co utrudniło znalezienie odpowiedniego auta. Aby wyładować materiał z ciężarówki, musieliśmy zamówić dźwig i zgrać go czasowo z dostawą. Było sporo nerwów, jednak ostatecznie wszystko się udało.
Zachęceni sukcesem pierwszego bezpośredniego importu kamienia z Indii postanowiliśmy pójść za ciosem i złożyć kolejne zamówienie – tym razem zdalnie. Poinformowaliśmy przedstawiciela indyjskiej firmy, jakie kamienie są nam potrzebne. Otrzymaliśmy drogą mailową zdjęcia aktualnie dostępnych materiałów, wybraliśmy spośród nich te, które nam odpowiadały i złożyliśmy zamówienie. Następnie poinformowaliśmy spedytora o transakcji i konieczności zrealizowania dostawy.
Koszt frachtu spadł o kilkaset dolarów względem pierwszej dostawy, kurs dolara także się obniżył. To się musiało udać.
Oczekiwanie na kamień nie było już tak emocjonujące jak poprzednio, a czas dostawy do portu minął zadziwiająco szybko. Nerwy i stres pojawiły się później.
Materiał dotarł do portu w momencie, gdy byliśmy na urlopie. Ze spedytorem ustaliliśmy, że wstrzymamy dostawę do czasu naszego powrotu. Po powrocie z urlopu okazało się, że jest problem ze zorganizowaniem transportu – kierowcy nie chcieli podjąć się dostawy, gdyż trasa jest zbyt krótka. Przez prawie dwa i pół tygodnia spedytor szukał dla nas transportu. Kierowcy zgłaszali się, a po chwili otrzymywaliśmy informację, że się wycofali. Zdarzało się też, że był kierowca, ale dźwig w tym czasie był niedostępny. W końcu udało się znaleźć auto i zgrać termin z dostępnością dźwigu.
Pierwsze płyty zdjęte z auta i od razu ogromne zaskoczenie. Astoria Gold, którą zamówiliśmy, w ogóle nie przypominała tej Astorii, która do nas dotarła…
Po rozmowie z przedstawicielem indyjskiej hurtowni dowiedzieliśmy się, że nastąpił „błąd ludzki”. Rozumiem – zdarza się, szkoda tylko, że przyjęliśmy już kilka nagrobków z tego materiału. Pozostałe slaby na szczęście były zgodne z zamówieniem.
Patrząc z perspektywy czasu, nie jesteśmy rozczarowani realizacją złożonego zamówienia. Niespodziewany granit przerobimy i prędzej czy później sprzedamy. Przedstawiciel indyjskiej firmy podpowiedział nam, gdzie w Polsce znajdziemy ładną Astorię, a także zaoferował rabat przy kolejnym zamówieniu. Jesteśmy przekonani, że wraz z kolejnymi zamówieniami i ze wzrostem doświadczenia „błędy ludzkie” będą przytrafiały nam się coraz rzadziej.
listopad/grodzień 2025
| « poprzednia | następna » |
|---|