
Kiedyś wiele rzeczy robiłem sam, kombinowałem, budowałem urządzenia, które zresztą do dzisiaj nadal pracują. Ale po czterdziestu siedmiu latach firma musi iść dalej. Te stare rozwiązania już nie wystarczają. Dlatego u nas w firmie dużo się teraz zmienia.

Uruchamiamy nowy zakład.
To projekt wart czternaście milionów złotych. To jest trzydzieści różnych urządzeń: od lasera, przez krawędziarki, maszyny CNC, roboty spawalnicze, szlifierki, różne nowoczesne maszyny. Niczego nie przenosimy ze starego zakładu – uruchamiamy nowe możliwości w nowym miejscu. Kiedyś brakowało nam miejsca, teraz miejsca jest dużo. Ale to dobrze, bo firma powinna mieć przestrzeń na rozwój, a nie od razu dobijać do sufitu.
Nowy zakład Rodlew QMD powstał na terenie po dawnej hucie Silesia. To miejsce z historią, ale też z potencjałem. Jest tam staw, jest tężnia, są stare familoki, które miasto odnawia. Ten teren ma swój charakter. Od strony stawu, w granicy działki, stoi nasza hala z gładką ścianą o długości 45 mb i 5 m wysokości. Te ponad 200 m² powierzchnię chcemy wykorzystać na mural. Nie jakiś przypadkowy napis, tylko coś żywego, artystycznego, złożonego z kilku segmentów. Ma pokazywać historię tego miejsca: dawną hutę, dworzec, przebudowane budynki (familoki), sportowy stadion ROW, tężnię, lokalne motywy, hutnictwo i górnictwo, a także tutejsze codzienne życie. Chodzi o to, żeby ta ściana mówiła coś o przemysłowej dzielnicy Rybnika – Paruszowcu. To jedna z 27 dzielnic miasta, która jest na etapie rewitalizacji. Wyzwanie zrobiło się spore, ale dogadujemy się z lokalnymi artystami i wkrótce ruszą prace.
Firma żyje w konkretnym miejscu.
Ten mural jest ważny dla mnie, bo firma nie może być tylko miejscem, gdzie stoją maszyny i jeżdżą wózki. Pokazuje, że nie jesteśmy tylko od produkcji, ale że jesteśmy częścią tego miejsca. Firma musi produkować, musi zarabiać, musi utrzymać ludzi. Ale jeśli ma trwać dłużej niż jedno pokolenie, to musi też mieć sens szerszy niż sama faktura. Musi być związana z miejscem, z ludźmi, z historią i tym, co po niej pozostanie.
Nowy zakład to też nowe pomysły.
Pomysłów w firmie nigdy nie brakowało. Wchodzimy w nowe rzeczy: urny, kolumbaria, wyposażenie kaplic cmentarnych i domów pogrzebowych. Stojaki na urny, stojaki na zdjęcia i kwiaty, kolumbaria modułowe, różne elementy z metalu, który jest naszym ulubionym materiałem i naszym rzemiosłem. Jednak otwieramy nowe obszary. Rynek nagrobków się zmienia – został znacznie zmodyfikowany w dotychczasowym rozumieniu. Trzeba to widzieć i szukać nowych kierunków. Nadal zostajemy w metalu, nadal wykorzystujemy swoje doświadczenie, tylko wchodzimy w przestrzeń, która rośnie razem ze zmianami w branży funeralnej – choć nie wszyscy jesteśmy zadowoleni z tak szybko postępujących zmian.
Zostanie ślad po mnie i po firmie.
Prace z metalem to odlewnia, od której zaczynałem i która nadal się rozwija. Znani jesteśmy z liter i akcesoriów nagrobnych, ale robimy także różne ciekawe prace w innych obszarach. Obecnie bierzemy udział w rewitalizacji starówki Wodzisławia Śląskiego. Pod nadzorem muzeum powstaje makieta rynku sprzed II wojny światowej, wykonana w brązie, która stanie na wodzisławskim Rynku. Po wojnie Starówka była odbudowana nie całkiem wiernie. Na podstawie materiałów archiwalnych odtwarzamy ponad 30 domów, które kiedyś tu stały. Budynki są odtworzone bardzo dokładnie na podstawie materiałów zgromadzonych w muzeum i pod nadzorem dyrektora tej placówki. Dla lokalnych mieszkańców to ma znaczenie, bo to nie są anonimowe obiekty. Ktoś powie: tak przed lutym 1945 roku wyglądał ten czy inny dom.
Mamy też udział w realizacjach dużo większych, bardzo symbolicznych. W Gdańsku uczestniczyliśmy w tworzeniu największego na świecie Bursztynowego Ołtarza Ojczyzny w bazylice św. Brygidy. Dla mnie to nie jest tylko sprawa religijna. To jest też rzecz historyczna. To także Ołtarz Patriotyczny, który powstawał w związku ze stuleciem odzyskania niepodległości. Są tam krzyże wolnościowe – między innymi symbole z Gdańska, Poznania, kopalni Wujek, Giewontu i wiele innych, upamiętniające miejsca walki o naszą 100-letnią niepodległość. My wykonywaliśmy część tych realizacji. Obok loga Orlenu i Lotosu zawieszono na ołtarzu nasze „złote” serce z napisem Rodlew QMD Rybnik. Ślad po firmie zostanie tu na wieki.
Podobnie patrzę na pomysł wykonania kopii dzwonu Zygmunta w formie statuetki, nad którą teraz pracujemy. Czy wiesz, że na jego temat odbywają się poważne sympozja? Że prowadzone są dogłębne badania? Dzwon Zygmunta jest traktowany niemal jak relikwia. Dodatkowo nie każdy może tam wejść i wykonywać pomiary. W tym temacie, jak i przy pracach nad kopią największego dzwonu świata, jaki został wykonany przez polską firmę (obok Rybnika), współpracujemy z Instytutem Odlewnictwa PŚ w Gliwicach. Choć z tego pewnie „wielkiego chleba” nie będzie, to prestiż, wiedza i doświadczenie zostaną.
Odlewanie to nie jest magia, tylko proces.
Najpierw trzeba mieć wizję. Można coś odtwarzać lub wzorować się na istniejącym obiekcie. Albo można przyjść z pomysłem. Ktoś chce statuetkę dla firmy, ktoś chce medal dla izby lub symbol dla fundacji, a ktoś inny pamiątkę na rocznicę itp. Najpierw jest rozmowa, potem powstaje projekt, model, forma i odlew.
My pracujemy tradycyjnie, na masach olejowych, z różnymi sztuczkami odlewniczymi. Model może być z gipsu, gliny, żywicy, drewna, dzisiaj nawet wydrukowany w 3D. Z modelu wykonuje się formę, która jest jednorazowa – ulega zniszczeniu w czasie wyciągania odlewu. Model zostaje i na jego bazie można robić kolejne formy pod kolejne odlewy.
Od początku podstawowe założenie było takie: kamieniarz ma sprzedać i nie myśleć o problemach.
Nie może mieć reklamacji, nie może się wstydzić przed klientem, nie może po roku tłumaczyć, dlaczego coś rdzewieje albo się rozsypuje. Dlatego odlewnia od początku zawsze była w centrum mojej uwagi. Później dołączyła do tego nierdzewka, która również musiała sprostać tej zasadzie.
Po przemianach w 1990 roku do Polski weszli Włosi z pięknymi katalogami, bogactwem wzorów i sztuką odlewniczą, która robiła na kamieniarzach ogromne wrażenie. My przy tym wyglądaliśmy skromnie. Oni mieli kulturę, tradycję, design, formy, masową produkcję. Nie było wtedy co udawać, że jesteśmy na tym samym poziomie.
Na początku Rodlew handlował też włoskimi produktami. Szybko jednak kamieniarze zorientowali się, że sami mogą kupować we Włoszech, więc zacząłem szukać nowych pomysłów. Jednym z nich – obok rozwijania odlewni – była stal nierdzewna. Czasy były trudne, brąz kradziono na potęgę – nierdzewkę trudniej jest sprzedać na złom albo przetopić. Na polski rynek próbowali z tym materiałem wejść Słowacy, ale mieli kiepski materiał i ich latarki rdzewiały, a oferta wtedy była uboga. A ja miałem wiedzę materiałową, bo pracowałem w laboratorium metalograficznym. Wiedziałem, że trzeba zastosować inny materiał. Nie zwykłą stal nierdzewną, jakiej używa się np. na sztućce – ale stal kwasoodporną. I to nam dało przewagę. Mogliśmy pokazać, że nasze nie rdzewieje.
Wtedy używało się marketingowego porównania do Zeptera, który był symbolem jakości i luksusu: „to taki materiał jak garnek Zeptera, tylko garnek ma inne dno”. Ludzi wtedy przekonywał ten argument i tak się budowało zaufanie. Mam więc satysfakcję, że w tak szerokim asortymencie wprowadziłem stal nierdzewną do branży nagrobkowej w Polsce. Na rynku przyjmowała się bardzo powoli. Potrzebowała „swojego czasu”. Dobrym przykładem jest stal nierdzewna malowana. Kiedy w 1997 roku po raz pierwszy wystawialiśmy się na Targach Kamieniarskich w Wałbrzychu, pokazywaliśmy wzory krzyży, latarek i aplikacji ze stali kwasoodpornej – malowanej. Wtedy wielu kamieniarzy patrzyło co najmniej ze zdziwieniem, uważając, że to „poroniony pomysł”. Dziś, po 30 latach, doczekał się szerokiej akceptacji.
Z konkurencją zawsze było trudno, bo w tej branży z etyką bywa różnie.
Jedni są lojalni od lat, wiedzą, że u nas jest pewność, faktura i jakość. Inni zamówią tam, gdzie będzie taniej – nawet jeśli to podróbka sprzedawana „nieetycznie” i bez gwarancji. Takie mamy realia. Etyka, zasady, słowo, umowa dla niewielu ma jeszcze znaczenie. Musimy z tym żyć.
My zawsze uciekaliśmy do przodu. Ktoś nas podrabiał, a my robiliśmy następne rzeczy. I znowu następne. Nie ma innej drogi. Firma musi tworzyć, musi szukać, musi próbować. Zdrowa konkurencja jest potrzebna, bo wymusza ruch, i trzeba być przed nią, a nie za nią.
Najtrudniejsze w tym wszystkim jest jednak prowadzenie firmy rodzinnej.
To jest jak chodzenie po linie. Z jednej strony jest rodzina, jej potrzeby, ambicje, marzenia, różne oczekiwania. Z drugiej strony jest firma: pracownicy, inwestycje, rozwój, odpowiedzialność. Nie da się wszystkich usatysfakcjonować. Dzieci dorastają, ktoś kończy studia, ktoś się żeni, ktoś chce własnego biznesu, ktoś uważa, że powinien mieć większy udział itd. Jeśli się tego nie uporządkuje, firma może się od środka rozsypać.
Dla mnie sukces nie polega tylko na tym, że ma się pieniądze na koncie. Sukces polega na tym, że człowiek przeszedł długą drogę, poradził sobie z problemami, z ludźmi, z pracownikami, z otoczeniem, z polityką, z rodziną, z samym sobą. I może powiedzieć: nie mam wielkich zobowiązań, nikt mnie nie ściga, firma działa, dzieci mają swoje miejsce, a ludzie pracują i firma się rozwija.
Sukcesja przyszła u nas późno.
Może za późno, ale też dlatego, że wcześniej nie było czego sensownie przekazywać. Jak ktoś ma biurko i komputer, to sukcesja jest prosta. Ale jeżeli ma zakład, maszyny, pracowników, majątek, stare technologie i nowe wyzwania, to musi najpierw doprowadzić firmę do stanu, w którym przekazanie ma sens.
Oczywiście, że miałem swoją wizję sukcesji. Dwie córki, zięć, wszyscy w firmie, wszystko wyglądało logicznie. Byli w zarządzie Rodlew QMD, pracowali i uczestniczyli w procesie rozwoju firmy rodzinnej. Jedna córka i zięć nagle podjęli decyzję, że sprzedają dom, wychodzą z firmy i wyjeżdżają na drugi koniec Polski. Pierwsza reakcja – szok. Bo liczysz na to, że ktoś będzie kontynuował, rozwijał, przejmie odpowiedzialność. A tu się okazuje, że oni tego nie chcą. Że chcą żyć inaczej.
I teraz masz wybór. Albo robisz z tego konflikt, albo próbujesz to zrozumieć. Ja wybrałem to drugie rozwiązanie. Bo to jest ich życie, nie moje. Oni wykorzystali to, czego się tutaj nauczyli, i potrafili to przełożyć na swoją rzeczywistość. Radzą sobie, mają swoje źródła dochodu, mają dzieci, funkcjonują. I to też jest wartość. Dalej się wspieramy.

Nie można narzucać swojej wizji życia innym, nawet jeśli wydaje się najbardziej logiczna.
W firmie została druga córka i trzeba było dalej budować firmę w innym układzie. Do współpracy na stanowisko dyrektora firmy zatrudniłem inżyniera, z którym 25 lat współpracowałem. Bardzo skutecznie zajmował się projektem unijnym – przetargi, dokumentacja, wskaźniki, kontrola. Dlatego pojawił się temat udziałów w firmie dla ludzi spoza rodziny. Bo dzisiaj nie wystarczy, że ktoś pracuje. On musi myśleć jak właściciel. Musi czuć odpowiedzialność, musi widzieć sens tego, co robi. Inaczej firma nie pociągnie.
Dla mnie bardzo ważne jest też to, żeby proces wycofywania się z firmy był łagodny. Żeby to nie było nagłe odcięcie. Nasze pokolenie żyło inaczej. Myśmy żyli pracą. Praca była trochę jak hobby, trochę jak sposób na życie, trochę jak ucieczka od tej szarej rzeczywistości. Nie było tylu możliwości, tylu bodźców, tylu rozrywek. Tworzenie czegoś dawało satysfakcję. Człowiek się rozwijał, uczył, poznawał ludzi. To było naturalne. Dzisiaj młodzi mają inne podejście. Chcą żyć, korzystać, mieć czas. I to też trzeba zrozumieć.
Ale z drugiej strony nie chcę całkiem wypaść z firmy. Trzeba znaleźć sobie miejsce. Odlewnia to nadal mój konik. Robię eksperymenty technologiczne, nowe rozwiązania, rzeczy, na które w normalnym biegu produkcji nigdy nie było czasu. Marzy mi się prototypownia, miejsce, gdzie można próbować, eksperymentować, poprawiać, przygotowywać kolejne warianty. Bez tego nie ma rozwoju.
Patrzę na wszystko z perspektywy, że ja już naprawdę nie muszę wszystkiego.
Mam kampera, jeżdżę np. na festiwale country, mam swoje przyczółki, swoje przyjemności. Lubię sobie coś kupić, coś zobaczyć, gdzieś pojechać. Człowiek powinien korzystać z życia, bo czasu nikt mu nie odda.
Z czasem pojawiają się rzeczy zupełnie inne – nagrody, wyróżnienia. Ostatnio zostałem w Rybniku Człowiekiem Roku 2025 w jubileuszowej, dwudziestej edycji tego konkursu. W ostatnich dniach na Forum Gospodarczym w Katowicach otrzymałem też nagrodę w plebiscycie Menedżer Roku Województwa Śląskiego 2026. To druga taka nominacja. Poprzednia była w 2003 roku, jeszcze w innym czasie, kiedy Polska wchodziła do Unii Europejskiej. Wtedy działałem mocno w Izbie Rzemieślniczej w Katowicach. Byłem w zarządzie – udzielałem się, pisałem wiele, chyba ktoś to zauważył i docenił.
Dzisiaj – powiem szczerze – nie mam potrzeby, żeby gdzieś się pokazywać. Wolałbym spokojnie robić swoje. Ale rodzina i współpracownicy przekonali mnie, że to jest też dla firmy ważne. Bo czasy są takie, że trzeba się pokazywać, trzeba być widocznym. Zwłaszcza przy firmie, która zatrudnia ponad pięćdziesięciu pracowników, nie można sobie pozwolić na to, żeby siedzieć cicho i liczyć, że jakoś to będzie.
Najważniejsze jest, żeby po człowieku został nie tylko majątek, ale też sens.
Żeby ktoś mógł powiedzieć: to miało swoją logikę, swój bieg i myśl przewodnią. I żeby następni rozumieli, że to, co widzą dzisiaj, nie wzięło się z niczego. Gdyby nie było tamtego starego warsztatu, tych pierwszych odlewów, tych rozmów na ławce, tych wyjazdów, błędów, uporu i ryzyka, nie byłoby też dzisiejszych maszyn, nowego zakładu i kolejnego etapu firmy.
Dlatego mówię – świat się zmienia i trzeba to rozumieć. Trzeba umieć się zmieniać razem z nim. Trzeba umieć odpuścić tam, gdzie trzeba odpuścić, i trzymać tam, gdzie trzeba trzymać. I trzeba mieć świadomość, że nie wszystko pójdzie tak, jak sobie zaplanowaliśmy. Ale jeżeli potrafisz to przyjąć, przerobić i iść dalej – to znaczy, że jesteś na właściwej drodze.
Dobrze, jedźmy, zobaczysz ten nowy zakład. Tam najlepiej widać to, o czym mówię.
W momencie druku tego numeru Kuriera Kamieniarskiego nowy zakład firmy Rodlew QMD już pracował. Wrócimy do tego tematu w niedalekiej przyszłości. (przyp. red.).
| « poprzednia | następna » |
|---|