
Gdy w rodzinie pojawia się dziecko, niecierpliwie czekamy na moment, w którym zacznie mówić. Cieszą nas pierwsze sylaby, pierwsze słowa. Potem następuje okres, kiedy zaczyna mówić więcej, tyle że jest to raczej język „marsjański”.
Z czasem w marsjańskim pojawia się coraz więcej słów i zwrotów zrozumiałych. Trzeba jednak niemałego zaangażowania, aby wyłapywać to, co może być konkretną informacją. Wiem, co mówię, bo mam małego wnuka. Wśród marsjańskiego potoku słów te polskie często zmieniane ze względu na problemy z wymową młodego oratora, są trudne do wyłapania.
W normalnym trybie marsjański z czasem zamienia się w polski i wszystko staje się zrozumiałe. Zauważyłem jednak, że są osoby, które co prawda przeszły ten etap bezproblemowo, ale umiłowanie do marsjańskiego zostało. W wersji dorosłej ma ten język wiele odmian. Najpopularniejsza to brak spójności wypowiedzi i trudny do zinterpretowania komunikat.
Przykłady z branży: „Tu zrobimy panu półwałek, znaczy ćwierćwałek. Znaczy taką fazkę.”
Albo: Za tę łazienkę policzę panu 15 tysięcy, ale doliczę coś za utrudnienia. Tylko nie wiem jeszcze ile.
Inne: Ten nagrobek będzie z Czarnego Szweda albo innego czarnego materiału.
Inna pozostałość po marsjańskim języku to niezrozumiałe słownictwo. To dopiero ciekawe zagadnienie. Oczywiście jestem pełen szacunku dla bogactwa językowego, ale jeśli chcemy być zrozumiani, nie epatujmy słownictwem specjalistycznym. Zwłaszcza w rozmowie z osobami, które możemy podejrzewać o nieznajomość tematyki i słownictwa specjalistycznego. Często wynika to z chęci zaimponowania słuchającemu i zaprezentowania siebie jako wybitnego fachowca. Rozumiem takie motywacje, ale są one błędne.
Kiedyś Albert Einstein powiedział: „Jeżeli nie potrafisz czegoś prosto wyjaśnić – to znaczy, że niewystarczająco to rozumiesz”.
Przykładów jest wiele.
Można prezentować możliwości swojego zakładu klientowi tak: „Płyty tniemy sami trakiem wielolinowym, obrabiamy na pięcioosiowym eMeMdzi i waterdżecie.”
A przecież wystarczy powiedzieć, że: „Płyty tniemy sami, nowoczesnymi i precyzyjnymi maszynami. Elementy – w tym przestrzenne, trójwymiarowe – wykonujemy mechanicznie, z ogromną dokładnością wymiarów. Mamy też możliwość bardzo precyzyjnego cięcia strumieniem wody.”
Słyszałem kiedyś, jak w jednym z zakładów sprzedawca tak reklamował Impalę zamawiającemu nagrobek: „Wie Pan: to jest Impala, gabronoryt z RPA. W nim ortopirokseny występują w formie odwróconego pigeonitu. Dzięki temu to taki świetny materiał.” Mistrzostwo w mówieniu po marsjańsku – i tak dobrze, że zdanie w sumie prawdziwe.
Do pozostałości dziecinnego marsjańskiego mają też skłonności naukowcy. Sam pamiętam jak na studiach ciągnęliśmy losy, kto ma pójść na pewne wykłady – ze względu na sposób omawiania tematów nie dało się ich słuchać, a nie wypadało pozostawić pustej sali, by wykładowca się nie obraził. Z drugiej strony byli wykładowcy, na których wykładach obecność – mimo, że nikt jej nie kontrolował – była 100-procentowa. Niestety to były tylko nieliczne wyjątki.
Tak było również podczas konferencji na zakończenie 8 Strzegomskiego Biennale Rzeźby w Granicie. Wysłuchałem 7 referatów – niestety większość była po marsjańsku. Nie tylko słownictwo, ale beznamiętny sposób mówienia (czytania) wywoływał wrażenie kontaktu z obcą cywilizacją.
Dobry wykład to opowieść, to chęć przekazania słuchaczom swoich poglądów, wiedzy i doświadczenia. Wychodząc z wykładu powinniśmy nie tylko mieć przekonanie, że wykładowca ma wiedzę i bogaty język. To egocentryzm. Kilku z wykładowców prezentowało znane postaci sztuki, ale po żadnym z tych wystąpień nie miałem ochoty wpisać ich nazwisk do Google i dowiedzieć się więcej.
Szczególnie ważna jest forma wypowiedzi. Jak sama nazwa mówi to wykład, więc ustna wypowiedź. Wypowiedź, która powinna mieć rytm, tempo i wyraźnie akcentować najważniejsze zagadnienia. Rozumiem, że można – przy wielominutowej przemowie – posługiwać się jakimś spisanym planem referatu. Powinna to być jednak opowieść, która odbierana jest przez słuchaczy jako wciągająca i zachęcająca do pogłębienia wiedzy o prezentowanym temacie.
Przeczytanie przygotowanego wykładu jest bardzo trudne. Do tego potrzebne są specjalne umiejętności, rodem ze szkół aktorskich, a takie nie są powszechne. Bez nich zostaje wrażenie, jakie znamy ze szkoły, gdy uczniowie przygotowywali referaty typu analiza wiersza Konopnickiej, które dukali pod tablicą, dając szansę reszcie klasy na rozwiązynie krzyżówek.
Wiem: to konferencja naukowa. Ale jak pokazał referat prof. Szarka (publikowany w tym numerze) można zaprezentować swoje poglądy ciekawie i w sposób klarowny. Pewnie nawet za rok będę potrafił powiedzieć, o czym było to wystąpienie.
Jednak na konferencji większość prelegentów prezentowała język i sposób mówienia, który znam z kontaktów z wnukiem: „dziadek egffght dhdok dziemy pacer gfdfrtts ody cem rerer”. Znam już trochę ten wariant marsjańskiego. „Dziadek idziemy na spacer, lody chcę”.
Zatem po staropolsku: szdrowi banczcze!?
| « poprzednia | następna » |
|---|