Opowieść zasłyszana od dobrego znajomego na ostatnim spotkaniu: klient, u którego pracuje, odkrył, że architekt, który zaprojektował wszystkie wnętrza, postanowił dodać sobie 300% do wartości kamienia. Z innymi elementami wykończeniowymi było podobnie... Niedawno – jak bumerang – po raz sto pięćdziesiąty pojawił się na jednej z budów człowiek, który oszukał pół Warszawy i okolic oraz doprowadził do zamknięcia dwóch firm. Krąży również plotka, że doprowadził jednego ze swoich kontrahentów do samobójstwa. Oczywiście, udało mu się „złapać” kolejny kontrakt.
Good friends we have, good friends we've lost, along the way
Większości z nas zdarzyło się potknąć – te kilka osób, którym się to nie przytrafiło, to zapewne chodzące ideały. Klient mógł być regularnym wariatem, hurtownia zawaliła, zawalił dostawca kotew bądź ktokolwiek inny z nami na czele. Jak to mawiają anglojęzyczni: „sh*t happens”. Ktoś mógł się przez nas poczuć oszukany. Przypadek przypadkiem. Gorzej kiedy jest to w pełni świadome i to ze wszech stron otaczające nas „przewalanie”, które wejdzie w krew i stanie się sposobem na zarabianie pieniędzy. Najgorzej zaś, gdy taki
„kolega” z branży stanie na naszej drodze i zdarzy nam się z nim zrobić biznes życia.
W pewien sposób jest to fascynujące
...jak tego właśnie typu ludzie radzą sobie w naszej budowlanej rzeczywistości. Pierwsza robota zrobiona jako tako, później druga, w trzeciej też coś nie zagrało, a przy okazji czwartej po wzięciu zaliczki, przytrafiło mu się zniknąć. Mija rok, może troszkę więcej, człowiek pojawia się pod nowym szyldem, często z nowym wspólnikiem (bądź też szefem) i historia się powtarza.
Tyle, że tym razem w pokonanym polu pozostaje z klientem (finalnym, bądź też jakimś generalnym wykonawcą) człowiek, który robił z naszą gwiazdą interes życia. A potem kolejna budowa i kolejny szefowspólnik. I tak
„ad infinitum, ad absurdum...”
Transakcja typu „win – win”
Choć nazwa wydaje się podejrzana, istnieje coś takiego! Najkrócej i najłatwiej opisać możemy ją jako transakcję, z której wszyscy wychodzimy szczęśliwi i usatysfakcjonowani. Jest to pojęcie zupełnie obce istocie przywoływanej przeze mnie powyżej. W jego działaniach zwycięzca może być tylko jeden.
Przetarg państwowy
Wartość prac – według większości, która złożyła oferty – około 1,5 miliona złotych. Jeden szaleniec daje cenę sześćset tysięcy złotych. Robota niemożliwa do zrealizowania, koszty są większe. Pal diabli, jak się pomylił. Wtedy po prostu kolejna istota nie radząca sobie z liczeniem wróci na łono ludzi bez kasy i pracy. Często jednak cena taka jest dawana świadomie, a wygrywa kontrakt krętacz, który w punkcie wyjścia zakłada: nie zapłacę dostawcy, firmie od rusztowań, ludziom etc. Albo wszystkim.
Do jednego razu sztuka
Przekręt powinien być sztuką do jednego razu, nie trzech. Po tej przysłowiowej próbie, nakarmienia się przy pomocy chochli, powinny zarówno wystąpić objawy przejedzenia (z wymiotami włącznie), jak i odstawienie od stołu na lat kilkanaście (w sytuacji idealnej – na zawsze). Miejmy nadzieję , że przyjdzie taki czas, gdy problemy będą się przytrafiać, a nie będą stałym elementem firmowej egzystencji. Niestety, dopóki rządzić będzie tylko cena, a szeroko rozumiani klienci przystawać będą na ceny z założenia nierealne – jak w przytoczonym przeze mnie przykładzie – o zmiany będzie ciężko.
„Bądź zmianą, której pragniesz w świecie”
Na początek trzeba będzie pewnie zacząć od siebie i próbować podążać za wyżej powołanymi słowami Mahatmy Ghandiego. Może , jak wsłuchamy się w nie wszyscy i zaczniemy tępić pewne postępowania, coś z tego wyjdzie.
Wracając do fascynacji
Jak wspomniałem, fascynuje mnie w pewien sposób to jak ci „biznesmeni” radzą sobie w naszym budowlanym świecie. Ale jeszcze bardziej fascynuje mnie fakt, że nikt im nigdy, tak po prostu, odruchowo, zwyczajnie i po ludzku nie dał w mordę.
Choć z tego Ghandi zapewne nie byłby dumny...
| « poprzednia | następna » |
|---|