
Dzisiejsza technologia daje pracodawcy do ręki wiele narzędzi do nadzoru pracownika i jego pracy. Elektroniczne karty pracy, przepustki z chipami, kamery telewizji przemysłowej w zakładach, nadajniki GPS w samochodach firmowych. Teoretycznie wszystko w celu ochrony interesów pracodawcy. Choć coraz częściej nie tylko z tego powodu.
Częściowo ta inwigilacja towarzyszy nam już od dłuższego czasu. Jak choćby słynne „ciasteczka” w naszych przeglądarkach internetowych. W jakiś sposób wydaliśmy na nią – czy to dla własnej wygody, czy dla możliwości korzystania z nowych technologii – ciche przyzwolenie. A ona chyba chce więcej...
Wielu z nas używa na co dzień „dżimajla”. Primo: jest wygodny w obsłudze i intuicyjny. Secundo: telefony z systemem Android wymagają założenia skrzynki na Gmailu, by móc w ogóle pobrać jakieś aplikacje dostępne dla tego systemu. Zakładamy zatem skrzynkę i instalujemy programy. A w czasie instalacji dowiadujemy się, że nasz nowy, „super-hiper” program prosi o zezwolenie na dostęp do... praktycznie wszystkiego, co znajduje się w naszym telefonie, w naszej skrzynce oraz wszystkim, co z nimi powiązane. Ups... Tak, wiem. Większość z tych zezwoleń ma taki sam charakter, jak ostrzeżenie o obecności soi i orzeszków we wszystkich produktach żywnościowych – żaden producent nie zaryzykuje procesu z alergikiem, więc woli dmuchać na zimne umieszczając tysiące ostrzeżeń. Ale większość, to nie wszystkie...
Jakby to powiedział Maks Paradys z „Seksmisji”: permanentna inwigilacja. Przykład? Proszę! Szukam czegoś na komputerze stacjonarnym w biurze. Wychodzę z biura i sprawdzam coś w „necie” na telefonie, a „wujek” Google sugeruje mi czego powinienem szukać, bo przecież szukałem tego przed chwilą na komputerze przy otwartej w tle skrzynce mailowej. „Ups” do kwadratu.
Świat powoli wariuje
Od czego duża część nabywców rozpoczyna współpracę z laptopem po jego rozpakowaniu?
Nie, nie od podłączenia do prądu. Zaczyna od… zaklejenia kamery, którą ma teraz praktycznie każdy laptop. Czemu? Odpowiedź jest bardzo prosta: dzięki kamerze można zbierać wiele danych o nas. Nie chodzi mi absolutnie o rejestrowanie obrazów, które mogą nas zdyskredytować lub posłużyć do szantażu, ale rejestrację spraw bardziej prozaicznych takich jak: co jemy, jakich firm napoje pijemy, jak się ubieramy etc. To jednak „pikuś”.
Ostatnimi czasy – oficjalnie, bez zbędnego owijania w bawełnę – pewien koncern ostrzegł swoich klientów, że telewizory ich produkcji z obsługą komend głosowych gromadzą i prze-syłają dane, które mogą być przekazane obcym podmiotom. „Ups” do sześcianu. A do potęgi wyższej „ups” będzie wtedy, gdy ktoś się przyzna, że koncerny mogą rejestrować i przesyłać obrazy z naszych telefonów w celu ich przekazania dalszym, tak zwanym podmiotom.
O emocjach związanych z ewentualnym zbieraniem danych przez Facebooka chyba nawet nie trzeba wspominać.
Największy ups
Ten będzie wtedy, gdy nasze CNC lub piła, wyślą raport do właściwej instytucji, że złamaliśmy zasady BHP i odłączyliśmy czujki na barierze bezpieczeństwa. Wtedy nadejdzie czas zamknięcia się w szpitalu psychiatrycznym, bo chyba już tylko tam będzie normalnie.
A może by tak Panie w Bieszczady?
Jednakże – gdziekolwiek te Bieszczady będą – ważne, żeby nie było w nich zasięgu. Nie tylko 3G i LTE umożliwiających przesył danych, ale i jakiegokolwiek zasięgu łączności bezprze-wodowej. Niech nikt się do nas nie dodzwoni. Chociaż w wakacje, ten tydzień czy też dwa tygodnie w roku, niech się uda kopnąć tę cała technologię w kąt. Potem i tak do niej na kolanach wrócimy, bo przecież nie damy rady już bez niej żyć. Dwa tygodnie wytrzymamy.
Ona bez nowych informacji wytrzyma też. Szczególnie, że wcześniej – na różne sposoby – dokładnie już sprawdziła co, kiedy i z kim niezdrowego albo glutenowego jemy.
Znalezienia własnych Bieszczad Państwu życzę!
| « poprzednia | następna » |
|---|