
Pamiętacie jak w filmie „Sami swoi” Pawlak z Kargulem kabana pastowali?
Tyle razy widziałem ten film, a śmieszy mnie za każdym razem ta scena, jakbym ją widział pierwszy raz. Mniej mnie śmieszy jak widzę „pastowane” elewacje czy posadzki. Nie tylko nie śmieszy, ale irytuje i złości, a czasem wręcz powoduje osłupienie.
Kamień malowano praktycznie od prehistorii. Czy były to figuralne przedstawienia, motywy roślinne czy wielkie polichromie, kamień często bywał barwnym elementem elewacji. Jeszcze w XVIII wieku była to praktyka dość powszechna, ale z biegiem czasu kamień przestał być tylko materiałem budowlanym czy konstrukcyjnym, zyskał autonomiczność wizualną i zaczął być postrzegany jako element składowy kolorystyki budynku.
W XX wieku w powszechnej świadomości kamień funkcjonuje już w przestrzeni publicznej w kolorze naturalnym. Malowanie kamienia przestaje być akceptowane i postrzegane jest jako dewastacja i niedopuszczalna praktyka.
Na taką ewolucję estetyki złożyło się wiele czynników. To temat na osobne rozważania z udziałem historyków sztuki i socjologów.
W XXI wieku doświadczamy znowu pewnej wolty. Przemysł kamieniarski, wykorzystując osiągnięcia najnowszych technologii, oferuje produkty o mocno zmienionej kolorystyce względem naturalnej. Koloryzacja ta następuje na etapie produkcji wykorzystując żywice epoksydowe, polimery czy inne środki chemiczne. W efekcie slaby mają bardziej intensywne kolory, zanikają plamy i wybarwienia.
Można też pogłębić poler zalewając żywicą mikropory kamienia. Płyty są o wiele bardziej efektowne i intensywne kolorystycznie. Takie praktyki są powszechne, nikt się przeciw temu nie buntuje. Kamieniarze i klienci zaaprobowali fakt, że Multikolor jest bardziej czerwony, a Madura bardziej złota – podbarwianie granitów stało się faktem i w jakimś sensie pewną normą. A kto obsługuje klienta indywidualnego wie, jaki komfort daje sprzedaż tak przygotowanego produktu.
Poprawiony granit na blatach, schodach czy parapetach wygląda pięknie i cieszy oko klienta. Z trwałością jest już też nie najgorzej, bo żywi-cowane granity od dobrych dostawców są przy-gotowane bardzo profesjonalnie. Choć i tak trzeba pamiętać o okresowym stosowaniu środków do pielęgnacji kamienia.
Zupełnie inaczej wygląda ten fakt w segmencie dużych realizacji budowlanych, na elewacjach czy wielkich powierzchniach posadzek. Tu staje się to problemem.
Jest niezliczona ilość anegdot o zamianach kamienia, podkładaniu czy malowaniu próbek. Większość tych opowieści jest śmieszna, ale w całości refleksja jest dość ponura. Jak w pigułce ujął to mój znajomy architekt w czasie jakiejś dyskusji: „Nie! W tym projekcie nie chcę elewacji kamiennej. Z wami kamieniarzami nie można dojść ładu. Dajecie najpierw piękne próbki, potem mówicie, że taki kamień jest nie zdobycia. Przywozicie coś innego, a na koniec wieszacie jeszcze coś innego. A do tego jeszcze nie wiem jak się ten kamień naprawdę nazywa i czy ma prawdziwe badania.” I zamarłem, bo to dobry architekt, znany w środowisku. Jak on ma takie zdanie o nas, no to pięknie…
Cała branża zna problem, ale każdy udaje, że go to nie dotyczy, bo „przecież ja tak nie robię”. Każdy, kto robił elewacje z piaskowca spotkał się i z sytuacjami przytoczonymi przez znajomego architekta i z malowaniem kamienia. Każdy musiał podmalować parę płyt, czy scalić jakąś lazurą kontrastujące miejsca. I to nie jest żaden wstyd ani problem, bo robią to również konserwatorzy zabytków. Jest też cały segment produktów do takich zadań. Dopóki dotyczy to jednostkowych płyt, czy niewielkich scaleń kolorystycznych, wydaje się być akceptowane i wpisuje się rzemiosło kamieniarskie. Co jednak powiedzieć kiedy cała fasada, lub większa jej część, jest pomalowana?
„To proszę pana jest taki impregnat koloryzujący” – słyszy kierownik budowy jak w nocy nastąpił „cud przemienienia” i rano zamiast melanżu kolorów i wzorów zobaczył piękną, równą, kremową elewację. Część z nas powie: „no cóż, chłopaki sobie poradziły, co mieli zrobić jak inspektor nie chciał przyjąć roboty”. Pewnie tak, ale efekty takiego „radzenia sobie” będzie widać z daleka po paru latach – wystarczy przejechać się po warszawskim Ursynowie.
Z tym można sobie radzić. Chemia idzie z duchem czasów i pewnie już gdzieś są coraz lepsze farby. Tylko po co ten kamień? Można, tak jak na Wilanowie, piaskowiec namalować na ścianie i będzie cudnie…
Jest jeszcze inny problem, który ja nazywam „syndromem Giallo Fantasia”. Był taki czas, że wykonawcy – żeby zamknąć drogę konkurencji – oklejali próbkę nazwą wymyśloną przez siebie, np. „Giallo Fantasia”. Obecnie zauważam mutację tego procederu. Ten sam kamień przedstawia się w różnych miejscach w zupełnie różnych odcieniach czy strukturze – raz jest biały, raz kremowy, tu drobnoziarnisty, tam z grubym ziarnem. Wiado-mo, że złoże należy do jednego właściciela i nikt, poza nim samym, nie może posługiwać się tą nazwą. Więc po wybraniu jego próbki nikt nie będzie w stanie konkurować. I co? I nic. Nie da się z tym nic zrobić – ma papiery, ma próbkę, wszystko gra. Jeszcze trzeba przekonać inwestora, że nie trzeba impregnować kamienia, bo kamień „nie oddycha” (czytaj: impregnat może wejść w reakcję z farbą) i można być zadowolonym jakim się jest sprytnym. I tylko mieć nadzieję w przysłowiu: „Raz przejdzie Cygan przez wieś.”
Wydaje się, że konieczne są jakieś regulacje branżowe, jednoznaczne określenie do jakiego momentu barwienie kamienia jest akceptowalne, a kiedy staje się po prostu oszustwem. Może nowe władze naszego Związku mają jakiś pomysł na sztywne regulacje nazewnictwa kamienia i przypisanych do nazw konkretnych próbek? Może stworzyć „Atlas Kamienia Polskiego”?
Gorzej, jak ktoś powie za Pawlakiem: „A kto mnie zabroni z pastowanym kabanem po lesie spacerować?”.
P.S. Do całości brakuje wspomnienia mojego nieodżałowanego kolegi Thorstena Grigo, który podczas odbioru elewacji gdzieś w Hamburgu, wiele lat temu, kiedy pani inspektor wyżywała się na nim o jakieś żyły na kamieniu, które według niej były nie do przyjęcia, zgasił cały pożar w swoim stylu: „Ja und? Naturstein!”
| « poprzednia | następna » |
|---|