Przedruk: Gość Niedzielny nr 6/2011 z dn. 13 lutego 2011 r.
Nie zatrudniają na czarno, nie wystawiają lewych faktur, nie podstawiają nogi konkurencji, a ze skarbówką rozliczają się co do grosza. Wzajemnie sobie pomagają i… nie bankrutują.
Na ulicach w centrum Warszawy jeszcze pustawo, ciemno i zimno. Piątek, godzina 6.30. W pijalni Wedla już pachnie czekoladą, zastawione stoły czekają na gości, którzy powoli się schodzą. Dzwonią komórki, ktoś wyjmuje laptopa, krążą wizytówki, zaczynają się rozmowy w kuluarach. Można by pomyśleć, że to zwyczajne śniadanie biznesowe o trochę niezwyczajnej porze. Tylko stolik z lekturami nietypowy: Pismo Święte, książki Benedykta XVI, Jana Pawła II… Po oficjalnym powitaniu – lektura duchowa. Tym razem czytane są pisma bp. Józefa Pelczara o tym, że „praca zapobiega grzechom”. Potem krótkie szkolenie. Tak w każdy piątek zaczyna się spotkanie Warszawskiego Towarzystwa Biznesowego, tak co tydzień witają się biznesmeni ze Śląska, a wkrótce także z Trójmiasta.
Dobrze się poznać
Maciej Gnyszka wyrastał w rodzinie przedsiębiorców,
a pierwszą firmę założył jeszcze w liceum.
Na studiach chodził na spotkania biznesowe,
ale drażniło go to, że sprawy ważne były tam
tematem tabu. Nie wypadało rozmawiać
o polityce, moralności, wierze, własnej rodzinie.
Dlatego założył towarzystwa biznesowe, w których
nie trzeba ukrywać swoich przekonań. –
Kiedy z kimś współpracuję, wolałbym wiedzieć,
jakie ma poglądy, czy pomagając mu, nieświadomie
nie wspieram na przykład kampanii
przeciw homofobii czy tygodnika „Nie”, co byłoby
sprzeczne z moimi przekonaniami – mówi
Gnyszka, właściciel firmy Gnyszka Fundraising Advisors, założyciel WTB. – Nic o sobie nie wiedząc, mniej sobie ufamy, osiągamy mniejszą skuteczność w działalności biznesowej. Boimy się, że ktoś nam podstawi nogę, wbije nóż w plecy… Ubezpieczamy się, wynajmujemy prawnika, szukamy informacji w gospodarczej wywiadowni… To są dla nas dodatkowe koszty.
Z założenia więc członków WTB wartości i przekonania mają zbliżać, a nie dzielić. Przystępując do towarzystwa, akceptują zapis o „wyjątkowej roli chrześcijaństwa w budowaniu cywilizacji europejskiej”, co nie znaczy, że muszą być katolikami i mieć zaświadczenia od proboszcza. Stowarzyszeniem interesują się też wyznawcy innych religii. Z zainteresowaniem przygląda mu się kilku „niewierzących konserwatystów”, którzy choć sami w Boga nie wierzą, katolików darzą szacunkiem. – Są wartości łączące nas także na polu zawodowym – podkreśla fotograf Małgorzata Góra, protestantka, która na spotkanie katolickich biznesmenów przyszła po raz pierwszy.
Etyczny milioner
W biznesie katolicki znaczy uczciwy, solidny,
rzetelnie wykonujący swoją pracę, dotrzymujący
umów. Ale też płacący sumiennie podatki,
traktujący po ludzku pracowników, rozumiejący,
że kobieta ma prawo być w ciąży, a ojciec chce
weekendy spędzić z rodziną, a nie szkolić się czy
integrować z kolegami z firmy. Tak prowadzony biznes, uczciwe zarabianie pieniędzy już same
w sobie są swoistą ewangelizacją w środowisku,
gdzie często jeszcze panuje przekonanie,
że „pierwszy milion trzeba ukraść” – a przynajmniej
jakoś skombinować albo zdobyć dzięki
układom. – Trzeba pokazać młodym ludziom
startującym w biznesie, że nie trzeba kraść ani
oszukiwać, żeby się dorobić. Że liczy się dobrze
wykonana praca – podkreśla 55-latek Wiesław
Zawadzki, dyrektor w firmie coachingowej.
W pracy zaś liczy się nie tylko zysk, dochód, bilans
na plusie, ale to, w jaki sposób prowadzimy biznes,
jak traktujemy partnerów. – Kiedy ktoś proponuje
mi wykonanie usługi bez faktury, mówię, że i tak
wystawię kwit i odprowadzę podatek. Słyszę
wtedy: „Przecież pan nie musi”. Nie muszę, ale
chcę być uczciwy – mówi Piotr Michalski, zajmujący
się internetową sprzedażą mebli biurowych
i dystrybucją kwiatków w puszce.
Trzydziestu zgranych
Do jednego koła biznesowego należy nie
więcej niż trzydzieści osób – z małych i średnich
przedsiębiorstw, przedstawicieli wolnych zawodów,
z różnych branż, żeby nie wprowadzać
zawodowej konkurencji. Chętnych przybywa
i w Warszawie tworzy się już drugie koło. W WTB
wszyscy się znają i wiedzą, że mogą liczyć
na znajomych i „znajomych królika”. Poza tym
co trzydzieści menedżerskich głów to nie jedna.
Na spotkaniach rodzi się wiele pomysłów
na wspólne zarobienie pieniędzy. – Networking
to umiejętność tworzenia sieci ludzi życzliwych,
dzięki której może wzrastać nasz kapitał. Im dłużej
networkujemy, tym lepiej się poznajemy i bardziej
sobie ufamy. I tym śmielsze pomysły chcemy
wspólnie realizować – Maciej Gnyszka tłumaczy
sens tworzenia towarzystw. Efekty? W ciągu roku
istnienia warszawskiego towarzystwa wypaliło
parę interesów. Dzięki rekomendacji jednego
z członków innemu z branży ubezpieczeniowej
udało się zdobyć kilkumilionowy kontrakt.
Wizytówki, zaproszenia, foldery wszyscy drukują
u Marcina Przepióry – specjalisty od poligrafii.
Odkąd wstąpił do towarzystwa, nie może nadążyć
z robotą.
Udało się znaleźć inwestora dla firmy z branży
przemysłowej, której groziło bankructwo. W komórkach
członków towarzystwa są namiary
na speców od marketingu, grafików, prawników,
księgowe, właścicieli agencji ochrony, doradców
finansowych, detektywów, sprzedawców kredytów kredytów
na samochody, tłumaczy z języków obcych,
dystrybutorów win, specjalistów usług internetowych,
budowniczych domów na wodzie...
– Spotykamy się regularnie i znamy swoje
potrzeby. Polecamy sobie nawzajem kontrahentów
i wiadomo, że jest to ktoś sprawdzony,
nikt przypadkowy z internetu.
Dzięki towarzystwu udało mi się dostać zlecenie na event, obsługiwałem kilka imprez okolicznościowych. Spotkania tutaj zachęciły mnie do rozszerzenia działalności – zająłem się dystrybucją kawy z Bolonii – mówi Patryk Sławiński, wodzirej. – Przychodzą tutaj ludzie z pomysłami, z zapałem, otwarci, zaznajomieni z nowymi formami komunikacji. Z kontaktu z nimi zrodził się pomysł, by moja firma na Facebooku umieściła darmową grę kompetencyjną, dzięki której każdy mógłby zbadać swoje zdolności przywódcze. Właśnie nad nią pracujemy – opowiada aktor i doradca Jarosław Opaczewki z firmy szkoleniowej.
Śniadań biznesowych i szkoleń dla przedsiębiorców
odbywa się codziennie wiele. Wizytowniki
biznesmenów zazwyczaj puchną od kontaktów,
telefonów do kontrahentów i potencjalnych
klientów. Co więc przyciąga ich do elitarnych
towarzystw biznesowych, za udział w których
muszą na dodatek płacić? – Biznes potrzebuje
miękkich wartości: zrozumienia, zaufania, życzliwości…
Zakorzenienia w głębszych relacjach niż
tylko wspólny interes. I tutaj to się udaje
– przekonuje Łukasz Zając, główny networker
towarzystw biznesowych. – Kiedy ktoś szukał
pediatry dla chorego dziecka, od razu rozdzwoniły
się telefony od członków towarzystwa.
Innemu z polecenia udało się znaleźć niedrogie
mieszkanie w Warszawie. Może nie jesteśmy
jeszcze przyjaciółmi, ale na pewno bardzo
dobrymi znajomymi.
| « poprzednia | następna » |
|---|