Pierwszą w życiu podróż „za jeden uśmiech” odbyłem ledwie parę
miesięcy wcześniej. Był to zorganizowany z okazji długiego majowego
weekendu wyścig autostopowy z Wrocławia do Dubrownika. To była jedna z
tych rzeczy, po zrobieniu której wiedziałem już, że będę to powtarzał przy każdej
nadarzającej się okazji. I już w drodze powrotnej zacząłem planować kolejną
wyprawę. Od razu wybrałem punkt docelowy – Gibraltar – bo chyba dalej
w Europie dojechać się nie da. A po drodze jest przecież Barcelona, Madryt,
Sewilla... Jednak najbardziej chciałem przeżyć przygodę życia. Po prostu.
Samotny wyjazd na taką wyprawę nie jest dobrym pomysłem – we dwójkę raźniej, bezpieczniej i weselej. Doświadczenie podpowiadało też, że parze mieszanej łatwiej „złapać stopa”. Niestety, żadna ze znajomych mi osób nie zdecydowała się na taką wyprawę, dlatego towarzyszki szukałem na facebookowej grupie „Autostopowicze czyli MY”. Ostatecznie wyruszyłem z Patrycją, której, z racji dzielącej nas odległości, nie mogłem poznać przed startem. To okazało się nienajlepszym rozwiązaniem, ale o tym nieco później.
Podróż swojego życia zacząłem 14 sierpnia we Wrocławiu. Kiedy razem z Patrycją zameldowaliśmy się na stacji benzynowej na autostradzie na Bielanach była już około godziny 15:00. Późno, jednak nas to nie zrażało i wytrwale próbowaliśmy złapać naszego premierowego stopa. Udało się i tak, krok po kroku, dotarliśmy wieczorem do stacji benzynowej niedaleko Lipska. Właśnie, z ciężkim sercem, zrezygnowaliśmy z jazdy do Holandii – to nie był nasz kierunek – i siedząc na ławce zastanawialiśmy się co dalej. Szczęście nam dopisało. Akurat niedaleko nas zatrzymał się Polak wysadzający innych autostopowiczów i zgodził się zabrać nas w kierunku Hiszpanii.
Po zachodniej Europie autostopem podróżuje się niemal wyłącznie po autostradach. Jest to oczywiście wygodne, bo podróżuje się szybko i łatwo można znaleźć kolejną „okazję”, ale ma jedną zasadniczą niedogodność: na autostradach nie wolno „łapać stopa”. Jeśli na poboczu autostopowicza zabierze policja, może nałożyć karę w wysokości nawet paruset euro. Dlatego trzeba jeździć od stacji do stacji. Podczas jazdy z naszym następnym kierowcą nauczyliśmy się, żeby zawsze sprawdzać na mapie gdzie są kolejne stacje nawet, gdy kierujący jest tego pewien. W tym przypadku, mimo zapewnień kierowcy, stacji nie było. Szczęśliwie kierujący nie zostawił nas w środku nocy na pustkowiu i odwiózł na najbliższy parking. Niestety, na tym parkingu nie było gdzie rozbić namiotu, więc zimną noc spędziliśmy na ławce owinięci we wszystko, co się do tego nadawało. Nad ranem dość szybko zlitowało się nad nami niemieckie małżeństwo, które nie dość, że zabrało nas 100 km dalej, to pozwoliło się wygrzać i przespać.
Kolejny przystanek i kolejny moment zwątpienia – więcej niemieckich pograniczników, niż samochodów osobowych. I tym razem uratowali nas Niemcy. I to jak! Z przemiłym małżeństwem przejechaliśmy ponad 500 km, od Karlsruhe, aż po Chambery we Francji. Mimo zmęczenia ciężko było odkleić nos od okna, kiedy mijaliśmy tak wspaniałe widoki. Panorama szwajcarskich Alp to zdecydowanie najpiękniejsza rzecz, którą widziałem po drodze do Hiszpanii.
Na kolejnej stacji zaczęliśmy się przekonywać, że Francuzi, wbrew obiegowej opinii, naprawdę dobrze radzą sobie z językiem angielskim. Mimo powoli zachodzącego słońca i niewielkiego ruchu z uroczej stacji z cudownym widokiem na francuskie góry przejechaliśmy jeszcze 100 km – pod sam Lyon, opodal autostrady prowadzącej do Barcelony. Remy, nasz ciekawy świata kierowca, dowiedział się m.in. że typowym polskim jedzeniem jest bigos i schabowy, a trunkiem… wódka. Nasze obawy, czy czasem czegoś nie pomyliliśmy, rozwiały się już następnego dnia. Po luksusowym wręcz noclegu (namiot w krzakach przy stacji) w dalszą drogę pojechaliśmy z dwiema siostrami z Francji. W trakcie podróży dowiedzieliśmy się, że jedna z nich była w Polsce i doskonale pamięta smak Żubrówki.
Wielka stacja z dużym parkingiem i restauracją oraz dziesiątki samochodów – tym krótkim zdaniem mógłbym opisać idealne miejsce do łapania „okazji” na autostradzie. I taki był właśnie nasz następny przystanek pod Nimes. Niestety, utknęliśmy na kilka godzin. Dobrze że choć wygrzaliśmy się w słońcu. Kiedy wreszcie znalazłem polskie busy jadące za 10 godzin prosto do Barcelony, zadzwoniła Patrycja z drugiego końca parkingu. Jedziemy! Wprawdzie nie do miasta Gaudiego, ale już pod samą hiszpańską granicę. Do dziś zastanawiam się, czy nie popełniłem błędu odpuszczając prośbę o autograf – córka kierowcy była początkującą śpiewaczką jazzową. Podpisu może i nie mam, ale mamy wspólne zdjęcie, więc może kiedyś rozpoznam ją gdzieś na scenie ;).
Wylądowaliśmy pod Perpignan. Nasze telefony już od wielu godzin dopominały się o ładowanie. Z radością więc skoczyliśmy do znajdujących się na stacji gniazdek. W jeszcze lepsze nastroje wprowadziło nas darmowe wi-fi i pierwszy od początku wyjazdu kontakt z cyfrowym światem. By nie marnować czasu zostawiłem Patrycję przy telefonach i poszedłem na spacer po ogromnym parkingu. Na samiuteńkim końcu placu zobaczyłem trzy ciężarówki na polskich numerach. Bardzo mnie to ucieszyło, bowiem znałem już zasadę, że wśród Europejczyków Polacy za kółkiem są chyba najbardziej przyjaźni autostopowiczom, zwłaszcza dla rodaków. Po krótkiej rozmowie z kierowcami okazało się, że jeden z nich jedzie do Barcelony o czwartej rano i może nas zabrać. Będziemy w Katalonii rano!

To był jeden z tych wieczorów, dla których się podróżuje autostopem – prysznic w „toi-toiu” (poważnie, są takie!), śląska kiełbasa od kierowców, wymiana historii z życia i nocleg w kabinie tir-a. Rano, po paru godzinach jazdy byliśmy już na stacji pod Barceloną. Stąd holenderskie małżeństwo zabrało nas prosto do centrum stolicy Katalonii. Po prysznicu i krótkim odpoczynku, zaczęliśmy zwiedzać Barcelonę.
Od wielu lat jestem kibicem klubu piłkarskiego FC Barcelona, nie mogłem więc przepuścić okazji zobaczenia na żywo moich piłkarskich idoli. Tego dnia, na stadionie Camp Nou, odbywał się mecz inauguracyjny sezonu – popularna Duma Katalonii grała z Levante. W podróży autostopem fundusze to ważna rzecz, ale nie żałuję pieniędzy wydanych na bilet, bo moja drużyna wygrała 7:0.
Jeszcze pierwszego dnia w Barcelonie przypomnieliśmy sobie, że na autostopowej grupie facebookowej jeden z użytkowników, napisał, że jest w stolicy Katalonii. Skontaktowałem się z nim i wkrótce dołączył do nas. Mateusz – tak miał na imię – przebywał w mieście Gaudiego już od paru tygodni i dzięki niemu znaleźliśmy bezpłatne miejsce do spania na kilka dni. To było interesujące przeżycie: nocleg „ na dziko” w towarzystwie przyjaznych „współlokatorów” z różnych zakątków świata w parku przy porcie, długie wieczorne rozmowy i specyficzne poczucie bezpieczeństwa nieświadomie ofiarowane przez przejeżdżające co chwile patrole policji.
Barcelona to wspaniałe miejsce. Podczas tych kilku dni udało się zobaczyć ekipę trenera Gerardo Martino w akcji, wypić sangrię na plaży, wykąpać w Morzu Śródziemnym, zobaczyć wiecznie niedokończony kościół Sagrada Famila wieczorową porą i, mimo gorączki na dworze, wdrapać na Tibidabo – górę z niesamowitym widokiem na niemal całe miasto, na której piękny kościół Najświętszego Serca sąsiaduje z... wesołym miasteczkiem! Dla mnie był to już czwarty raz w sercu Katalonii i wiem, że będę tam wracał kiedy tylko będę miał możliwość.
Po pięciu nocach w Barcelonie trzeba było ruszyć dalej. Było nas czworo – dołączyła do nas Ania, która pracowała w Barcelonie i chciała wykorzystać kilka dni wolnego na dołączenie do naszej wyprawy. Niestety mieliśmy różne wizje dalszej jazdy. Ja chciałem zgodnie z planem jechać w stronę Walencji, reszta wolała odwiedzić jakieś małe nadmorskie miasteczko. Dalej ruszyłem sam.
Byłem na stacji benzynowej na wylocie z Barcelony. Postanowiłem podładować telefon i skorzystać z dostępu do internetu, by uzupełnić zaniedbywany od kilku dni dziennik podróży. Później postanowiłem zostać tu na noc. Duża stacja to doskonałe miejsce na nocleg – jest gdzie rozłożyć namiot (lub choćby śpiwór) i jest bezpiecznie. A że w tej chwili bardzo mi się nie spieszyło, nie chciałem zamieniać tych luksusów na nieznaną przyszłość. Nie żałowałem tej decyzji ponieważ wieczorem poznałem trójkę Niemców: Nadine jadącą z koleżanką do Murcii do rodziny oraz Sergeja, który jechał do swojej dziewczyny pracującej w małej miejscowości na południu Hiszpanii. I tak we czwórkę spędziliśmy całą noc rozmawiając o naszych podróżach, o narodach, o planach na przyszłość i o rzeczach dużo bardziej banalnych. Natomiast nad ranem przygoda rozpoczęła się na nowo!
c.d.n.
| « poprzednia | następna » |
|---|