Jestem w drodze od dziewięciu dni. Cztery spędziłem w Barcelonie,
ostatnią przegadałem na stacji pod Barceloną z trójką autostopowiczów
z Niemiec. Pora ruszać dalej – wszak głównym celem mojej autostopowej
wyprawy jest Gibraltar. Przede mną przejazd wschodnim i południowym
wybrzeżem Hiszpanii, a po drodze m. in. Walencja i Cartagena.
Wszystko wskazuje na to, że dalszą podróż będę kontynuował samotnie.
Ostatniej nocy mało spałem, więc dzień zacząłem od napoju energetycznego. Nadine z koleżanką dość szybko wsiadły do jednej z ciężarówek i ruszyły w swoją stronę. Na stacji zostało nas czworo – Sergiej, ja, Mateusz i Dagmara – para z Polski, która noc spędziła też na tej stacji. Ruchu nie było niemal wcale. Po jakiś trzech godzinach zabrały nas trzy lawety z polskimi numerami rejestracyjnymi na kolejną stację pod Tarragoną – 100 km w kierunku Walencji. Stacja nie robiła dobrego wrażenia. Była mniejsza niż nasz poprzedni przystanek. Jednak jeszcze zanim wysiadłem z auta, spostrzegłem stojącą na parkingu ciężarówkę na polskich numerach. I miałem szczęście, bowiem pan Stanisław, kierowca, 20 minut później ruszał w kierunku Walencji i zgodził się mnie zabrać! Pożegnałem się z Dagmarą i Mateuszem i wsiadłem do kabiny.
Podczas dłuższych podróży z jednym kierowcą jest parę niebezpiecznych tematów, których lepiej nie poruszać, a zwłaszcza nie zajmować skrajnie odmiennego od kierowcy stanowiska. Oczywiście nie jest to normą, ale jeśli intuicja podpowiada milczenie i przytakiwanie, to lepiej jej posłuchać. Ze Stanisławem nasze poglądy polityczne nieco się różniły, ale dość szybko jednak odkryłem, że mamy bardzo zbliżone gusta muzyczne, więc skierowałem rozmowę w tę stronę. Kiedy kończyliśmy rozmowę, byliśmy już o krok od Walencji.
Zgłodniałem. Przed zdobyciem Walencji postanowiłem przyrządzić sobie
jakże „pełną wartości odżywczych” zupkę chińską, podstawowy prowiant
autostopowiczów. Mój sprzęt – kuchenka turystyczna i butla z gazem –
wzbudził zainteresowanie kilku zgromadzonych na stacji osób, w tym dwójki
młodych ludzi, którzy zaproponowali mi podwózkę do… Madrytu. Po chwili
wahania odmówiłem, chcąc wcześniej zwiedzić to, co pierwotnie
zaplanowałem, czyli zachwalaną przez innych podróżników Walencję.
Po posiłku stanąłem na końcu stacji z kciukiem wyciągniętym w górę, bo nie
mogłem znaleźć kartonu do napisania nazwy miejscowości – teoretycznie
lepszego sposobu łapania stopa, jeśli jedzie się w konkretne miejsce.
Po kilkunastu minutach zatrzymał się samochód, a kierowca powiedział,
że mogę się z nim zabrać do… tak, Madrytu. Gdy odmówiłem, a kierowca
zniknął mi z oczu, zacząłem żałować. Palące słońce i mała ilość samochodów
nie zwiastowała przyjemnych chwil spędzonych na stacji. Szczęście jednak
mnie nie opuściło. Po kilkunastunastu minutach zatrzymał się koło mnie bus.
Jego kierowcą był Manuel z Ameryki Południowej, który jechał do samego centrum Walencji. Podczas dość krótkiej jazdy, okazało się, że Manuel jest kibicem Levante. Drużyny z Walencji, którą moja Barcelona ograła parę dni wcześniej 7:0. Gdy pokazałem mu bilet na mecz, zaczął się serdecznie śmiać. Niedługo później, w samym środku dnia, wylądowałem w turystycznym centrum trzeciego co do liczby mieszkańców miasta Hiszpanii.
Opcje na nocleg miałem dwie. Pierwszą z nich, tą łatwiejszą, było zameldowanie się w jednym z hosteli w centrum miasta. Drugą było udanie się na zaplanowane akurat tego dnia, cotygodniowe spotkania couchsurferów.
Couchsurfing to ogólnoświatowy program, w którym zwykli ludzie oferują za darmo miejsce noclegowe w swoim mieszkaniu podróżnikom. Czasami jest to miejsce na podłodze na rozłożenie karimaty, a czasami całe mieszkanie do dyspozycji. Ideą couchsurfingu jest wymiana kultur, poznawanie się i nauka od siebie nawzajem. Wspólne zwiedzanie miasta, gotowanie czy imprezowanie to codzienność dla jego uczestników. Jest to świetny sposób na nocleg dla osób, które nie tyle chcą zaoszczędzić na noclegu, co chcą poznać nowe, wspaniałe, otwarte na świat osoby. Couchsurferzy z niemal każdego miasta organizują cotygodniowe spotkania zarówno dla mieszkańców danej miejscowości, jak i dla podróżników akurat tam przebywających.
Niestety, spotkania couchsurferów nie udało mi się znaleźć, więc zameldowałem się na trzy noce w hostelu. Takie tanie hostele też mają swój urok. I zazwyczaj są one pełne młodych ludzi. We wspólnym pokoju, do którego trafiłem, była prawdziwa mieszanka towarzyska: grupka przyjaciół z Niemiec, para z Francji, a także osoby z Wielkiej Brytanii, Nowej Zelandii, Kanady i innych państw z całego świata. Oczywiście spotkałem też Polaka. W takim towarzystwie, przy kuflu piwa czy szklance wina, spędzałem każdy wieczór.
Samo miasto niezwykle mnie urzekło. Jadąc do Walencji nie spodziewałem się, że wywrze na mnie tak pozytywne wrażenie. Po multikulturowej Barcelonie, w Walencji mogłem spokojnie powiedzieć, że wreszcie poczułem hiszpański klimat. Wąskie uliczki z mnóstwem barów, w których przeważały te z bardzo popularnymi w Hiszpanii tapas. Najprościej rzecz ujmując, tapas, to typowe przekąski, popijane piwem czy winem. Nieraz są to po prostu oliwki czy kanapeczka z szynką, a czasami tapas przybierają zaskakujące połączenia różnych potraw i przekąsek. Gdy zapytałem jednego z Hiszpanów, czym właściwie są tapas, odpowiedział, że mogą być wszystkim, tylko w zminiaturyzowanej formie. Potwierdził także, że polskim tapas mógłby być np. mały kotlet schabowy.
Najsławniejszym bodaj zabytkiem Walencji
jest Katedra Wniebowzięcia Najświętszej Maryi
Panny wzniesiona w miejscu meczetu. Jest ona
uznana za symbol miasta, a swoją sławę
zawdzięcza głównie temu, że znajduje się w niej
kaplica Świętego Kielicha – według wierzeń
właśnie tam znajduje się Święty Grall. W pobliżu
katedry znajduje się dzielnica El Carmen, będąca
swoistym połączeniem przeszłości z teraźniejszością.
Jest to miejsce pełne ciasnych uliczek
i starych budowli, które w weekendy staje się
imprezowym centrum miasta. Innym popularnym
miejscem, jest tzw. „dzielnica przyszłości”, czyli
Miasteczko Sztuki i Nauki. To niezwykle ciekawe
miejsce, w którym znajduje się między innymi
planetarium, muzeum nauki czy największe
w Europie oceanarium.
Po paru wspaniałych dniach przyszedł czas, aby ruszyć dalej na południe w kierunku
Cartageny. W południe udałem się więc na stacją
benzynową na obrzeżach miasta i próbowałem
zatrzymać samochód jadący w stronę Alicante, jednego z większych miast na mojej drodze
do Kartageny. Po około dwóch godzinach bezskutecznego
stania, zatrzymał się koło mnie
pochodzący z Senegalu Abdoulaye, który zgodził
się zabrać mnie ze sobą. W trakcie jazdy
dowiedziałem się, że jego bliski przyjacielem jest
Baba, piłkarz pierwsze drużyny Levante. W trakcie
jazdy kolejny raz przekonałem się o fantastycznej
bezinteresowności osób, które zabierają autostopowiczów.
Tym razem Abdoulaye zafundował
mi na jednej z przydrożnych stacji przekąskę.
Co więcej, okazało się, że Senegalczyk nie jechał
tylko do Alicante, ale do Puerto de Mazarron, które
od Kartageny oddalone jest tylko o 30 kilometrów!
Kilkugodzinna jazda z przesympatycznym
Senegalczykiem upłynęła szybko, a ja udałem się
na drogę wyjazdową z Puerto de Mazarron.
Niestety, tutaj pierwszy raz zawiodłem się
na swojej mapie. Pokazała ona, że aby z tej
miejscowości pojechać w kierunku wschodnim
(czyli do Kartageny), należy ustawić się
na zachodnim jej końcu. Stałem już długo, gdy
minęło mnie uprawiające jogging małżeństwo.
Gdy wracali po 1,5-godzinnym treninugu, a ja
nadal stałem w gęstniejących ciemnościach,
zabrali mnie ze sobą, wsadzili w samochód
i zawieźli na stację benzynową na wschodnim
końcu miasta. Była noc, zacząłem szukać miejsca
do spania i wtedy spotkałem jednego z najwspanialszych
ludzi na trasie – ochroniarza ze
stacji benzynowej.
Antonio pilnował stacji i okolicy w godzinach jej zamknięcia, czyli od 22:00 do 6:00. Mimo, że nie mówił po angielsku, udało nam się porozumieć. Słysząc skąd i jak przybyłem, ochroniarz uznał, że mogę tu się położyć na odpoczynek, a on będzie co jakiś czas sprawdzał, czy u mnie wszystko w porządku.
Następnego dnia dojechałem do Kartageny. Kiedy wjechałem do centrum miasta dwa razy pytałem moją dobrodziejkę, która mnie podwoziła, czy aby na pewno jesteśmy w centrum. Kompletnie nie tak sobie wyobrażałem Kartagenę. Była aż nazbyt szara i nijaka. Szukając biura informacji tur ystycznej spotkałem Mohamada z Jordanii, który do Kartageny dotarł statkiem parę dni wcześniej. Powiedział mi to, czego się obawiałem: nie ma tu nic specjalnie ciekawego i nie warto na dłużej zostawać.
Uzbrojony w mapę z biura turystycznego szybko obejrzałem kilka najważniejszych obiektów w mieście i po trzech godzinach postanowiłem opuścić miasto. W tym celu skorzystałem z Hitchwiki – internetowaj encyklopedii autostopowicza, w której są zawarte wskazówki jak wydostać się z danego miasta w konkretnym kierunku, gdzie są dobre miejsca do łapania stopa, a także ogólne informacje na temat podróżowania po kraju. Hitchwiki jest uaktualniania przez autostopowiczów z całego świata, toteż informacje tam zawarte są z reguły aktualne. Niestety, Hitchwiki była bezradna wobec mojej lokalizacji. Wróciłem więc na drogę, którą tu przyjechałem, i szedłem z uniesionym kciukiem będąc obrócony plecami do nadjeżdżajacych samochodów. Zdziwiłem się, kiedy po 20 minutach jeden z nich zatrzymał się przede mną. Jechał nim Carlos, który wziął mnie ze sobą i wysadził na stacji, na której – nomen omen – spędziłem poprzednią noc.
Znajdowałem się dokładnie na południowym
wschodzie Hiszpanii i aby dotrzeć na Gibraltar,
musiałem przemierzyć jeszcze 500 km południowego
wybrzeża. Tego dnia chciałem dotrzeć
do Almerii oddalonej o niecałe 200 km na zachód,
w kierunku Gibraltaru.
c.d.n.
| « poprzednia | następna » |
|---|