Podróż za jeden uśmiech - cz. III

Kategoria: Po godzinach   |   Autor: Jakub Matuszewski   |   Data: środa, 25 czerwca 2014 19:25

Jestem w drodze od piętnastu dni.Znów jestem na stacji, na której spędziłem poprzednią noc – zanim wjechałem do Kartageny. Niestety, Kartagenę zapamiętam jako szarą i nijaką. Trochę wcześniej spędziłem 3 dni w Walencji, która zostanie w pamięci jako urzekająca i najbardziej hiszpańska ze wszystkich odwiedzonych miast. Przede mną 500 km południowego wybrzeża nim osiągnę cel podróży – Gibraltar.

Ze stacji benzynowej zabrał mnie Luis – chyba jeden z najbardziej zwariowanych kierowców, z którymi jechałem. Godzinna podróż minęła nam na żartach i ciągłym śmiechu, bo jak sam powiedział, woli unikać tematów politycznych, gdyż za bardzo go denerwują. Ale to właśnie od niego dowiedziałem się, że w Hiszpanii obecnie jest więcej opuszczonych domów, niż bezdomnych rodzin. Te niezamieszkałe budynki są efektem tego, że były stawiane przez bogatych ludzi, którzy oprócz „głównego” domu, chcieli mieć także drugi, po naszemu nazwijmy go letniskowym, do którego mogliby przyjeżdżać na weekendy czy wakacje. Kiedy przyszedł kryzys mało kogo było stać na utrzymanie dwóch domów. W takiej sytuacji trudno było też sprzedać dom, więc większość z nich jest po prostu porzucona.

Luis wysadził mnie w okolicach miejscowości Vera, w połowie drogi z Puerto de Mazarron do Almerii. Tam jednak utknąłem już na noc. Przespałem się na karimacie tuż przy budynku stacji benzynowej. Pod głową miałem mniejszy plecak z cennymi rzeczami, a drugi, z ubraniami, stał tuż obok mnie. Rankiem dość długo nie mogłem się stamtąd wydostać. Po 4 godzinach czekania jakiś Hiszpan zabrał mnie na stację na innej drodze, gdzie już po chwili złapałem stopa pod samą Almerię.

Na kolejnej stacji omal nie straciłem swojego zegarka. W mieszczącej się tam restauracji postanowiłem coś zjeść. Myjąc ręce przed posiłkiem, zdjąłem zegarek i położyłem obok. Wyszedłem, zamówiłem jakieś tanie, lokalne danie i usiadłem. Wtedy zauważyłem, że zapomniałem zegarka, a gdy wróciłem do łazienki już go tam nie było. Z ponurą miną zjadłem posiłek. Przy płaceniu jednak postanowiłem się zapytać, czy ktoś go może odnalazł i przyniósł. Przez kilka minut tłumaczyłem im, o co właściwie mi chodzi (kelnerzy albo pokazywali mi miejsce, gdzie mogę kupić sobie jakąś bransoletkę, albo z niezrozumieniem kręcili głową). Dopiero po dłuższym czasie jeden z kelnerów z wyrazem nagłego zrozumienia w oczach zdjął z półki mój zegarek i zapytał, czy o to mi chodzi. Byłem lekko zszokowany, że odzyskałem zgubę, a po wypytaniu okazało się, że zegarek szczęśliwym trafem znalazł właściciel restauracji. Miałem nauczkę na przyszłość, aby lepiej dbać o swoje rzeczy.

Wróciłem się na trasę uzbrojony w karton z napisem „MALAGA”, czyli nazwą miasta, które było jakieś 200 km za Almerią i niecałe 150 km od Gibraltaru. Wkrótce siedziałem w samochodzie Amayi i Jose, którzy wprawdzie nie jechali daleko, ale przynajmniej mogli mnie zostawić po drugiej stronie Almerii. Po kilku minutach jazdy Amaya powiedziała, że oni jadą do swojego mieszkania w niedalekiej nadmorskiej miejscowości Roquetas de Mar i że jeśli chcę, to mogę pojechać z nimi i spędzić u nich noc. Po upewnieniu się, że nie będę dla nich kłopotliwym gościem, z wielką ochotą przystałem na ich propozycję.

Tego wieczora Amaya i Jose zabrali mnie na tapas. Nie jednak takie typowe, hiszpańskie tapas, ale na… niemieckie. Głównym składnikiem przekąsem była niemiecka kiełbasa i oczywiście piwo. W barze spotkaliśmy się jeszcze bratem Amayi i jego żoną. Bardzo się zdziwił kiedy mnie zobaczył, mimo że Amaya uprzedzała, że będzie z nią „El Polaco” (Polak). Później wyjaśniono mi to. „El Polaco”, nie mówi się tylko na mieszkańców Polski, ale także na… Katalończyków. Jose, chłopak Amayi, pochodzi właśnie z Barcelony i jej brat nie spodziewał się więc prawdziwego Polaka, ale właśnie Jose. Gdy zapytałem przy stole, dlaczego właściwie na mieszkańców Katalonii mówi się „los Polacos” (Polacy), Jose odpowiedział, że to dlatego, że Katalonia ma z Hiszpanią tyle samo wspólnego ile Polska, czyli nic. Chociaż prawdziwej genezy tego określenia do tej pory nie udało się ustalić. Ciężko jednoznacznie stwierdzić też, czy to określenie jest pozytywne czy negatywne. Wydaje się, że mieszkańcy Hiszpanii używają tego z pejoratywnym zabarwieniem, podczas gdy sami Katalończycy odbierają to pozytywnie. Taki mały paradoks.

Z rana Amaya i Jose odwieźli mnie na rondo, z którego mogłem zacząć dalszą jazdę. Dość szybko zatrzymał się Damian, który podwiózł mnie kilkadziesiąt kilometrów, częstując przy okazji najlepszym hiszpańskim piwem jakie piłem, czyli zieloną Estrellą. Z kolejnego ronda zabrał mnie Mohammed z Maroka, który przewiózł mnie tylko kilkanaście kilometrów. I wtedy podjąłem chyba najgorszą, a na pewno najgłupszą, decyzję w trakcie całej wyprawy. Na rondzie, na którym stałem, ruch był znikomy. Pomyślałem więc przez chwilę i doszedłem do wniosku, że dawno już nie mijałem żadnej stacji benzynowej, więc znając ich zagęszczenie w Hiszpanii, powinna być bardzo blisko mnie. Więc założyłem plecaki na siebie (jak wyglądam z dwoma plecakami widać na zdjęciach w poprzednich odcinkach mojej opowieści ) i ruszyłem przed siebie autostradą. Na szczęście słońce schowało sie za chmurami, ale temperatura nadal oscylowała w okolicy 30 stopni. Ku mej rozpaczy stacji wcale tak blisko nie było, a po 10 kilometrach marszu skończyła mi się woda i słońce wyszło zza chmur. Po kolejnych kilku wyczerpujących kilometrach natrafiłem na ludzi remontujących autostradę, którzy poratowali mnie butelką wody. Przechodziłem w okolicach miasteczka, toteż miałem nadzieję na jakąś stację w pobliżu. Gdy po kolejnych kilkudziesięciu minutach marszu nie widziałem żadnej, po prostu usiadłem na drodze (już nie autostradzie) i machałem kartonem przejeżdżającym autom. Zdziwiłem się, gdy po 15 minutach siedzenia wreszcie ktoś się zatrzymał. Był to Gabi z Rumunii, który zabrał mnie na oddaloną o, nomen omen, parędziesiąt kilometrów stację. Na niej spędziłem jakieś dwie godziny, gdy zatrzymała się Ruth, która, jak powiedziała, zawsze zabiera autostopowiczów. Później stwierdziła, że w sumie nie lubi jeździć samochodem jako kierowca i nie bardzo wie, gdzie ma jechać – po dwóch godzinach jazdy jednak dokładnie tam gdzie chciała, a ja byłem już blisko Malagi. Gdy poprosiłem ją o pamiątkowe zdjęcie, Ruth rozpuściła swoje włosy mówiąc, że chce żebym ją pamiętał jako typową Hiszpankę . Kolejną noc spędziłem ponownie śpiąc na karimacie na murku przy stacji benzynowej. Od Gibraltaru dzieliło mnie tylko jakieś 150 km, które pokonałem pięcioma samochodami.

Najnowszy numer
6/2025 (139)

grudzień 2025 – styczeń 2026

Zamów darmową prenumeratę

Ogłoszenie drobne
kup, sprzedaj, zamień...

noimage
2025-12-08 00:00:00
Sprzedam automat polerski firmy PROMASZ, mało używany, z głowicą. Cena do uzgodnienia. Krotoszyn. Tel. 607 334 259

Reklama W Kurierze
Poznaj zalety naszego pisma

  • Kurier Kamieniarski to dwumiesięcznik – najstarszy na rynku kamieniarskim, wydawany od 1997 r. Jest bezpłatnie wysyłany do ponad 4.000 osób i firm związanych z branżą kamieniarską.
  • Nasza baza adresowa jest na bieżąco aktualizowana, a co tydzień dopisujemy do niej nowe firmy. Stale zdobywamy nowe kontakty biorąc udział w targach i spotkaniach branżowych.
  • Osiągamy ponad 99% skuteczność - z wysłanych 4.000 egzemplarzy wraca do nas nie więcej niż 30-50 szt.