Podróż za jeden uśmiech cz. IV

Kategoria: Po godzinach   |   Autor: Jakub Matuszewski   |   Data: poniedziałek, 25 sierpnia 2014 01:00

podroz_a.png

Dzień dziewiętnasty. Po nocy spędzonej na karimacie na murku koło stacji benzynowej gdzieś pod Malagą osiągnąłem cel podróży - wjeżdżam do Gibraltaru.
Gibraltar niegdyś był częścią Hiszpanii. Jednak bieg historii doprowadził do tego, że w 1704 roku, w trakcie wojny o sukcesję hiszpańską, Gibraltar został zdobyty przez Brytyjczyków, a podczas pokoju utrechckiego z 1713 roku został im przyznany jako wieczysta kolonia.
Ostatnie 150 kilometrów pokonałem pięcioma samochodami, a w pamięci mam Ruth, która poprzedniego wieczora rozpuściła włosy do pamiątkowego zdjęcia - abym zapamiętał ją jako typową Hiszpankę.

Ważnym „towarzyszem” współczesnego podróżnika stał się internet. Można tam w kilka chwil znaleźć wszystko, co jest w trasie niezbędne. Noclegi, adresy, ulice… Dlatego autostopowicze bardzo lubią restauracje McDonald’s, które oferują darmowy dostęp do wi-fi. Nim więc przekroczyłem granicę hiszpańsko-brytyjską skorzystałem z sieci w pobliskim fast-foodzie.

Zaraz za granicą znalazłem się na jednym z ciekawszych miejsca na Gibraltarze, mianowicie na… lotnisku. Pas startowy przecina drogę, a gdy samoloty startują bądź lądują, przejście blokowane jest szlabanami jak na zwykłym przejeździe kolejowym.
Po półgodzinnym marszu już witałem się z Nickiem - moim gospodarzem na najbliższe dni, z którym nawiązałem kontakt klika dni wcześniej na couchsurfingu i który zgodził się przenocować mnie. Jak się okazało nie byłem jednym gościem Nicka.
Już pierwszego dnia mojego pobytu dowiedziałem się kilku przydatnych rzeczy. Po pierwsze, tuż obok mieszkania Nicka był Nazareth House, w którym codziennie od poniedziałku do piątku każdy potrzebujący mógł zjeść pożywne śniadanie - z czego z radością korzystaliśmy. Ponadto kilkaset metrów dalej mieścił się Kościół Metodystów, w którym można było się posilić w niedziele. Naprzeciwko niego natomiast była biblioteka, gdzie można było skorzystać z internetu. Taka sytuacja była dla mnie, jako podróżnika, idealna. Przy dość ograniczonym budżecie możliwości zaoszczędzenia kilku złotych na dalszą trasę jest bezcenna.

W trakcie mojego pięciodniowego pobytu na Gibraltarze zwiedziłem niemal wszystko, co warte jest tam zobaczenia. Widziałem większość umocnień obronnych jeszcze z czasów wojen. Dotarłem na Europe Point, powszechnie znanego jako najdalej wysuniętego na południe miejsca Europy (w rzeczywistości takim nie jest). Tuż obok tego miejsca znajdował się malowniczo wkom-ponowany w otoczenie meczet, oraz miejsce, które jest ważne dla każdego Polaka - pomnik generała Władysława Sikorskiego.

Generał Sikorski zginął 4 lipca 1943 roku w katastrofie lotniczej zaraz po starcie z lotniska na Gibraltarze. Katastrofa nadal wzbudza kontrowersje i obrosła różnymi teoriami, w tym spiskowymi. Pomnik natomiast poświęcony temu wydarzeniu w zeszłym roku został odnowiony przeniesiony w obecne miejsce, o czym donosił również Kurier Kamieniarski.

Symbolem Gibraltaru jest Skała Gibraltarska, która wznosi się 426 metrów ponad poziomem morza. Większość z jej powierzchni zajmuje rezerwat przyrody, w którym żyje około 240 małp magotów, czyli jedynego dziko występującego gatunku małp w Europie. Legenda głosi, że tak długo, jak magoty występują na Gibraltarze, tak długo to miejsce będzie pod brytyjskim panowaniem. Same małpy nie są niebezpieczne i są przyzwyczajone do ciągłej obecności turystów. Jednak trzeba na nie bardzo uważać ponieważ zdarzały się przypadki, kiedy magoty kradły ludziom torebki, czy zrywały z szyi aparaty. W ich obecności absolutnie nie wolno wyciągać jedzenia, gdyż wtedy mogą zaatakować. Jednak przy zachowaniu ostrożność małpy nie wyrządzają nikomu żadnej krzywdy. I bez problemu można nawet sfotografować się z nimi.
Warto także wiedzieć, że Gibraltar jest jednym z tak zwanych „rajów podatkowych”. Dlatego ceny m.in. sprzętu elektronicznego i używek są tam bardzo atrakcyjne. Na przykład w jednym ze sklepów na głównej ulicy Gibraltaru widziałem litrowego Sobieskiego za 5 funtów, czyli mniej więcej równowartość 25 złotych.

Po pięciu dniach spędzonych w brytyjskiej kolonii nadszedł czas ruszyć w drogę powrotną. Wiele osób mnie przestrzegało, że opuszczenie Gibraltaru nie jest takie proste. Ze względu na atrakcyjne ceny wielu ludzi próbuje co nieco przemycić na stronę hiszpańską. Ku mojemu zaskoczeniu nawet nikt nie sprawdził moich dokumentów, mimo że przecież szedłem z dwoma wypchanymi plecakami.

Dużo czasu zajęło mi natomiast znalezienie dobrego miejsca do łapania stopa. Dopiero po półtora godzinnym marszu trafiłem na miejsce doskonałe. Był to przystanek autobusowy zaraz za rondem - samochody dopiero zjeżdżające ze skrzyżowania nie jadą jeszcze szybko, natomiast przystanek jest idealnym miejscem, aby mogły się zatrzymać. Transport znalazłem jednak dopiero po dwóch godzinach. Zmęczony odłożyłem karton z napisem „SEVILLA” i usiadłem na ławce. Sprawdzałem na mapie, czy na pewno stoję na dobrej drodze. Wtem kątem oka zauważyłem, że obok zatrzymał się samochód. Kierowcą był Sergio, który jechał prosto do Sewilli. W trakcie jazdy zdziwiony zapytałem, czemu się zatrzymał. Sergio odpowiedział, że półtorej godziny wcześniej jechał w drugą stronę i widział mnie stojącego przy drodze. Powiedział sobie, że jeśli w drodze powrotnej mnie spotka, to zabierze mnie ze sobą.

W stolicy Andaluzji przywitał mnie 42-stopniowy upał. Był to sam środek dnia, słońce niewyobrażalnie prażyło, a ja musiałem znaleźć miejsce do spania. Niestety, nie odezwała się żadna osoba z CouchSurfingu, dlatego skazany byłem na hostel. Cena była bardzo atrakcyjna - 30 euro za 3 noclegi. Ale ten wydatek spowodował, że jeśli nie znajdę gospodarza w Madrycie, to stolicę Hiszpanii będę musiał sobie odpuścić, bo nie stać mnie już na kolejny hostel.

Sevilla to, obok Walencji, najpiękniejsze miejsce, do którego dotarłem. Wspaniały hiszpański klimat unosił się w każdej ciasnej uliczce i znajdujących się na niej barów tapas. Prawdą okazało się także to, co wcześniej o tym mieście słyszałem. Mianowicie w miesiącach letnich życie tam rozpoczyna się dopiero wieczorem. Wcześniej jest po prostu zbyt gorąco, aby można było normalnie funkcjonować. Stąd też wzięła się siesta, czyli popołudniowa, parugodzinna przerwa Hiszpanów od pracy. I faktycznie, kiedy popołudniem wyszedłem z hostelu na ulicach było niewiele osób, zwłaszcza w porównaniu z tym, co działo się wieczorem - gdy na dworze zmierzchało, bary zapełniały się ludźmi. To w Sevilli, jak i całej Hiszpanii, bardzo mnie urzekło. Tam wieczorami miasto tętni życiem, mieszkańcy wychodzą ot tak po prostu, żeby podyskutować ze znajomymi.
Pierwszego dnia wieczorem w hostelu spotkałem Marcina - architekta z Wrocławia. Marcin przyjechał do Sevilli na półroczny staż w hiszpańskiej firmie. Nie znalazł jeszcze mieszkania, więc na kilka dni zameldował się w hostelu. To spotkanie okazało się moim zbawieniem. Kiedy powiedziałem, że prawdopodobnie będę musiał zrezygnować z wizyty w Madrycie, powiedział, że ma tam znajomą z Wrocławia, Kasię, która działa również na couchsurfingu. Kasia, podobnie jak Marcin, przyjechała do Hiszpanii na półroczny staż w jednej z architektonicznych firm. Już następnego dnia dowiedziałem się, że Kasia zgodziła się przyjąć mnie w Madrycie.

Sevilla nie bez powodu uznana jest za jedno z najpiękniejszych miast Półwyspu Iberyjskiego. W stolicy Andaluzji znajduje się wiele zabytków, które można by wymieniać długo. Wspomnę jedynie o ogromnej katedrze Najświętszej Marii Panny, której budowa rozpoczęła się w 1401 roku, o pałacu Alcazar i słynnych na całą Europę ogrodach, o Złotej Wieży (Torre del Oro) z XIII wieku czy Domu Piłata, postawionym kilkaset lat temu na wzór posiadłości Piłata z Jerozolimy. Jednak największe wrażenie wywarł na mnie Plac Hiszpański, który powstał niecałe 100 lat temu. Jest to wielki plac otoczony półkolistym budynkiem zbudowanym częściowo w stylu barokowym, a częściowo renesansowym. Tuż obok niego znajduje park Parque de María Luisa, w którym natura miesza się z całym szeregiem zabytkowych budynków i muzeów. Niezwykły klimat tego miasta spowodował, że niechętnie się z nim żegnałem. Niestety, czas gonił.

Dojazd do Madrytu zajął mi dużo czasu. Na jednej ze stacji pierwszy raz odmówiłem jazdy, mimo że kierowca jechał aż do samej stolicy. Był to Marokańczyk, który mówił płynną angielszczyzną w spokojnym, ale niepokojącym tonie. Kiedy usłyszał, że jestem z Polski, zaczął się mocno nad czymś zastanawiać. W tym momencie zaufałem intuicji i wycofałem się. Jeżdżąc autostopem należy nauczyć się słuchać przeczuć - to dobry zwyczaj.
W Madrycie od razu skontaktowałem się z Kasią i pojechałem do niej. Akurat wybierała się do jednego z najsławniejszych muzeów na świecie, czyli Museo del Prado, gdyż wejście tam w określonych godzinach jest za darmo. Pojechałem z nią, a po wyściu z muzeum usłyszeliśmy muzykę, która zwabiła nas do stóp fontanny Cibeles, jednej z wizytówek miasta. Mnie, kibicowi piłkarskiemu, jest ona znana głównie z tego, że jest miejscem, w którym kibice Realu Madryt świętują sukcesy swojej drużyny. Tego dnia miał się odbyć wybór dwóch miast, które powalczą o organizację Igrzysk Olimpijskich w 2020 roku, a Madryt był jednym z kandydatów. Gdy doszliśmy pod scenę pojawił się na niej Vicente del Bosque, trener piłkarskiej reprezentacji Hiszpanii, co mi, jako fanowi futbolu, sprawiło dużą radość.
Współlokatorem Kasi był Raul, lokalny patriota. Dla niego wszystko co z Madrytu, jest najlepsze w całej Hiszpanii, a co hiszpańskie, jest najlepsze w całej Europie. Jako, że przekonywał mnie o tym w bardzo sympatyczny sposób, nie miałem mu tego ze złe, zwłaszcza, że często faktycznie musiałem przyznać mu rację. Madryckie piwo było jednym z najlepszych, jakie kosztowałem w Hiszpanii. Kolejny dzień upłynął nam na grillowaniu. Nie jestem w stanie wymienić nawet połowy potraw, które Raul przyrządzał. Co chwilę tylko ogłaszał, że to mięso i sposób jego przyrządzenia jest typowe w Argentynie.
Kolejne w Meksyku… i tak przez cały, bardzo miły dzień.

Następny dzień poświęciłem na wędrówkę po mieście. Sam Madryt, mimo wielu wspaniałych miejsc, nie urzeka już tak swoim klimatem jak Sevilla czy Walencja. Najprzyjemniejsze wrażenie zrobił na mnie ogromny Park Retiro. Wśród połaci zieleni i wielu fontann znajduje się ogromny staw, po którym można pływać łódką, a także pomnik jednego z królów Hiszpanii. Jedną z głównych atrakcji jest wykonany w całości ze szkła i stali Pałac Kryształowy. Oczywiście zobaczyłem też stadion Realu, Santiago Bernabeu. Nie mogłem też pominąć Gran Via, czyli jednej z najsławniejszych ulic Madrycie, która jest centrum kulturalnym, rozrywkowym i handlowym miasta. W samym sercu Madrytu znajduje Puerta del Sol, czyli plac, na którym mieści się południk zero. Od tego miejsca mierzone sa wszystkie drogi wychodzące z Madrytu. Sam plac nie robi wielkiego wrażenia - ot, zwykła fontanna, ratusz i mnóstwo turystów.
Kolejnym celem mojej podróży miało być francuskie Bordeaux. Mieszka tam moja ciocia, którą chciałem odwiedzić.

podroz_b.png

 

Najnowszy numer
6/2025 (139)

grudzień 2025 – styczeń 2026

Zamów darmową prenumeratę

Ogłoszenie drobne
kup, sprzedaj, zamień...

noimage
2025-12-08 00:00:00
Sprzedam automat polerski firmy PROMASZ, mało używany, z głowicą. Cena do uzgodnienia. Krotoszyn. Tel. 607 334 259

Reklama W Kurierze
Poznaj zalety naszego pisma

  • Kurier Kamieniarski to dwumiesięcznik – najstarszy na rynku kamieniarskim, wydawany od 1997 r. Jest bezpłatnie wysyłany do ponad 4.000 osób i firm związanych z branżą kamieniarską.
  • Nasza baza adresowa jest na bieżąco aktualizowana, a co tydzień dopisujemy do niej nowe firmy. Stale zdobywamy nowe kontakty biorąc udział w targach i spotkaniach branżowych.
  • Osiągamy ponad 99% skuteczność - z wysłanych 4.000 egzemplarzy wraca do nas nie więcej niż 30-50 szt.