
Codziennością w mojej pozazawodowej pasji - nurkowaniu - jest konieczność posługiwania się specyficzną formą komunikacji. Pod wodą trudno rozmawiać w sposób tradycyjny - pozostają tylko ręce. W tym zakresie na całym świecie przyjęto pewien podstawowy zestaw gestów. Może nie jest to zaawansowana forma wymiany informacji, ale, przy założeniu z popularnego skeczu kabaretowego, „nie gadamy, nurkujemy” - wystarcza. Nurkowanie, nawet najdłuższe, kończy się po 60-70 minutach. I wtedy, po wyjściu z wody, wszyscy rozmawiają dzieląc się uwagami i omawiając nurkowanie.
Jestem gadułą. Nie chciałbym, aby w życiu i w codziennej pracy ludzie używający (mam nadzieję) wyróżniającego nas w świecie organicznym organu - zwanego mózgiem - zamieniali skomplikowane procesy jakie w nim zachodzą na proste gesty w stylu: „mam problem”, „nie mam powietrza”, „do góry”, „wolniej” itp. Obawiam się, że upowszechnienie takiej komunikacji, po 2-3 pokoleniach spowoduje, że same procesy myślowe będą w formie podobne do sms-a. Trudno będzie wtedy znaleźć wśród całej populacji następców Einsteina.
Niestety łatwo zauważyć, że takie skrócone systemy komunikacyjne opanowują nasze życie i pracę.
Moim zdaniem wszystko zaczęło się od telefonów komórkowych, a dokładnie ich specjalnej funkcjonalności jaką są sms-y. Pisanie na małej klawiaturze nie jest ani łatwe, ani szybkie, dlatego trudno się dziwić, że informacje przekazywane tą drogą są mało rozbudowane.
Swoją drogą obecna popularność sms-ów jest zadziwiająca. Wprawdzie pierwszy sms został wysłany przez pracownika Vodafonu w grudniu 1992 roku i były to życzenia świąteczne dla kolegów, ale z założenia sms-y miały służyć operatorom sieci komórkowych do przesyłania klientom komunikatów.
Potem pojawił się Facebook i słynne „Lubię to” - na dodatek sprowadzone do piktogramu.
Ciekawe, że na potrzeby internetu i sms-ów powstał zestaw symboli często mających przekazać odbiorcy emocje (emotikony) - tyle że jest ich może 100, a może 200. A porównując to do znanej oceny, że aby komunikować się w obcym języku trzeba znać minimum 2000 słów - można wpaść w przerażenie w jakim kierunku zmierza cywilizacja.
Te myśli naszły mnie, gdy odwiedzając kiedyś zakład kamieniarski widziałem, że jego szef (młody człowiek z pokolenia Facebook’a) nie tolerował żadnych dyskusji z pracownikami. W zasadzie oczekiwał tylko komunikatu typu „Lubię to”. Brak tolerowania szerszej komunikacji to niestety prosta droga do strat.
W przytoczonym przykładzie pracownik chciał powiedzieć, że zauważył w materiale sztych i jak będzie go ciął tak jak kazał szef, to płyta pewnie pęknie, ale zgodnie z zaleceniem powiedział „tak jest” (lubię to) no i ... płyta trzasnęła. Szkoda, bo gdyby wykorzystać ją do wycięcia mniejszych elementów nie byłoby strat.
Dyktatorskie zapędy i blokowanie dyskusji z pracownikami to w gruncie rzeczy blokowanie rozwoju firmy. Nawet jeśli jesteśmy super-fachowcami, to czasem się mylimy i wysłuchiwanie opinii innych może uchronić nas przed wieloma błędami.
W zasadzie w tym modelu można by zgodnie z zasadami bhp wyposażyć pracowników w kaski z zieloną lampką (oznaczającą „lubię to”) i nawet pominąć słowny komunikat „tak jest”. W wersji rozbudowanej: 3 lampki —dodatkowo żółta (później, bo mam inną robotę) i czerwona (”sie-nie-da”).
Okrojona komunikacja bywa czasem zabawna - kiedyś pewien człowiek chciał dać w gazecie ogłoszenie o śmierci teściowej - ale tanio. Usłyszał, że najtaniej to będzie 6 słów. Przemyślał i kazał napisać - „Jagna Kwiatek nie żyje”. Przyjmujący zamówienie podpowiedział, że ma 6 słów, a to są tylko 4. Po przemyśleniu podał treść ogłoszenia: „Jagna Kwiatek nie żyje. Sprzedam Opla.”
Po prawdzie to lubię Facebook’a i wysyłam sms-y, ale staram się nie ograniczać komunikacji z ludźmi do obrazka z uniesionym kciukiem i uśmiechniętej buźki, czego i Wam życzę.
| « poprzednia | następna » |
|---|