Budowlana tradycja: wiecha, glajcha, kawał drzewka na więźbie. Koniec roboty blisko, pozostały jedynie detale. Zarówno my, jak i klient, szykujemy się do nieuchronnego pożegnania i opuszczenia miejsca prac po rychłym ich zakończeniu.
I wtedy...
Chwila – moment, przebłysk geniuszu, a raczej czegoś zgoła przeciwnego. Zamiast odebrać zapłatę i odejść do następnych wyzwań – szukanie dziury w całym. Zamiast zwyczajnie poprawić fugę i pozamiatać po sobie pojawia się myśl: „a niech tam; poprawię jeszcze ten poler na płaszczyźnie pod oknem – jego brak nie rzuca się w oczy, ale będzie mnie męczyć, że nie wygląda to idealnie”.
I wtedy... (na bis)
Poprawiamy. W myśl powiedzenia naszego klasyk-premiera, że prawdziwego mężczyznę poznaje się po tym jak kończy, a nie jak zaczyna. I popełniamy rytualne kamieniarskie seppuku. Ostatnie dotknięcie, które niweczy cały efekt poprzednich prac. Cała robota do wykonania od początku. Drobna poprawka, która niweczy dotychczasowy, kilkunastodniowy wysiłek. Robota nieodebrana, posadzka do polerowania, kilka dni pracy „w plecy”. Klient wściekły, kasa zablokowana. I jeszcze skorzysta z okazji do urwania czegoś z umówionej ceny.
Nie spotkało Was to?
Nie wierzę. Każdy z nas czasem ma chęć zostania świętym od kamienia i poprawienia czegoś, co tak naprawdę zostało dobrze wykonane.
Nadgorliwość gorsza od faszyzmu
Tak mawiają. I zdarza mi się widywać potwierdzenia tego stwierdzenia albo uczestniczyć w naprawianiu owoców owej nadgorliwości w dążeniu do kamieniarskiej doskonałości. Pojawia się ona w momentach tak nieoczekiwanych, że właściwie pozostanie tylko popłakać się ze śmiechu.
Pojawiają się też błędy, czasem tak głupie, że aż przerażające albo przekraczające ludzką wyobraźnię. Czasami zastanawiam się, jakimi drogami podążały myśli człowieka, który je popełnił.
Ale błędy były i będą. Jest jednak jeden, z którym spotykam się dość często, a któremu równie często nie da się już nic zaradzić.
Impregnacja
Niestety częsta zmora. Nie tylko nasza – jak się ostatnio przekonałem przyglądając się betonom architektonicznym i betonowym posadzkom. Widziałem już wiele efektów kamieniarskiej pracy, które zostały zniweczone przez użycie środka – niewłaściwego, przeterminowanego, przemrożonego etc. Impregnacja potrafi ratować przyciemniając materiał i/lub niwelując różnice w jego kolorystyce. Potrafi również zniszczyć całą wykonaną pracę.
Najczęściej to wina złego dobrania impregnatu. Choć reakcja niektórych kamieni na niektóre z nich potrafi być zaskakująca (pamiętacie problemy z bazaltem chińskim kilka lat temu?) i trudna do przewidzenia. Szczególnie przy materiałach, które przyjeżdżają do nas już po dość radykalnych działaniach wzmacniających kolory. Zdarzało się też, że impregnat wchodził w reakcje z konkretnym klejem i raczył zainteresowanych pięknymi wykwitami. Trafiały się także wysolenia i wiele, wiele innych cudów.
Drugi – po złym doborze – z najczęstszych błędów to niestety pośpiech...
„Czas to pieniądz”
Tak powiadają. W tym wypadku jednak spieszyć się należy powoli. O kumulację nietrudno: zły środek zamykający wilgotny kamień, za krótki czas na schnięcie i odparowanie kleju, zamknięcie fug i... klops gotowy. Przychodzimy obejrzeć nasze dzieło, a oglądamy poplamione ściany, posadzki, które nie zamierzają schnąć. Bo i jak? Wszystko dokładnie uszczelnione.
Impregnacja właściwym środkiem przy nie-właściwych warunkach pogodowych – klops drugi. A łagodne środki, nieniszczące kamienia, do usuwania impregnatów potrafią nie zadziałać. Co robić?
Próbować
Innego wyjścia nie mamy. Ponadto zasięgać języka – nie tylko u tych, którzy nam środki sprzedają, ale i u tych, którzy ich na co dzień używają.
Zdarza się, że próba zrobiona w kącie nie da jednoznacznej odpowiedzi. Trudno, trzeba sprawdzać na większym kawałku. Zawsze lepiej zerwać dwie płytki 60 x 60 cm, niż demontować i wyrzucać sto metrów zaplamionych płytek z niewłaściwie zaimpregnowanego tarasu.
Kończąc – oby się to w podejrzany sposób nie kojarzyło – życzę wszystkim szczęśliwych zakończeń robót i wielu udanych impregnacji!
| « poprzednia | następna » |
|---|