Słowa, które słyszymy niestety bardzo często. W pracy, w urzędzie, na ulicy. Nie zawsze w tej samej formie, ale w niezmiennym przekazie.
Klamka zapadła, róbcie, co chcecie, system padł, „święty Boże nie pomoże”. Ktoś, gdzieś właśnie postanowił utrudnić wam nieco życie i przedłużyć drogę w dotarciu do celu.
Ktoś poczuł, że ma nad nami przewagę.
Przewagę – nie władzę – ale to wystarczy. Ochroniarz na bramce, na budowie lub w sklepie. Nie da się, nie wejdziesz. Przypomina się Co mi zrobisz jak mnie złapiesz i świętej pamięci Bronisław Pawlik przekraczający bramę dzięki tekturowej metce z dziecięcego dmuchanego kółka. Albo strażnik na lotnisku w Misiu. Czasy się zmieniają, ludzie nie. Pani w sklepie, która stwierdza, że czegoś nie da się: pokroić, wymienić, zwrócić, sprowadzić – wybierzcie właściwe.
Dam mu do pieca, poprawię se humor.
Ochroniarz i pani w sklepie to pikuś. Jakoś to człowiek przeżyje, pójdzie naokoło, albo jakoś dziadygę i babę udobrucha. A co robić, kiedy to kierownik lub inspektor poczuje, że czegoś się nie da zrobić? Odebrać roboty na ten przykład? Zaczynają się schody, nawet nie schodki... Wszystko niby w porządku, ale... Właśnie: „ale”. „Ale” niewynikające kompletnie z niczego.
Pracownicy.
Nie wiem, czy nie gorsza wersja. Czasami wynika z lenistwa, czasami z braku umiejętności. Również im załącza się ten sam zwrot. Nie da się. Za ciężkie, za duże, za skomplikowane, coś ty wymyślił. Et cetera, et cetera, et cetera... Rozpoczyna się walka z wiatrakami.
My.
Na końcu my. Czasami bez zastanowienia. Nie da się. Czasami faktycznie się nie da, nie ma możliwości – blat nie zmieści się na klatce i nie da się go wnieść na czterdzieste piętro. Ale czasami nam się nie chce, nie mamy ochoty. Jeszcze większa walka z wiatrakami, bo z samym sobą. A wystarczyłoby się zastanowić, pomyśleć, pokombinować. Zdarza się, że nawet powinno się czegoś douczyć, spojrzeć, poszukać. A tu nie. Nie da się. A potem przychodzi wstyd, bo pojawia się ktoś inny, kto stwierdza „da się”, robi to i spogląda na nas z błyskiem tryumfu w oczach.
Komuś zdechła rybka.
Komuś rozchorował się pies, ktoś wstał lewą nogą, a ktoś wstając tą lewą nogą nadepnął przy okazji na tego chorego psa, a choroba wynika z tego nadepnięcia. Różne rzeczy się zdarzają. Nam – nie innym. Jaki jest tego sens, aby przenosić to na resztę świata, która nie do końca musi być winna? I co ważniejsze niekoniecznie chce nam współczuć? Jeśli są ku temu podstawy – powiedzmy, że w porządku. Jeśli problem jest duży – wypada oczekiwać pomocy. Ale większość tych problemów to błahostki, które postanawiamy powiększyć do rozmiarów gór lodowych zdolnych zatopić Titanica.
Nie przepadam za słynną amerykańską odpowiedzią: I'm fine. Niezależnie od tego jak jest – jest dobrze. To też nie jest zdrowe i wymaga chyba zażywania jakichś pigułek szczęścia na dłuższą metę. Ale ukradnijmy im tego tylko trochę. Żeby się dało. Nie zawsze, ale trochę częściej. Nie buńczucznie: „kto jak nie ja”, ale częściej z pozytywnym nastawieniem. Szkoda życia na marudzenie i ćwiczenie elastyczności mózgu przy negocjacjach.
Może dzięki temu żyłoby się nam trochę łatwiej.
| « poprzednia | następna » |
|---|