
Pieniądze to temat rzeka. Jedni tylko o nich myślą, drudzy ich nie mają, trzeci je zarabiają, a jeszcze inni wydają. Wszystkim nam ich brakuje, jednym więcej, innym mniej.
Mój serdeczny kolega, który od co najmniej dwóch lat jest w naprawdę dużych kłopotach, na pytanie o stan kasy niezmiennie odpowiada: „Jest super, amerykański sen!” A jak dopytuję – bo przecież wiem, że jest lipa – odpowiada: „Wszyscy narzekają, to ja będę zadowolony. A przy tym zobacz, jak tym tak zwanym przyjaciołom mina rzednie.” Cudne. Ten facet naprawdę walczy. Myślę, że wyciągnie się z dołka na dobre.
Dowiedziałem się niedawno, że dawny znajomy wystawił całkiem nowy, nowoczesny zakład kamieniarski na sprzedaż. Powodem jest brak pieniędzy, niewystarczająca ilość zleceń i kredyty. Pomyślałem: „O Jezu!” To już trzeci zakład, o którym słyszę w ciągu ostatnich kilku miesięcy. Co się dzieje, czemu pracowici, znający swój fach, mający doświadczenie poważni ludzie zamykają interes i wyprzedają się? Przecież słyszy się wokoło, że roboty jest pod dostatkiem. Z rozmów ze znajomymi wynika smutny obraz naszych inwestycji i rynku kamieniarskiego.
Krótko mówiąc, kolosalne inwestycje w nienajgorzej funkcjonujący zakład, przeistoczyły sprawnie funkcjonującą rzemieślniczą manufakturę w fabrykę wyposażoną w najnowszy – najczęściej włoski – sprzęt. Entuzjazm właściciela, podgrzany przez przedstawicieli handlowych dostawcy maszyn, przekuwa się we wniosek unijny, a urzędnik jeszcze zachęca do zwiększenia dotacji. I tak oprócz najbardziej potrzebnej formatówki, wstawia nasz właściciel jeszcze pięć innych maszyn. No i musi jeszcze halę rozbudować, bo się wszystko nie pomieści. A skutek jest taki, że facet, który jeździł dwa razy do roku na wczasy – może i pięcioletnim passatem, ale własnym – nagle staje się ponury, o wczasach może zapomnieć, nie odzywa się w domu, a w pracy siedzi po czternaście godzin. Po dwóch latach ma dość, a po kolejnych dwóch wystawia zakład na sprzedaż. Dlaczego tak się dzieje? Bo ktoś wymyślił „dotacje unijne”, o których wszyscy marzą jako o darmowej kasie.
A w życiu nic nie ma za darmo i za wszystko trzeba zapłacić. A jak wydawać pieniądze dawno już zdefiniował jeden z najlepszych ekonomistów Milton Friedman:
Własne pieniądze, na własne potrzeby – Wydając tym sposobem jesteśmy zwykle oszczędni, a efekty są najbardziej zadowalające, bo to my sami najlepiej wiemy, czego chcemy. Np. obiad w restauracji. Szczególną uwagę przywiązujemy do tego, aby smacznie zjeść, ale nie wydać nad-miernie dużo pieniędzy.
Własne pieniądze, na cudze potrzeby – np. kupno prezentu dla przyjaciela. Staramy się, aby zakupiona przez nas rzeczy była maksymalnie tania – kwestia jakości schodzi na drugi plan. Człowiek nie przywiązuje tak dużej uwagi do prezentów jak do rzeczy, które kupuje dla siebie. Wydając pieniądze tym sposobem częściej narażeni jesteśmy na popełnienie błędu, np. prezent może się okazać nietrafiony.
Cudze pieniądze, na własne potrzeby – np. wyjazd zagraniczny z kasy Spółki Skarbu Państwa. W ogóle nie zastanawiamy się nad jego ceną – im drożej, tym lepiej – liczy się przyjemność i prestiż. Jesteśmy bardzo dokładni, aby dostać to, czego oczekujemy.
Cudze pieniądze, na cudze potrzeby – np. urzędnik decydujący o tym, na co wydać nasze pieniądze.
Trzeba zwrócić uwagę, że w przypadku „projektów unijnych” wydajemy pieniądze zgodnie z punktem trzecim i czwartym. I nie wierzcie, że jest inaczej, tylko szczerze przejrzyjcie rachunki. Potem przypomnijcie sobie wszystkie rozmowy z urzędnikami, dostawcami i oferentami. „Ależ proszę pana, pana dotacja to 70%! Projekt za milion złotych to naprawdę mało. Trzeba się rozwijać, inwestować w nowe technologie, świat doganiać…” Sieć zastawiona, rybka już wpadła. A potem szamotanie się z bankiem, zbyt małe obroty, brak ludzi do pracy – w większości przypadków scenariusz jest bardzo podobny.
Oczywiście są przykłady, że te inwestycje podkręciły obroty, ale odnoszę wrażenie, że jest ich naprawdę niewiele. Bo problemem nie są załadowane najnowszym sprzętem hale, ale dobre, duże i popłatne zlecenia. Nasz rynek jest tak płytki, że dla wszystkich nie wystarcza, a eksport – poza kostką – to margines.
I tak w większości przypadków te maszyny pracują na 10-15% swoich możliwości, tylko we frustracji właścicieli osiągając pełną wydajność. A wszystko dzieje się w czasach całkiem dużej prosperity. Aż strach pomyśleć co będzie, jak gospodarka zwolni. A przecież zwolni – takie są prawidła ekonomii, zaklinanie rzeczywistości nic nie zmieni, kryzysy są równie regularne, co gospodarcze wzrosty.
Przywiązanie do myśli, że cudnie jest wydawać pieniądze na własne potrzeby jest skutecznie wykorzystywane przez różnej maści polityków i szarlatanów, którzy przekonują nas do jakiś absurdalnych wizji, w których wszystko się wszystkim należy, a pieniądze biorą się nie wiadomo skąd. Ale na pewno wszystkim nam się należą. Kto odda, tego nie wiadomo, ale po co się martwić, kiedy kadencja tak krótka.
Parę lat temu moja, wówczas siedmioletnia córka, dostała od babci dwie stówy, żeby kupiła sobie buty jakie chce. Poszliśmy do sklepu kupić buty, pytam o pieniądze, a ona, że ma, ale nie da. Ona chce tablet, a nie buty. Buty to ja jej mogę kupić, a te pieniądze to są jej i ich nie da, bo zbiera na tablet. Po kilku miesiącach kupiła wymarzony tablecik.
I to był pierwszy sposób wydawania pieniędzy według Miltona Friedmana.
| « poprzednia | następna » |
|---|