Prokrastynacja lub zwlekanie (z łac. procrastinatio – odroczenie, zwłoka) – tendencja, utożsamiana z odwlekaniem, opóźnianiem lub przekładaniem czegoś na później (...) Przez pojęcie prokrastynacji rozumieć należy dobrowolne zwlekanie z realizacją zamierzonych działań, pomimo posiadanej świadomości pogorszenia sytuacji wskutek opóźnienia. (...) Odwlekaniu na później sprzyja złudzenie, że jutro będzie lepiej. Wiele zaburzeń, w tym także zaburzeń osobowości, może wiązać się z postawą zwlekającą dotyczy to większości zaburzeń depresyjnych. Jest też powszechna u osób z ADHD.
http://pl.wikipedia.org
Zwlekam. Czy jestem chory/chora?
Nie wydaje mi się, zapewne nie. Czasami przecież warto coś odłożyć, aby mieć chwilę tylko dla siebie/rodziny/znajomych (niepotrzebne skreślić).
Co jeśli zdarza się nam to często? Czym się martwić, w końcu...
Cały świat prokrastynował!
O psychologach wyrobiłem sobie opinię dość dawno. Nie to, że nie uważam ich profesji za potrzebną – Boże chroń od depresji farmakologicznej! – ale czasem, a tak naprawdę często, dorabiają ideologię i teorię do czegoś, co takowej nie wymaga. Po polsku mówiąc: robią z igły widły, odkrywając Amerykę w konserwach. Zupełnie jak przy okazji wspomnianej nieco wyżej choroby, nie-zwykle popularnej, dzięki której da się wytłumaczyć większość problemów związanych z dzieckiem.
ADHD – bo o niej mowa – narodziła się całkiem niedawno. Zakładam, że tak samo jak ja, pamiętacie własne dzieciństwo bez niej. I pewnie świat by sobie bez niej poradził, gdyby nie jej odkrywca, który na łożu śmierci przyznał się do wymyślenia choróbska na potrzeby spłacanie rat za samochód, dom etc. etc.
Ad rem: jakiś mądry psycholog nazwał zwlekanie prokrastynacją i powiązał zachowanie odkładania na później z milionami problemów wewnętrznych i za-burzeń. Tak, na co dzień: większość przypadków dałaby się wytłumaczyć zwyczajnym lenistwem (nie na darmo nazywana jest prokrastynacja syndromem studenta). Parafrazując przysłowie: co masz zrobić dziś, zrób jutro – będziesz miał jeden dzień wolny więcej.
Prokrastynacja budżetowa
Mamy również do czynienia ze zjawiskiem prokrastynacji budżetowej. Nie dotyczy ona jedynie obiektów państwowych i związanych z nimi urzędników, ale również firm prywatnych i podstawowych komórek społecznych zwanych rodziną.
Listopad i grudzień oznacza szał. Zawsze, odkąd tylko pamiętam życie pracownicze. Szaleńcza walka z czasem i próba odepchnięcia od siebie jak najdalej nadchodzącego nieubłaganie Nowego Roku. Skoro w budżetach państwówek coś się ostało, to postanowiły to wydać. Podobne plany powzięli decydenci w firmach prywatnych. Do tego szybko przeliczone budżety rodzinne: przyjeżdża rodzina na święta i na początku grudnia zapada decyzja, że dałoby radę rzucić się i pokazać nowe blaty kamienne. Dobrze, że dom już stoi.
Tylko na siłę trzeba wprowadzić się na święta. I nie ważne, że nie ma jeszcze posadzki w salonie. Blat musi być, bo trzeba mieć gdzie przygotować kolację wigilijną.
Od tych mniejszych się ustrzeżemy – zawsze można odmówić. Trudno, najwyżej obrażą się i nie wrócą. Przeżyjemy. Z tymi większymi i państwowymi, często sami sobie strzelamy w stopę (sam nie jestem lepszy). Nie weźmiemy – pójdą gdzie indziej. I może już nie wrócą – trzeba więc zrobić.
Do Mikołaja.
Mikołaju! Niech wszyscy mają dużo pieniędzy. Przynieś duże nominały w dużych workach. I żeby wszyscy chcieli mieć stoliki, blaty, kominki i inne cuda z kamienia. I sporą część zawartości tych worków niech zostawiają u nas, kamieniarzy.
Tylko, kurcze, przyjdź z tymi workami jakoś po wakacjach – nie w grudniu, drogi Mikołaju. Jako jedyny, chociaż Ty, nie bądź chory na tę przeklętą prokrastynację!
| « poprzednia | następna » |
|---|