
Trzymając nadal balladowy ton moich komentarzy do rzeczywistości, za motto przyjmę znowu tekst Wojciecha Młynarskiego:
Tych miasteczek nie ma już
Okrył niepamięci kurz
Te uliczki, lisie czapy, kupców rój
Płotek z kozą żywicielką
Krawca Szmula z brodą wielką
Co jak nikt umiał szyć ślubny strój
Wracając jakiejś z budowy przejeżdżałem obok miejscowości Raków położonej niedaleko Kielc. Pięknie wybudowana obwodnica zniechęca do skrętu, ale wspomnienie z dzieciństwa mną zawładnęło: czterdzieści lat temu, mój tata budował nieopodal most dla kolei i zabrał mnie pewnego razu ze sobą. I właśnie w tym Rakowie zaprowadził mnie do restauracji „Pod Gąską” gdzie, jak mówił, podają najlepsze „gęsie pipki” w Polsce. Raków był bardzo biedną, pożydowską mieściną – z piękną, co prawda, przeszłością (Arianie, powstania, partyzanci), ale niepewną dość przyszłością.
Restauracja mieściła się w rynku, wybrukowanym „kocimi łbami”. Na środku rynku stały chaotycznie stragany, gdzie handlowano wszystkim – od jajka do konia. Wokół rynku stały malutkie chatki, niektóre już przebudowane na murowane domy w stylu lat siedemdziesiątych. Czuło się tą małomiasteczkową senność i słodkość w powietrzu – taką, po której chętnie zamyka się oczy i albo śpi albo marzy. Pamiętam też lekko nieświeżego kelnera i mój strach, co to są te „gęsie pipki”. Tata się śmiał i nie chciał powiedzieć, aż w końcu kelner przyniósł wspaniałe gęsie żołądki w sosie własnym, których smak pamiętam do dzisiaj. A wokół siedzieli głównie panowie przy zakąskach i wódeczce – klimat lat siedemdziesiątych w czystym wydaniu. I to wspomnienie prowadziło mnie znów na rynek w Rakowie.
Nie spodziewałem się, że spotkam ducha tamtych lat, ale to, co zobaczyłem zezłościło mnie bardzo. Oczywiście restauracji już nie ma od lat, jest bar piwny „Pod Gąską”, w którym można coś zjeść, ale wymaga to dużej desperacji. Na rynku nowoczesne wiaty handlowe ustawione „pod sznurek”, obok koszmarna fontanna z granitu. Dalej coś, co ma udawać studnię, a cały plac wyłożony granitem. Wokół rynku, na domach, krzykliwe, kolorowe reklamy i może z pięć osób wsiadających albo wysiadających z samochodu.
Mam pełne zrozumienie konieczności zmian w urbanistyce miasta, sam jestem ich gorącym zwolennikiem. Rozumiem, że miasta nie mogą być skansenem. Ale takie zmiany niszczą tożsamość tego miejsca. Wraz z tym remontem, z którego ludzie są bardzo dumni, odparowała aura tego miasteczka. Taki rynek jest jak pieczątka postawiona a to w Rakowie a to w pobliskich Chęcinach czy w podczęstochowskim Olsztynie. Te brukowane uliczki, znalezionymi na okolicznych polach kamieniami; te pożydowskie małe domki z ławeczkami, na których wysiadywali mieszkańcy; ta knajpa ze swoimi specjałami – to było świadectwo pewnej autentyczności, ciągłości dziedzictwa kulturowego. Zaimportowany „Rynek wzór nr 3" ma się nijak do tego. Budowanie nowej tożsamości takiego Rynku będzie bardzo trudne.
Te wyślizgane chłopskimi wozami „kocie łby” były strażnikami pamięci. Przecież można było im, chociaż jakiś „rezerwat” urządzić – a tak wszędzie piękny, nowy, bezosobowy granit. Ktoś powie, że to biadolenie, przecież ludzie są zadowoleni, a wszystko tak elegancko wygląda. Ludzie w większości powtarzają, co im telewizja powie. Albo ksiądz. Edukacja w zakresie estetyki i kultury to temat, którego nikt nie chce poruszać. I bardzo źle. Przecież nikt nie każe korzystać z wychodka (skoro jest kanalizacja), ani jeździć furmanką (kiedy pod domem stoi samochód). Tu chodzi o to, że takie rynki to są zabytki urbanistyczne – krajobrazy należące do zbiorowości ogólnej, a nie tylko miejscowych notabli. Zachwycamy się urokliwymi miasteczkami we Włoszech czy w Chorwacji, a sami takie miejsca nieodpowiedzialnie zmieniamy.
To oczywiście zarzut do architektów i konserwatorów zabytków, ale również wyzwanie dla nas kamieniarzy. Postulujmy używanie miejscowych materiałów, nie dajmy sobie wmawiać, że „Unia to albo tamto”, bo to nieprawda. Nie polecajmy wszędzie granitu, zwłaszcza nie ze Strzegomia tylko z Chin (bo taniej i więcej się zarobi). Szukajmy dobrych rozwiązań „uszytych” na miarę miejsca i ludzi.
Rynki miast i miasteczek w większości już są zrewitalizowane – wygląda na to, że teraz przyszedł czas na obiekty sakralne. Postarajmy się w proboszczach wzbudzić refleksję, że może nie Yellow Pink będzie dobrym materiałem w historycznym wnętrzu kościoła. Może jednak Libiąż, może Morawica?
Jestem przekonany, że za te zunifikowane Rynki, kolejne pokolenia nam nie podziękują i będą bardzo krytyczne. Wiem, że to bardzo trudny temat i wiele osób twierdzi, że jest bezsilne. Ale rozmawiajmy, przekonujmy, uczmy. Tym bardziej, że negatywnym bohaterem tych zmian jest kamień – coś, na czym się znamy.
Na koniec dialog z pogranicza żartu i smutku:
– Dzień dobry, a co tu u pana tak mało ludzi?
– Przyjdo, przyjdo, ale pod wieczór jak z babami wytrzymać nie bedo mogli. Na piwo przyjdo.
– Na gęś już nie przychodzą?
– Panie, tera to ludzie pieniądze mają, kto by gęsi trzymał. Jak bedzie chciał to se w Bierdonce kupi. Tera to jeszcze po „pińcet” dostali, to by chyba gupi byli, jak by się z gadziną uganiali. Zresztą, na to gęś to tylko przyjezdni przyjeżdżali, głównie w niedziele. A piwo cały tydzień sprzedaje.
– To się u pana już tej gęsi nie zje? Bo wie pan – ja właśnie przyjezdny jestem, gęsie pipki myślałem, że zjem.
– Pipki mom, zrobie panu, ale trza będzie zaczekać, bo rozmrozić muszę. To co piwko podam?
– A nieee, dziękuję. Innym razem przyjadę.
Ps. Zachęcam wszystkich do odwiedzenia Rakowa, piękne okolice, wiele atrakcji i bardzo przyjaźni ludzie.
| « poprzednia | następna » |
|---|