Mistrz Antoni

Kategoria: Felietony   |   Autor: Michał Ziołowicz   |   Data: poniedziałek, 07 maja 2018 01:00

ziołowicz_antoni.jpg

W dzieciństwie na wakacje często jeździłem do dziadków na wieś. Któregoś ranka obudziło mnie wielkie poruszenie w domu. Na podwórku zobaczyłem obrazek jak z filmu. Zajechały trzy taksówki: dwie Wołgi i Warszawa (było to w latach siedemdziesiątych). W jednej taksówce był kapelusz i parasol, w drugiej torba z narzędziami, a w trzeciej siedział pan Antoni. Poczekał aż szofer otworzy mu drzwi, z fasonem zapłacił i przywitał się z moim dziadkiem. Wszyscy zaniemówili, a pan Antoni – jeszcze jedną nogą w dniu wczorajszym – oświadczył, że u niego słowo droższe od pieniędzy i skoro się umówił, że poprawi piec i wymaluje mieszkanie, to oto przybył. Dziadek, mocno zaskoczony, powiedział, że umawiali się trzy miesiące temu. Pan Antoni – niewzruszony – odpowiedział, że umawiali się na wtorek, a on nie powiedział na który i dzisiaj jest właśnie ten wtorek.

Pan Antoni był najlepszym fachowcem w okolicy, zdunem nad zdunami i tak zwaną złotą rączką. Przy tym miał wszystkie możliwe wady, a jego wyczyny obrosły legendą. I chyba za fantazję ludzie nie potrafili się na niego gniewać i mieć pretensje, że przyjedzie nie jutro, a za trzy miesiące. Miał też pan Antoni swój honor: jak się jakiś wzorek nie podobał, to pieniędzy nie brał, lecz zmienić nie zmieniał. Dzięki temu kuchnia babci przez wiele lat miała odcień wściekłej ultramaryny z białymi wzorkami jak koronki łowickie. Mistrz Antoni co prawda pytał, co by gospodyni chciała, ale traktował to raczej jak luźną sugestię. I koniec końców robił to, co sam uważał.

Często zastanawiałem się dlaczego ludzie się na to godzili. W końcu zrozumiałem, co było przyczyną. W tych czasach po prostu był szacunek dla profesji. Jak Antoni był zdunem z dziada pradziada, to nikt, łącznie z księdzem proboszczem, nie mówił mu jak ma piec postawić i jakie zaprawy czy kafle ma użyć. Świat był prostszy w zrozumieniu – byli murarze, piekarze, krawcy, rolnicy, kierowcy...
Kilka dni temu rozmawiałem z pewną panią, która usilnie namawiała mnie, żebym przyjechał do niej, bo ona ma dużą robotę. Siedem schodów, dziewięć parapetów i cztery metry posadzki. Wszystko kupiła przez internet – trochę trzeba dociąć, ale przecież zawsze tak jest. Klej już kupiony, fuga też – najlepiej żebym od razu z ludźmi przyjechał i wszystko zrobił do niedzieli. Pani była tak zachwycona swoją operatywnością, że przez kilka minut opowiadała mi o swojej zaradności i sprycie. Kiedy wreszcie doszedłem do głosu i powiedziałem pani, że nie wykonuję tego typu usług, wpadła w szał i nic nie pomagało. Odmowa była nie do przyjęcia – ani grzeczna, ani stanowcza. Pani była tak wściekła, jakbym ją co najmniej porzucił w kościele przed ołtarzem. Ta awantura dała mi impuls do małej klasyfikacji naszych klientów.

1. Klient „Fachowiec”.
Wszystko wie. Ze szwagrem, który jest w Niemczech, kładli schody u teścia. Na pewno by lepiej to zrobił, ale lekarz mu zabronił wysiłku (130 kg robi swoje) i dlatego tu przyszedł. Dopóki nie włączy się żona i nie uspokoi gościa („Zdzichu przestań pie...ć! Ty nawet żarówki nie umiesz wymienić.”), wysłuchujemy całej tyrady na temat jak należy wykonywać nasze roboty. Po pacyfikacji klient trochę normalnieje, szwagier okazuje się porządnym gościem, tylko na koniec nasz Fachowiec usiłuje nam urwać z wypłaty za nadmiarowe zużycie kleju czy odpady cokolików. W sumie typ do opanowania – łatwiej, gdy mamy sojusznika w osobie żony czy teściowej.

2. Klient „Sherlock Holmes”.
Przejrzał nas wylot, wie jak chcemy go oszwabić, jak oszukamy go na metrach i materiałach. Całe zlecenie to dla niego wyzwanie, szansa żeby wykryć spisek i złapać złoczyńców. Będzie wszystko sprawdzał, mierzył i dopytywał, aż w końcu doprowadzi wykonawcę do stanu, w którym przestępstwo naprawdę może się zdarzyć. Współpraca z Sherlockiem w zasadzie jest niemożliwa, ponieważ mamy różne cele do osiągnięcia. Zazwyczaj po jakiejś większej awanturze trzeba przerwać prace, ale koniec końców nadchodzi kres gehenny i klient zapłaci należne wynagrodzenie – oczywiście stwierdzając, że został oszukany, ale chce już zakończyć sprawę i dlatego nam płaci.

3. Klient „Pierdoła”.
Nic nie wie, niczego nie rozumie, ale wie, że chce. Nie wie jaki chce kamień, ale ma być ładny i tani. „A w kuchni to może tylko do połowy, a w przedpokoju to może gres damy.” Decyzje zmieniają się jak poglądy naszych polityków. Krople na uspokojenie trzeba mieć pod ręką. Początkowo patrzymy na Pierdołę z pobłażliwością, ale z biegiem czasu budzi on w nas bestię. Najgorsze jednak spotka nas na końcu, kiedy dowiemy się, że on nie wie jak się to stało, że tyle tego kamienia poszło, a przecież on nie ma tyle pieniędzy i musi to jakoś na raty rozłożyć.

4. Klient „Jaśnie Pan”.
„Proszę, oto tłusta zaliczka. Rozumiem, że wchodzi pan jutro. Ilu będzie ludzi? Czterech? Nie, proszę pana, co najmniej dziesięciu. Jak to nie ma frontu robót? To proszę go stworzyć. To pana problem.” A potem jest już tylko gorzej. Bezustanne pretensje, że za mało ludzi. Nigdy nie ma czasu, ciągły brak decyzji i szantaże, że „jak pan skończy to i to, to dostanie pan pieniądze”. Nie pomaga tłumaczenie, że brak decyzji blokuje prace, że zmiany w trakcie realizacji to koszmar, że to wszystko kosztuje… Na koniec – jeżeli przetrwamy – obetnie nam znaczną część wynagrodzenia, bo przecież nie dotrzymaliśmy terminu. I tak będziemy się cieszyć, że nie chce nam dołożyć jakiejś roboty i możemy odejść jak najdalej.

5. Klient „Pitagoras”
Ma wszystko wyrysowane, pomierzone, wyliczone. Wzbudza początkowo wesołość i niedowierzanie. Często jednak okazuje się, że naprawdę jest pomocny, potrafi faktycznie pomierzyć i wyrysować poszczególne elementy czy układ posadzek. Może się okazać, że współ-praca z Pitagorasem będzie naprawdę udana.

6. Klient „Czarna Wdowa”
Upiór kamieniarza. Najczęściej to bardzo szykowna pani, z nienagannymi manierami, kapiąca seksapilem. Jej powłóczyste spojrzenia i rzucone od niechcenia: „mąż ze wszystkim zostawia mnie samą”, to zręczna gra. Wybiera najdroższe materiały, umawia się w kawiarniach na rozmowy o projektach i kolejnych wersjach. Zanim się ockniemy, zainwestowaliśmy w tą piękność kilkanaście tysięcy złotych. Aż tu nagle wkracza na scenę pan mąż i stwierdza, że to wszystko nie jest tyle warte, że jego żona jest uwodzona i napastowana i że zaliczka, którą zapłaciła, powinna wystarczyć na wszystko. Kończy się w sądzie ugodą „za zwrot kosztów” i ciężkim czasem dla naszego małżeństwa.

7. Klient „Porządny”
Gatunek prawie wymarły. Wyniszczony przez nieuczciwych wykonawców. W swej ostatniej postaci słucha i współpracuje z nami niezwykle konstruktywnie. Angażuje się w prace pomocnicze i szuka oszczędności tam, gdzie sam może coś pomóc lub załatwić. Nie poucza i nie oskarża, dyskutuje o różnych rozwiązaniach, ze zrozumieniem słuchając różnych argumentów.
Jeżeli Porządny trafi na dobrego wykonawcę, często pozostają w przyjaźni i polecają się latami. Przez różnych podpowiadaczy uważany za frajera, ale tak naprawdę ma zazwyczaj dobrze i tanio wykonane prace.

8. Klient „Inspektor”
Gehenna murowana. Bezustanne szukanie błędów i problemów. Wymyślanie nieistniejących norm i powoływanie się na znajomego kamieniarza, który powiedział, że „tak się nie robi i wszystko jest do d...”. Udręka gwarantowana i do momentu ciężkiej awantury w zasadzie droga ku przepaści. Po awanturze jest szansa zakończyć i rozliczyć prace, ale wszyscy są obrażeni i nie ma szans na satysfakcję po dobrze wykonanej pracy.

I zasadnicze pytanie: czemu to tak się dzieje, że tak trudno o dobrą współpracę? Przecież wszyscy wiemy, że to nie po jednej stronie jest problem. Nie ma właściwego szacunku do wykonawców. Przyjęło się uważać, że na pewno ten kamieniarz chce nas oszukać, a szwagier mówił żeby uważać. Nie szanuje się też klientów – coś się tam dopisze, coś podmieni, przecież się nie zorientują.

Nie ma już pana Antoniego z jego ekstrawagancją i pozycją mistrza nad mistrzami. Nie ma już rozliczeń „sto pięćdziesiąt złotych, litr wódki i dwadzieścia jajek”. Pan Antoni uwielbiał swoją pracę i swoich klientów, nigdy nie próbował nikogo oszukać. Nie było też słychać, żeby ktoś nie wypłacił należności panu Antoniemu. A jak kiedyś ksiądz proboszcz ośmielił się mieć inne zdanie i chciał, żeby Antoni wymalował plebanię na żółto, a nie na niebiesko, to pan Antoni mu odpowiedział: „Dobrze, ale w niedzielę mszę też będziemy razem odprawiać. Ksiądz się zna na malowaniu tak samo, jak ja na odprawianiu mszy.” Plebania w końcu była zielona, światło u proboszcza świeciło się do rana, a mszę rano musiał wikary odprawić…

Najnowszy numer
6/2025 (139)

grudzień 2025 – styczeń 2026

Zamów darmową prenumeratę

Ogłoszenie drobne
kup, sprzedaj, zamień...

noimage
2025-12-08 00:00:00
Sprzedam automat polerski firmy PROMASZ, mało używany, z głowicą. Cena do uzgodnienia. Krotoszyn. Tel. 607 334 259

Reklama W Kurierze
Poznaj zalety naszego pisma

  • Kurier Kamieniarski to dwumiesięcznik – najstarszy na rynku kamieniarskim, wydawany od 1997 r. Jest bezpłatnie wysyłany do ponad 4.000 osób i firm związanych z branżą kamieniarską.
  • Nasza baza adresowa jest na bieżąco aktualizowana, a co tydzień dopisujemy do niej nowe firmy. Stale zdobywamy nowe kontakty biorąc udział w targach i spotkaniach branżowych.
  • Osiągamy ponad 99% skuteczność - z wysłanych 4.000 egzemplarzy wraca do nas nie więcej niż 30-50 szt.