Ludzi potrzeba praktycznie w każdej branży – od „spożywczaka” pani Zosi po budowę biurowca o gigantycznej powierzchni pod przyszły wynajem. Jak to się w naszym kochanym kraju czasami zdarza, spotkała nas klęska urodzaju i popyt na pracę przerósł znacznie podaż. Nie tylko na naszym budowlano-kamieniarskim poletku sytuacja jest ciężka.
Mokry sen HR
Jak grzyby po deszczu wyrastają agencje pracy tymczasowej i nie tymczasowej, które obiecują dostarczenie wszelkiej maści pracowników wykwalifikowanych zza wschodniej granicy lub zza kilku granic w kierunku wschodnim palcem po mapie podążając.
Rzeczywistość
...jak zawsze jest inna. Realia do obietnic mają się tak mniej więcej, jak marzenia kanclerz Merkel, że uchodźcy przyjeżdżający do Niemiec to szukający pracy architekci, lekarze etc., do faktycznego ich stanu wykształcenia i chęci do pracy.
Po części jesteśmy krajem tranzytowym. Nie można jednak powiedzieć, że większość ludzi przyjeżdżających do pracy do Polski marzy o ucieczce dalej na zachód. Większość z nich nie przeżywa u nas szoku kulturowego. Języki pochodzą z jednej grupy słowiańskiej (myślę oczywiście o Ukraińcach i Białorusinach – z innymi jest gorzej, ale o tym później), sporo Polaków mówi po rosyjsku, a jeśli nie mówi, to sporo z niego rozumie.
I tak przyjeżdżają do nas ci lekarze, prawnicy i pracują w… marketach lub na budowach. Zupełnie jak my kilka lub kilkanaście lat temu wstecz w Niemczech, Francji, Irlandii etc.
Pamiętam, jak mój kolega wyjechał jako poligraf, żeby po dwóch latach w Anglii zostać szefem kuchni w małej restauracji. Absolutnie nic w tym złego, że ludzie ci przyjeżdżają do nas w poszukiwaniu pracy i płacy. Gdyby nie oni, większość branż, na czele z budowlaną, leżałaby na łopatkach.
Budowa wieży Babel
Nie zaspokajają oni całego popytu, poszukiwania trwają więc dalej. Działają agencje sprowadzające do pracy ludzi z Nepalu (z nimi też dość łatwo się porozumieć, bo wielu z nich włada angielskim), pełno mamy Hindusów pracujących w uber eats czy wszelakich call center. Mocno eksploatuje się również te bardziej odległe od nas byłe republiki sowieckie. I tu zaczynają się małe komediodramaty.
Jak w mappetach świętej pamięci Jima Hensona
Przyjeżdżają do nas Gruzini, Tadżycy etc. I tu z autopsji mogę powiedzieć, że zaczynają się schody. Naprawdę, wyższym poziomem abstrakcji jest próba rozmowy, w której żadna ze stron praktycznie nie zna ani jednego wyrazu z języka, którym posługuje się druga. Miałem przyjemność przeprowadzić taką rozmowę z Gruzinem, który chciał, żebym pokazał mu, gdzie może podłączyć myjkę ciśnieniową. Dopóki nie przyniósł przewodu, nie miałem kompletnie pojęcia, czy chce jeść, spać czy... (wstawcie dowolne). Przed oczami miałem „szwedzkiego kucharza” z mappetów, który posługiwał się sobie tylko znanym językiem. Dzięki temu, podczas tej próby konserwacji, popłakałem się prawie ze śmiechu. Podobno mówił do mnie po rosyjsku. Tak przynajmniej powiedział mi pracujący z nami Ukrainiec, który śmiejąc się powiedział mi również, że mimo tego, iż od urodzenia posługuje się rosyjskim, ledwo rozumie gruziński–rosyjski. Uwierzcie mi: tadżycki– rosyjski jest jeszcze lepszy. A i Tadżyków można na budowach spotkać.
Przyniesie przez losowanie
Wyższym poziomem abstrakcji okazuje się również próba przekazania, czego podczas pracy na budowie ci potrzeba. W pewnym momencie dochodziło do tego, że pracownicy robili zakłady, co tym razem przyniesie im mieszkaniec byłych republik Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich. Chcesz taczkę, dostajesz wiadro. Chcesz szczotkę, dostajesz śmietniczkę.
Nie tylko my
Nie, nie. Nie tylko nas to dotyczy. Znajomy Ukrainiec dorabiający w weekendy na różnych małych zleceniach wspomniał mi ostatnio, że po jednym dniu przy pakowaniu paczek został brygadzistą, ponieważ jako jedyny był w stanie porozumieć się ze wszystkimi zatrudnionymi pracownikami (osiem osób) i managerem, który, gdyby nie nowy brygadzista, musiałby wszystko tłumaczyć w sposób manualny. Ewentualnie pozostałby do dyspozycji nie znający granic międzynarodowy język miłości…
Wieszcze
...zapowiadają spowolnienie. Zapewne wtedy nastąpi zatrzymanie podążania w głąb tej paszczy szaleństwa. Nie jest to oczywiście dobry prognostyk. Schłodzenie gospodarki to nigdy nic dobrego. Z drugiej strony jednak trafiłem na artykuł o agencji chcącej sprowadzać pracowników z Filipin – jako kraju chrześcijańskiego, podobno zbliżonego do naszego kręgu kulturowego…
Nie wiem, gdzie sięgną dalej.
| « poprzednia | następna » |
|---|