
Do niedawna myślałem, że nic mnie już nie zaskoczy. Okazuje się, że nowe dni przynoszą nowe zdarzenia, które potrafią zaniepokoić i wprawić w osłupienie nawet niespotykanie spokojnego i wyważonego człowieka, za jakiego się uważam. Przynajmniej nie żyję w nudnych czasach. #lbkik
Gdzieś w Polsce trwa przebudowa obiektu o wysokiej randze historycznej. Spodziewana wartość elementów z kamienia wynosi grubo ponad milion złotych. Inwestor zaprasza do składania ofert. Dla zapytań tego typu problem pojawia się w momencie doboru materiału kamiennego na zewnętrzne posadzki i schody.
Jak wiadomo do tego zagadnienia należy podejść z dużą dozą ostrożności i zachowawczości – nie chcemy bowiem po krótkim czasie użytkowania zorientować się, że dostarczone wyroby nie są wytrzymałe, bezpieczne i trwałe. Z tego powodu oferowane materiały przechodzą szereg badań: nasiąkliwości, porowatości, wytrzymałości na zginanie, odporności na poślizg, odporności na ścieranie i mrozoodporności. Po uzyskaniu odpowiednich wyników z badań można wybrać materiały odpowiednie do danego zastosowania.
Dla dostawców to bardzo istotny moment, który stanowi o przyjęciu lub odrzuceniu ich oferty. Jednak i z tym poradzi sobie zaradny Polak.
I tu zaczyna się opowieść z piekła rodem. Założeniem wyjściowym pewnie było to, że granit jest mocny, trwały i wieczny, więc badania są tylko formalnością. Idąc tym tokiem rozumowania oferent z kupki na biurku wylosował pierwszy lepszy protokół z badań, zeskanował i za pomocą oprogramowania OCR przemienił na tekst. OCR poradził sobie z tym zadaniem wybornie zachowując dość wiernie całą architekturę dokumentu, nie wyłączając fragmentu, który kiedyś prawdopodobnie był pieczątką.
Jak się pewnie domyślacie, kolejnym krokiem była mała podmiana danych: daty wykonania badań, nazwy zleceniodawcy, nazwy materiału. Genialny w swej prostocie pomysł, ale…
Uważny obserwator zobaczy, że na protokole znajdziemy odwołania do nieaktualnych norm (PN-B-11202), badania dotyczą kamienia pochodzącego z nieistniejącej kopalni, a samo świadectwo nie posiada podpisu. Oczywiście oferent zapewnia, że wszystko jest prawdziwe, prawidłowe i aktualne.
Co można zrobić w tej budzącej wątpliwości sytuacji? Zadzwonić do laboratorium, które ten dokument rzekomo wydało.
W tym przypadku pracownik laboratorium nie pamiętał, by dwa dni wcześniej jakikolwiek dokument o podobnej treści sporządzał. Zapewnił również, że nie wykonuje badań według archiwalnych norm ani nie pozostawia sprawozdań bez podpisu.
Jak ustaliliśmy, protokół to zwykłe fałszerstwo, troszkę nawet naiwnie głupie. Zgodnie z Ustawą o wyrobach budowlanych materiał wprowadzony na podstawie takich poświadczeń nie może być montowany w obiekty. Sam fałszerz pewnie wkrótce zawita do spowiedzi u prokuratora – czego jemu życzę, a Państwu poddaję pod rozwagę.
| « poprzednia | następna » |
|---|