Reklama


Artykuły

Nie da się

Autor: Jarek Mirowski   |   Data publikacji: czwartek, 07 września 2017 01:00

Słowa, które słyszymy niestety bardzo często. W pracy, w urzędzie, na ulicy. Nie zawsze w tej samej formie, ale w niezmiennym przekazie.

Klamka zapadła, róbcie, co chcecie, system padł, „święty Boże nie pomoże”. Ktoś, gdzieś właśnie postanowił utrudnić wam nieco życie i przedłużyć drogę w dotarciu do celu.

Ktoś poczuł, że ma nad nami przewagę.
Przewagę – nie władzę – ale to wystarczy. Ochroniarz na bramce, na budowie lub w sklepie. Nie da się, nie wejdziesz. Przypomina się Co mi zrobisz jak mnie złapiesz i świętej pamięci Bronisław Pawlik przekraczający bramę dzięki tekturowej metce z dziecięcego dmuchanego kółka. Albo strażnik na lotnisku w Misiu. Czasy się zmieniają, ludzie nie. Pani w sklepie, która stwierdza, że czegoś nie da się: pokroić, wymienić, zwrócić, sprowadzić – wybierzcie właściwe.

Dam mu do pieca, poprawię se humor.
Ochroniarz i pani w sklepie to pikuś. Jakoś to człowiek przeżyje, pójdzie naokoło, albo jakoś dziadygę i babę udobrucha. A co robić, kiedy to kierownik lub inspektor poczuje, że czegoś się nie da zrobić? Odebrać roboty na ten przykład? Zaczynają się schody, nawet nie schodki... Wszystko niby w porządku, ale... Właśnie: „ale”. „Ale” niewynikające kompletnie z niczego.

Pracownicy.
Nie wiem, czy nie gorsza wersja. Czasami wynika z lenistwa, czasami z braku umiejętności. Również im załącza się ten sam zwrot. Nie da się. Za ciężkie, za duże, za skomplikowane, coś ty wymyślił. Et cetera, et cetera, et cetera... Rozpoczyna się walka z wiatrakami.

My.
Na końcu my. Czasami bez zastanowienia. Nie da się. Czasami faktycznie się nie da, nie ma możliwości – blat nie zmieści się na klatce i nie da się go wnieść na czterdzieste piętro. Ale czasami nam się nie chce, nie mamy ochoty. Jeszcze większa walka z wiatrakami, bo z samym sobą. A wystarczyłoby się zastanowić, pomyśleć, pokombinować. Zdarza się, że nawet powinno się czegoś douczyć, spojrzeć, poszukać. A tu nie. Nie da się. A potem przychodzi wstyd, bo pojawia się ktoś inny, kto stwierdza „da się”, robi to i spogląda na nas z błyskiem tryumfu w oczach.

Komuś zdechła rybka.
Komuś rozchorował się pies, ktoś wstał lewą nogą, a ktoś wstając tą lewą nogą nadepnął przy okazji na tego chorego psa, a choroba wynika z tego nadepnięcia. Różne rzeczy się zdarzają. Nam – nie innym. Jaki jest tego sens, aby przenosić to na resztę świata, która nie do końca musi być winna? I co ważniejsze niekoniecznie chce nam współczuć? Jeśli są ku temu podstawy – powiedzmy, że w porządku. Jeśli problem jest duży – wypada oczekiwać pomocy. Ale większość tych problemów to błahostki, które postanawiamy powiększyć do rozmiarów gór lodowych zdolnych zatopić Titanica.

Nie przepadam za słynną amerykańską odpowiedzią: I'm fine. Niezależnie od tego jak jest – jest dobrze. To też nie jest zdrowe i wymaga chyba zażywania jakichś pigułek szczęścia na dłuższą metę. Ale ukradnijmy im tego tylko trochę. Żeby się dało. Nie zawsze, ale trochę częściej. Nie buńczucznie: „kto jak nie ja”, ale częściej z pozytywnym nastawieniem. Szkoda życia na marudzenie i ćwiczenie elastyczności mózgu przy negocjacjach.

Może dzięki temu żyłoby się nam trochę łatwiej.

przeczytaj cały artykuł

Nieuczciwa konkurencja

Autor: Dariusz Wawrzynkiewicz   |   Data publikacji: czwartek, 07 września 2017 01:00

W większości rozmów z szefami firm słyszę o nieuczciwych konkurentach. A to, że zaniżają ceny, że robią dziadowską robotę i psują opinię o kamieniarstwie, że używają innego kamienia niż zadeklarowany – oczywiście tańszy. Takich opinii jest tak dużo, że zastanawiam się gdzie są ci, którzy stosują takie metody.
Faktycznie, takich przypadków jest sporo, więc podejrzewam, że takie lub inne „metody” pozyskiwania zleceń lub uzyskiwania dodatkowego zarobku stosują prawie wszyscy.

Kiedyś jednego z kamieniarzy – który cieszył się, że sprzedał nagrobek z Nero Zimbabwe, jako zrobiony z Czarnego Szweda – zapytałem, czy uważa, że to jest w porządku wobec klienta i konkurentów. Nie powiedział wprost, tylko zaczął opowiadać o konkurencie, co to on nie robi i jaką jest nieuczciwą konkurencją.

Czyny nieuczciwej konkurencji są dość precyzyjnie określone w ustawie z dnia 16 kwietnia 1993 roku. Otóż wg. prawa czyn nieuczciwej konkurencji to działanie sprzeczne z prawem lub dobrymi obyczajami, jeżeli zagraża lub narusza interes innego przedsiębiorcy lub klienta.
Zgodnie z art. 3 ustawy czynami nieuczciwej konkurencji są w szczególności:

– wprowadzające w błąd oznaczenie przedsiębiorstwa,
– fałszywe lub oszukańcze oznaczenie miejsca pochodzenia towarów lub usług,
– wprowadzające w błąd oznaczenie towarów lub usług,
– naruszenie tajemnicy przedsiębiorstwa,
– nakłanianie do rozwiązania lub niewykonania umowy,
– naśladownictwo produktów,
– pomawianie lub nieuczciwe zachwalanie produktów lub usług,
– utrudnianie dostępu do rynku,
– przekupstwo osoby pełniącej funkcję publiczną,
– nieuczciwa lub zakazana reklama,
– organizowanie systemu sprzedaży lawinowej,
– prowadzenie lub organizowanie działalności w systemie konsorcyjnym.

Te czyny wymienione zostały w ustawie, jako przykładowe, gdyż zakres działań, które można potraktować, jako czyn nieuczciwej konkurencji jest ogromny i nie byłoby możliwe stworzenie pełnego katalogu takich działań. W praktyce każdorazowo ustalenie, czy dany czyn jest czynem nieuczciwej konkurencji, rozpatruje sąd indywidualnie.

Trzeba pamiętać, że kara za takie czyny może być duża – włącznie z wyrokiem pozbawienia wolności do lat 8.
Jednak to, co tak często jest przywoływane, jako czyn nieuczciwej konkurencji – zaniżanie cen – jest oczywiście ujęte w prawie, ale dość trudne do udowodnienia. W prawie mówi się o „rażącym zaniżaniu ceny”. W praktyce trzeba udowodnić, że cena była niższa od kosztów wytworzenia lub nabycia materiałów. A to jest trudne.

Mimo wszystko warto pamiętać, że można mieć duże kłopoty, kiedy usiłuje się różnymi sztuczkami osiągnąć cel.
Koniec końców, klient od nagrobka z Nero Zimbabwe imitującego Czarnego Szweda może dochodzić swoich roszczeń. Niezależnie od wyników będących efektem jego zaangażowania, wyrobi sobie o nas określoną opinię. A ludzie zwykle chętniej dzielą się z innymi złymi opiniami niż dobrymi.
Co zresztą sami robimy opowiadając o nieuczciwych konkurentach.

przeczytaj cały artykuł

Kamieniarstwo 3.0

Autor: Dariusz Wawrzynkiewicz   |   Data publikacji: środa, 05 lipca 2017 09:00

kam_3.jpg

Ostatnio dużo myślałem o naszej branży i jej rozwoju, szczególnie w odniesieniu do branż konkurencyjnych. Sięgnąłem również do literatury, poszukując powodów słabej pozycji kamieniarstwa w stosunku do ceramiki, tworzyw czy drewna.

Postanowiłem poszukać odpowiedzi na pytanie, co można zrobić, aby zmienić stan obecny. Z tego powodu powstał poniższy tekst. Niech będzie wstępem do dłuższego cyklu, który być może rzuci nowe światło na aktualną sytuację w branży.

W kolejnych numerach postaram się publikować teksty, rozmowy z branżystami i prezentacje firm, które pomogą znaleźć bodźce do rozwoju i pokazać możliwe kierunki działania.

Dla potrzeb zrozumienia zmian, do jakich doszło w naszej branży skorzystam z nazewnictwa wywodzącego się z branży informatycznej. Ponieważ mamy z tym do czynienia, na co dzień każdy na pewno zauważył, że kolejne wersje oprogramowania oznaczane są kolejnymi liczbami. A jeśli zmiany nie są radykalne, to wersje nazywane są według schematu 1.1, 2.2 itd.
Ostatnio z takim nazewnictwem spotkałem się również w innych dziedzinach. W aptece widziałem jeden z medykamentów, w którego nazwie pojawiła się końcówka 2.0 – producent pewnie chciał zaznaczyć, że to druga, udoskonalona wersja preparatu. Nieco bliżej naszej branży przykład można znaleźć w nazwie płytek ceramicznych z Opoczna: Atakama 2.0. Również w radio natknąłem się na audycję pt. „Człowiek 2.0”, w której naukowcy dyskutują o tym, jak wygląda dziś nowa wersja Homo sapiens.

Nasza branża ma wielowiekową tradycję, ale pozostańmy przy historii najnowszej. Przed zmianami ustrojowymi w 1989 roku, kamieniarstwo w Polsce było branżą z nienajlepszymi możliwościami technologicznymi. W ofercie były prawie wyłącznie rodzime materiały o dość ograniczonej gamie kolorystycznej – do tego trudno dostępne. Branża opierała się w praktyce o zakłady rzemieślnicze i chyba jedną tylko firmę państwową – Kambud. Kamień był traktowany, jako materiał bardzo luksusowy, a brak technologii i dostępu do materiałów były powodem wysokich cen i małej popularności kamienia. Okrojone możliwości nie pozwalały na rozwój branży oraz na powstawanie zakładów, które zasługiwałyby na określenie przemysłowe.

Kamieniarstwo 1.0
Pierwszą zauważalną zmianą było pojawienie się możliwości importu materiałów ze świata. To było coś – już nie tylko szary granit załatwiony cudem w strzegomskiej kopalni.
Był to okres zachłyśnięcia się kolorami. Oferowano je w kamieniarstwie nagrobkowym nie bacząc na to, że jednak cmentarz to nie miejsce na szaleństwa kolorystyczne. Ale zakłady rozwijały się – tym bardziej, że powstały warunki do rozwoju prywatnych firm.
Dodatkowo pojawił się zbyt na usługi budowlane. Jednakże o ile z realizacją produkcji nagrobkarskiej nie było problemów, to nawet stosunkowo proste zlecenia budowlane stwarzały spory problem. Cięcie płyt prymitywnymi piłami diamentowymi obarczone było sporymi wadami. Piły przy cięciu płyt na grubości „budowlane” – 2 i 3 centymetry – były nieekonomiczne i mało dokładne. W tym okresie „dokładność” cięcia tworzyła nowe określenia metryczne, np. „słaba i mocna trójka” (czyli od 2,7 do 3,3mm).

Kiedy wymiana walut stała się prostsza, dla niektórych zakładów powstały możliwości rozbudowy parku maszynowego. Mimo to zakup fabrycznie nowej maszyny był dla większości firm polskich nieosiągalny z powodów finansowych. Zaczęto więc importować z Zachodu maszyny używane. Nie były to maszyny z serii nowoczesnych, ale i tak spowodowały skok cywilizacyjny.
Część zakładów coraz śmielej podejmowała się realizacji budowlanych i odkrywała zupełnie nowe, większe rynki zapotrzebowania na kamień. To był ratunek dla firm działających głównie w segmencie nagrobkarskim, ponieważ zapotrzebowanie na nagrobki w zasadzie nie zmieniało się, a liczba zakładów ciągle rosła. Przy niezmiennej wielkości tego rynku skutkowało to spadkiem cen i bezpardonową konkurencją.
Konkurencja jest jednak zwykle motorem rozwoju. Tak też się stało i w tym przypadku.

Powstawały kolejne firmy, a istniejące powiększały potencjał. W segmencie nagrobkarskim nastał więc trudny okres. Ograniczona głębokość rynku – w kontekście rosnącej liczby firm produkujących masowo nagrobki oraz importu gotowych pomników z Chin – spowodował poważne problemy dla małych zakładów. Część z nich zaczęła coraz częściej podejmować się robót w kamieniarstwie budowlanym.

Wreszcie za sprawą funduszy unijnych pojawiły się możliwości zakupu maszyn i urządzeń nowych i nowoczesnych.

Kamieniarstwo 2.0
W zasadzie jest to ten etap rozwoju kamieniarstwa, jaki obecnie jest najczęściej spotykany.
Za sprawą dofinansowań unijnych i łatwo dostępnych kredytów zakłady masowo inwestowały w zakup nowych maszyn. Pod względem technologicznym nie mamy obecnie powodów do kompleksów.

Niestety, dość często zakupy były (i są) realizowane bez realnego dopasowania kupowanej technologii do możliwości zbytu. W zakładach często pojawiają się maszyny o możliwościach produkcyjnych wielokrotnie przewyższających zapotrzebowanie rynku i możliwości sprzedażowe firmy. Dlatego wzrosty produkcji w takich zakładach były niewielkie, a koszty pozostawały ogromne, ponieważ środki unijne stanowiły tylko część wydatków na zakup, a reszta pochodziła z kredytów, które trzeba spłacać. I tak zakłady, pomimo znacznego rozwoju technologicznego i sporych inwestycji, borykają się z utrzymaniem płynności finansowej.

Największą wadliwością obecnego stanu jest w większości firm ich nierównomierny rozwój. Materiały są, techniczne możliwości obróbki też. Czego zatem brakuje? Można zaryzykować stwierdzenie, że dwóch zasadniczych składników.
Pierwszym z nich jest organizacja. Wywodzące się z tradycji rzemieślniczej zakłady są firmami, które bardzo rzadko rozbudowują własne struktury pionowe. Jeśli nawet powołuje się dyrektora produkcji, szefa sprzedaży czy dyrektora marketingu, to nie mają oni w gruncie rzeczy żadnej decyzyjności. Nadal wszystkie decyzje podejmuje szef.

To podstawowy problem opisywany w literaturze. Rosnąca firma o zarządzaniu jednoosobowym rozwija się, ale następuje moment, kiedy w podejmowaniu decyzji szefa powinni zastąpić specjaliści. To krok niełatwy do wykonania, bo decyzja o oddaniu władzy na jakimś polu pracownikowi jest bardzo trudna. Argumentacja klasyczna – przecież ja zbudowałem tę firmę od zera i dałem radę, to czemu teraz miałbym sobie nie poradzić? Oraz drugi sposób myślenia: „ja zrobię to lepiej”.

Tymczasem im większa firma, więcej zleceń, tym więcej problemów i przy jednoosobowym podejmowaniu decyzji – więcej błędów. Poza tym, nawet jeśli początkowo operator (inżynier, mechanik) nie będzie miał takiej wiedzy o maszynie kamieniarskiej jak szef, to z czasem ją nabędzie. A zwolnienie go z konieczności podejmowania decyzji wcale nie zmusi go do zdobywania tej wiedzy. Taki kwalifikowany inżynier czy doświadczony operator zapewne zaprotestowałby w przypadku pomysłu zakupu szybkiej, wielogłowicowej polerki do zakładu, w którym sprzedaż wynosi 100 m2 kamienia miesięcznie. Chyba, że życie pokazało, że szkoda strzępić język, bo i tak szef wie lepiej...

Podobnie z systemem sprzedaży, który wydaje się być drugim składnikiem ograniczeń rozwoju firmy. Dobry specjalista w dziedzinie sprzedaży będzie znajdował kolejne sposoby na dotarcie do klientów. Szef – nawet z ogromnym doświadczeniem w branży, ale nieposiadający wiedzy teoretycznej i z bagażem własnych metod działania i tradycji – nie podbije rynku.

I tak doszliśmy do koncepcji, że trzeba wykonać kolejny krok, aby o swojej firmie powiedzieć:

Kamieniarstwo 3.0
Jak widzę taki zakład? Przede wszystkim z doskonałą dopasowaną do wielkości rynku, który obsługuje, strukturą organizacyjną. Począwszy od zakupu materiałów, ich obróbki (w tym rozwoju linii technologicznych) po system sprzedaży i pro-mocji. Po drugie: z rozbudowanym i przemyślanym system sprzedaży. I trzeci element – w zasadzie też należący do zagadnień sprzedażowych – to system docierania ze swoją ofertą do maksymalnej liczby klientów i sposób reagowania na zmiany na rynku, czyli sprawny i nowoczesny marketing.

W kolejnych numerach Kuriera Kamieniarskiego, chciałbym szerzej opisać te zagadnienia. Chciałbym też zaprezentować przedsiębiorstwa chętne do pokazania swoich dokonań na drodze do Kamieniarstwa 3.0. Zapraszam firmy, które uważają, że już są w kategorii 3.0 oraz firmy, które są na drodze ku niej, czyli mogą się określić, jako Kamieniarstwo 2.5 lub Kamieniarstwo 2.8.

Dariusz Wawrzynkiewicz
tel. 795 630 608
wawrzynkiewicz@kurierkamieniarski.pl

 

przeczytaj cały artykuł

Koń a sprawa polska

Autor: Michał Ziołowicz   |   Data publikacji: środa, 05 lipca 2017 07:50

koń_001.jpg

Miałem szczęście współpracować z wieloma ciekawymi ludźmi. Jednym z nich był dyrektor firmy, w której kiedyś pracowałem. Dyrektor był skarbnicą wielu pysznych powiedzonek. Na przykład: „pan się musi zdecydować: nie da się trochę być w ciąży, a trochę nie” albo „pan to mi może nawet mówić Józiu, bylebyś pan tę robotę skończył”.

Pewnego razu pojechaliśmy na budowę, gdzie zawalone były wszystkie terminy, a kierownik nie dawał sobie rady. Wybuchła monstrualna awantura i trzeba było zorganizować jakąś akcję. Dyrektor zarządził, że wszyscy pracownicy pojadą na tę budowę i w ciągu 24 godzin skończymy montaż elewacji. Szaleństwo.

Około godziny jedenastej wieczorem jeden z pracowników – pochodzący z Podhala pan Staszek – ostentacyjnie usiadł na paletach i zapalił papierosa. Dopadł do niego dyrektor i powiedział: „Panie Staszku, co jest? Robota nieskończona, a pan tu sobie popala?”. Riposta była znakomita: „Panie! Jo nie jest kuń. Jo ustał.” Wywiązała się z tego pyskówka, bo Staszek okazał się mistrzem ciętej riposty i nie dawał się dyrektorowi przegadać. Ten – już wściekły – powiedział mu, że jakby chodził do szkoły, to by nie musiał tak zasuwać. I tym razem Staszek ze swoim spokojem odpowiedział dyrektorowi pokazując na mnie: „O! Widzisz pan... 18 lat do szkoły chodził i co? Fleksem się nauczył ciąć. Jo się ożenił, chałupe wystawił i piątke dzieci wychowuje. Jo z wos najlepsą szkołę skońcył.”

Budowę skończyliśmy około piątej rano, Staszek nawet jakąś premię dostał. Ale pomimo wielkiej sympatii do Staszka, nie zgadzam się, że szkoła życia to najlepsza szkoła. Szczególnie dzisiaj. Dzisiaj szkoła – a w zasadzie jej brak – to temat wielu rozmów właścicieli zakładów kamieniarskich. Średnia wieku kamieniarzy pracujących w tych firmach bardzo poszła w górę – to dzisiaj lat 50 i więcej.

Dlaczego tak jest, dlaczego tak brakuje młodych ludzi w naszym zawodzie? Można wyciągać różne opinie i statystyki, ale najlepiej skomentował to jeden z kolegów: „młodych nie ma, bo ich nie ma”. Nie ma młodych kamieniarzy, młodych stolarzy, murarzy itd. Po prostu mamy niż demograficzny. A także sporą emigrację zarobkową. Nie ma też chęci, żeby fizycznie pracować, bo źle się to kojarzy. Nie ma szkół o profilu kamieniarskim, w których młodzi ludzie zdobyliby umiejętności potrzebne w tym zawodzie. Nie ma szkoły, która zachęciłaby do tej profesji – nie tylko pucka i przecinak, a z maszyn kolankówka z 1956 roku. W takiej szkole powinna być nowoczesna oferta. Z jednej strony tradycyjne rzemiosło, a z drugiej obsługa maszyn CNC, programy CAD i języki obce na wysokim poziomie. Marzenie? Może i marzenie, ale też i konieczność.

Zgadzam się z Jackiem Łatą, który na zjeździe ZPBK we Wrocławiu, w żywej dyskusji zauważył, że szkoła kamieniarska według starych wzorców nie ma dzisiaj sensu, bo dzisiaj potrzebna jest szkoła, która łączy kilka profesji i wiele umiejętności. Profil absolwenta szkoły zawodowej musi dzisiaj pasować do wielu zadań zawodowych. Czasami może to być zawód, który jeszcze nie istnieje albo nie został jeszcze nazwany.
Jak to zrobić? Nie wiem. Ale wiem, że Ukraińcy kiedyś przestaną przyjeżdżać do Polski, tak jak my przestaliśmy gremialnie jeździć do Niemiec. Na innych pracowników na razie nie bardzo można liczyć. Dlatego reanimacja szkół zawodowych – nowoczesnych i atrakcyjnych – jest nie tylko marzeniem, ale koniecznością. Budowanie prestiżu tej profesji, zarówno od strony ekonomicznej jak i atrakcyjności zawodu, jest naszym wielkim wyzwaniem. Szkoda tylko, że reformując oświatę, władze nie zaczęły od najbardziej potrzebnej zmiany, a zajęły się gimnazjami, które funkcjonowały już całkiem przyzwoicie.

Spotkałem Staszka miesiąc temu w Warszawie. Postarzało się chłopisko przez 16 lat. Okazało się, że do piątki dzieci doszło jeszcze dwoje. Ma już ośmioro wnuków, a na budowie pracuje z trzema synami. Porozmawialiśmy chwilę i – jak to bywa – zeszło na politykę. Staszek nie stracił daru ciętej riposty: „ Kierowniku, o cym my gadamy? Jakie pińcet plus? Najlepiej dzieciom to robią delegacje. Jak chłop od baby odjedzie, to jak wróci, to zaroz w chałupie więcy dzieci. Patrz pan: u mnie siedmioro, u chłopoków po dwoje, a cosik mi zdaje, ze jedno to już w drodze u Jaśka. Zarobić ino trzeba. Cała polityka”.

Piękne.

przeczytaj cały artykuł

Wapień neogeński

Autor: Jerzy Jędrychowski   |   Data publikacji: wtorek, 04 lipca 2017 12:16

pinczak1.jpg

Wapień pińczowski, zwany popularnie pińczokiem, zaliczany jest do wapieni lekkich. Jego wyrobiska znajdują się na południe od Kielc na szerokim 40-kilometrowym pasie obejmującym Busko-Zdrój i Pińczów. Na całym obszarze, znajdują się różnej wielkości wyrobiska, jednak największym z nich jest kamieniołom położony w północnej części Pińczowa.

Wapienie pińczowskie powstawały około 15 milionów lat temu w czasie neogenu, dawniej zwanego trzeciorzędem, w strefie przybrzeżnej morza. Zbudowane są z okruchów wapiennych szkielecików mięczaków i szczątków zwierząt morskich oraz glonów z rodziny Lithotthamnium – dlatego wapień pińczowski nosi też nazwę wapienia litotamniowego.

Odmiany średnio i drobnoziarniste wykazują dobrą mrozoodporność i są materiałem najbardziej cenionym i poszukiwanym. Skała w złożu jest stosunkowo miękka i daje się łatwo obrabiać. W przeszłości do jego obróbki stosowano narzędzia takie same jak do obróbki drewna. Można go również toczyć i strugać. Wapień pińczowski wystawiony na działanie warunków atmosferycznych zmienia swoje właściwości – staje się coraz twardszy i bardziej wytrzymały.

Dzieje się to w wyniku odparowania wody uwięzionej w porach i krystalizacji kalcytu w niej rozpuszczonego, który tworzy sztywny wewnętrzny szkielet, zwiększający ogólną wytrzymałość skały. Jednocześnie na powierzchni powstaje rodzaj patyny o grubości od 1 do 4 mm, izolującej kamień od działania czynników atmosferycznych. Po całkowitym wyschnięciu wapień zyskuje właściwości termiczne zbliżone do cegły.

Podczas odbudowy klasztoru cystersów w Jędrzejowie zbadano stare ciosy wykonane z wapienia pińczowskiego. Badania wykazały, że na przestrzeni kilku wieków uzyskały one znaczną twardość i wytrzymałość na ściskanie sięgającą 500 kG/cm2. Czyli stały się pięć razy bardziej wytrzymałe niż w chwili wyjęcia ich ze złoża.
Wapień pińczowski to kamień o najdłuższej w Polsce, nieprzerwanej tradycji wykorzystania w rzeźbie i w architekturze. Początki jego eksploatacji są trudne do określenia. Najstarsza znana rzeźba z wapienia pińczowskiego to wołek znaleziony w trakcie prac wykopaliskowych na Wzgórzu Wawelskim – datowany na przełom X i XI wieku. W połowie XII wieku działał już w Skowronnie koło Pińczowa duży kamieniołom założony na potrzeby budowy wcześniej wspomnianego opactwa cysterskiego. Wapień pińczowski zastosowano również w budowlach powstających w Wiślicy od XII do XV wieku. Służył także jako budulec przy wznoszeniu licznych kościołów w okolicy oraz do wykonania elementów architektonicznych i rzeźb sakralnych.

Warto wspomnieć, że na przełomie XVI i XVII wieku Pińczów był największym ośrodkiem kamieniarskim w Polsce. Tu żyli i pracowali sprowadzeni z Włoch mistrzowie – najpierw Jan Maria Padovano, potem Santi Gucci Fiorentino – którzy mieli ogromny wpływ na polską rzeźbę z tamtego okresu.
Ogromna łatwość pracy w wapieniu pińczowskim w stanie naturalnej wilgotności, jego struktura, umożliwiająca wykonywanie najdrobniejszych szczegółów oraz uzyskiwana z czasem odporność sprawiła, że był on cenionym i poszukiwanym materiałem rzeźbiarskim. Można nawet zaryzykować stwierdzenie, że połowa rzeźb kamiennych w Polsce wykonanych jest z drobnoziarnistej lub średnioziarnistej odmiany wapieni pińczowskich.


Nie tylko w bezpośrednim sąsiedztwie Pińczowa eksploatowano wapienie litotamniowe. Na całym Ponidziu znajduje się mnóstwo obiektów sakralnych i mieszkalnych wybudowanych z wykorzystaniem tego materiału. Są to również kapliczki, przydrożne krzyże i figurki, które stały się najbardziej rozpoznawalnym elementem krajobrazu tej krainy. Wizytówką regionu jest kaplica Świętej Anny wybudowana na Górze Klasztornej górującej nad Pińczowem .
Na terenie Kielc również można spotkać zarówno rzeźby historyczne i współczesne obiekty z tego materiału, jak choćby figura św. Jana Nepomucena w parku im. Stanisława Staszica czy rzeźba „Biruty” znajdująca się u zbiegu ulic Staszica i Solnej. Przykładem wykorzystania wapienia pińczowskiego we współczesnej architekturze monumentalnej jest kościół p.w. Św. Józefa Robotnika na kieleckim Szydłówku.
Wapienie pińczowskie nadal są wydobywane, a zainteresowanie tym wyjątkowym materiałem nie słabnie.

pinczak2.jpg

przeczytaj cały artykuł
Strona 160 z 242
dfgdfgdfg

Najnowszy numer
4/2026 (143)

sierpień-wrzesień 2026

Zamów darmową prenumeratę

Ogłoszenie drobne
kup, sprzedaj, zamień...

Sprzedam automat polerski
2026-08-18 10:16:19
Sprzedam tanio automat polerski firmy PROMASZ, mało używany, z głowicą. Cena do uzgodnienia. Krotoszyn. Tel. 607 334 259

Reklama W Kurierze
Poznaj zalety naszego pisma

  • Kurier Kamieniarski to dwumiesięcznik – najstarszy na rynku kamieniarskim, wydawany od 1997 r. Jest bezpłatnie wysyłany do ponad 4.000 osób i firm związanych z branżą kamieniarską.
  • Nasza baza adresowa jest na bieżąco aktualizowana, a co tydzień dopisujemy do niej nowe firmy. Stale zdobywamy nowe kontakty biorąc udział w targach i spotkaniach branżowych.
  • Osiągamy ponad 99% skuteczność - z wysłanych 4.000 egzemplarzy wraca do nas nie więcej niż 30-50 szt.