
Międzynarodowe Targi Budownictwa i Architektury BUDMA już za nami. Odbyły się w dniach 7-10 lutego 2017 roku na terenie Międzynarodowych Targów Poznańskich. To targi, których nie trzeba nikomu przedstawiać. Od 25 lat są największym wydarzeniem tego typu w Polsce. Już na uroczystym otwarciu prezes MTP, Przemysław Trawa, podkreślał, że tegoroczna BUDMA jest pod wieloma względami rekordowa. Ale co to oznaczało dla naszej branży?
Temat udziału kamieniarzy w targach budowlanych przewija się przy wielu okazjach niczym mantra. Z jednej strony kamieniarze twierdzą, że trzeba szukać nowych rynków zbytu, że w „budowlance” jest przyszłość i pieniądze. Nawet niektórzy twierdzą, że wystawianie się na targach budowlanych – choćby lokalnych – ma większy sens niż udział w targach kamieniarskich, bo łatwo można dotrzeć do końcowego klienta. Z drugiej strony organizatorzy targów budowlanych zauważają rosnące zainteresowanie zwiedzających kamieniem naturalnym i próbują przedstawić jakąś ofertę dla naszej branży.
Konkretne rozmowy o udziale branży kamieniarskiej w targach BUDMA 2017 zaczęły się jesienią, na targach STONE.
Moderatorem tych rozmów ze strony kamieniarzy był ZPBK. Zarząd Związku zapraszał do udziału w BUDMIE swoich członków oferując preferencyjne warunki udziału. Jednocześnie prowadził rozmowy z MTP mające doprowadzić do uzyskania oferty zbliżonej do tej z targów STONE. Pomimo wzmożonych wysiłków i usilnych starań oba zamierzenia zrealizowano tylko częściowo.
Przede wszystkim zawiedli kamieniarze. Jeszcze niedawno tak wielu nawoływało do podjęcia przez Związek jakiś działań mających na celu nasze otwarcie na „budowlankę” i udział w znaczących imprezach rynku budowlanego. Oczekiwano zwłaszcza działań obniżających koszty udziału w takich imprezach, bo nie od dziś wiadomo, że targi budowlane są jednymi z droższych. Jednak w momencie, kiedy taka możliwość się pojawiła, to skorzystało z niej ledwie kilka firm. Efekt był taki, że na stoisku Związku nie widać było nawet ułamka potencjału, jaki rynkowi może zaoferować nasza branża.
Z oferty Związku nie skorzystały również firmy, które wystawiły się na BUDMIE, choć wart odnotowania jest fakt, że jednak się wystawiły.
ZPBK wynegocjował preferencyjne ceny powierzchni wystawienniczej w sąsiedztwie stoiska Związku. Celem było połączenie sił – kilka stoisk w jednym miejscu, nawet małych, będzie bardziej widoczne niż pojedyncze stoisko w przypadkowym miejscu.
Druga strona tego medalu jest taka, że MTP nadal po macoszemu traktują kamieniarzy. Dało się usłyszeć opinie, że informacje od organizatora docierały na ostatnią chwilę. Że propozycje – nawet te intratne – pojawiały się w terminie utrudniającym racjonalne podjęcie decyzji. Że osoby kontaktujące się z wystawcami nie miały informacji o ustaleniach przyjętych w czasie wcześniejszych rozmów z innymi pracownikami MTP. W pewnym sensie można to wytłumaczyć faktem, że MTP nie widziały w tym zysku – nie trudno było spostrzec, że łączna powierzchnia wszystkich stoisk kamieniarskich na BUDMIE wypadała dość blado przy powierzchni choćby jednego stoiska wykupionego przez jakiegoś wiodącego producenta okien lub drzwi. Więc, po co zabiegać o „klienta drobnicowego”?
Ale takie działania niosą znamiona krótkowzroczności. Kamień znów staje się pożądanym materiałem i wygra ten, kto będzie miał go w swojej ofercie – czy to handlowej, czy targowej. A skoro podjęto już rozmowy o udziale kamieniarzy w targach budowlanych i zauważono potencjał tej branży dla budownictwa, to warto chyba zadbać, by przekonać kamieniarzy do BUDMY – zwłaszcza, że sami już zauważyli korzyści płynące z udziału w tej wystawie. Kamieniarze może i nie są łatwymi kontrahentami, ale po ostatnich latach niepewności dotyczących polskich wystaw kamieniarskich na pewno z ulgą przyjęliby zaproszenie do udziału w imprezie dającej możliwości dotarcia do nowego klienta.
Całościowe opinie o organizacji są jednak zdecydowanie pozytywne. Najlepiej ujął to Jacek Łata z firmy Marmur-Płytki: „Mimo, że niektóre sprawy faktycznie były załatwiane na ostatni moment, to jednak były zrealizowane na czas”.
Jacek Major, dyrektor biura ZPBK, ocenia targi, jako udane. Jest zadowolony z ilości zwiedzających, którzy odwiedzili stoisko ZPBK. Nie ukrywa żalu do członków Związku, że ich zainteresowanie targami skończyło się na wyrażeniu oczekiwań wobec Związku i pozostawieniu bez żadnego odzewu propozycji wspólnego udziału. Podobne stanowisko zajmuje Jacek Łata: „Dobrze, że ZPBK miał stoisko, tylko szkoda, że tak mało członków pokazało się na wspólnym stoisku. A ci, którzy jednak wystawili się na BUDMIE, byli rozrzuceni po różnych halach i nie skorzystali z efektu synergii.” Jacek Łata przyznaje, że miał pełne ręce roboty – przez stoisko przewinęło się dużo ludzi: „W eter poszło dużo informacji, ale nadal mam mieszane uczucia – na pewno jeszcze za wcześnie na ocenę targów, choć uważam, że ten eksperyment trzeba było przeprowadzić. Gdybym znów miał podejmować decyzję, to ponownie przyjechałbym na te targi”.
Umiarkowane stanowisko w ocenie udziału w targach zachowują bracia Więcławkowie z Piasmaru. Jednak ich opinia wynika z wielo-krotnego udziału w takich wystawach. Mimo to zaznaczają: „Wolimy się wystawiać na targach budowlanych, a nie na kamieniarskich, bo tu spotykamy więcej klientów zainteresowanych naszym kamieniem i naszymi wyrobami”.
Paweł Bereza z firmy Pamir uważa natomiast, że udział w STONE był i efektywniejszy i tańszy: „Oczywiście odwiedzali nas architekci i inwestorzy. Ale była to młodzież wysłana przez firmy po naukę, a nie osoby decyzyjne. Myślę, że lepiej pojechać na targi branżowe, np. meblarskie, i wśród wystawców poszukać zainteresowanych współpracą”.
Z targów jest zadowolony Mateusz Ciemny z firmy Ciemny.eu: „Było wielu zwiedzających. Zainteresowanie kamieniem było naprawdę duże. A nasze samonośne schody z kamienia chyba zostaną gwiazdą mediów społecznościowych – każdy gość zza wschodniej granicy robił sobie na nich zdjęcie”.
Kamieniarze i targi budowlane to nadal trudny układ. Obie strony wiedzą, że moją sobie nawzajem wiele do zaoferowania. Ale „do tanga trzeba dwojga”. Póki organizatorzy nie zaoferują interesujących warunków udziału, póty kamieniarze nie będą zainteresowani udziałem w tych imprezach. Póki kamieniarze nie zaczną brać udziału w targach budowlanych, póty nie będą postrzegani przez organizatorów, jako liczący się i poważny partner w biznesie.

Wapień dewoński Bolechowice
Utworzony w 1999 roku Chęcińsko Kielecki Park Krajobrazowy (CKPK) zajmuje szczególne miejsce w polskim górnictwie skalnym ze względu na różnorodność występujących tu surowców, jak i bogate tradycje ich eksploatacji. Głównym materiałem wydobywanym na tym terenie były wapienie, potocznie zwane marmurami. Skały te powstały, jako osad morski w środkowym i górnym dewonie. Dowodem ich morskiego pochodzenia są liczne skamieniałości, które uwidaczniają się na wypolerowanych lub zwietrzałych powierzchniach. Wapienie to węglanowe skały osadowe i z punktu widzenia petrograficznego nie są marmurami – nie przeszły, bowiem procesu metamorfizacji. Są one marmurami w sensie technicznym, gdyż po wypolerowaniu uzyskują połysk i cechują się dekoracyjną, często wzorzystą, barwą.
Głównymi miejscami pozyskiwania marmurów były kamieniołomy w: Bolechowicach, Szewcach, na Górze Zamkowej w Chęcinach, Górze Zelejowej, Ołowiance, Rzepce i Miedziance, a poza rejonem CKPK: w Słopcu Szlacheckim koło Daleszyc, Górnie i Łagowie.
Cechą charakterystyczną skalnego górnictwa kieleckiego był fakt istnienia licznych, często niewielkich kamieniołomów, z których wydoby-wano zróżnicowane kolorystycznie i strukturalnie rodzaje wapieni. W ten sposób uzyskiwano wiele odmian kolorystycznych, przeważnie w odcieniach brązu i szarości, różniących się też typem skamieniałości oraz obecnych często użyleń kalcytowych. Zróżnicowanie to, jest główną cechą, dzięki której obecnie możemy właściwie zaklasyfikować materiał, z którego wykonane są detale i elementy architektoniczne w spotykanych obiektach zabytkowych.
Opisując kieleckie marmury wykorzystywane w architekturze z przykrością mówimy głównie o obiektach zabytkowych. Lata świetności, które mają już za sobą, pozostały jedynie w starych przekazach.
Najbardziej znanym obiektem w Kielcach, w którym zastosowano detale architektoniczne wykonane w kieleckiej fabryce „Marmury" jest powstały w 1935 roku Dom Wychowania Fizycznego i Przysposobienia Wojskowego im. Marszałka Józefa Piłsudskiego, znajdujący się przy ulicy Ściegiennego. Obecnie mieści się tam Wojewódzki Dom Kultury. Przy wystroju wnętrz użyto surowiec wydobyty z takich kopalń jak: Bolechowice, Szewce, Zygmuntówka, Ołowianka, Jaźwica i Morawica.
Cechą charakterystyczną bolechowickiego wapienia jest szarokawowy kolor oraz skamieniałości, wśród których dominują podobne do ma-łych dżdżownic amfipory i zbliżone kształtem do niewielkich kalafiorów stromatopory.
Wizytówką bolechowickich marmurołomów jest wykonany z tego surowca piękny ołtarz główny znajdujący się w kościele pod wezwaniem św. Karola Boromeusza na kieleckiej Karczówce. Na uwagę zasługują również znajdujące się w kościele i wykonane z tego samego materiału: portal wiodący z prezbiterium do zakrystii i kropielnice umieszczone w kruchcie przy wejściu głównym do kościoła. Bolechowice były miejscem pozyskania materiału, z którego ułożona jest posadzka w kieleckim kościele p.w. Świętej Trójcy z tym jednak, że w tym przypadku bolechowickiemu marmurowi towarzyszy jasnobeżowy – młodszy, bo jurajski – wapień z Morawicy. W kościele Świętej Trójcy, znajduje się również kilka tablic epitafijnych oraz kropielnice wykonane z marmuru z Bolechowic.

Kolejnym miejscem gdzie spotkamy detale architektoniczne wykonane z marmuru bolechowickiego jest kielecka Bazylika Mniej-sza, górująca na Wzgórzu Katedralnym. Z inicjatywy kardynała Jana Alberta Wazy, syna Zygmunta III wykonano w latach 1632-1635 dwa marmurowe portale wiodące do świątyni, od strony północnej i zachodniej.
Obecny stan zachowania portali jest dowodem niezbyt szczęśliwego użycia tego materiału do wykonywania elementów zewnętrznych kościoła, mających kontakt z czynnikami atmosferycznymi. Mimo, że szczegóły profilowania dość dobrze się zachowały, to cały portal pokryty jest jasnoszarą patyną skuteczne zakrywającą urodę marmuru.
Opierając się na historycznych zapiskach dotyczących lokalizacji 42 historycznych i czynnych marmurołomów świętokrzyskich, autor artykułu odtworzył kolekcję marmurów obrazującą ich urodę i różnorodność, a będących przez kilkaset lat chlubą regionu.


Są takie obiekty, które bardzo szybko znajdują swoje miejsce w historii architektury i stają się hasłami encyklopedycznymi. Jednym z nich jest kościół Temppeliaukio w Finlandii, w helsińskiej dzielnicy Töölö. Ten obiekt już w fazie koncepcyjnej miał długą historię.
Rezerwacja terenu na kościół w planach zagospodarowania była zapisana już w 1906 roku. Na początku lat trzydziestych ubiegłego wieku zaczęto przymierzać się do realizacji planu. Ogłaszano konkursy architektoniczne, ale zgłaszane projekty nie spełniały oczekiwań komisji konkursowej. Dopiero w 1936 roku pojawiły się ciekawsze projekty, ale dalsze prace wstrzymał wybuch II wojny światowej. Do pomysłu powrócono w 1960 roku. W ogłoszonym konkursie zwyciężył projekt braci Timo i Tuomo Suomalainen.

Kiedy ogłoszono wyniki konkursu, propozycja braci Suomalainen została przyjęta raczej pozytywnie. Niestety, początek lat 60-tych w Finlandii to okres, w którym dość powszechny był antyklerykalizm i polityka lewicowa. Prasa, manifestująca takie właśnie poglądy, krytykowała rozpoczęcie realizacji obiektu używając mocno naciąganych argumentów. W rezultacie budowę rozpoczęto dopiero w 1968 roku, po wieloletniej walce o uzyskanie wymaganych zezwoleń.

Teren, na którym miał stanąć kościół był skalisty, więc architekci postanowili zachować ten naturalny charakter miejsca. W rezultacie powstał obiekt, którego główna część znajduje się pod po-wierzchnią, wydrążona w granitowej skale. Wnętrze kościoła to owal otoczony surowymi skalnymi ścianami. Budowla zwieńczona jest miedzianą kopułą – z zewnątrz jest widoczna tylko kopuła wyłaniająca się spośród granitowych bloków.

Kościół został konsekrowany w 1969 roku. Szybko stał się popularnym wśród zwiedzających, najważniejszym obiektem architektury w Helsinkach. Zyskał sławę również dzięki temu, że posiada doskonałą akustykę i jest wykorzystywany, jako sala koncertowa.
Kościół został wymieniony w ponad 200 czasopismach architektonicznych na całym świecie. Jako jedyny obiekt w Finlandii, kościół Temppeliaukio został uwzględniony we włoskiej serii książek „I Cento Monumenti”, która prezentuje najważniejsze zabytki świata.

Przechadzając się po terenach Dolnego Śląska często możemy natknąć się na kamienne krzyże stojące samotnie w polach lub na poboczach dróg. Gdyby mogły mówić, każdy z nich miałby własną historię do opowiedzenia. Historię nierzadko przepełnioną krwią i bólem, gniewem i smutkiem. Historię morderstwa i zadośćuczynienia.
Prawo średniowieczne było surowe i bezlitosne dla przestępców. Często za wykroczenia karano śmiercią, zwłaszcza, jeśli ktoś dopuścił się takiego czynu jak zabójstwo. Istniały jednak sposoby, aby ujść z życiem nawet w takiej sytuacji. Jeśli rodzina zabitego wyrażała taką wolę, możliwe było zawarcie ugody, na mocy, której sprawca unikał stracenia pod warunkiem spełnienia określonych wymagań.Pierwszym z nich było zapłacenie tak zwanej główszczyzny, czyli sumy pieniędzy za głowę ofiary. Wysokość główszczyzny zależała od statusu społecznego zabitego, a zatem za zabójstwo chłopa należało zapłacić mniej niż za zabójstwo dokonane na rycerzu.
Zazwyczaj sprawca był też zobowiązany do przekazania pewnej sumy na rzecz Kościoła oraz opłacenia kosztów pogrzebu. Oprócz tego musiał zamówić określoną ilość mszy w intencji duszy zmarłego oraz udać się na pielgrzymkę, zazwyczaj do Rzymu lub Jerozolimy. Wreszcie ostatnim warunkiem było ufundowanie krzyża pokutnego w miejscu dokonania zbrodni.

Zwyczaj stawiania takich pomników przywędrował z zachodu około XIII wieku i przetrwał aż do początków wieku XIX. Oprócz oczywistego związku z ideologią obecną w wierze chrześcijańskiej, w dużej mierze był podyktowany względami praktycznymi. Zawarcie ugody pomiędzy rodzinami sprawcy i ofiary miało zapobiegać dalszemu rozlewowi krwi dokona-nemu w imię zemsty rodowej. Istotne były okoliczności i sposób zabójstwa. Zazwyczaj porozumienie następowało wtedy, kiedy zabójstwo miało charakter przypadkowy lub było spowodowane gniewem. Również status społeczny sprawcy nie był bez znaczenia. W średniowieczu wysoko urodzonym przysługiwało znacznie więcej praw i przywilejów. Poza tym prosty chłop najzwyczajniej nie był w stanie pokryć wszystkich wymaganych kosztów.
Do czasów obecnych w Polsce zachowało się około 600 krzyży pokutnych (zwanych także krzyżami pojednania), z czego dwie trzecie znajdują się na Dolnym Śląsku. Wykonywano je zazwyczaj z granitu, piaskowca lub bazaltu. Zajmowali się tym wykwalifikowani kamieniarze, a ich pracę również musiał opłacić sprawca przestępstwa. Na krzyżach często wykuwano wizerunki, które miały przedstawiać narzędzie zbrodni. Najpowszechniejsze z nich to miecze, topory, kusze, czy też noże. Ale można natknąć się także na kielich (trucizna), łopatę, a nawet nóż do strzyżenia owiec, przez co niektórzy skłaniają się ku stwierdzeniu, że nie były to wizerunki narzędzi zbrodni, lecz symbole przedstawiające zawód ofiary.
Często też na krzyżach widnieją inskrypcje informujące o okolicznościach ich postawienia. W Lewinie Brzeskim, nieopodal cmentarza nad brzegiem Nysy, stoi krzyż, na którym widnieje napis: „15 kwietnia 1617 r. został w tym miejscu zakłuty bez powodu George Friedrich Brandtner, młodzieniec mający lat dwadzieścia i pół, przez mordercę Georga ... z Saksonii rodem”. Nie wiadomo, dlaczego nazwisko sprawcy zostało zatarte, lecz jest bardzo prawdopodobne, że uczynił to sam morderca.
Jeden z najbardziej znanych krzyży pokutnych w Polsce znajduje się w Stargardzie. Wznosi się na niemal 3 metry wysokości i waży około 2 ton. Jest największym tego typu zabytkiem w Europie i drugim na świecie. Wykonano go z wapienia gotlandzkiego w miejscowym warsztacie w połowie szesnastego stulecia. Na tym krzyżu również wyryto inskrypcję, która znajduje się pod wizerunkiem ukrzyżowanego Chrystusa. Napis w języku dolnoniemieckim głosi: „Boże bądź łaskaw dla Hansa Billeke, roku 1542". Na rewersie krzyża znajduje się druga inskrypcja: „Roku 1542 Hans Billeke został zabity żelaznym prętem przez Lorentza Madera – jego matki siostry syna”. Istnieje też alternatywne tłumaczenie, według którego to Hans był mordercą, który zemścił się na zabójcy swojego siostrzeńca.
Historii i legend dotyczących krzyży pokutnych jest wiele. Żeby je lepiej poznać, najlepiej spakować plecak i wyruszyć na wycieczkę po okolicy w poszukiwaniu tych zabytków. Pomocne mogą być mapy dostępne w internecie, na przykład ta stworzona przez użytkowników portalu geocaching.pl na potrzeby projektu „Śladami krzyży pokutnych”. Warto się pospieszyć, bo z roku na rok stan wielu z nich pogarsza się – także z powodu niszczycielskiej działalności człowieka.

#jakubzdankowski
Budowlana tradycja: wiecha, glajcha, kawał drzewka na więźbie. Koniec roboty blisko, pozostały jedynie detale. Zarówno my, jak i klient, szykujemy się do nieuchronnego pożegnania i opuszczenia miejsca prac po rychłym ich zakończeniu.
I wtedy...
Chwila – moment, przebłysk geniuszu, a raczej czegoś zgoła przeciwnego. Zamiast odebrać zapłatę i odejść do następnych wyzwań – szukanie dziury w całym. Zamiast zwyczajnie poprawić fugę i pozamiatać po sobie pojawia się myśl: „a niech tam; poprawię jeszcze ten poler na płaszczyźnie pod oknem – jego brak nie rzuca się w oczy, ale będzie mnie męczyć, że nie wygląda to idealnie”.
I wtedy... (na bis)
Poprawiamy. W myśl powiedzenia naszego klasyk-premiera, że prawdziwego mężczyznę poznaje się po tym jak kończy, a nie jak zaczyna. I popełniamy rytualne kamieniarskie seppuku. Ostatnie dotknięcie, które niweczy cały efekt poprzednich prac. Cała robota do wykonania od początku. Drobna poprawka, która niweczy dotychczasowy, kilkunastodniowy wysiłek. Robota nieodebrana, posadzka do polerowania, kilka dni pracy „w plecy”. Klient wściekły, kasa zablokowana. I jeszcze skorzysta z okazji do urwania czegoś z umówionej ceny.
Nie spotkało Was to?
Nie wierzę. Każdy z nas czasem ma chęć zostania świętym od kamienia i poprawienia czegoś, co tak naprawdę zostało dobrze wykonane.
Nadgorliwość gorsza od faszyzmu
Tak mawiają. I zdarza mi się widywać potwierdzenia tego stwierdzenia albo uczestniczyć w naprawianiu owoców owej nadgorliwości w dążeniu do kamieniarskiej doskonałości. Pojawia się ona w momentach tak nieoczekiwanych, że właściwie pozostanie tylko popłakać się ze śmiechu.
Pojawiają się też błędy, czasem tak głupie, że aż przerażające albo przekraczające ludzką wyobraźnię. Czasami zastanawiam się, jakimi drogami podążały myśli człowieka, który je popełnił.
Ale błędy były i będą. Jest jednak jeden, z którym spotykam się dość często, a któremu równie często nie da się już nic zaradzić.
Impregnacja
Niestety częsta zmora. Nie tylko nasza – jak się ostatnio przekonałem przyglądając się betonom architektonicznym i betonowym posadzkom. Widziałem już wiele efektów kamieniarskiej pracy, które zostały zniweczone przez użycie środka – niewłaściwego, przeterminowanego, przemrożonego etc. Impregnacja potrafi ratować przyciemniając materiał i/lub niwelując różnice w jego kolorystyce. Potrafi również zniszczyć całą wykonaną pracę.
Najczęściej to wina złego dobrania impregnatu. Choć reakcja niektórych kamieni na niektóre z nich potrafi być zaskakująca (pamiętacie problemy z bazaltem chińskim kilka lat temu?) i trudna do przewidzenia. Szczególnie przy materiałach, które przyjeżdżają do nas już po dość radykalnych działaniach wzmacniających kolory. Zdarzało się też, że impregnat wchodził w reakcje z konkretnym klejem i raczył zainteresowanych pięknymi wykwitami. Trafiały się także wysolenia i wiele, wiele innych cudów.
Drugi – po złym doborze – z najczęstszych błędów to niestety pośpiech...
„Czas to pieniądz”
Tak powiadają. W tym wypadku jednak spieszyć się należy powoli. O kumulację nietrudno: zły środek zamykający wilgotny kamień, za krótki czas na schnięcie i odparowanie kleju, zamknięcie fug i... klops gotowy. Przychodzimy obejrzeć nasze dzieło, a oglądamy poplamione ściany, posadzki, które nie zamierzają schnąć. Bo i jak? Wszystko dokładnie uszczelnione.
Impregnacja właściwym środkiem przy nie-właściwych warunkach pogodowych – klops drugi. A łagodne środki, nieniszczące kamienia, do usuwania impregnatów potrafią nie zadziałać. Co robić?
Próbować
Innego wyjścia nie mamy. Ponadto zasięgać języka – nie tylko u tych, którzy nam środki sprzedają, ale i u tych, którzy ich na co dzień używają.
Zdarza się, że próba zrobiona w kącie nie da jednoznacznej odpowiedzi. Trudno, trzeba sprawdzać na większym kawałku. Zawsze lepiej zerwać dwie płytki 60 x 60 cm, niż demontować i wyrzucać sto metrów zaplamionych płytek z niewłaściwie zaimpregnowanego tarasu.
Kończąc – oby się to w podejrzany sposób nie kojarzyło – życzę wszystkim szczęśliwych zakończeń robót i wielu udanych impregnacji!