
Na początku listopada w Indiach rząd niespodziewanie wprowadził przepis, w wyniku którego zaledwie w kilka dni wycofano z obiegu banknoty o nominale 1000 rupii. W związku z tym, że sporo transakcji na tamtejszym rynku odbywa się w postaci gotówkowej, wiele firm nie miało czasu, aby dokonać odpowiedniej wymiany środków płatniczych w swoich bankach.
Z informacji, jakie do mnie dotarły, możliwość wymiany banknotów była mocno ograniczona – do kwoty stanowiącej równowartość około 40 EUR na dobę. W związku z tym incydentem wielu przedsiębiorców z branży wydobywczej znalazło się w poważnych tarapatach finansowych. To w krótkim czasie doprowadziło do strajków w kopalniach kamienia naturalnego.
Celem obecnego rządu w Indiach jest maksymalne ograniczenie zawierania transakcji gotówkowych i zastąpienie ich w dużej mierze obrotem elektronicznym. Głównym celem oczywiście jest wyeliminowanie tzw. szarej strefy oraz sprawdzenie, w jaki sposób przedsiębiorcy wywiązują się z obowiązków podatkowych. Wszystkie nieujawnione dochody, które były poza oficjalną ewidencją podlegają opodatkowaniu karnemu w wysokości 100% domiaru.
Przy okazji wycofania nominałów 1000 INR zaproponowano jednoczesny wzrost podatków. Nie trudno więc wywnioskować, że przełoży się to na wzrost cen materiałów wydobywanych w Indiach już z początkiem 2017 roku. Biorąc pod uwagę zawirowania na rynku europejskim, a także wzrost kursu zarówno dolara amerykańskiego jak i euro w stosunku do złotówki, można spodziewać się, że skala podwyżek oscylować będzie w granicach 15%.
Tak małej różnicy pomiędzy dolarem a euro w ostatnich latach nie zaobserwowano. Obecnie jest to zaledwie 5%, a z analiz technicznych wynika, że ta różnica może jeszcze maleć. Inwestorzy grający na parze EUR/USD, otrzymali zalecenia gry na sprzedaż. Dlatego też twierdzę, że w dalszym ciągu będziemy mieli do czynienia z umacniającym się kursem dolara w stosunku do złotówki. W jaki sposób przełoży się to na kondycję naszej branży w nowym sezonie trudno dziś prognozować. Jednak już dziś wiadomo, że utrzymanie poziomu marż z 2016 roku może być trudne. W mojej ocenie przedsiębiorcy i pośrednicy nie będą mieli innego wyjścia, niż podnieść ceny swoich produktów i półproduktów.
Życzę Państwu Wesołych Świąt i aby scenariusz podwyżek nie zrealizował się.
Studiowaliście kiedyś etykiety produktów spożywczych? Pewnie tak, bo na każdym kroku radzą takie działanie. I nic dziwnego. W sklepach, na przykład, możemy spotkać wędliny, w których mięso stanowi 30%. Albo mięso mielone wołowo-wieprzowe, w którym tego pierwszego jest aż 15%.
Są w handlu margaryny, na których dumnie widnieje napis, że zawiera masło – rzut oka na skład i okazuje się, że masła jest w tym produkcie 0,5% , czyli łyżeczka na kilogram.
Jedno z najzabawniejszych określeń w tej dziedzinie zauważyłem w składzie napoi – napój o smaku wiśniowym zawiera aromat wiśni „identyczny z naturalnym”. Kolejny kwiatek to „soki 100%” produkowane z zagęszczonego soku owocowego. To soków owocowych już nie produkuje się z owoców?
Na szczęście europejskie normy zobowiązują producentów żywności do umieszczania na etykietach pełnej informacji o składzie. Mamy więc szansę świadomie wybierać produkty najbliższe naturalnym.
Takich wymogów natomiast nie ma w stosunku do kamienia – tym bardziej, że miewa on kontakt z żywnością, na przykład jako blat kuchenny. Pewnie wywodzi się to z czasów, kiedy procesy przetwarzania kamienia były proste i czysto mechaniczne, a kamień można było traktować jako produkt całkowicie naturalny. Oczywistym więc wydaje się, że nie stanowi on zagrożenia zdrowia człowieka, zwłaszcza, że został wydobyty z miejsca, gdzie przez wiele milionów lat odbywał kwarantannę w warunkach raczej sterylnych.
Jak wszyscy jednak wiemy, obecne procesy produkcyjne obejmują różne procedury, a wiele z nich wykorzystuje środki chemiczne – przy niektórych z nich należy nawet używać nieprzepuszczalnych ubrań ochronnych i przestrzegać rygorystycznych przepisów bezpieczeństwa.
Obejrzałem kiedyś film w internecie z przygotowania mięsa drobiowego do sprzedaży. Kiepsko wyglądającej tuszy kurczaka robiono kilka zastrzyków z solanki i jego wygląd zmieniał się radykalnie. Waga zresztą też. Takie obrazki powodują niesmak. Ale to, że w procesie produkcji slabów kamiennych wtłacza się w płytę żywicę pod wysokim ciśnieniem już nikogo nie bulwersuje. Podobnie jak traktowanie kamienia środkami poprawiającymi kolorystykę.
W poprzednim numerze Kuriera Kamieniarskiego pojawiła się informacja ze spotkania Euroroc, na którym była mowa między innymi o konieczności skierowania do Komisji Europejskiej wniosku o obowiązku znakowania wyrobów z kamienia naturalnego przyjmując za wzór zasady podobne jak dla oznaczenia CE. Stwierdzono przy tym, że mogłoby temu służyć istniejące już logo „Kamień naturalny”. Wszystko dobrze, tylko... Problem znany jest już od wielu lat i wydawałoby się, że po to wymyślono oznakowanie „Kamień naturalny”. Tymczasem, jak widać z kilkuletniej praktyki, służy ono wyłącznie jako źródło dochodów dla Euroroc.
W swoim czasie wnikliwie przeanalizowałem umowę podpisywaną przez kupujących prawo do użytkowania znaku. W umowie są wyłącznie obwarowania dotyczące logotypu. Nie ma nic o tym, jak i dla jakich materiałów można go stosować. W rezultacie tego na jakiś targach widziałem próbki kamienia i konglomeratów umieszczone na jednym stojaku ozdobionym logo „Kamień naturalny”. Zresztą w reklamach firm, też oznakowanych tym logiem, często można zobaczyć oferty konglomeratów i spieków.
A wystarczyłby zapis w umowie, że logiem można oznaczać wyłącznie kamień naturalny i tylko w sytuacjach nie budzących wątpliwości lub nie mogących wprowadzać w błąd klienta. Aż się prosi, żeby stosowanie znaku możliwe było wyłącznie, gdy materiały znakowane posiadają etykietę z informacjami szczegółowymi – na przykład o żywicowaniu kamienia lub zastosowaniu określonych środków chemicznych.
A jeśli Euroroc nie przyspieszy w zakresie zmian i załatwienia formalnego obowiązku przestrzegania zasad znakowania produktów kamiennych, może ZPBK zdecydowałoby się na nasz własny znak obwarowany takimi zasadami.
Mam nadzieję, że na świąteczny obiad zjemy mięso „niepoprawiane” zastrzykami i innymi zabiegami „polepszajacymi”, a pozostałe produkty też będą jak najbardziej naturalne.
Być może dzięki temu po świętach, zdrowi i bez zwiększonej zawartości w organizmie „poprawiaczy”, wrócimy do pracy i może większą uwagę będziemy przywiązywać do naszych produktów – by były wykonywane z kamienia naturalnego, a nie identycznego z naturalnym.
Korzystając z internetowej skarbnicy wiedzy – wikipedii:
Zator (łac. embolia) – nagłe zamknięcie światła naczynia tętniczego przez czop zatorowy (łac. embolus) będący skrzepliną, urwaną blaszką miażdżycową, cząsteczkami tłuszczu (np. po złamaniach kości), fragmentami tkanki nowotworowej, wodami płodowymi, bakteriami, pasożytami lub banieczkami gazu (zwykle azotu w przebiegu choroby kesonowej). Zator tętnicy końcowej czynnościowo powoduje zawał.
Właśnie. Zawał.
Znałem jednego wykładowcę akademickiego, który przeżył trzy zawały. Podobno później przytrafił mu się czwarty, który również go nie pokonał. Za ten graniczny potocznie uznaje się trzeci – później jest już tylko światło w tunelu, hurysy i inne tego typu historie. Nikomu oczywiście podobnych rewelacji, szczególnie w okresie zbliżających się świąt, nie życzymy. (Choć, skoro już wspomniałem, pamię-tajmy, aby się przy ich okazji zbytnio nie przejadać, szczególnie tym, co tłuste).
Zdarzają się jednak zawały inne, powodowane przez równie groźne zatory, które do tych zawałów o charakterze zdrowotnym prowadzić mogą.
Zatory płatnicze
Kto ich nie przeżył? Dotykają każdego szczebla w naszej kamieniarskiej i budowlanej hierarchii: od generalnego wykonawcy, po stojącego na dole piramidy budowlanej pracownika etatowego bądź podwykonawcy będącego firmą jedno- lub dwu-osobową. Według badań dotyczą 70% firm z branżą związanych, dla 45% z nich jest to problem stały, a 12,9% z nich nigdy się z nim nie spotkało. (Aż wierzyć się nie chce, że aż tyle!)
KRD puchnie od ilości zgłoszeń
I niewiele z tego wynika, bo Krajowy Rejestr Długów to twór dziwny z jeszcze dziwniejszym sposobem działania. (Temat rzeka, na oddzielną opowieść. Choć oni jedni na całej sytuacji mogą zarobić. Podobnie firmy zajmujące się obrotem należnościami.)
Czasami zgłaszamy tam dłużnika – częściej jednak nie. Bo chcemy uniknąć jeszcze większych problemów. Czasem zgłaszają nas.
A wszystko to przez niską moralność!
Właśnie tak. Dokładnie przez tak zwane PMI, czyli wskaźnik moralności płatniczej. Ponownie cytując za Wikipedią: wskaźnik moralności płatniczej (ang. payment morality index, PMI) – ocena, która zostaje wystawiona na podstawie przeszłych oraz bieżących zachowań kontra-henta. Jest uważany za wskaźnik wyprzedzający koniunkturę. Wskaźnik ten bierze pod uwagę wysokość zadłużenia oraz liczbę dni opóźnienia w spłacie należności. Średni PMI to średnia ocena wszystkich kontrahentów z danej branży. PMI pokazuje jak dużym ryzykiem obarczona jest dana branża.
Stan normalności
Nietrudno zgadnąć, że może nie jest nam do niego daleko, ale nie jest również blisko. Należy przyjąć to „na klatę” – jesteśmy w połowie drogi od możliwości wystąpienia niewielkich opóźnień (wskaźnik powyżej 61 – około 20 dni) do poważnych opóźnień (PMI poniżej 40 – opóźnienia powyżej 60 dni). Nasz wskaźnik oscyluje wokoło 54. Kiedy spadniemy poniżej 50 oznaczać to będzie pojawienie się recesji.
Przeciągają nas i przeciągają
Często, bo nie mają. A czasami mają, ale wolą potrzymać u siebie. Wygląda na to, że słowo moralność jest w tym wypadku bardzo na miejscu. Czasem mają i nie płacą wedle zasady „bo nie!”. Nie zapłacą, bo według siebie nie muszą. Kochamy, poczekamy – wyjścia nie mamy. Podduszą troszkę i po pół roku przeleją pieniądze.
Jedna trzecia z nas nie otrzymuje na czas płatności za ponad połowę faktur. Płynność gdzieś odpływa, a nam nie potrzeba ani trochę tłuszczy, żeby pojawił się u nas stan przedzawałowy albo, nie daj Boże, zawał. Kolejka wierzycieli ustawia się do nas z wyciągniętymi dłońmi, a nam pieniądze przylecieć z wyższego piętra tej drabiny nie chcą. Tam też również widzimy dłonie, tylko te nie wyciągają się w naszym kierunku, a rozkładają na boki w połączeniu z ruchem ramion. Kasy brak. Jednak klops – zawał.
Zaklęte koło: zleceniodawca, my, hurtownie, dostawcy, pracownicy, podwykonawcy
Wszyscy bez gotówki. Gdzieś się zapodziała, zaginęła w akcji. Ile zawałów może przeżyć firma? Chyba żadna nie przebije mojego wykładowcy. Raczej ciężko będzie nawet o średnią ludzką, czyli zasady do trzech razy sztuka.
Z okazji Świąt życzę: żadnych zatorów – o zawałach nie wspomnę. Więcej moralności na co dzień – i tej finansowej i tej ludzkiej, żeby żyć było łatwiej. I prywatnie, i w pracy. No i żeby nam nic się nie zapodziewało i nie ginęło!

foto: M.Giesbrecht
Liquid Marble (ang. Płynny Marmur) to cykl instalacji – francuski projektant unika słowa „rzeźba” – wykonanych z jednego kawałka ręcznie polerowanego marmuru, dla których inspiracją była tafla wody delikatnie poruszana wiatrem. Zaprojektowane one zostały przy użyciu oprogramowania 3D stworzonego dla branży filmowej i używanego przy efektach specjalnych. Wykonaniem cyklu zajęła się firma MCM – Mármores Centrais do Minho specjalizującą się w kompleksowym realizowaniu ważnych projektów architektonicznych.
Jedną z instalacji zaprezentowano w Muzeum Wiktorii i Alberta (Victoria and Albert Museum) – największym muzeum sztuki i rzemiosła artystycznego w Londynie w czasie tegorocznego London Design Festival. W bogato zdobionym, jasnym wnętrzu Norfolk House Music Room, na 30-centymetrowym postumencie, zapre-zentowano ręcznie polerowany czarny marmur w jednym kawałku o niebagatelnych wymiarach 4 x 1,7 m.
„Zainspirował mnie – mówi Lehanneur – kontrast pomiędzy głęboką ciszą Płynnego Marmuru a luksusowymi dekoracjami Norfolk House Music Room, który gościł najpiękniejsze symfonie.”

foto: Ed Reeve
Druga instalacja zaprezentowana była na Festiwalu Ogrodów w Chaumont-sur-Loire we Francji także w tym roku. Również wykonana jest z jednego kawałka kamienia o wielkości 7,5 x 2,5 m. To także ręcznie polerowany marmur, lecz tu w kolorze zielonym. Jej tytuł to Petite Loire (franc. Mała Loara), a sam twórca mówi o niej tak: „Niektórzy mówią, że Loara jest ostatnią dziką rzeką Francji; kształtuje i odżywia krajobrazy, przepływa bez przystanku. Petite Loire jest zatrzymaną klatką, bezustannym ruchem rzeki zamkniętym w nieruchomym, niemal skamieniałym momencie.”

foto: M.Giesbrecht
Matthieu Lehanneur sięga po kamień tworząc wiele ze swoich prac i łączy go z różnymi materiałami. Przy okazji bawi się wyobraźnią odbiorcy, nadając tym materiałom zaskakujące formy i faktury. Idalnie opisuje to ulotka reklamująca wystawę Spring (ang. Wiosna): „Marmur i aluminium stają się cieczą, onyks staje się powietrzem, a szkło mięknie, jakby powracało do stanu pierwotnego.”

Autor - Matthieu Lehanneur, foto: Ed Reeve

foto: Ed Reeve

Kamenný pastýř (kamienny pasterz) - bardzo dobrze zachowany menhir znajdujący się w Czechach niedaleko miejscowości Klobuky.
Naszym stałym czytelnikom z pewnością nie są obce terminy dolmen oraz kromlech. Jeśli ktoś z jakichś powodów przeoczył poprzednie artykuły o budowlach megalitycznych, zachęcamy do jak najszybszego nadrobienia zaległości. Tymczasem przed nami ostatnia odsłona miniserii, w której zajmiemy się menhirami.
Menhiry to najprostsze pod względem konstrukcji budowle megalityczne.
Tłumacząc z języków bretońskich, słowo „menhir” oznacza po prostu „wysoki kamień”. Zasadniczo tym terminem określa się postawiony pionowo blok skalny, zazwyczaj zaostrzony lub zwężający się ku górze. Menhiry różniły się znacznie rozmiarami. Największe z nich mogły mieć nawet 20 metrów wysokości i ważyć około 300 ton. Nie trzeba chyba dodawać, że sposób, w jaki stawiano tak gigantyczne bloki tysiące lat przed naszą erą budzi ożywione dyskusje wśród badaczy tematu i do dziś stanowi nierozwiązaną zagadkę archeologii.
Najwięcej menhirów można znaleźć na Wyspach Brytyjskich oraz w północnej Francji. Obecnie ich liczba w tamtych rejonach sięga około 10 000. Szacuje się, że dawniej było ich kilkakrotnie więcej, jednak znaczna część uległa zniszczeniu. Menhiry występują także w Azji, Afryce i Ameryce Południowej, ale zdecydowanie w mniejszej liczbie niż na północy Europy.
Istnieje wiele hipotez dotyczących funkcji menhirów. Mogły to być miejsca kultu, przy których druidzi składali ofiary i przeprowadzali ceremonie religijne. Równie dobrze mogły być znacznikami terytorium albo formą pradawnego kalendarza. Na wielu z nich wciąż można dostrzec wyryte w skale symbole, takie jak topory, pługi i pastorały. Niestety, podobnie jak w przypadku innych megalitycznych budowli, nie mamy wystarczająco wielu źródeł, by jednoznacznie stwierdzić jak i po co wznoszono te megality.
W średniowieczu panowało przekonanie, że menhiry zostały postawione przez gigantów, którzy zamieszkiwali ziemię w czasach poprzedzających biblijny potop. Wiele z nich zostało zniszczonych przez wczesnych chrześcijan, którzy uważali je za miejsca pogańskich obrzędów. Znamy jednak co najmniej jeden przypadek bardzo ciekawego wykorzystania istniejącego menhiru.
W Wielkiej Brytanii – w hrabstwie Devon – znajduje się mała miejscowość o nazwie South Zeal. W jej centrum znajdziemy The Oxenham Arms – przytulny hotel, wewnątrz którego znajduje się menhir pochodzący sprzed ponad pięciu tysięcy lat. Jak to możliwe?
W dwunastym wieku menhir odnaleźli mnisi, którzy postanowili w tym miejscu wybudować klasztor. Jako że megalit tkwił głęboko w ziemi, zdecydowali się włączyć go do struktury budowli. Budynek w ciągu następnych lat wielokrotnie zmieniał swoje funkcje, aż w końcu został przekształcony w hotel, jednak menhir nadal znajduje się w tym samym miejscu. Znajdziemy go w zacisznej wnęce hotelowego baru, gdzie odwiedzają go dziesiątki turystów każdego dnia.

Carnac
Często menhiry były stawiane nie pojedynczo, lecz w całych formacjach. Jednym z największych skupisk menhirów jest Carnac w północnej Francji. Znajdziemy tam trzy duże skupiska menhirów (Ménec, Kermario i Kerlescan) ustawione w zbiegających się rzędach. Każda z tych grup ciągnie się na około kilometr długości i kilkaset metrów szerokości. Ich wiek szacuje się na 4,5 tysiąca lat przed naszą erą. Jedna z lokalnych legend głosi, że sam Merlin zamienił rzymski legion w kamień za pomocą czarów, dlatego kamienie stoją w tak równych rzędach i w tak wielkiej liczbie. Według innej wersji to papież Korneliusz spetryfikował ścigających go pogańskich wojowników. Rzeczywiste okoliczności powstania tych formacji pozostają jednak tajemnicą.

Ciekawe formacje menhirów możemy też znaleźć na terenach zamieszkałych wieki temu przez wikingów, czyli w Skandynawii. W późnej epoce brązu bardzo częstą praktyką towarzyszącą obrzędom pogrzebowym było otaczanie miejsca pochówku menhirami ustawionymi w kształt statku. Największą znaną formacją tego typu jest kamienny statek z Jelling (170 metrów długości), który jednak nie przetrwał w całości do dzisiejszych czasów.
#jakubzdankowski