
W dniach 12–14 czerwca odbył się XXXI Walny Zjazd Polskiego Związku Kamieniarstwa. Na miejsce tegorocznego spotkania wybrano Strzegom i Wałbrzych, a więc region, w którym kamień nie jest wyłącznie przedmiotem działalności gospodarczej, lecz także ważnym elementem historii, krajobrazu i lokalnej tożsamości.
Termin i miejsce zjazdu miały dodatkowe znaczenie. Rok 2026 został ogłoszony w Strzegomiu Rokiem 200-lecia wydobycia granitu na skalę przemysłową. Jubileusz nawiązuje do założenia w 1826 roku przez Friedricha Samuela von Bartscha nowoczesnego kamieniołomu na Górze Młyńskiej, uznawanego za symboliczny początek przemysłowej eksploatacji granitu w regionie. Zjazd odbywał się pod honorowym patronatem Burmistrza Strzegomia Krzysztofa Kalinowskiego.
Pierwszy dzień przeznaczono przede wszystkim na sprawy organizacyjne i statutowe. Delegaci podsumowali działalność Polskiego Związku Kamieniarstwa w 2025 roku, zatwierdzili sprawozdania Zarządu i Komisji Rewizyjnej oraz rozmawiali o kierunkach dalszych działań organizacji. Doceniono też aktywnych członków organizacji – podziękowania za szczególne zaangażowanie w bieżącą działalność PZK otrzymali Łukasz Styrczula, Piotr Gradowski i Jerzy Zysk. Do Związku – przy burzy oklasków – przyjęto kolejnych członków, którzy mieli możliwość zaprezentowania się uczestnikom. Uroczystym punktem obrad było wręczenie medali „Zasłużony dla Kamieniarstwa RP”. Odznaczenia otrzymali Antoni Młynarski oraz Paweł Szambelan.
W części przeznaczonej dla partnerów zjazdu wystąpiły firmy Cosentino i Euro-Arss. Przedstawiciele Cosentino zaprezentowali skalę działalności przedsiębiorstwa oraz cztery główne grupy oferowanych materiałów: Dekton, Silestone, Sensa i ĒCLOS. Mówili między innymi o nowych kolekcjach, rozwiązaniach dla kuchni, łazienek i przestrzeni zewnętrznych. Była również mowa o technologii Hybriq+, która pozwoliła ograniczyć zawartość krzemionki krystalicznej w produktach – temat istotny w ostatnim czasie.
Prezentacja firmy Euro-Arss była poświęcona przede wszystkim maszynom Donatoni. Omawiano maszyny oraz oprogramowanie służące do przygotowania i zarządzania produkcją. Sporą część wystąpienia poświęcono platformie Dom Kamienia, która ma stać się giełdą branżową dla profesjonalistów.
Wieczorna kolacja zakończyła oficjalną część pierwszego dnia i – jak zwykle podczas spotkań branżowych – dała uczestnikom czas na rozmowy, wymianę doświadczeń oraz mniej formalne kontakty.
Drugi dzień upłynął w cieniu granitu. Uczestnicy zjazdu odwiedzili Strzegom. Pierwszym przystankiem była Kopalnia Strzegom – czynny kamieniołom granitu strzegomskiego. Tam branżowcy mogli przyjrzeć się kolejnym etapom wydobycia – od odspajania bloków skalnych, przez transport, po przeróbkę kamienia. Kolejnym przystankiem była hurtownia Intergranit, prezentująca szeroki wybór kamienia naturalnego, w tym bogatą ofertę granitów.
Po części zawodowej przyszedł czas na poznanie samego Strzegomia. Podczas wizyty w browarze Strigovia uczestnicy wysłuchali opowieści o lokalnym rzemiośle piwowarskim, a następnie zwiedzili miasto z przewodnikiem, dr. Markiem Żubrydem. Historia miasta została przedstawiona przede wszystkim przez pryzmat jego zabytków oraz wielowiekowych związków z kamieniarstwem.
Dzień zakończyło ognisko w nieczynnym kamieniołomie bazaltu. Dzięki gościnności Aleksandry Skolak z Granitowej Galerii uczestnicy mogli spotkać się w miejscu, które trudno byłoby zastąpić zwykłą salą bankietową. Ognisko podkreśliło symboliczny charakter regionu, w którym kamień od wieków kształtuje krajobraz i tożsamość lokalnej społeczności, a jednocześnie stało się naturalnym dopełnieniem programu Zjazdu.
Niedziela przyniosła jeszcze jedną niespodziankę. Burmistrz Strzegomia nadał Polskiemu Związkowi Kamieniarstwa Honorowy Tytuł „Zasłużony dla Ziemi Strzegomskiej” i wręczył go w czasie niedzielnej gali. To wyraz docenienia wieloletniego wkładu członków PZK w pielęgnowanie i rozwój polskiego kamieniarstwa: „Dzięki ich pracy, pasji i profesjonalizmowi dziedzictwo kamieniarskie Strzegomia pozostaje żywe, dynamiczne i rozpoznawalne w całym kraju”.
Połączenie części merytorycznej, uroczystej i terenowej stworzyło wydarzenie, które w pełni oddaje ducha polskiego kamieniarstwa – opartego na tradycji, profesjonalizmie i współpracy. A frekwencja potwierdziła, że branża chce się spotykać, pozostaje aktywna i jest gotowa do wspólnego działania.
Więcej zdjęć: fb/KurierKamieniarski
Przeczytaj również: Dlaczego przyjachaliśmy na zjad PZK? - Karol Czernij, AMG Granit

Natura nie tworzy rzeczy idealnie równych. Przez głęboką czerń kamienia przebiega ledwie uchwytna poświata, niczym odległa mgławica na nocnym niebie. Delikatna, niejednoznaczna, zostawia przestrzeń dla wyobraźni. Każde spojrzenie odkrywa nowy niuans, jakby kamień opowiadał własną, cichą historię. To detal, który nie krzyczy, ale hipnotyzuje swoją spokojną elegancją.
Nero Santa Lucia jest bardzo ciemny, antracytowo-czarny. Ma spokojny, rozproszony rysunek i miejscowe przejścia tonalne, które po wypolerowaniu dają efekt głębi. Pod względem barwy Lucia zajmuje miejsce pomiędzy popularną Impalą a najciemniejszymi materiałami skandynawskimi. Nie osiąga nudnej, całkowicie jednolitej czerni dobrego Szweda, ale jest wyraźnie ciemniejszy od ciemnej Impali.
Od strony technicznej Nero Santa Lucia jest materiałem bardzo zwartym. Jego gęstość to 3000 kg/m³, porowatość otwarta 0,1%, a nasiąkliwość zaledwie 0,02%. Mimo to jest łatwiejszy w obróbce niż pozostałe czarne materiały – przecina się i obrabia jak popularne granity, nie powoduje nadmiernego zużycia narzędzi i pod tym względem najczęściej jest przyrównywany do Impali. Nie jest też łupliwy i nie pęka w czasie obróbki.

Jednolite, ciemne tło jest przełamane łagodnym, falującym rysunkiem, który nadaje powierzchni naturalną głębię.
Poler również nie sprawia większych problemów. Kamieniarze zwracają uwagę, że – jak przy każdym czarnym materiale – końcówki trzeba dopracować staranniej niż przy jaśniejszych granitach. Nie jest to jednak materiał trudny.
Nero Santa Lucia to kamień z Republiki Południowej Afryki, który przeznaczony jest przede wszystkim do produkcji parapetów, blatów i nagrobków. W handlu znajdziemy go w grupie czarnych granitów, petrograficznie jest jednak gabrem. Materiał ma drobnoziarnistą strukturę i delikatny, płynący rysunek.
Nero Santa Lucia pochodzi z wyrobiska boulderowego – wielkie głazy wyciągane są z piaszczystego podłoża. Ma to znaczenie praktyczne, bo w materiale z takich wyrobisk praktycznie nie występują naprężenia. Potwierdzają to wykonawcy: nie ma sztychów, nie zdarzają się niespodzianki po przetarciu bloku, nie pęka w czasie obróbki.
Z niskiej nasiąkliwości wynika również brak konieczności impregnacji, a mała porowatość przekłada się na pełnię mrozoodporność i odporność na działanie soli odladzających. Zupełnie nie wykazuje też podatności na rdzewienie.
Nero Santa Lucia to materiał, który po kilku latach przerwy ponownie zasilił rynek kamieniarski. Jego powrót do dystrybucji pozwala ponownie korzystać z surowca, który, mimo okresu nieobecności, wciąż wpisuje się w aktualne trendy.
Największym jego atutem nadal pozostaje cena. Jest bezkonkurencyjny wśród czarnych materiałów.
Dane techniczne Nero Santa Lucia:
Gęstość: 3000 kg/m3
Porowatość otwarta 0,1 %
Nasiąkliwość: 0,02 %
Wytrzymałość na ściskanie: 360,0 MPa
Wytrzymałość na zginanie: 33,5 MPa
Odporność na ścieranie 4,9 cm3/50 cm2
Mrozoodporność pełna

Blok Nero Santa Lucia

Wydobycie Nero Santa Lucia - wyrobisko boulderowe
Nero Santa Lucia jest dostępna wyłącznie w Nowak Granites
tel. 608 559 399 (Michał), tel. 538 532 002 (Marta).

Magemar Polska działa w Polsce już 27 lat. Za nami naprawdę wiele doświadczeń, wiele zdarzeń i setki tysięcy ton bloków granitowych dostarczonych do Polski. Przez te wszystkie lata rynek bardzo się zmienił, zmieniła się logistyka, zmienił się transport morski i zmienili się sami klienci.
Po ostatnich rozmowach z kamieniarzami wyraźnie widzę, że wszystkich interesuje przede wszystkim jedno: stawki. Ile kosztuje fracht, jak długo obecne ceny się utrzymają, czy będą rosły, czy może zaczną spadać. Czyli wszystko to, co bezpośrednio wpływa na opłacalność importu.
Największym błędem jest myślenie, że transport kończy się w chwili załadunku kontenera
W czerwcu dostawa kontenera z Indii do Trójmiasta kosztowała w granicach 3000 dolarów – dziś to już ok. 4000 dolarów. Przy blokach granitowych do jednego kontenera pakujemy około siedmiu metrów sześciennych materiału. Kamieniarz przelicza sobie później kubiki na metry kwadratowe, dolicza koszt frachtu, cięcia, polerowania i okazuje się, że cały biznes zaczyna być coraz mniej opłacalny.
To samo dotyczy płyt. Tutaj oczywiście koszt rozkłada się od razu na metry kwadratowe, ale mechanizm jest identyczny. Sam materiał może nie być tani, później dochodzi fracht, pozostałe koszty transportu, marża i nagle cena końcowa robi się taka, że może być problem ze sprzedażą.

Tym bardziej że firm importujących kamień nie ubywa. Wręcz przeciwnie – cały czas pojawiają się nowe. Jednocześnie przerób kamienia w Polsce powoli się zwija. Dotyczy to zwłaszcza mniejszych zakładów, które przespały moment rozwoju i zostały przy tej jednej „pile żywicielce”, jak się o tym mówi w branży. Dzisiaj z samych nagrobków bardzo trudno jest wyżyć. Jeżeli zakład nie wszedł również w budowlankę, nie zainwestował w sprzęt i nie rozszerzył swojej działalności, jego sytuacja może być coraz trudniejsza.
W tej sytuacji wszyscy próbują przewidzieć, co stanie się z frachtem. Tyle że to jest trochę wróżenie z fusów. Nikt tak naprawdę nie wie, jaka będzie sytuacja na świecie.
Dobrym przykładem jest cieśnina Ormuz. Z Zatoki Perskiej pochodzi 20% światowych dostaw ropy. Problemy w tym rejonie przełożyły się między innymi na niedobory paliwa na Dalekim Wschodzie, w tym tzw. bunkru, czyli paliwa dla statków. To z kolei spowodowało wycofywanie niektórych statków kontenerowych z tras. Obserwowaliśmy bardzo gwałtowny wzrost stawek frachtowych. W pierwszej połowie roku były tygodnie, gdy pojawiły się podwyżki rzędu 600–700 dolarów. Czyli wzrosty sięgające 25–30 procent. Przewoźnicy wprowadzali dodatki wojenne, niektórzy wprowadzili je nawet na liniach europejskich.
Mówiąc „cena kontenera”, mamy na myśli cenę frachtu, a fracht to koszt udostępnienia kontenera i transportu pomiędzy portem załadunku a portem docelowym. Jeżeli ten koszt – fracht – rośnie nagle z 2000 do 3000, a nawet do 4000 dolarów, importer musi dołożyć kolejne tysiące dolarów do kosztu sprowadzenia tego samego towaru. Przy kamieniu to są duże pieniądze.
Co Magemar Polska może w takiej sytuacji zaproponować? Możemy kontrolować rynek i informować klienta: ceny spadają, być może właśnie teraz jest moment, żeby ładować. Ale trzeba pamiętać, że dzisiaj dominują ceny spotowe. Oznacza to, że praktycznie każde kolejne wyjście statku z portu dalekowschodniego może mieć inną cenę. Czyli może się zdarzyć, że informujemy klienta o dobrej cenie, rozpoczyna się organizacja transportu, a rynek w tym czasie rośnie. Jeżeli jednak mamy już potwierdzony booking od armatora – a tak staramy się pracować – stawka frachtowa jest utrzymywana.
Nie oznacza to też, że w czasie transportu nie mogą pojawić się dodatkowe koszty. Dodatki wojenne czy inne dopłaty mogą zostać doliczone nawet wtedy, gdy kontener znajduje się już bardzo blisko portu docelowego, ale nadal jest w drodze. Tak było z kontenerami, które wypłynęły jeszcze zanim wiadomo było o wojnie w rejonie Zatoki Perskiej. Kiedy były już w drodze, pojawiły się dodatki wojenne.
I właśnie tutaj zaczyna się rola firmy spedycyjnej
Kamieniarz zazwyczaj nie ma bezpośredniego dostępu do dużych armatorów, takich jak MSC, Maersk czy Hapag-Lloyd. Ale może pracować z zaufaną firmą spedycyjną. I mieć – mówiąc najprościej – święty spokój. W Magemar Polska podchodzimy do tego kompleksowo, zapewniamy pełną logistykę „door-to-door”. Opiekujemy się kontenerem od momentu przyjęcia zlecenia transportowego: od podstawienia kontenera gdzieś na świecie, przez transport do portu załadunku, przewóz morski do Polski, odprawę celną po rozpakowanie kontenera. Możemy także dostarczyć pełny kontener bezpośrednio do klienta. Ale wtedy trzeba oczywiście uwzględnić koszt transportu lądowego kontenera w dwie strony.
Wszystkim klientom powtarzam jedno: zawsze ubezpieczaj towar w kontenerze. Zawsze!
Firmy kamieniarskie czasem organizują takie transporty samodzielnie. Większość chwali sobie ten model działania. Zwłaszcza gdy po drodze nic się nie wydarzy. W transporcie zdarzają się jednak przypadki losowe, uszkodzenia i szkody. Skoro ubezpieczamy dom, firmę i samochód, to i transport wart kilka tysięcy dolarów też warto ubezpieczyć.
Ubezpieczenie naprawdę nie jest dużym kosztem. Przykładowo to trzy promile od łącznej wartości towaru i frachtu. Jeżeli towar na fakturze ma wartość 20 000 dolarów, a fracht kosztuje 3000 dolarów, podstawą jest 23 000 dolarów. To 69 dolarów. W porównaniu z wartością towaru i potencjalnymi kosztami szkody są to niewielkie pieniądze.
Kamień jest bardzo specyficznym ładunkiem. Źle zamocowany blok może uszkodzić podłogę albo ścianę kontenera. Wtedy koszty zaczynają iść w tysiące euro. Jeżeli pojawia się konieczność przeładowania towaru w zagranicznym porcie, koszty samego przeładunku potrafią być czterokrotnie wyższe niż w Polsce. A jeżeli taki blok wyładowywany jest na przykład w Niemczech, to Niemcy się nie patyczkują. Nie robią tego na przekładkach, tylko budują specjalne drewniane łoże, na którym blok jest wsuwany do kontenera. Koszt konstrukcji i koszt operacji przenoszone są na właściciela towaru. Czy warto więc oszczędzać na ubezpieczeniu?
Nie każdy zdaje sobie sprawę, jak wygląda transport morski od strony prawnej i finansowej
Jest jeszcze coś, z czego bardzo wielu importerów w ogóle nie zdaje sobie sprawy – awaria wspólna. Tłumaczę to czasami w bardzo obrazowy sposób. Statek wypływający w morze staje się czymś w rodzaju wielkiej spółki z ograniczoną odpowiedzialnością. Każdy, kto ma na tym statku swój towar w kontenerze, jest w pewnym sensie udziałowcem tej spółki. Jeżeli dochodzi do poważnego zdarzenia i trzeba ratować statek oraz ładunek, część kosztów pokrywa właściciel statku, a pozostała część zostaje rozdzielona pomiędzy właścicieli ładunków. Ratowanie statku oznacza bowiem również ratowanie ich towarów. Może się więc okazać, że ktoś otrzymuje informację o udziale w kosztach szkody wynoszącym na przykład 30 000 dolarów, mimo że jego własny kontener z towarem wart jest 15 000 czy 20 000 dolarów. Jeżeli nie ma ubezpieczenia, sytuacja robi się naprawdę poważna.
Ładunek może zostać zatrzymany do czasu uregulowania należności. Roszczenia są dochodzone bardzo konsekwentnie. Do dziś, z tego, co wiem, toczą się sprawy dotyczące osób, które nie miały ubezpieczonych towarów przewożonych kontenerowcem Ever Given, który zablokował Kanał Sueski w 2021 roku. Część sporów nadal rozgrywa się w sądach w Londynie. Ludzie mówią: nie ubezpieczyłem kontenera, ale dlaczego mam zapłacić 100 000 dolarów, skoro mój towar był wart 20 000? Tyle że właśnie tak skonstruowane jest prawo morskie.
Oczywiście nawet polisa nie rozwiązuje wszystkich problemów. Jeżeli statek zatonie, a kamieniarz ma do wykonania kontrakt, to pieniędzmi nie zastąpi materiału. Następna partia może być dostępna za pół roku, klient może naliczać kary czy odsetki. Ale przynajmniej można odzyskać pieniądze zainwestowane w towar i nie zostać dodatkowo obciążonym skutkami szkody. Bez ubezpieczenia może się okazać, że zamiast planowanego zysku zostaje ogromna strata.
Czym wyróżnia się Magemar Polska?
Przede wszystkim mamy własną agencję celną. Jeżeli firma spedycyjna nie ma własnej agencji celnej, musi przekazać część procesu kolejnemu podmiotowi. Dochodzą następne osoby, kolejne koszty, czasem dodatkowe zabezpieczenia czy wyższe opłaty za odprawę. Nie korzystamy z zewnętrznych agencji. Dla klienta oznacza to mniej pośredników, a jednocześnie wyższy poziom bezpieczeństwa informacji i ochrony tajemnicy handlowej. U nas proces realizowany jest od A do Z.
Dzielimy się własną wiedzą. Chcemy, by nasi klienci byli świadomi, czym jest każdy element układanki zwanej importem i eksportem. Nie ukrywamy kosztów, nie obiecujemy tego, na co nie mamy wpływu. Reagujemy szybko na zmienne sytuacje w transporcie, bo mamy przedstawicieli oraz agentów na całym świecie. Przez 27 lat zdobyliśmy ogromne doświadczenie, które jest dziś naszą najważniejszą wartością.

Dlaczego kamieniarz powinien rozmawiać z architektem, zanim powie „da się”?
Współpraca kamieniarza z architektem najlepiej działa wtedy, gdy obie strony jasno komunikują swoje założenia i potrzeby, a także regularnie konsultują szczegóły techniczne na każdym etapie projektu. Dzięki temu możliwe jest uniknięcie nieporozumień i stworzenie rozwiązania, które będzie zarówno estetyczne, jak i funkcjonalne. Architekt pokazuje klientowi efekt, klimat, proporcje i pomysł na wnętrze. Klient akceptuje wizualizację, bo widzi piękną kuchnię, łazienkę albo kominek.
Potem projekt trafia do kamieniarza i zaczyna się codzienna praktyka: materiał, płyty, formaty, ciężar, łączenia, podparcia, kolejność montażu, kontakt ze stolarką, ścianą, posadzką i wszystkimi decyzjami, które na wizualizacji wyglądają lekko.
Tu pojawia się pierwszy błąd, który jako branża popełniamy zbyt często: traktujemy projekt jak rozkaz.
Skoro jest narysowane, to trzeba zrobić. Skoro architekt to zaprojektował, to pewnie wie. Skoro klient już widział wizualizację, to lepiej nie zadawać trudnych pytań, bo jeszcze pomyśli, że komplikujemy. I wtedy pada najniebezpieczniejsze zdanie w naszej pracy: „da się”.
Oczywiście bardzo często naprawdę się da. Kamień, konglomerat i spiek pozwalają dziś zrobić rzeczy, które kilkanaście lat temu byłyby trudne albo nieopłacalne. Problem nie leży w samym „da się”, tylko w tym, kiedy ono pada. Jeżeli mówimy je przed analizą projektu, materiału, detalu i warunków montażu, to nie jest to profesjonalna deklaracja. To jest obietnica złożona trochę na wyczucie.
Architekt nie potrzebuje kamieniarza, który od razu mówi „nie”.
Ale nie potrzebuje też takiego, który dla świętego spokoju przytakuje, a potem na końcu realizacji tłumaczy, że jednak trzeba było coś zmienić. Dobra współpraca zaczyna się od innego podejścia: projekt jest punktem wyjścia do rozmowy, nie instrukcją bez prawa zadawania pytań.
To ważne rozróżnienie. Projektant wnętrz odpowiada za koncepcję, estetykę i spójność całości. Kamieniarz odpowiada za realne wykonanie elementów z kamienia. To są dwa różne obszary odpowiedzialności, które muszą się spotkać. Jeżeli kamieniarz nie powie na początku, że dany detal wymaga doprecyzowania, to później trudno mieć pretensje, że projektant tego nie przewidział. Czasem po prostu nie miał podstaw, żeby to przewidzieć.
Z naszych doświadczeń w E-Stone wynika, że takie historie powtarzają się zaskakująco często. Na początku wszystko wydaje się proste – okładzina ściany nad blatem zostaje wykrojona z płyty tak, aby jak najlepiej wykorzystać materiał. Montujemy całość i dopiero wtedy pojawia się refleksja: dlaczego użylenie kamienia nie przechodzi płynnie z blatu na ścianę? Okazuje się, że aby uzyskać taki efekt, należałoby zaplanować zupełnie inny rozkrój i sięgnąć po dodatkową płytę, co automatycznie podnosi koszt realizacji. W tym momencie pojawia się kluczowe pytanie, które warto zadać już na początku: co jest ważniejsze – ciągłość wzoru czy budżet? Jeśli sami założymy, że priorytetem jest koszt, możemy później stanąć przed trudną rozmową z klientem, który oczekiwał efektu wizualnego i poczuje się rozczarowany jego brakiem.
Najlepsi projektanci, z którymi pracujemy jako branża, wcale nie obrażają się na pytania.
Często wręcz ich oczekują. Problemem nie jest pytanie: „Czy możemy tu omówić łączenie?”. Problemem jest pytanie zadane za późno, kiedy klient już wybrał materiał, stolarz wykonał meble, a termin montażu jest za dwa dni.
Kamieniarz powinien być dla architekta filtrem praktycznym.
Nie po to, żeby niszczyć koncepcję, tylko po to, żeby ją obronić w realnym świecie. Czasem wystarczy drobna korekta, inne miejsce łączenia, wcześniejsza konsultacja ze stolarzem, doprecyzowanie podparcia albo uczciwa rozmowa o tym, co klient zobaczy po montażu. To są rzeczy oczywiste, ale właśnie na oczywistościach najczęściej się wykładamy.
Warto też pamiętać, że dla inwestora efekt jest jeden. Klient nie dzieli później kuchni na część projektanta, stolarza i kamieniarza. On widzi całość. Jeżeli kamień pięknie wygląda, ale nie pasuje do mebli albo detal jest niezgodny z tym, co widział na wizualizacji, to nie będzie analizował, kto zawinił. Powie, że „coś nie wyszło”, zacznie mieć pretensje do architekta, a ten z kolei do kamieniarza i w ten sposób łatwo może popsuć się dobra relacja między projektantem a kamieniarzem.
Dlatego kamieniarz, który chce budować dobrą relację z architektami, powinien myśleć nie tylko o swoim fragmencie, ale też o tym, jak jego praca wpisuje się w cały projekt.
Nie chodzi o to, żeby zdradzać projektantom wszystkie swoje techniczne rozwiązania. Nie chodzi też o to, żeby uczyć wszystkich wszystkiego. Chodzi o elementarną kulturę współpracy: jeżeli widzimy ryzyko, nazwijmy je wcześnie. Jeżeli czegoś nie wiemy, zapytajmy. Jeżeli projekt wymaga decyzji, nie podejmujmy jej po cichu za architekta i klienta.
Dobre pytanie zadane na początku rzadko psuje relację. Milczenie psuje ją dużo częściej. Zwłaszcza wtedy, gdy na końcu trzeba tłumaczyć, dlaczego coś wygląda inaczej, kosztuje więcej albo wymaga poprawki.
Dobry kamieniarz nie jest od tego, żeby powiedzieć architektowi: „Tego się nie da”. Dobry kamieniarz jest od tego, żeby powiedzieć: „Sprawdźmy, jak zrobić to mądrze, żeby klient dostał efekt, który zaakceptował”. To niewielka różnica w słowach, ale ogromna różnica w podejściu.
Karol Twardowski – właściciel firmy E-Stone – od lat zajmuje się obróbką i montażem kamienia naturalnego oraz materiałów wielkoformatowych. Mistrz w zawodzie kamieniarz.
Kontakt do autora: karol@e-stone.pl
tel. 501 179 501
www.e-stone.pl
#karoltwardowski

Praca z polskimi granitami — strzegomskim i kośmińskim — jako materiałem nawierzchniowym w przestrzeni publicznej wymaga od projektanta decyzji, których konsekwencje są trudne do przewidzenia bez wiedzy i doświadczenia specjalisty kamieniarza.
W praktyce szczególnie ważnych jest kilka obszarów, w których eksperckie wsparcie dla architekta na etapie projektowania jest nieocenione.
Pierwszym z nich jest wpływ metody obróbki powierzchni na wygląd i kolorystykę materiału.
Płomieniowanie — dziś dominująca technika nadawania nawierzchni właściwości antypoślizgowych — może uwydatnić tlenki żelaza obecne w strukturze kamienia i zmienić jego barwę z szarej w kierunku ciemnych, rudawych odcieni. Efekt ten bywa trudny do przewidzenia bez znajomości konkretnej partii materiału i może istotnie odbiegać od zakładanej kolorystyki.
Alternatywą pozostaje groszkowanie, które zapewnia wymaganą szorstkość materiału bez ingerencji w chromatykę kamienia. Jednocześnie groszkowanie nadaje nawierzchni bardziej matowy wygląd, gdyż – w przeciwieństwie do płomieniowania – nie powoduje powstawania „szklanych” drobin dających efekt błyszczenia nawierzchni.
Przy bardzo wymagających przestrzeniach znaczenie dla kolorystyki ma również kierunek cięcia bloku, który wpływa na nasiąkliwość płyt. Część elementów może po opadach utrzymywać ciemne zabarwienie znacznie dłużej niż pozostałe, zaburzając spójność optyczną całej nawierzchni.
Kolejnym istotnym aspektem jest zapobieganie przemieszczaniu się kostek w trakcie eksploatacji pod wpływem obciążeń dynamicznych od intensywnego ruchu samochodowego.
Powszechnie stosowane obecnie kostki o precyzyjnie ciętych bokach nie klinują się między sobą tak, jak tradycyjna kostka łupana. W miejscach narażonych na intensywny ruch kołowy może to prowadzić do stopniowego przemieszczania się elementów i zaburzenia zaprojektowanego przez architekta wzoru nawierzchni. Ryzyko to można ograniczyć, wskazując w dokumentacji technicznej konieczność uszorstkowienia powierzchni spodniej i bocznej kostek. Ważny jest też wzór układania: nawierzchnia w regularnych rzędach eksponuje każde przemieszczenie i w ciągach z ruchem pojazdów się nie sprawdza. W takich miejscach warto sięgać po tradycyjne schematy lub wzory z przesunięciem spoin.
W komponowaniu wzoru należy również pamiętać o tym, że cienkie elementy kamienne — paski, kliny, wstawki — mimo technicznej możliwości wykonania wykazują w długoterminowej eksploatacji podwyższoną podatność na pękanie.
Doświadczony kamieniarz pomoże architektowi ustalić zasady układania i docinania materiału, które wyeliminują zbyt małe elementy z projektowanej kompozycji.
Kamieniarz może również pomóc architektowi w ustaleniu zasad przygotowania mock-upu nawierzchni i jego odbioru.
Wykonanie odpowiednio dużego mock-upu (czyli próbnego fragmentu nawierzchni) jest niezbędnym etapem inwestycji, który powinien poprzedzić prace brukarskie, ale również zamówienie materiału na budowę. Granit jako materiał naturalny wykazuje zmienność — różnice w odcieniu i strukturze ziarna bywają wyraźnie widoczne po ułożeniu, zwłaszcza na dużych powierzchniach. Precyzyjne ustalenie na początku współpracy, w jaki sposób ta zmienność będzie kontrolowana i w jakim zakresie akceptowana, jest elementem rzetelnej koordynacji między projektantem a wykonawcą.
Wreszcie — specyfikacja techniczna materiału.
Parametry takie jak mrozoodporność, nasiąkliwość, wytrzymałość na ściskanie czy dopuszczalne tolerancje obróbki wykraczają poza kompetencje projektowe architekta. Rzetelna specyfikacja techniczna kamienia nie może być opracowana przez architekta samodzielnie — powinna powstawać we współpracy z doświadczonym kamieniarzem, który zna właściwości konkretnego materiału. Tak przygotowany dokument to nie tylko zabezpieczenie kontraktowe, ale przede wszystkim gwarancja, że zaprojektowane rozwiązanie jest technicznie wykonalne i będzie służyć przez lata.
Architekt potrzebuje więc od kamieniarza wiedzy eksperckiej oraz wsparcia merytorycznego na etapie projektowania, ale również nadzorowania inwestycji. Współpraca powinna zacząć się od wczesnej rozmowy o materiale, jego właściwościach i ograniczeniach, zanim decyzje projektowe zostaną wpisane w dokumentację.
Aleksandra Kucka jest architektką, prowadzi własną pracownię architektoniczną w Poznaniu. Niniejszy tekst powstał na podstawie doświadczeń zdobytych podczas pracy nad projektem nawierzchni kamiennych dla przebudowy Rynku i ul. Dworcowej w Kostrzynie, który jest obecnie w fazie realizacji.
#aleksandrakucka