
Miesiąc w drodze. Jestem we Francji, choć myślami jeszcze w Hiszpanii. Z przyjemnością wspominam ostatnie dni —poznanych ludzi, odwiedzone miejsca, skosztowane potrawy. Teraz to już z górki. Można powiedzieć wracam do domu.
Kolejnym i zarazem ostatnim punktem na mojej trasie było francuskie Bordeaux, w którym mieszka moja ciocia, którą chciałem odwiedzić.
Wyjazd z Madrytu przyniósł trochę trudności, ale po dwóch „stopach” i 50 kilometrach poszło już łatwo. Zabrały mnie dwie Hiszpanki i podwiozły 300 km. Na następnej stacji dość szybko znalazłem Polaka, który mógł mnie wziąć na obwodnicę Bordeuax, ale dopiero o 5:00 rano. Była godzina 20:00, więc miałem przed sobą dużo czasu wolnego. Padający nieprzerwanie niewielki deszcz i panujący chłód skłoniły mnie do rozbicia namiotu. Ot, uroki życia na szlaku.
Trasa około 350 kilometrów zajęła mi i Pawłowi, kierowcy, około 6 godzin. Złożyły się na to: limit prędkości do 90 km/h, którą mają wszystkie ciężarówki, górzysty teren, a także fakt, że Paweł musiał w trakcie jazdy zaliczyć krótką pauzę. Gdy wysiadłem na stacji tuż przy Bordeaux i zajrzałem do mapy zauważyłem, że wysiadłem o jedną stację za daleko. Znajdowałem się obecnie na północnym-wschodzie miasta, podczas gdy moja ciocia mieszka na południowym jego krańcu. Próbowałem dostać się autostopem do centrum miasta, ale bezskutecznie. Gdy stałem przy wyjeździe, zawołał mnie jeden z kierowców ciężarówek. Mówił tylko po francusku, ale jakimś cudem zrozumiałem, co chce mi przekazać. Podpowiedział mi, że jeśli wejdę pod górkę obok stacji, to trafię już do samego miasta. Skorzystałem z jego rady.
Gdy tylko napisałem cioci smsa z wiadomością gdzie jestem i że jeszcze trochę mnie nie będzie, otrzymałem odpowiedź „Jezus Maria, gdzie Ciebie tam wywiało?!”. Wszystko jednak ma swój plusy —w trakcie spaceru przekonałem się, że Bordeaux jest ładniejszym miastem, niż się wcześniej spodziewałem.
Późniejsze zwiedzanie tylko to potwierdziło. Szczególne wrażenie zrobił na mnie Place de la Bourse, ze wspaniałym lustrem wodnym, w którym odbiją się otaczające go budynki. Na Starym Mieście znajduje się też majestatyczna Katedra Saint-André. Wrażenie robi również rwąca rzeka Garonna, która przedziela miasto na dwie części, połączone kilkoma mostami. Najpiękniejszym z nich jest Pont de Pierre o długości prawie 500 metrów —przechodziłem przez niego, kiedy pokonywałem całe miasto.
Przez kilka dni w Bordeaux, po czterech tygodniach podróży, wreszcie czułem się jak w domu. Po naładowaniu wewnętrznej baterii tą rodzinną atmosferą, czas było wracać już do siebie do domu. Bordeaux żegnało mnie deszczem. Dość szybko dostałem się pod sam Paryż, gdzie jednak utknąłem na wiele godzin. Do stolicy Francji nie chciałem już jechać, głównie ze względu na goniące mnie terminy. Poza tym dwukrotnie już tam byłem. Niestety, ze stacji na której stałem, niemal wszyscy jechali właśnie do Paryża. I dopiero po 8 godzinach stania, gdy już było ciemno i zimno, a ja zastanawiałem się, gdzie się przespać tej nocy, przypadkiem szczęście się do mnie uśmiechnęło. Na stację zjechał kierowca busa z Polski, który jechał akurat do Belgii. Zabrał mnie ze sobą i nad ranem byłem za Brukselą.
Bez snu jechałem dalej i kilka godzin później już byłem na stacji pod Köln.
Tam po raz pierwszy od dawna spotkałem innych autostopowiczów. Trójkę Niemców, którzy jechali na północ kraju. Im szybciej udało się wydostać ze stacji, więc po jakiejś godzinie zostałem sam. Stamtąd zabrał mnie Paweł —redaktor Kuriera Kamieniarskiego. Mimo ogromnego zmęczenia, które mnie dopadło, zdołałem bez błędów zapisać kontakt do siebie, dzięki czemu mogę się z Wami podzielić swoją przygodą. Na stacji, na której mnie wysadził, nie bardzo wiedziałem, w którym kierunku powinienem się udać. Kierowcy poradzili mi, abym mostem przeszedł na drugą stronę, bo tam prędzej znajdę kogoś do Polski… Z drugiej strony mostu natomiast powiedzieli, żebym wracał, bo tutaj nic nie jedzie w stronę naszego kraju. Idąc powoli w stronę mostu, zobaczyłem tankującego Polaka. Jechał na załadunek kawałek wstecz do Frankfurtu, po czym ruszał pod samą Norymbergę. Tak więc ostatecznie po drugiej stronie złapałem stopa w stronę z pierwszej.
Na kolejnej stacji poznałem dwójkę autostopowiczów z Polski, którzy jechali do Pragi, czyli dokładnie w kierunku wschodnim. Akurat oni mieli do Czech prostą drogę, ja musiałem liczyć na duże szczęście. Stałem na stacji na północnym-zachodzie miasta, przy drodze która nijak nie prowadziła do Polski. Było już ciemno, gdy znalazłem ciężarówkę jadącą do Pragi. Zawołałem chłopaków, którzy wsiedli do kabiny i po chwili ruszyli do stolicy Czech. Co ciekawe, jednego z nich spotkałem kilka miesięcy później w centrum handlowym w Warszawie. Ja natomiast zostałem sam aż do następnego dnia. Wtedy, wiedząc już, że nie mam szans jechać bezpośrednio do Polski, postanowiłem udać się na południe na drogę do Monachium. Tam chciałem tylko przeskoczyć na drugą stronę drogi, na tę prowadzącą do Polski, gdzie powinno być dużo łatwiej. Do Monachium dostałem się dopiero po godzinie 13:00. Miałem szczęście, że pod autostradą było przejście na stację po drugiej stronie, więc nie musiałem kombinować jak przebiec przez autostradę. I wtedy, zgodnie z przewidywaniami, poszło już z górki. Dwie ciężarówki i jedna przesiadka później byłem już w miejscu, z którego rozpocząłem swoją podróż —na Bielanach Wrocławskich. Było już ciemno, kiedy wsiadałem do ostatnie autobusu, który zawiózł mnie na dworzec. Znów miałem szczęście i zdążyłem na ostatni tego dnia pociąg w kierunku Szczecina.
Moja podróż trwała dokładnie pięć tygodni i jeden dzień. W tym czasie podwiozło mnie 52 kierowców, przejechałem prawie 7.000 km. Udało mi się poznać fantastycznych ludzi, z którymi kontakt utrzymuję do dzisiaj. I chyba się uzależniłem, bo już wracając do Polski planowałem, gdzie pojadę następnym razem.

Dzień dziewiętnasty. Po nocy spędzonej na karimacie na murku koło stacji benzynowej gdzieś pod Malagą osiągnąłem cel podróży - wjeżdżam do Gibraltaru.
Gibraltar niegdyś był częścią Hiszpanii. Jednak bieg historii doprowadził do tego, że w 1704 roku, w trakcie wojny o sukcesję hiszpańską, Gibraltar został zdobyty przez Brytyjczyków, a podczas pokoju utrechckiego z 1713 roku został im przyznany jako wieczysta kolonia.
Ostatnie 150 kilometrów pokonałem pięcioma samochodami, a w pamięci mam Ruth, która poprzedniego wieczora rozpuściła włosy do pamiątkowego zdjęcia - abym zapamiętał ją jako typową Hiszpankę.
Ważnym „towarzyszem” współczesnego podróżnika stał się internet. Można tam w kilka chwil znaleźć wszystko, co jest w trasie niezbędne. Noclegi, adresy, ulice… Dlatego autostopowicze bardzo lubią restauracje McDonald’s, które oferują darmowy dostęp do wi-fi. Nim więc przekroczyłem granicę hiszpańsko-brytyjską skorzystałem z sieci w pobliskim fast-foodzie.
Zaraz za granicą znalazłem się na jednym z ciekawszych miejsca na Gibraltarze, mianowicie na… lotnisku. Pas startowy przecina drogę, a gdy samoloty startują bądź lądują, przejście blokowane jest szlabanami jak na zwykłym przejeździe kolejowym.
Po półgodzinnym marszu już witałem się z Nickiem - moim gospodarzem na najbliższe dni, z którym nawiązałem kontakt klika dni wcześniej na couchsurfingu i który zgodził się przenocować mnie. Jak się okazało nie byłem jednym gościem Nicka.
Już pierwszego dnia mojego pobytu dowiedziałem się kilku przydatnych rzeczy. Po pierwsze, tuż obok mieszkania Nicka był Nazareth House, w którym codziennie od poniedziałku do piątku każdy potrzebujący mógł zjeść pożywne śniadanie - z czego z radością korzystaliśmy. Ponadto kilkaset metrów dalej mieścił się Kościół Metodystów, w którym można było się posilić w niedziele. Naprzeciwko niego natomiast była biblioteka, gdzie można było skorzystać z internetu. Taka sytuacja była dla mnie, jako podróżnika, idealna. Przy dość ograniczonym budżecie możliwości zaoszczędzenia kilku złotych na dalszą trasę jest bezcenna.
W trakcie mojego pięciodniowego pobytu na Gibraltarze zwiedziłem niemal wszystko, co warte jest tam zobaczenia. Widziałem większość umocnień obronnych jeszcze z czasów wojen. Dotarłem na Europe Point, powszechnie znanego jako najdalej wysuniętego na południe miejsca Europy (w rzeczywistości takim nie jest). Tuż obok tego miejsca znajdował się malowniczo wkom-ponowany w otoczenie meczet, oraz miejsce, które jest ważne dla każdego Polaka - pomnik generała Władysława Sikorskiego.
Generał Sikorski zginął 4 lipca 1943 roku w katastrofie lotniczej zaraz po starcie z lotniska na Gibraltarze. Katastrofa nadal wzbudza kontrowersje i obrosła różnymi teoriami, w tym spiskowymi. Pomnik natomiast poświęcony temu wydarzeniu w zeszłym roku został odnowiony przeniesiony w obecne miejsce, o czym donosił również Kurier Kamieniarski.
Symbolem Gibraltaru jest Skała Gibraltarska, która wznosi się 426 metrów ponad poziomem morza. Większość z jej powierzchni zajmuje rezerwat przyrody, w którym żyje około 240 małp magotów, czyli jedynego dziko występującego gatunku małp w Europie. Legenda głosi, że tak długo, jak magoty występują na Gibraltarze, tak długo to miejsce będzie pod brytyjskim panowaniem. Same małpy nie są niebezpieczne i są przyzwyczajone do ciągłej obecności turystów. Jednak trzeba na nie bardzo uważać ponieważ zdarzały się przypadki, kiedy magoty kradły ludziom torebki, czy zrywały z szyi aparaty. W ich obecności absolutnie nie wolno wyciągać jedzenia, gdyż wtedy mogą zaatakować. Jednak przy zachowaniu ostrożność małpy nie wyrządzają nikomu żadnej krzywdy. I bez problemu można nawet sfotografować się z nimi.
Warto także wiedzieć, że Gibraltar jest jednym z tak zwanych „rajów podatkowych”. Dlatego ceny m.in. sprzętu elektronicznego i używek są tam bardzo atrakcyjne. Na przykład w jednym ze sklepów na głównej ulicy Gibraltaru widziałem litrowego Sobieskiego za 5 funtów, czyli mniej więcej równowartość 25 złotych.
Po pięciu dniach spędzonych w brytyjskiej kolonii nadszedł czas ruszyć w drogę powrotną. Wiele osób mnie przestrzegało, że opuszczenie Gibraltaru nie jest takie proste. Ze względu na atrakcyjne ceny wielu ludzi próbuje co nieco przemycić na stronę hiszpańską. Ku mojemu zaskoczeniu nawet nikt nie sprawdził moich dokumentów, mimo że przecież szedłem z dwoma wypchanymi plecakami.
Dużo czasu zajęło mi natomiast znalezienie dobrego miejsca do łapania stopa. Dopiero po półtora godzinnym marszu trafiłem na miejsce doskonałe. Był to przystanek autobusowy zaraz za rondem - samochody dopiero zjeżdżające ze skrzyżowania nie jadą jeszcze szybko, natomiast przystanek jest idealnym miejscem, aby mogły się zatrzymać. Transport znalazłem jednak dopiero po dwóch godzinach. Zmęczony odłożyłem karton z napisem „SEVILLA” i usiadłem na ławce. Sprawdzałem na mapie, czy na pewno stoję na dobrej drodze. Wtem kątem oka zauważyłem, że obok zatrzymał się samochód. Kierowcą był Sergio, który jechał prosto do Sewilli. W trakcie jazdy zdziwiony zapytałem, czemu się zatrzymał. Sergio odpowiedział, że półtorej godziny wcześniej jechał w drugą stronę i widział mnie stojącego przy drodze. Powiedział sobie, że jeśli w drodze powrotnej mnie spotka, to zabierze mnie ze sobą.
W stolicy Andaluzji przywitał mnie 42-stopniowy upał. Był to sam środek dnia, słońce niewyobrażalnie prażyło, a ja musiałem znaleźć miejsce do spania. Niestety, nie odezwała się żadna osoba z CouchSurfingu, dlatego skazany byłem na hostel. Cena była bardzo atrakcyjna - 30 euro za 3 noclegi. Ale ten wydatek spowodował, że jeśli nie znajdę gospodarza w Madrycie, to stolicę Hiszpanii będę musiał sobie odpuścić, bo nie stać mnie już na kolejny hostel.
Sevilla to, obok Walencji, najpiękniejsze miejsce, do którego dotarłem. Wspaniały hiszpański klimat unosił się w każdej ciasnej uliczce i znajdujących się na niej barów tapas. Prawdą okazało się także to, co wcześniej o tym mieście słyszałem. Mianowicie w miesiącach letnich życie tam rozpoczyna się dopiero wieczorem. Wcześniej jest po prostu zbyt gorąco, aby można było normalnie funkcjonować. Stąd też wzięła się siesta, czyli popołudniowa, parugodzinna przerwa Hiszpanów od pracy. I faktycznie, kiedy popołudniem wyszedłem z hostelu na ulicach było niewiele osób, zwłaszcza w porównaniu z tym, co działo się wieczorem - gdy na dworze zmierzchało, bary zapełniały się ludźmi. To w Sevilli, jak i całej Hiszpanii, bardzo mnie urzekło. Tam wieczorami miasto tętni życiem, mieszkańcy wychodzą ot tak po prostu, żeby podyskutować ze znajomymi.
Pierwszego dnia wieczorem w hostelu spotkałem Marcina - architekta z Wrocławia. Marcin przyjechał do Sevilli na półroczny staż w hiszpańskiej firmie. Nie znalazł jeszcze mieszkania, więc na kilka dni zameldował się w hostelu. To spotkanie okazało się moim zbawieniem. Kiedy powiedziałem, że prawdopodobnie będę musiał zrezygnować z wizyty w Madrycie, powiedział, że ma tam znajomą z Wrocławia, Kasię, która działa również na couchsurfingu. Kasia, podobnie jak Marcin, przyjechała do Hiszpanii na półroczny staż w jednej z architektonicznych firm. Już następnego dnia dowiedziałem się, że Kasia zgodziła się przyjąć mnie w Madrycie.
Sevilla nie bez powodu uznana jest za jedno z najpiękniejszych miast Półwyspu Iberyjskiego. W stolicy Andaluzji znajduje się wiele zabytków, które można by wymieniać długo. Wspomnę jedynie o ogromnej katedrze Najświętszej Marii Panny, której budowa rozpoczęła się w 1401 roku, o pałacu Alcazar i słynnych na całą Europę ogrodach, o Złotej Wieży (Torre del Oro) z XIII wieku czy Domu Piłata, postawionym kilkaset lat temu na wzór posiadłości Piłata z Jerozolimy. Jednak największe wrażenie wywarł na mnie Plac Hiszpański, który powstał niecałe 100 lat temu. Jest to wielki plac otoczony półkolistym budynkiem zbudowanym częściowo w stylu barokowym, a częściowo renesansowym. Tuż obok niego znajduje park Parque de María Luisa, w którym natura miesza się z całym szeregiem zabytkowych budynków i muzeów. Niezwykły klimat tego miasta spowodował, że niechętnie się z nim żegnałem. Niestety, czas gonił.
Dojazd do Madrytu zajął mi dużo czasu. Na jednej ze stacji pierwszy raz odmówiłem jazdy, mimo że kierowca jechał aż do samej stolicy. Był to Marokańczyk, który mówił płynną angielszczyzną w spokojnym, ale niepokojącym tonie. Kiedy usłyszał, że jestem z Polski, zaczął się mocno nad czymś zastanawiać. W tym momencie zaufałem intuicji i wycofałem się. Jeżdżąc autostopem należy nauczyć się słuchać przeczuć - to dobry zwyczaj.
W Madrycie od razu skontaktowałem się z Kasią i pojechałem do niej. Akurat wybierała się do jednego z najsławniejszych muzeów na świecie, czyli Museo del Prado, gdyż wejście tam w określonych godzinach jest za darmo. Pojechałem z nią, a po wyściu z muzeum usłyszeliśmy muzykę, która zwabiła nas do stóp fontanny Cibeles, jednej z wizytówek miasta. Mnie, kibicowi piłkarskiemu, jest ona znana głównie z tego, że jest miejscem, w którym kibice Realu Madryt świętują sukcesy swojej drużyny. Tego dnia miał się odbyć wybór dwóch miast, które powalczą o organizację Igrzysk Olimpijskich w 2020 roku, a Madryt był jednym z kandydatów. Gdy doszliśmy pod scenę pojawił się na niej Vicente del Bosque, trener piłkarskiej reprezentacji Hiszpanii, co mi, jako fanowi futbolu, sprawiło dużą radość.
Współlokatorem Kasi był Raul, lokalny patriota. Dla niego wszystko co z Madrytu, jest najlepsze w całej Hiszpanii, a co hiszpańskie, jest najlepsze w całej Europie. Jako, że przekonywał mnie o tym w bardzo sympatyczny sposób, nie miałem mu tego ze złe, zwłaszcza, że często faktycznie musiałem przyznać mu rację. Madryckie piwo było jednym z najlepszych, jakie kosztowałem w Hiszpanii. Kolejny dzień upłynął nam na grillowaniu. Nie jestem w stanie wymienić nawet połowy potraw, które Raul przyrządzał. Co chwilę tylko ogłaszał, że to mięso i sposób jego przyrządzenia jest typowe w Argentynie.
Kolejne w Meksyku… i tak przez cały, bardzo miły dzień.
Następny dzień poświęciłem na wędrówkę po mieście. Sam Madryt, mimo wielu wspaniałych miejsc, nie urzeka już tak swoim klimatem jak Sevilla czy Walencja. Najprzyjemniejsze wrażenie zrobił na mnie ogromny Park Retiro. Wśród połaci zieleni i wielu fontann znajduje się ogromny staw, po którym można pływać łódką, a także pomnik jednego z królów Hiszpanii. Jedną z głównych atrakcji jest wykonany w całości ze szkła i stali Pałac Kryształowy. Oczywiście zobaczyłem też stadion Realu, Santiago Bernabeu. Nie mogłem też pominąć Gran Via, czyli jednej z najsławniejszych ulic Madrycie, która jest centrum kulturalnym, rozrywkowym i handlowym miasta. W samym sercu Madrytu znajduje Puerta del Sol, czyli plac, na którym mieści się południk zero. Od tego miejsca mierzone sa wszystkie drogi wychodzące z Madrytu. Sam plac nie robi wielkiego wrażenia - ot, zwykła fontanna, ratusz i mnóstwo turystów.
Kolejnym celem mojej podróży miało być francuskie Bordeaux. Mieszka tam moja ciocia, którą chciałem odwiedzić.

Jestem w drodze od piętnastu dni.Znów jestem na stacji, na której spędziłem poprzednią noc – zanim wjechałem do Kartageny. Niestety, Kartagenę zapamiętam jako szarą i nijaką. Trochę wcześniej spędziłem 3 dni w Walencji, która zostanie w pamięci jako urzekająca i najbardziej hiszpańska ze wszystkich odwiedzonych miast. Przede mną 500 km południowego wybrzeża nim osiągnę cel podróży – Gibraltar.
Ze stacji benzynowej zabrał mnie Luis – chyba jeden z najbardziej zwariowanych kierowców, z którymi jechałem. Godzinna podróż minęła nam na żartach i ciągłym śmiechu, bo jak sam powiedział, woli unikać tematów politycznych, gdyż za bardzo go denerwują. Ale to właśnie od niego dowiedziałem się, że w Hiszpanii obecnie jest więcej opuszczonych domów, niż bezdomnych rodzin. Te niezamieszkałe budynki są efektem tego, że były stawiane przez bogatych ludzi, którzy oprócz „głównego” domu, chcieli mieć także drugi, po naszemu nazwijmy go letniskowym, do którego mogliby przyjeżdżać na weekendy czy wakacje. Kiedy przyszedł kryzys mało kogo było stać na utrzymanie dwóch domów. W takiej sytuacji trudno było też sprzedać dom, więc większość z nich jest po prostu porzucona.
Luis wysadził mnie w okolicach miejscowości Vera, w połowie drogi z Puerto de Mazarron do Almerii. Tam jednak utknąłem już na noc. Przespałem się na karimacie tuż przy budynku stacji benzynowej. Pod głową miałem mniejszy plecak z cennymi rzeczami, a drugi, z ubraniami, stał tuż obok mnie. Rankiem dość długo nie mogłem się stamtąd wydostać. Po 4 godzinach czekania jakiś Hiszpan zabrał mnie na stację na innej drodze, gdzie już po chwili złapałem stopa pod samą Almerię.
Na kolejnej stacji omal nie straciłem swojego zegarka. W mieszczącej się tam restauracji postanowiłem coś zjeść. Myjąc ręce przed posiłkiem, zdjąłem zegarek i położyłem obok. Wyszedłem, zamówiłem jakieś tanie, lokalne danie i usiadłem. Wtedy zauważyłem, że zapomniałem zegarka, a gdy wróciłem do łazienki już go tam nie było. Z ponurą miną zjadłem posiłek. Przy płaceniu jednak postanowiłem się zapytać, czy ktoś go może odnalazł i przyniósł. Przez kilka minut tłumaczyłem im, o co właściwie mi chodzi (kelnerzy albo pokazywali mi miejsce, gdzie mogę kupić sobie jakąś bransoletkę, albo z niezrozumieniem kręcili głową). Dopiero po dłuższym czasie jeden z kelnerów z wyrazem nagłego zrozumienia w oczach zdjął z półki mój zegarek i zapytał, czy o to mi chodzi. Byłem lekko zszokowany, że odzyskałem zgubę, a po wypytaniu okazało się, że zegarek szczęśliwym trafem znalazł właściciel restauracji. Miałem nauczkę na przyszłość, aby lepiej dbać o swoje rzeczy.
Wróciłem się na trasę uzbrojony w karton z napisem „MALAGA”, czyli nazwą miasta, które było jakieś 200 km za Almerią i niecałe 150 km od Gibraltaru. Wkrótce siedziałem w samochodzie Amayi i Jose, którzy wprawdzie nie jechali daleko, ale przynajmniej mogli mnie zostawić po drugiej stronie Almerii. Po kilku minutach jazdy Amaya powiedziała, że oni jadą do swojego mieszkania w niedalekiej nadmorskiej miejscowości Roquetas de Mar i że jeśli chcę, to mogę pojechać z nimi i spędzić u nich noc. Po upewnieniu się, że nie będę dla nich kłopotliwym gościem, z wielką ochotą przystałem na ich propozycję.
Tego wieczora Amaya i Jose zabrali mnie na tapas. Nie jednak takie typowe, hiszpańskie tapas, ale na… niemieckie. Głównym składnikiem przekąsem była niemiecka kiełbasa i oczywiście piwo. W barze spotkaliśmy się jeszcze bratem Amayi i jego żoną. Bardzo się zdziwił kiedy mnie zobaczył, mimo że Amaya uprzedzała, że będzie z nią „El Polaco” (Polak). Później wyjaśniono mi to. „El Polaco”, nie mówi się tylko na mieszkańców Polski, ale także na… Katalończyków. Jose, chłopak Amayi, pochodzi właśnie z Barcelony i jej brat nie spodziewał się więc prawdziwego Polaka, ale właśnie Jose. Gdy zapytałem przy stole, dlaczego właściwie na mieszkańców Katalonii mówi się „los Polacos” (Polacy), Jose odpowiedział, że to dlatego, że Katalonia ma z Hiszpanią tyle samo wspólnego ile Polska, czyli nic. Chociaż prawdziwej genezy tego określenia do tej pory nie udało się ustalić. Ciężko jednoznacznie stwierdzić też, czy to określenie jest pozytywne czy negatywne. Wydaje się, że mieszkańcy Hiszpanii używają tego z pejoratywnym zabarwieniem, podczas gdy sami Katalończycy odbierają to pozytywnie. Taki mały paradoks.
Z rana Amaya i Jose odwieźli mnie na rondo, z którego mogłem zacząć dalszą jazdę. Dość szybko zatrzymał się Damian, który podwiózł mnie kilkadziesiąt kilometrów, częstując przy okazji najlepszym hiszpańskim piwem jakie piłem, czyli zieloną Estrellą. Z kolejnego ronda zabrał mnie Mohammed z Maroka, który przewiózł mnie tylko kilkanaście kilometrów. I wtedy podjąłem chyba najgorszą, a na pewno najgłupszą, decyzję w trakcie całej wyprawy. Na rondzie, na którym stałem, ruch był znikomy. Pomyślałem więc przez chwilę i doszedłem do wniosku, że dawno już nie mijałem żadnej stacji benzynowej, więc znając ich zagęszczenie w Hiszpanii, powinna być bardzo blisko mnie. Więc założyłem plecaki na siebie (jak wyglądam z dwoma plecakami widać na zdjęciach w poprzednich odcinkach mojej opowieści ) i ruszyłem przed siebie autostradą. Na szczęście słońce schowało sie za chmurami, ale temperatura nadal oscylowała w okolicy 30 stopni. Ku mej rozpaczy stacji wcale tak blisko nie było, a po 10 kilometrach marszu skończyła mi się woda i słońce wyszło zza chmur. Po kolejnych kilku wyczerpujących kilometrach natrafiłem na ludzi remontujących autostradę, którzy poratowali mnie butelką wody. Przechodziłem w okolicach miasteczka, toteż miałem nadzieję na jakąś stację w pobliżu. Gdy po kolejnych kilkudziesięciu minutach marszu nie widziałem żadnej, po prostu usiadłem na drodze (już nie autostradzie) i machałem kartonem przejeżdżającym autom. Zdziwiłem się, gdy po 15 minutach siedzenia wreszcie ktoś się zatrzymał. Był to Gabi z Rumunii, który zabrał mnie na oddaloną o, nomen omen, parędziesiąt kilometrów stację. Na niej spędziłem jakieś dwie godziny, gdy zatrzymała się Ruth, która, jak powiedziała, zawsze zabiera autostopowiczów. Później stwierdziła, że w sumie nie lubi jeździć samochodem jako kierowca i nie bardzo wie, gdzie ma jechać – po dwóch godzinach jazdy jednak dokładnie tam gdzie chciała, a ja byłem już blisko Malagi. Gdy poprosiłem ją o pamiątkowe zdjęcie, Ruth rozpuściła swoje włosy mówiąc, że chce żebym ją pamiętał jako typową Hiszpankę . Kolejną noc spędziłem ponownie śpiąc na karimacie na murku przy stacji benzynowej. Od Gibraltaru dzieliło mnie tylko jakieś 150 km, które pokonałem pięcioma samochodami.
Jestem w drodze od dziewięciu dni. Cztery spędziłem w Barcelonie,
ostatnią przegadałem na stacji pod Barceloną z trójką autostopowiczów
z Niemiec. Pora ruszać dalej – wszak głównym celem mojej autostopowej
wyprawy jest Gibraltar. Przede mną przejazd wschodnim i południowym
wybrzeżem Hiszpanii, a po drodze m. in. Walencja i Cartagena.
Wszystko wskazuje na to, że dalszą podróż będę kontynuował samotnie.
Ostatniej nocy mało spałem, więc dzień zacząłem od napoju energetycznego. Nadine z koleżanką dość szybko wsiadły do jednej z ciężarówek i ruszyły w swoją stronę. Na stacji zostało nas czworo – Sergiej, ja, Mateusz i Dagmara – para z Polski, która noc spędziła też na tej stacji. Ruchu nie było niemal wcale. Po jakiś trzech godzinach zabrały nas trzy lawety z polskimi numerami rejestracyjnymi na kolejną stację pod Tarragoną – 100 km w kierunku Walencji. Stacja nie robiła dobrego wrażenia. Była mniejsza niż nasz poprzedni przystanek. Jednak jeszcze zanim wysiadłem z auta, spostrzegłem stojącą na parkingu ciężarówkę na polskich numerach. I miałem szczęście, bowiem pan Stanisław, kierowca, 20 minut później ruszał w kierunku Walencji i zgodził się mnie zabrać! Pożegnałem się z Dagmarą i Mateuszem i wsiadłem do kabiny.
Podczas dłuższych podróży z jednym kierowcą jest parę niebezpiecznych tematów, których lepiej nie poruszać, a zwłaszcza nie zajmować skrajnie odmiennego od kierowcy stanowiska. Oczywiście nie jest to normą, ale jeśli intuicja podpowiada milczenie i przytakiwanie, to lepiej jej posłuchać. Ze Stanisławem nasze poglądy polityczne nieco się różniły, ale dość szybko jednak odkryłem, że mamy bardzo zbliżone gusta muzyczne, więc skierowałem rozmowę w tę stronę. Kiedy kończyliśmy rozmowę, byliśmy już o krok od Walencji.
Zgłodniałem. Przed zdobyciem Walencji postanowiłem przyrządzić sobie
jakże „pełną wartości odżywczych” zupkę chińską, podstawowy prowiant
autostopowiczów. Mój sprzęt – kuchenka turystyczna i butla z gazem –
wzbudził zainteresowanie kilku zgromadzonych na stacji osób, w tym dwójki
młodych ludzi, którzy zaproponowali mi podwózkę do… Madrytu. Po chwili
wahania odmówiłem, chcąc wcześniej zwiedzić to, co pierwotnie
zaplanowałem, czyli zachwalaną przez innych podróżników Walencję.
Po posiłku stanąłem na końcu stacji z kciukiem wyciągniętym w górę, bo nie
mogłem znaleźć kartonu do napisania nazwy miejscowości – teoretycznie
lepszego sposobu łapania stopa, jeśli jedzie się w konkretne miejsce.
Po kilkunastu minutach zatrzymał się samochód, a kierowca powiedział,
że mogę się z nim zabrać do… tak, Madrytu. Gdy odmówiłem, a kierowca
zniknął mi z oczu, zacząłem żałować. Palące słońce i mała ilość samochodów
nie zwiastowała przyjemnych chwil spędzonych na stacji. Szczęście jednak
mnie nie opuściło. Po kilkunastunastu minutach zatrzymał się koło mnie bus.
Jego kierowcą był Manuel z Ameryki Południowej, który jechał do samego centrum Walencji. Podczas dość krótkiej jazdy, okazało się, że Manuel jest kibicem Levante. Drużyny z Walencji, którą moja Barcelona ograła parę dni wcześniej 7:0. Gdy pokazałem mu bilet na mecz, zaczął się serdecznie śmiać. Niedługo później, w samym środku dnia, wylądowałem w turystycznym centrum trzeciego co do liczby mieszkańców miasta Hiszpanii.
Opcje na nocleg miałem dwie. Pierwszą z nich, tą łatwiejszą, było zameldowanie się w jednym z hosteli w centrum miasta. Drugą było udanie się na zaplanowane akurat tego dnia, cotygodniowe spotkania couchsurferów.
Couchsurfing to ogólnoświatowy program, w którym zwykli ludzie oferują za darmo miejsce noclegowe w swoim mieszkaniu podróżnikom. Czasami jest to miejsce na podłodze na rozłożenie karimaty, a czasami całe mieszkanie do dyspozycji. Ideą couchsurfingu jest wymiana kultur, poznawanie się i nauka od siebie nawzajem. Wspólne zwiedzanie miasta, gotowanie czy imprezowanie to codzienność dla jego uczestników. Jest to świetny sposób na nocleg dla osób, które nie tyle chcą zaoszczędzić na noclegu, co chcą poznać nowe, wspaniałe, otwarte na świat osoby. Couchsurferzy z niemal każdego miasta organizują cotygodniowe spotkania zarówno dla mieszkańców danej miejscowości, jak i dla podróżników akurat tam przebywających.
Niestety, spotkania couchsurferów nie udało mi się znaleźć, więc zameldowałem się na trzy noce w hostelu. Takie tanie hostele też mają swój urok. I zazwyczaj są one pełne młodych ludzi. We wspólnym pokoju, do którego trafiłem, była prawdziwa mieszanka towarzyska: grupka przyjaciół z Niemiec, para z Francji, a także osoby z Wielkiej Brytanii, Nowej Zelandii, Kanady i innych państw z całego świata. Oczywiście spotkałem też Polaka. W takim towarzystwie, przy kuflu piwa czy szklance wina, spędzałem każdy wieczór.
Samo miasto niezwykle mnie urzekło. Jadąc do Walencji nie spodziewałem się, że wywrze na mnie tak pozytywne wrażenie. Po multikulturowej Barcelonie, w Walencji mogłem spokojnie powiedzieć, że wreszcie poczułem hiszpański klimat. Wąskie uliczki z mnóstwem barów, w których przeważały te z bardzo popularnymi w Hiszpanii tapas. Najprościej rzecz ujmując, tapas, to typowe przekąski, popijane piwem czy winem. Nieraz są to po prostu oliwki czy kanapeczka z szynką, a czasami tapas przybierają zaskakujące połączenia różnych potraw i przekąsek. Gdy zapytałem jednego z Hiszpanów, czym właściwie są tapas, odpowiedział, że mogą być wszystkim, tylko w zminiaturyzowanej formie. Potwierdził także, że polskim tapas mógłby być np. mały kotlet schabowy.
Najsławniejszym bodaj zabytkiem Walencji
jest Katedra Wniebowzięcia Najświętszej Maryi
Panny wzniesiona w miejscu meczetu. Jest ona
uznana za symbol miasta, a swoją sławę
zawdzięcza głównie temu, że znajduje się w niej
kaplica Świętego Kielicha – według wierzeń
właśnie tam znajduje się Święty Grall. W pobliżu
katedry znajduje się dzielnica El Carmen, będąca
swoistym połączeniem przeszłości z teraźniejszością.
Jest to miejsce pełne ciasnych uliczek
i starych budowli, które w weekendy staje się
imprezowym centrum miasta. Innym popularnym
miejscem, jest tzw. „dzielnica przyszłości”, czyli
Miasteczko Sztuki i Nauki. To niezwykle ciekawe
miejsce, w którym znajduje się między innymi
planetarium, muzeum nauki czy największe
w Europie oceanarium.
Po paru wspaniałych dniach przyszedł czas, aby ruszyć dalej na południe w kierunku
Cartageny. W południe udałem się więc na stacją
benzynową na obrzeżach miasta i próbowałem
zatrzymać samochód jadący w stronę Alicante, jednego z większych miast na mojej drodze
do Kartageny. Po około dwóch godzinach bezskutecznego
stania, zatrzymał się koło mnie
pochodzący z Senegalu Abdoulaye, który zgodził
się zabrać mnie ze sobą. W trakcie jazdy
dowiedziałem się, że jego bliski przyjacielem jest
Baba, piłkarz pierwsze drużyny Levante. W trakcie
jazdy kolejny raz przekonałem się o fantastycznej
bezinteresowności osób, które zabierają autostopowiczów.
Tym razem Abdoulaye zafundował
mi na jednej z przydrożnych stacji przekąskę.
Co więcej, okazało się, że Senegalczyk nie jechał
tylko do Alicante, ale do Puerto de Mazarron, które
od Kartageny oddalone jest tylko o 30 kilometrów!
Kilkugodzinna jazda z przesympatycznym
Senegalczykiem upłynęła szybko, a ja udałem się
na drogę wyjazdową z Puerto de Mazarron.
Niestety, tutaj pierwszy raz zawiodłem się
na swojej mapie. Pokazała ona, że aby z tej
miejscowości pojechać w kierunku wschodnim
(czyli do Kartageny), należy ustawić się
na zachodnim jej końcu. Stałem już długo, gdy
minęło mnie uprawiające jogging małżeństwo.
Gdy wracali po 1,5-godzinnym treninugu, a ja
nadal stałem w gęstniejących ciemnościach,
zabrali mnie ze sobą, wsadzili w samochód
i zawieźli na stację benzynową na wschodnim
końcu miasta. Była noc, zacząłem szukać miejsca
do spania i wtedy spotkałem jednego z najwspanialszych
ludzi na trasie – ochroniarza ze
stacji benzynowej.
Antonio pilnował stacji i okolicy w godzinach jej zamknięcia, czyli od 22:00 do 6:00. Mimo, że nie mówił po angielsku, udało nam się porozumieć. Słysząc skąd i jak przybyłem, ochroniarz uznał, że mogę tu się położyć na odpoczynek, a on będzie co jakiś czas sprawdzał, czy u mnie wszystko w porządku.
Następnego dnia dojechałem do Kartageny. Kiedy wjechałem do centrum miasta dwa razy pytałem moją dobrodziejkę, która mnie podwoziła, czy aby na pewno jesteśmy w centrum. Kompletnie nie tak sobie wyobrażałem Kartagenę. Była aż nazbyt szara i nijaka. Szukając biura informacji tur ystycznej spotkałem Mohamada z Jordanii, który do Kartageny dotarł statkiem parę dni wcześniej. Powiedział mi to, czego się obawiałem: nie ma tu nic specjalnie ciekawego i nie warto na dłużej zostawać.
Uzbrojony w mapę z biura turystycznego szybko obejrzałem kilka najważniejszych obiektów w mieście i po trzech godzinach postanowiłem opuścić miasto. W tym celu skorzystałem z Hitchwiki – internetowaj encyklopedii autostopowicza, w której są zawarte wskazówki jak wydostać się z danego miasta w konkretnym kierunku, gdzie są dobre miejsca do łapania stopa, a także ogólne informacje na temat podróżowania po kraju. Hitchwiki jest uaktualniania przez autostopowiczów z całego świata, toteż informacje tam zawarte są z reguły aktualne. Niestety, Hitchwiki była bezradna wobec mojej lokalizacji. Wróciłem więc na drogę, którą tu przyjechałem, i szedłem z uniesionym kciukiem będąc obrócony plecami do nadjeżdżajacych samochodów. Zdziwiłem się, kiedy po 20 minutach jeden z nich zatrzymał się przede mną. Jechał nim Carlos, który wziął mnie ze sobą i wysadził na stacji, na której – nomen omen – spędziłem poprzednią noc.
Znajdowałem się dokładnie na południowym
wschodzie Hiszpanii i aby dotrzeć na Gibraltar,
musiałem przemierzyć jeszcze 500 km południowego
wybrzeża. Tego dnia chciałem dotrzeć
do Almerii oddalonej o niecałe 200 km na zachód,
w kierunku Gibraltaru.
c.d.n.
Pierwszą w życiu podróż „za jeden uśmiech” odbyłem ledwie parę
miesięcy wcześniej. Był to zorganizowany z okazji długiego majowego
weekendu wyścig autostopowy z Wrocławia do Dubrownika. To była jedna z
tych rzeczy, po zrobieniu której wiedziałem już, że będę to powtarzał przy każdej
nadarzającej się okazji. I już w drodze powrotnej zacząłem planować kolejną
wyprawę. Od razu wybrałem punkt docelowy – Gibraltar – bo chyba dalej
w Europie dojechać się nie da. A po drodze jest przecież Barcelona, Madryt,
Sewilla... Jednak najbardziej chciałem przeżyć przygodę życia. Po prostu.
Samotny wyjazd na taką wyprawę nie jest dobrym pomysłem – we dwójkę raźniej, bezpieczniej i weselej. Doświadczenie podpowiadało też, że parze mieszanej łatwiej „złapać stopa”. Niestety, żadna ze znajomych mi osób nie zdecydowała się na taką wyprawę, dlatego towarzyszki szukałem na facebookowej grupie „Autostopowicze czyli MY”. Ostatecznie wyruszyłem z Patrycją, której, z racji dzielącej nas odległości, nie mogłem poznać przed startem. To okazało się nienajlepszym rozwiązaniem, ale o tym nieco później.
Podróż swojego życia zacząłem 14 sierpnia we Wrocławiu. Kiedy razem z Patrycją zameldowaliśmy się na stacji benzynowej na autostradzie na Bielanach była już około godziny 15:00. Późno, jednak nas to nie zrażało i wytrwale próbowaliśmy złapać naszego premierowego stopa. Udało się i tak, krok po kroku, dotarliśmy wieczorem do stacji benzynowej niedaleko Lipska. Właśnie, z ciężkim sercem, zrezygnowaliśmy z jazdy do Holandii – to nie był nasz kierunek – i siedząc na ławce zastanawialiśmy się co dalej. Szczęście nam dopisało. Akurat niedaleko nas zatrzymał się Polak wysadzający innych autostopowiczów i zgodził się zabrać nas w kierunku Hiszpanii.
Po zachodniej Europie autostopem podróżuje się niemal wyłącznie po autostradach. Jest to oczywiście wygodne, bo podróżuje się szybko i łatwo można znaleźć kolejną „okazję”, ale ma jedną zasadniczą niedogodność: na autostradach nie wolno „łapać stopa”. Jeśli na poboczu autostopowicza zabierze policja, może nałożyć karę w wysokości nawet paruset euro. Dlatego trzeba jeździć od stacji do stacji. Podczas jazdy z naszym następnym kierowcą nauczyliśmy się, żeby zawsze sprawdzać na mapie gdzie są kolejne stacje nawet, gdy kierujący jest tego pewien. W tym przypadku, mimo zapewnień kierowcy, stacji nie było. Szczęśliwie kierujący nie zostawił nas w środku nocy na pustkowiu i odwiózł na najbliższy parking. Niestety, na tym parkingu nie było gdzie rozbić namiotu, więc zimną noc spędziliśmy na ławce owinięci we wszystko, co się do tego nadawało. Nad ranem dość szybko zlitowało się nad nami niemieckie małżeństwo, które nie dość, że zabrało nas 100 km dalej, to pozwoliło się wygrzać i przespać.
Kolejny przystanek i kolejny moment zwątpienia – więcej niemieckich pograniczników, niż samochodów osobowych. I tym razem uratowali nas Niemcy. I to jak! Z przemiłym małżeństwem przejechaliśmy ponad 500 km, od Karlsruhe, aż po Chambery we Francji. Mimo zmęczenia ciężko było odkleić nos od okna, kiedy mijaliśmy tak wspaniałe widoki. Panorama szwajcarskich Alp to zdecydowanie najpiękniejsza rzecz, którą widziałem po drodze do Hiszpanii.
Na kolejnej stacji zaczęliśmy się przekonywać, że Francuzi, wbrew obiegowej opinii, naprawdę dobrze radzą sobie z językiem angielskim. Mimo powoli zachodzącego słońca i niewielkiego ruchu z uroczej stacji z cudownym widokiem na francuskie góry przejechaliśmy jeszcze 100 km – pod sam Lyon, opodal autostrady prowadzącej do Barcelony. Remy, nasz ciekawy świata kierowca, dowiedział się m.in. że typowym polskim jedzeniem jest bigos i schabowy, a trunkiem… wódka. Nasze obawy, czy czasem czegoś nie pomyliliśmy, rozwiały się już następnego dnia. Po luksusowym wręcz noclegu (namiot w krzakach przy stacji) w dalszą drogę pojechaliśmy z dwiema siostrami z Francji. W trakcie podróży dowiedzieliśmy się, że jedna z nich była w Polsce i doskonale pamięta smak Żubrówki.
Wielka stacja z dużym parkingiem i restauracją oraz dziesiątki samochodów – tym krótkim zdaniem mógłbym opisać idealne miejsce do łapania „okazji” na autostradzie. I taki był właśnie nasz następny przystanek pod Nimes. Niestety, utknęliśmy na kilka godzin. Dobrze że choć wygrzaliśmy się w słońcu. Kiedy wreszcie znalazłem polskie busy jadące za 10 godzin prosto do Barcelony, zadzwoniła Patrycja z drugiego końca parkingu. Jedziemy! Wprawdzie nie do miasta Gaudiego, ale już pod samą hiszpańską granicę. Do dziś zastanawiam się, czy nie popełniłem błędu odpuszczając prośbę o autograf – córka kierowcy była początkującą śpiewaczką jazzową. Podpisu może i nie mam, ale mamy wspólne zdjęcie, więc może kiedyś rozpoznam ją gdzieś na scenie ;).
Wylądowaliśmy pod Perpignan. Nasze telefony już od wielu godzin dopominały się o ładowanie. Z radością więc skoczyliśmy do znajdujących się na stacji gniazdek. W jeszcze lepsze nastroje wprowadziło nas darmowe wi-fi i pierwszy od początku wyjazdu kontakt z cyfrowym światem. By nie marnować czasu zostawiłem Patrycję przy telefonach i poszedłem na spacer po ogromnym parkingu. Na samiuteńkim końcu placu zobaczyłem trzy ciężarówki na polskich numerach. Bardzo mnie to ucieszyło, bowiem znałem już zasadę, że wśród Europejczyków Polacy za kółkiem są chyba najbardziej przyjaźni autostopowiczom, zwłaszcza dla rodaków. Po krótkiej rozmowie z kierowcami okazało się, że jeden z nich jedzie do Barcelony o czwartej rano i może nas zabrać. Będziemy w Katalonii rano!

To był jeden z tych wieczorów, dla których się podróżuje autostopem – prysznic w „toi-toiu” (poważnie, są takie!), śląska kiełbasa od kierowców, wymiana historii z życia i nocleg w kabinie tir-a. Rano, po paru godzinach jazdy byliśmy już na stacji pod Barceloną. Stąd holenderskie małżeństwo zabrało nas prosto do centrum stolicy Katalonii. Po prysznicu i krótkim odpoczynku, zaczęliśmy zwiedzać Barcelonę.
Od wielu lat jestem kibicem klubu piłkarskiego FC Barcelona, nie mogłem więc przepuścić okazji zobaczenia na żywo moich piłkarskich idoli. Tego dnia, na stadionie Camp Nou, odbywał się mecz inauguracyjny sezonu – popularna Duma Katalonii grała z Levante. W podróży autostopem fundusze to ważna rzecz, ale nie żałuję pieniędzy wydanych na bilet, bo moja drużyna wygrała 7:0.
Jeszcze pierwszego dnia w Barcelonie przypomnieliśmy sobie, że na autostopowej grupie facebookowej jeden z użytkowników, napisał, że jest w stolicy Katalonii. Skontaktowałem się z nim i wkrótce dołączył do nas. Mateusz – tak miał na imię – przebywał w mieście Gaudiego już od paru tygodni i dzięki niemu znaleźliśmy bezpłatne miejsce do spania na kilka dni. To było interesujące przeżycie: nocleg „ na dziko” w towarzystwie przyjaznych „współlokatorów” z różnych zakątków świata w parku przy porcie, długie wieczorne rozmowy i specyficzne poczucie bezpieczeństwa nieświadomie ofiarowane przez przejeżdżające co chwile patrole policji.
Barcelona to wspaniałe miejsce. Podczas tych kilku dni udało się zobaczyć ekipę trenera Gerardo Martino w akcji, wypić sangrię na plaży, wykąpać w Morzu Śródziemnym, zobaczyć wiecznie niedokończony kościół Sagrada Famila wieczorową porą i, mimo gorączki na dworze, wdrapać na Tibidabo – górę z niesamowitym widokiem na niemal całe miasto, na której piękny kościół Najświętszego Serca sąsiaduje z... wesołym miasteczkiem! Dla mnie był to już czwarty raz w sercu Katalonii i wiem, że będę tam wracał kiedy tylko będę miał możliwość.
Po pięciu nocach w Barcelonie trzeba było ruszyć dalej. Było nas czworo – dołączyła do nas Ania, która pracowała w Barcelonie i chciała wykorzystać kilka dni wolnego na dołączenie do naszej wyprawy. Niestety mieliśmy różne wizje dalszej jazdy. Ja chciałem zgodnie z planem jechać w stronę Walencji, reszta wolała odwiedzić jakieś małe nadmorskie miasteczko. Dalej ruszyłem sam.
Byłem na stacji benzynowej na wylocie z Barcelony. Postanowiłem podładować telefon i skorzystać z dostępu do internetu, by uzupełnić zaniedbywany od kilku dni dziennik podróży. Później postanowiłem zostać tu na noc. Duża stacja to doskonałe miejsce na nocleg – jest gdzie rozłożyć namiot (lub choćby śpiwór) i jest bezpiecznie. A że w tej chwili bardzo mi się nie spieszyło, nie chciałem zamieniać tych luksusów na nieznaną przyszłość. Nie żałowałem tej decyzji ponieważ wieczorem poznałem trójkę Niemców: Nadine jadącą z koleżanką do Murcii do rodziny oraz Sergeja, który jechał do swojej dziewczyny pracującej w małej miejscowości na południu Hiszpanii. I tak we czwórkę spędziliśmy całą noc rozmawiając o naszych podróżach, o narodach, o planach na przyszłość i o rzeczach dużo bardziej banalnych. Natomiast nad ranem przygoda rozpoczęła się na nowo!
c.d.n.