Reklama


Artykuły

Niedługo spotkamy się w Poznaniu

Autor: Dariusz Wawrzynkiewicz   |   Data publikacji: środa, 13 września 2023 09:40

 Organizatorzy targów STONE przygotowują się intensywnie do tegorocznej edycji imprezy. Zaplanowano kilka ciekawych elementów, które mają wzbogacić to wydarzenie, które odbędzie się w dniach 22-24 listopada 2023 roku na terenach Międzynarodowych Targów Poznańskich.

Wspólnie z Polskim Związkiem Kamieniarstwa organizator chce się zająć promocją zawodu kamieniarz. W specjalnej strefie, pod okiem mistrzów kamieniarstwa, odbędą się warsztaty obróbki kamienia, gdzie odwiedzający, w tym uczniowie szkół zawodowych, będą mogli zapoznać się z technikami obróbki i konserwacji kamienia oraz zobaczyć nowoczesne maszyny i narzędzia.

W trakcie imprezy będzie działała strefa rzeczoznawców, gdzie eksperci będą odpowiadali na pytania dotyczące problemów związanych z realizacją robót kamieniarskich, zastosowanych materiałów i technologii, wykończenia powierzchni oraz prawnych aspektów związanych z wykonywaniem czynności rzeczoznawcy. W tej strefie odbędzie się też otwarte dla wszystkich szkolenie dla rzeczoznawców.

W trakcie targów, 22 listopada, odbędzie się też Kongres Branży Kamieniarskiej zorganizowany przez Ogólnopolskie Stowarzyszenie Producentów Wyrobów z Kamienia we współpracy z Grupą MTP oraz Polskim Związkiem Kamieniarstwa.
W programie kongresu szereg prelekcji. M. in. prof. dr hab. Błażej Berkowski z Instytutu Geologii Uniwersytetu Adama Mickiewicza wprowadzi słuchaczy w fascynujący świat wapieni, zaś prof. dr hab. Andrzej Solecki z Instytutu Nauk Geologicznych Uniwersytetu Wrocławskiego opowie o skałach wylewnych, w tym o granitach, bazaltach i porfirach. „Perspektywy architekta: projektowanie z naturalnym kamieniem” przedstawi prof. nadzw. Politechniki Poznańskiej i dr hab. inż. arch. Stanisław Sipiński, prof. nadzw. Uniwersytetu Artystycznego w Poznaniu. Ponadto poruszone zostaną tematy obróbki i konserwacja kamienia czy bezpiecznej pracy z kamieniem, czyli modelowe praktyki BHP.

W tym samym czasie, co targi STONE, odbędą się także Targi Ogrodnictwa i Architektury Krajobrazu Gardenia, które uzupełniają zakres tematyczny STONE o małą architekturę ogrodową i architekturę miejską.
Ponownie w czasie targów można będzie odwiedzić stoisko Pracowni Lubosza Karwata i obejrzeć interesujące realizacje mozaikowe wykonane przez artystę. Tutaj też, pod czujnym okiem artysty, odbędą się warsztaty z układania mozaik.

Wszystkie te propozycje to dodatek. Najważniejsze, żeby byli wystawcy i zwiedzający. Od zawsze, na łamach Kuriera, powtarzamy, że to od nas zależy czy będziemy mieli w Polsce nasze branżowe targi i możliwość spotkania się w naszym kamieniarskim gronie. Spotkania branżowe są bardzo potrzebne – to na nich mamy możliwości wymiany doświadczeń, porównania ofert naszych dostawców i na tej podstawie zbudowania planu działania na kolejny rok.

 

 

przeczytaj cały artykuł

G664 Brąz Królewski

Autor: Dariusz Wawrzynkiewicz   |   Data publikacji: środa, 13 września 2023 09:29

G664

 Wśród materiałów, które obrabiamy, są takie, które w praktyce można znaleźć w każdym zakładzie kamieniarskim. Czy to oznacza, że wiemy o nich wszystko? Rozmowy z wieloma branżystami dowodzą, że nie do końca.

Od kiedy do Polski zaczęto sprowadzać chińskie materiały, granit oznakowywany G664 był jednym z popularniejszych. Światowym zwyczajem poszukiwano chwytliwej i łatwej do zapamiętania nazwy handlowej tego materiału. I tak na rynku zaistniał granit Brąz Królewski.
Brąz Królewski wydobywany jest w okolicach Luoyuan w chińskiej prowincji Fujian. Popularność zawdzięcza dobrym parametrom i stosunkowo niskiej cenie. W Polsce jest powszechnie wykorzystywany w nagrobkarstwie oraz w budownictwie (zwłaszcza przy pokrywaniu kamieniem dużych powierzchni).

W 2017 roku w Chinach doszło do istotnych zmian na rynku kamieniarskim. Chińskie władze centralne – w związku z ochroną środowiska naturalnego – zaostrzyły wymagania w stosunku do producentów. W rezultacie władze kilku prowincji (w tym najważniejsze dla granitu Fujian i Shandong) podjęły decyzje o zamykaniu kopalń granitu. Dotyczyło to kilku bardzo popularnych materiałów – przykładowo szary G654 (Padang Dark), ciemno szary G684 (tzw. Black Basalt) oraz G664.

Obecnie wydobycie oryginalnego G664 i innych popularnych materiałów jest realizowane, ale z pewnymi problemami. Rynek chiński stał się uboższy, a w związku z brakami niektórych materiałów, również ceny wzrosły. Rynek nie znosi braków, więc pojawiły się zamienniki. I tak pojawił się materiał o nazwie Nowy G664. Pod tą nazwą proponuje się np. granity G635, G361 lub inne przypominające stary G664.

Dane techniczne:
Nasiąkliwość: 0,3 %
Gęstość: 2610 kg/m3
Wytrzymałość na zginanie: 17,3 MPa
Wytrzymałość na ściskanie: 159 Mpa
Odporność na ścieranie (HSD*): 103
*) Skala twardości Shore’a

Skład:
SiO2 – 71,29%
Al2O3 – 15,8 %
CaO – 2,67%
MgO – 0,6%
Fe2O3 – 2,32%

Na2O – 3,15%
K2O – 4,72%
MnO – 0,09%
P2O5 – 0,09%
TiO2 – 0,33%
L.O.I – 0,6%

kopalnia G664

Granit G664 otrzymał wiele nazw handlowych, co często powoduje nieporozumienia. Oto najczęściej spotykane:
G3564 Granite,
Luna Pearl Granite,
Luoyuan Bainbrook Brown Granite,
Black Spots Brown Granite,
Copper Brown Granite,
Fu Rose Granite,
Loyuan Red Granite,
Luo Yuan Violet Granite,
Luoyuan Violet Granite,
Majestic Mauve Granite,
Misty Brown Granite,
Purple Pearl Granite,
China Ruby Red Granite,
Sunset Pink Granite,
Tea Brown Granite,
Vibrant Rose Granite,
Violet Granite,
Brąz Królewski.
W Chinach:
罗源紫罗红 (Luō Yuán Zǐ Luó Hóng), 罗源红 (Luōyuánhóng).

 

 

wietnamski G664

Od pewnego czasu w Polsce pojawił się też materiał podobny do Brązu Królewskiego nazywany Wietnamskim G664. Tak naprawdę ten materiał nazywa się Red Gia Lai lub GL Pink Granite i jest wydobywany w Wietnamie w prowincji Gia Lai, w odległości około 2300 km od złoża chińskiego G664. Jest to więc najprawdopodobniej zupełnie inny granit. W Internecie trudno znaleźć dane techniczne tego materiału, by potwierdzić lub obalić tę tezę.

 

 

przeczytaj cały artykuł

Anna Rasińska: Sympozja drogą do samorealizacji

Autor: Dariusz Wawrzynkiewicz   |   Data publikacji: środa, 13 września 2023 09:17

 Z Anną Rasińską, pochodzącą z Opola rzeźbiarką, której sposobem na życie stały się sympozja rzeźbiarskie na całym świecie, rozmawiał Dariusz Wawrzynkiewicz.

Pochodzi Pani z Opola, miasta, w którym swoją siedzibę ma nasza redakcja. Zaskoczeniem była dla mnie informacja, że była Pani jedyną Polką zakwalifikowaną na sympozjum rzeźby w Rijadzie w Arabii Saudyjskiej, o którym pisaliśmy niedawno na naszym fanpage na Facebooku. Jak to się stało, że jest Pani rzeźbiarką? I dlaczego wybrała Pani kamień?
Dla mnie od dzieciństwa rzeźba kamienna to było coś. Moja mama miała sporo książek o sztuce. Kiedyś kupiła album Auguste’a Rodina i od tego czasu przepadłam. To jest bardziej transcendentne, ale rzeźba w kamieniu to było to.
Chociaż nie miałam żadnych rodzinnych związków ze sztuką, to już jako dziecko w wieku 11-12 lat trafiłam do ogniska plastycznego w Opolu. Tam przez zabawę pokazywano nam różne formy uprawiania sztuki. Strasznie mi się to spodobało. W rezultacie, gdy trzeba było wybrać średnią szkołę, decyzja była prosta. I tak zostałam uczennicą opolskiego liceum plastycznego, które ukończyłam w 2001 roku. Nie przeszło mi, więc wybór uczelni też był oczywisty: ASP w Krakowie. Tam przeszłam przez wszystkie pracownie. Na pewnym etapie nauki trzeba było wybrać materiał. Ze względu na pasję do kamiennej rzeźby wybrałam kamień i brąz. Niestety w zakresie kamienia studenci mają sporo problemów – głównie chodzi o dostęp do materiału, który jest dość drogi.
W szkole i na studiach oczywiście zajmowałam się też malarstwem, rysunkiem, ale kamień miał dla mnie specjalne znaczenie. Kiedy skończyłam, studia chciałam zostać w tym artystycznym świecie i tworzyć. To nie jest proste. Szczególnie dla kobiety, bo to jednak dość męskie środowisko. Szczerze mówiąc, nie miałam specjalnie nadziei, że uda mi się tworzyć w kamieniu. Szczególnie w Krakowie, gdzie możliwości rzeźbienia w tym materiale były ograniczone.
Jaka była Pani droga do zaistnienia na światowym poziomie w artystycznych spotkaniach rzeźbiarzy? Kiedy szukałem informacji w sieci, to się okazało, że w Polsce trudno zobaczyć Pani prace.

kk125_S36_2.jpg

„Transformation”
rozmiar: 310 x 160 x 60 cm, materiał: marmur,
miejsce: Jeddah, Saudi Arabia; 2019 r

Po studiach byłam dwa lata w Krakowie. Tam trochę pomagałam jednemu z profesorowi przy realizacji większej rzeźby. Potem wyszłam za mąż. Mój mąż też jest rzeźbiarzem, i pochodzi z Ukrainy, i wyjechałam z nim właśnie tam.
Jak się okazało, w Ukrainie były znacznie lepsze warunki do realizowania siebie w kamieniu. Tam udało mi się wziąć udział w trzech sympozjach, gdzie rzeźbiłam w piaskowcu. Dzięki temu w dorobku miałam trzy prace, które mogłam pokazać, starając się zaistnieć na innych sympozjach. I tak zaczęłam walczyć o udziały w sympozjach na całym świecie.
To sporo pracy. Nie miałam żadnych układów, znajomości. Wszystko odbywało się przez Internet. Kolejne aplikacje rozsyłane na wszystkie ogłaszane sympozja. Wiadomo, że trzeba wysłać bardzo dużo zgłoszeń, żeby czasem zakwalifikować się do udziału.
Pierwsze sympozjum zagraniczne to była Turcja w 2015 roku i w tym samym roku kolejne dwa sympozja w Turcji. Dla mnie to był cud. Stało się coś, o czym marzyłam. Teraz, jak o tym myślę, to był efekt determinacji i wiary, że się w końcu uda.
Na moim roku było 20 osób, i na palcach jednej ręki mogę policzyć tych, którzy rzeźbią. I w większości są to rzeźby funkcjonalne – kościoły, restauracja zabytków itp. Mało kto realizuje sztukę dla sztuki. Faktem też jest, że nasze uczelnie artystyczne nie uczą studentów, jak poradzić sobie po opuszczeniu uczelni. Jak zaistnieć jako artysta. Niestety wielu kończy jako przedstawiciele handlowi.
Mnie się udało. Po sympozjach w Turcji dostałam zaproszenie na sympozjum w Jeddah w Arabii Saudyjskiej. To było sympozjum, gdzie wyboru rzeźbiarzy dokonywano bez aplikacji. Potem, ten sam kurator wybrał mnie na sympozjum w Rijadzie. Niestety to był czas pandemii i nie udało się spełnić warunków z tym związanych, choć byłam zakwalifikowana. Strasznie żałowałam.

kk125_S37_1.jpg

„Still Life”
rozmiar: 260 x 250 x 70 cm, materiał: marmur,
miejsce: Kair, Egipt; 2022 r.

Tam chyba warunki pracy są idealne?

Rozmawiałam ze znajomymi i mówili, że warunki super, ale były też problemy – głównie techniczne. Wie pan... Przy pracy w kamieniu wszystko musi być absolutnie profesjonalne. W końcu operujemy bardzo trudnym tworzywem. Zawsze jest ryzyko wypadku. Dlatego tak ważne jest, aby organizator zapewniał profesjonalną obsługę.
A jak późniejsze sympozja?
Poprzez wypełnienie wyłącznie aplikacji udało mi się wziąć udział w sympozjum w Kanadzie. Myślę, że głównym kryterium wybierania artystów są jednak zdjęcia wykonanych już prac, widocznie moje się spodobały. Moja praca znalazła się też na ekspozycji w Pekinie, ale tam nie byłam. Został mi tylko przepiękny album. Rzeźbiłam też w Korei, Stanach Zjednoczonych, a w tym roku ponownie w Turcji.
Jakie plany na przyszłość?
Mam pewne pomysły, ale wolę o nich nie mówić. Zapewne będą powstawały kolejne prace. Poza tym cały czas wysyłam aplikację tam, gdzie chciałabym popracować. Wśród znajomych rzeźbiarzy jest powiedzenie, że jak ktoś zarazi się bakterią sympozjów, to się od tego nie uwolni. To ma też inny wymiar. To na sympozjach mogą powstawać duże monumentalne prace. Do galerii raczej nie.
Między nami – „permanentnymi” uczestnikami sympozjów – jest pewna rywalizacja: każdy chce zrobić więcej, lepiej, ciekawiej. Ja się nakręcam. To jest sprawa ambicji i pewnych standardów.

kk125_S37_2.jpg

„Window of change”
rozmiar: 200 x 140 x 40 cm, materiał: granit,
miejsce: Nashua, New Hampshire, USA; 2023 r.

W jakich materiałach realizuje Pani swoje prace?
To oczywiście zależy od miejsca sympozjum. W Turcji to marmury, ale na przykład w Kanadzie pracowałam w bardzo trudnym granicie. Na dodatek ten granit pochodził z kopalni, gdzie wydobywany był metodą strzałową i materiał miał pełno sztychów.
W granicie pracowałam też w Korei. To był piękny biały granit i mieliśmy doskonałe warunki pracy. Duża ilość dysków do granitu, powietrze, woda – więc praca była fantastyczna. Sympozjum w USA to były też zmagania z wyjątkowo trudnym granitem, na pewno drugi raz bym go nie wybrała.
Szukałem w Internecie, ale nie spotkałem żadnej Pani pracy w Polsce. A tu też są sympozja.
Wiem, że Polsce sporo się dzieje. Oglądałam prace z biennale w Strzegomiu. Podobały mi się, ale szkoda, że organizatorzy zamykają się na świat. Głównie są polscy rzeźbiarze, czasem ktoś z Czech. Nie ma niestety możliwości zgłoszenia się przez aplikację. Szukałam, bo chciałabym mieć możliwość zrobienia czegoś w kraju.
Mam zatem nadzieję na spotkanie się z Panią na jakimś sympozjum w Polsce.

 

 

przeczytaj cały artykuł

Z dłuta wzięte cz.4 -: o młotkach pneumatycznych

Autor: Rafał Frankiewicz   |   Data publikacji: środa, 13 września 2023 09:10

 Przypomnę zakończenie poprzedniego artykułu: pamiętajcie o podstawowej rzeczy, jaką jest właściwe ciśnienie robocze. Nie 8 czy 10 barów (jakie jest w waszej sieci), tylko 4 i pół, maksymalnie 5 barów – jakie przewidział producent młotka.

Wyższym ciśnieniem z reguły posługują się ci, którzy pracują na nie swoim sprzęcie i mają w d...e co się dzieje z młotkiem. To niechluje kujący kamień, którym nawet dłut naostrzyć się nie chce. W myśl zasady: podkręcę ciśnienie i jakoś to może pójdzie, a wyszczerbki pokryje marker, akepox, szpachla i farbka.
Producenci młotków, tacy jak Bavaria, Weha, F+K, zalecają, by po intensywnym sześciomiesięcznym okresie pracy zrobić przegląd młotka. Co się w nim może popsuć? Przede wszystkim wyciera się płytka sterująca pracą młotka. To ebonitowa okrągła płytka o średnicy 15 lub 16 mm (w zależności czy to jest Bavaria, czy Weha) i grubości ok. 2 mm. Pracuje ona między dwoma teflonowymi elementami, gdzie naprzemiennie zamyka i otwiera dopływ powietrza do bijaka. Kiedy przestaje przylegać szczelnie do swej powierzchni roboczej – młotek zaczyna przepuszczać powietrze, bić nierówno, ma problemy ze startem. Taką płytkę należy wymienić na nową. Nie należy szlifować jej, bo się zmniejsza jej grubość, przez co ona traci swą sztywność i równoległe prowadzenie w teflonowym gnieździe. Koszt jest niewielki, komfort pracy – znaczny.

Mając młotek na warsztacie warto przyjrzeć się bijakowi, czy nie ma porysowanej powierzchni albo nie przybrał beczkowatego kształtu. Jak to szybko zrobić? Wystarczy włożyć bijak między szczęki suwmiarki i pod światło zobaczyć czy boki dolegają do szczęk na całej długości. Jeśli tak jest, to okej. Jeśli nie – trzeba go wymienić na nowy. Serwis młotków zakupionych u siebie prowadzi u nas w kraju Widuto i Weha.
Warto też konserwować młotki. Znam takich, co wrzucają je po robocie do oleju. Dobrze byłoby, gdyby i im ktoś nalał oleju do głowy. Pamiętajcie! Na tłoczku robią się zadziorki podczas pracy. Jeśli ich nie nasmarujecie przy pomocy choćby WD40, to młotek po tygodniach bezczynności nie ruszy żwawo do pracy.

Zróbcie więc tak: w piątek, tuż przed fajrantem wpuść 2 krople WD40 do młotka od strony wlotu powietrza. Puść młotek na 2 sekundy, by WD40 rozprowadzić na tłoku i bieżni. Otwórz piwo. Wypij. Naciśnij spust jeszcze raz na moment. Twój młotek będzie bezpieczny.
Kolejną niezmiernie ważną sprawą jest jakość powietrza, jakie jest dostarczane do młotka. Nie można używać powietrza prosto z kompresora, bo to powietrze jest zanieczyszczone. Ma zawiesinę oleju i mnóstwo pary wodnej, która powstaje w procesie sprężania powietrza. Aby młotek pracował długo i bezawaryjnie, należy za kompresorem postawić osuszacz ziębniczy, który wykropli wodę z powietrza, i zestaw co najmniej dwu filtrów zespolonych, które ostatecznie dosuszą powietrze z kondensatu pary wodnej. Dopiero po nich może być załączony naolejacz, który zapewni optymalne smarowanie młotka. Jeżeli tego nie będzie, to woda i olej osadzą na polerowanej gładzi cylindra młotka twardy film, który – niczym klej – unieruchomi w końcu bijak młotka. Nie pomoże ciśnienie, przekleństwa i nerwowe ruchy. O młotek trzeba dbać, bo to drogie narzędzie i szkoda je w głupi sposób niszczyć.
Czas teraz na smarowanie. „Oil daily” to recepta dobra dla majsterkowiczów. U zawodowca powinna być olejarka z prawdziwego zdarzenia. Z regulacją, z dużym gwintem i przepustowością, by nie dławić powietrza dla młotka. Młotek naoliwiony powinien pracować jak silnik V8 w BMW. Nie można oszczędzać na tym elemencie systemu. Komu drogo – niech wysiada ze swojego wypasionego auta i wsiada z powrotem do Trabanta Limuzyna Zwei-takt-motor.
Olej? Wyrzuć olej do narzędzi pneumatycznych. Poszukaj oleju wazelinowego – takiego, jak do maszyn do szycia. On nie schnie. Nie zakleja i nie unieruchamia młotka. Poza tym on nie brudzi kamienia!

To może o młotkach? Skoro taka prośba...
Nie będę omawiać wszystkich modeli dostępnych na rynku. Od tego są koledzy-sprzedawcy regionalni. Opowiem za to o kilku z mojej stajni.
Mam ich chyba ze 20 sztuk. Zaczynałem swą przygodę w połowie lat 90. od Wehy 255. To młotek, który jako senior jest ze mną do dziś, ale już nie bije tak, jak za swoich najlepszych lat. Dorabiałem mu bijaki (tłoczki), szlifowałem wnętrze cylindra, bo po latach pracy bieżnia cylindra też wymagała remontu. W końcu dałem mu spokój. Emerytura to emerytura. Ale sentyment – jak do pierwszej dziewczyny – do dziś pozostał.
Fajnym młotkiem z Wehy był model Enduro. Mega mocny w uderzeniu, a łagodny dla dłoni, bo miał coś w rodzaju wewnętrznego resora na trzech sprężynach, które tłumiły siłę każdego uderzenia między cylindrem młotka a rękojeścią. Młotek świetnie się sprawdzał w kuciu, ale ów resor nie był najmocniejszym jego elementem, więc Weha po krótkim czasie zaprzestała jego produkcji. Ale i ten mam do dziś...
Wehę kochałem też za spust. Był to spust pistoletowy, a nie guzikowy jak teraz. Z czasem kupiłem sobie parę młotków Bavarii. Gs 10 – bardzo fajny model do wykańczania liter – to jedyny młotek Bavarii, który zaczyna działać w momencie, kiedy dociśnie się dłuto przyłożone do kamienia. Poza nim mam jeszcze na stanie: gs40, gs43, gs46. Mam też F+K 702, MK8 i inne. To dobre narzędzia, ale już od dłuższego czasu kurzą się u mnie w pracowni, bo przesiadłem się na młotki firmy Cuturi.

Dla mnie Cuturi to Ferrari wśród młotków. Sama koncepcja tych młotków – która polega na tym, że przy rzeźbieniu się ich nie trzyma, a jedynie podtrzymuje – jest piękna. To super rozwiązanie dla mnie i moich wspaniałych kolegów z branży rzeźbiarskiej. Klasyczny młotek pistoletowy dociska się do kamienia, by zwiększyć jego efektywność. Podkręca się przy tym ciśnienie, by efekt był jeszcze większy. A w Cuturi? W Cuturi nic się nie robi. On ma masę i działa swoją masą. Młotków jest 8 kategorii wagowych i trzeba mieć wszystkie, bo tam gdzie się kończy zakres pracy jednego, zaczyna się zakres pracy drugiego, gdzie kończy drugi – zaczyna trzeci itd., aż do ostatniego. Gino Martelli Penumatici dobrze to sobie wymyślił, bo masa młotka i dopasowana do tej masy częstotliwość i moc uderzenia robią tu całą robotę. Młotek sam więc kuje. Nie warto cisnąć mocniej, a co więcej: warto mieć przed młotkami regulator ciśnienia, bo regulując ciśnienie optymalizujemy proces kucia samego młotka w stosunku do kutego kamienia. Tu mniej znaczy więcej!
Ciśnienie robocze waha się od 2,2 do 3,8 barów, zapotrzebowanie wydajnościowe powietrza: max 250 l/min. Więc to nie są wygórowane wymagania. Na początek warto się skusić na te najmniejsze, bo w kuciu kamienia nie konkurujemy ze sobą kto ile Big Bagów napełni w czasie zmiany, tylko co zostawimy w kamieniu po sobie: czy dzieło sztuki wzbudzające zachwyt, czy czarną rozpacz wołającą o pomstę do Nieba. Masakrę w kamieniu można zrobić flexem, tarczą i odbijakiem, ale finezyjny ornament, czy mięciutką poduszeczkę, to już tylko dłutem, talentem i cierpliwością.
Fakt, że trzeba się nimi nauczyć pracować. Ale można się w pół roku przestawić. Tymi młotkami wygodnie pracuje się zarówno lewą, jak i prawą ręką. Dłuta też się nie ściska, tylko spokojnie prowadzi po wyznaczonym torze. Cuturi pociągnie każdy typ dłuta, a w groszkowaniu jest wręcz bezkonkurencyjny! Namówiłem już Was na zakupy? Dalibóg, przecież nie chciałem...

 


#RafałFrankiewicz #rafalfrankiewicz #zdlutawziete #zDłutaWzięte

 

 

przeczytaj cały artykuł

Rozmowa przy kawie z Adrianem Cebulą

Autor: Paweł Szambelan   |   Data publikacji: środa, 13 września 2023 07:26

 Najważniejsze, to mieć wsparcie w rodzinie. Po drugie: zachować równowagę między pracą a rodziną oraz rozdzielić życie prywatne od pracy. Niby proste, ale ilu z nas potrafi to zrobić na co dzień?

Jestem synem kamieniarza. Tato zaczął działalność w 1986 roku. Firma była przy domu, w którym się wychowałem. Kiedy moi koledzy bawili się w piasku, ja bawiłem się w lastryku – takim trochę innym piasku (śmiech). W kamieniarstwie pracuję już od 22 lat. Zacząłem zaraz po maturze, studia robiłem zaocznie i pracowałem u taty. Nie miałem żadnych nacisków ze strony taty. Jakoś tak naturalnie wszedłem w tę branżę. Ale historia wcale nie jest taka prosta, jakby można pomyśleć (śmiech). Powiem szczerze, że w dzieciństwie chciałem być kucharzem.

Gotować nadal lubię, ale kucharzem nie jestem. Poszedłem do szkoły budowlanej i się wszystko zmieniło. Kto w kamień wejdzie, ten z niego nie wyjdzie – to sięga naprawdę głęboko.
Mam wsparcie w żonie i zainteresowanie córki. Z tego najbardziej się cieszę. Żona początkowo była sceptycznie nastawiona do mojej pracy w kamieniarstwie. Teraz chyba poczuła – jeśli można to tak określić – miłość do kamienia. Kiedyś chyba by się ucieszyła ze sprzedaży zakładu, a teraz sama pomaga mi wybierać bloki, jeździ ze mną kupować maszyny, a nawet zajmuje się liternictwem. Córka natomiast ma w sobie ciekawość kamienia, chętnie „testuje” na nim różne narzędzia i pomaga mamie przy napisówkach. Do tego od dawna wierci mi dziurę w brzuchu, że chce pojechać na jakiś zjazd kamieniarski. Już jej obiecałem, że zabiorę ją na jakąś imprezę kamieniarską.

Chyba więc można powiedzieć, że to firma pokoleniowa. Choć tato mi opowiadał, że w którymś momencie chciał rzucić wszystko i sprzedać zakład. Był tym zmęczony, chciał zlikwidować firmę. Ale zauważył zainteresowanie z mojej strony i stwierdził, że jednak to poprowadzi. Kiedy zaczynałem mu pomagać w zakładzie, miał taką zasadę, że na każdej maszynie musiałem popracować minimum dwa lata. Po to, żebym wiedział, ile co wymaga czasu albo co się da lub nie zrobić, a przede wszystkim, jak zachowuje się kamień w czasie obróbki.
Tak mi zostało. W firmie mam swój gabinet i swoje biurko, ale czas wolę spędzać na produkcji. Często zdarzają się przypadki, że przyjeżdża klient, a ja akurat stoję przy maszynie albo jeżdżę na wózku widłowym. Podchodzi i mówi, że chciałby rozmawiać z szefem. Więc pytam: słucham? Klient upiera się, że: „nie z kierownikiem, tylko z szefem”. No to powtarzam: słucham pana, przecież nie szata czyni człowieka szefem (śmiech).
Generalnie kocham to, co robię, i nie jeżdżę do pracy z przymusu. Zależy mi, żeby atmosfera w pracy powodowała, że wszystkim nam się chce tu być. W firmie traktujemy się po przyjacielsku. Nie mam potrzeby, żeby pracownicy zwracali się do mnie szefie albo per pan – nie wymagam tego, nie tworzę bariery szef-pracownik. Wszyscy jesteśmy po imieniu. Chociaż czasem mam wrażenie, że...

Zarządzanie firmą przejąłem, można powiedzieć, z przypadku. W 2014 roku tato ciężko zachorował i dużo czasu spędził w szpitalu. Ktoś musiał przejąć dowodzenie w firmie, więc naturalnym było, że ja stanąłem na tym miejscu. Od tego czasu tato pozostawał właścicielem i pojawiał się w firmie, ale decyzje dotyczące firmy podejmowałem już ja.

Najtrudniejsza decyzja przyszła w 2016 roku. Tato, czynny do samego końca, odszedł w grudniu i musiałem zdecydować, co robić dalej: sprzedać zakład i pójść do „normalnej” pracy – jak wtedy po cichu myślała moja żona – czy kontynuować rodzinne dzieło. Przez 2 lata wyprostowałem wszystkie sprawy w firmie i zacząłem ją rozwijać. Jak wspomniałem, mam wsparcie w żonie. Jest w to mocno zaangażowana. Załapała kamiennego bakcyla i zna się na tym. Pomimo to staram się oddzielić pracę od rodziny. Żona nie pracuje ze mną w firmie, więc w domu staram się za dużo o firmie nie rozmawiać. O ile jeszcze o pozytywach czasem rozmawiamy, to bardzo przestrzegam, by do domu nie przynosić problemów zawodowych.
Mój ulubiony kamień? Dużo robię z Długopola, chyba taka specyfika naszego regionu. Sprowadzam też kamienie z całego świata – i te tanie, i te piękne, i te ekskluzywne. Lubię odkrywać nowości. Jednak na każdy kamień musi się znaleźć klient. Jednemu podoba się to, drugiemu co innego. Choćby czarne żyłki – dla jednego są pożądane, dla innego niedopuszczalne. Najlepszym przykładem jest wyżej wymieniony piaskowiec Długopole. Sprowadzam go w blokach i rozcinam na miejscu. Jeśli będzie partia z czarnymi żyłkami, to będę miał kłopot ze sprzedażą w mojej okolicy. Mnie osobiście te żyłki się podobają, ale nie każdy to lubi. Choć trafiłem na klienta, który chciał tylko z czarnymi żyłkami.

 Nie da się w tej branży pracować bez pasji. To jest ciężki kawałek chleba. Ale chyba nikogo o tym nie muszę przekonywać. Zwłaszcza dzisiaj, kiedy wszystko drożeje, a ty nie możesz tak samo podnieść ceny, bo wiesz, że klient tego nie zapłaci. Podnosisz, tyle ile musisz. I walczysz innymi argumentami. W 2022 roku uzyskałem dyplom mistrzowski w zawodzie kamieniarz. Teraz to najcenniejszy dokument jaki wisi w moim biurze. W tym roku zostałem rzeczoznawcą do spraw jakości produktów lub usług przy podkarpackiej Wojewódzkiej Inspekcji Handlowej – to dobitnie potwierdza moje kwalifikacje. Od kilku lat zyskuję najwyższe noty w województwie w Plebiscycie Branżowym „Orły”. Chyba to przekonuje klientów bardziej niż „lajki” w internecie. Przy okazji twierdzą, że dobrze mi z oczu patrzy i dobrze się ze mną rozmawia. Nie wiem, czy to prawda, ale zawsze postępuję tak, by nie mieć sobie nic do zarzucenia.

Będąc rzeczoznawcą trochę obawiam się pracy na własnym terenie. Bo wiesz jak jest: znamy się tu w zasadzie wszyscy, pracujemy ze sobą, stykamy się przy różnych robotach, więc ocenianie czyjejś pracy może być trochę niezręczne. Niedługo mam właśnie taką sprawę, że muszę rozebrać nagrobek postawiony przez innego kamieniarza. Nie wiem, czym się to skończy.

Fajnie, że są organizacje branżowe i fajnie, że są organizowane zjazdy. Staram się przynajmniej raz w roku być na takim zjeździe – dwa razy nie zawsze się uda, choć bardzo bym chciał. Na ostatnim zjeździe Polskiego Związku Kamieniarstwa nie mogłem być z powodów rodzinnych, ale na następny obowiązkowo pojadę. Nawet zabiorę kolegę, który jest zainteresowany przystąpieniem do egzaminu mistrzowskiego i wstąpieniem do związku.

Motywacja? Oczywiście, że żona! Początkowo sceptyczna, dziś sama mnie motywuje do tego, żebym szedł do przodu. Będąc jeszcze trochę poza firmą ma inną perspektywę. Potrafi spojrzeć z innej strony, nieszablonowo doradzić albo zakasać rękawy i pomóc bezpośrednio. Albo nawet nalegać na jakieś decyzje czy zakupy, które później okazują się bardzo trafne.

 

 

 

 

 

przeczytaj cały artykuł
Strona 48 z 241
dfgdfgdfg

Najnowszy numer
4/2026 (143)

sierpień-wrzesień 2026

Zamów darmową prenumeratę

Ogłoszenie drobne
kup, sprzedaj, zamień...

Domeny na sprzedaż
2026-08-26 00:00:00
DOMENY NA SPRZEDAŻ spiekikwarcowe.com.pl, marmur-granit.com ZAPROPONUJ SWOJĄ OFERTĘ malwinawyrwiak@sole.pl, tel. 510 047 890

Reklama W Kurierze
Poznaj zalety naszego pisma

  • Kurier Kamieniarski to dwumiesięcznik – najstarszy na rynku kamieniarskim, wydawany od 1997 r. Jest bezpłatnie wysyłany do ponad 4.000 osób i firm związanych z branżą kamieniarską.
  • Nasza baza adresowa jest na bieżąco aktualizowana, a co tydzień dopisujemy do niej nowe firmy. Stale zdobywamy nowe kontakty biorąc udział w targach i spotkaniach branżowych.
  • Osiągamy ponad 99% skuteczność - z wysłanych 4.000 egzemplarzy wraca do nas nie więcej niż 30-50 szt.