
Montaż liter z metaloplastyki bywa dla niektórych firm kamieniarskich sporym utrapieniem.
Na rynku od dawien dawna prym wiodą litery z kołkami montażowymi, pod które należy wywiercić otwory montażowe w materiale, w którym chcemy je osadzić.
Drugim rozwiązaniem jest klejenie. Oczywiście można używać w tym celu dostępnej chemii, klejów w tubach, klejów dwuskładnikowych epoksydowych. Ma to niestety pewną wadę. Mianowicie po dociśnięciu znaku, litery do płyty nagrobkowej, nawet najmniejszy nadmiar kleju pozostawia nieestetyczną obwódkę. Cała operacja może być frustrująca i czasochłonna.
Alternatywą dla drugiego typu montażu jest używanie liter, które posiadają montażową taśmę dwustronnie klejącą. Jednak każdy, kto kiedykolwiek kleił litery wie, ile trudu trzeba włożyć w równe naklejenie liter.
Dlatego do liter zamawianych w Rodlew QMD bezpłatnie dodajemy szablony montażowe ułatwiajace i przyspieszające pracę. Jest to pasek kartonu z wyciętymi w nim gniazdami na umiejscowienie liter/znaków. Umieszczone w gniazdach znaki są podtrzymywane naklejoną od przodu taśmą. Co jest istotne, taśma ta nie pozostawia śladów kleju np. na wypolerowanej powierzchni.
Wystarczy zdjąć z taśmy umieszczonej na literach i cyfrach papier zabezpieczający i całość, razem z szablonem, przyłożyć do odpowiednio przygotowanej powierzchni płyty nagrobkowej.
Do każdego zamówienia na litery z taśmą dwustronnie klejącą dodajemy ulotkę informacyjną, jak prawidłowo przygotować powierzchnię, do której chcemy je przykleić. Niezmiernie istotne jest dobre odtłuszczenie powierzchni, odpowiednia temperatura oraz wcześniejsze przygotowanie rozmieszczenia, gdyż raz przyklejona litera jest trudna do oderwania i nie nadaje się potem do ponownego montażu. Ten element należy do nas odesłać, a my „uzbrajamy” go ponownie w taśmę klejącą.
W firmie Rodlew QMD korzystamy ze sprawdzonych, światowych rozwiązań, a taśma wykorzystywana w procesie produkcji to produkt znanej firmy 3M. Nabywamy ją wyłącznie u sprawdzonych dystrybutorów, gdyż asortyment 3M jest bardzo często podrabiany.
Szablony to duże ułatwienie, przyspieszenie pracy oraz estetyka wykonania. Całość produkcji począwszy od wycięcia litery, poprzez jej obróbkę, nałożenie taśmy aż po wycięcie szablonu wykonujemy w naszej firmie. Dlatego mamy pełną kontrolę nad całym procesem i jesteśmy pewni jakości końcowego produktu.

Gotowe do montażu litery umieszczone w szablonie
Artykuł na podstawie materiałów własnych Rodlew QMD

Jesteśmy w branży od 1979 roku, a ostatnie lata przynoszą duże zmiany. Każdy przyzna, że jako branża borykamy się z brakiem wykwalifikowanych pracowników. Dlatego skostruowaliśmy sobie narzędzie, które miało ułatwić pracę w naszej firmie. Początkowo miało być używane wyłącznie do naszych potrzeb, lecz dość szybko się okazało, że inne firmy kamieniarskie też są nim zainteresowane.

Podnośnik EDSTONE-800 to nowoczesna alternatywa dla tradycyjnego transportu płyt kamiennych. W bezpieczny i szybki sposób umożliwia podniesienie, przetransportowanie, załadunek materiału o dużej masie przy małym nakładzie sił operatorów. Za pomocą wyciągarki linowej – zasilanej akumulatorowo – oraz systemu rolkowego do podniesienia i przetransportowania płyty o wadze do 800 kg wystarczy dwóch pracowników, a niewielki rozstaw kół sprawia, że bardzo dobrze radzi sobie z wąskimi przejazdami i w każdym terenie. Koła są pompowane, więc opory toczenia są minimalne, a podjazd na krawężnik nie będzie problemem.
Projekt powstał 3 lata temu i przez ten czas był dopracowywany i testowany. Został również sprawdzony pod względem konstukcyjnym i wytrzymałościowym. Potwierdzeniem jest certyfikat CE, który EDSTONE – 800 posiada. CE to europejskie oznaczenie świadczące o zastosowaniu i spełnieniu przez producenta odpowiednich wymagań zawartych w dyrektywach europejskich, a także w normach powiązanych z wyrobem – wyrób nim oznaczony spełnia odpowiedni poziom bezpieczeństwa. Podnośnik EDSTONE – 800 jest też chroniony patentem.
Parametry techniczne podnośnika są wystarczające w większości prac wykonywanych w kamieniarstwie. Udźwig 800 kg i wysokość podnoszenia 110 cm pozwalają, by załadować i rozładować kamienną płytę z samochodu dostawczego. Przemyślana konstrukcja rolek będących na wyposażeniu podnośnika pozwala na łatwe manewrowanie płytą na samochodzie bez nadmiernego wysiłu ze strony operatora. Podnośnik w pracy pokazuje film, do którego link znajduje się w QR kodzie umieszczonym obok. Warto go obejrzeć, by zobaczyć jak przydatnym urządzeniem jest EDSTONE – 800.
Sam podnośnik ma niewielkie rozmiary i dzięki temu jest łatwy w transporcie. Waży 85 kg, a wymiary to szerokość 40 x 10 cm i wysokość 170 cm.
EDSTONE – 800 to przede wszystkim polski produkt, adresowany do firm kamieniarskim. Jego użycie podnosi bezpieczeństwo pracy oraz poprawia warunki BHP. Umożliwia wykonanie tej samej pracy przez mniejszą liczbę pracowników i przy mniejszym wysiłku. Pomaga chronić użytkowników przed urazami spowodowanymi przeciążeniami układu mięśniowo-szkieletowego.
EDSTONE – 800
udźwig: 800 kg
wysokość podnoszenia: 110 cm .
zasilanie akumulatorowe
koła terenowe
certyfikat CE
Informacje i zamówienia:
Edward Kowalski
tel. 506 038 139

Kwarc to jedna z kopalni szarego granitu strzegomskiego ze złoża Borów I. Znany raczej lokalnie. Ale wkrótce to się zmieni. Kwarc ma nowego właściciela. To firma o nowoczesnym podejściu do sprzedaży i elastycznym systemie obsługi dostaw. Impekstir – bo o niej mowa – to firma, o której rynek kamieniarski już zapewne słyszał. Młoda, dynamiczna, wsłuchana w potrzeby rynku.

Granit strzegomski jest wydobywany ze złoża Kwarc od ponad 30 lat. Wcześniej całe wydobycie było przetwarzane przez firmy będące właścicielami złoża. Obecnie granit ten będzie dostępny na rynku. W tej chwili dostępne są bloki, bryły i elementy łupane.
Możliwości dostępu do kamienia z tego kamieniołomu są praktycznie nieograniczone. Zasobność złoża ocenia się na ponad 14 milionów ton, a wydobycie może osiągnąć nawet 100 000 ton rocznie. Oznacza to, że w najbliższych latach tego szarego granitu nie zabraknie.
Impekstir deklaruje, że Kwarc otwiera się na współpracę z kamieniarzami. Wcześniejszy model wydobycia i przerobu powodował, że ten materiał nie był dostępny na rynku. A szkoda, bo parametry tego granitu są bardzo dobre – doskonale znane z innych szarych granitów z tego regionu: twardy, mrozoodporny, o niskiej nasiąkliwości, odporny na ścieranie, wytrzymały na ściskanie i zginanie.
Tomasz Tyc i Przemysław Idziak, czyli właściciele Impekstir i nowi właściciele kopalni, postawili na nowy model biznesowy: Kwarc staje się dostępny na rynku. Co więcej: dostępny nie tylko w blokach, ale również w coraz większym stopniu przetworzenia, czyli w postaci półproduktów. I oferta półproduktów będzie stale poszerzana.

Ze względu na parametry granit Kwarc był cichym bohaterem wielu inwestycji realizowanych w Polsce i Europie. Wytwarzano z niego różnorodne elementy budowlane, począwszy od kostki brukowej a skończywszy na rzeźbionych detalach. Ten stan nie zmieni się. Nadal będzie materiałem, z którego będą wykonywane elementy budowlane – łupane. Celem jednak jest nawiązanie współpracy z zakładami kamieniarskimi i dostarczanie im bloków, brył Możliwość zakupu granitu Kwarc różnej grubości to baza do wydajnej produkcji w każdej firmie kamieniarskiej.
Szeroka promocja tego materiału już trwa. Został pokazany na niedawno zakończonych targach Marmomac w Weronie. Włoska wystawa przyniosła tak dobre efekty, że Kwarc będzie można zobaczyć również na targach STONE w Poznaniu w dniach 23-25 listopada 2022 roku. Impekstir zaprasza na swoje stoisko – hala 7A stoisko nr 21A.
Artykuł na podstawie materiałów własnych Impekstir Operation SA
Kopalnia granitu KWARC
ul. Kopernika 27, Kostrza
58-150 Strzegom
tel. 74 855 38 33
tel. 698 407 474
biuro@kwarc.pl
www.kwarc.pl
Impekstir Operations SA
Wojciechówka 5
62-800 Kalisz
www.impekstir.pl

Oczywiście, że jest wiele osób, którym Kurier Kamieniarski zawdzięcza swój jubileusz. Trudno byłoby wymienić wszystkich bez obawy, że ktoś zostanie pominięty. To wcześniejsi redaktorzy. To autorzy, dzięki którym Kurier dostarcza wiedzy, rozrywki i informacji z branży. To przede wszystkim reklamodawcy. Przez 25 lat na łamach Kuriera pojawiło się tak wiele firm, że wszystkich nie dałoby się wymienić. Wszystkim bardzo dziękuję!
I zapewniam, że postaram się osobiście dotrzeć do każdego, by złożyć podziękowania za te lata. Ze względów osobistych wspomnę tylko nieżyjącego już Bruna Dowgirda, który był moim mentorem, przyjacielem i pierwszym przewodnikiem po kamieniarskim świecie – przez niego i dzięki niemu jestem tu, gdzie jestem.
Kurier Kamieniarski powstał z potrzeby i kalkulacji w Geoservice-Christi, który był organizatorem słynnych targów kamieniarskich KAMIEŃ. W 1997 roku, kiedy Internet w Polsce jeszcze raczkował, a podstawą komunikacji był tradycyjny list i faks, Andrzej Kwieciński, ówczesny pracownik Geoservice-Christi, wpadł na pomysł, że skoro i tak trzeba wysyłać informacje do wystawców, to czemu na tym nie zarobić. I tak narodził się „Kurier Kamieniarski – Kwartalnik ogłoszeniowy”, który ukazywał się cztery razy w roku.
Moje spotkanie z kamieniarstwem też miało miejsce w 1997 roku. Pracowałem wtedy w Atrium Centrum Ploterowe w Opolu, gdzie między innymi zajmowałem się przygotowywaniem udziału firmy w imprezach targowych. Wśród nich znalazły się targi w Wałbrzychu, gdzie zawarłem pierwsze znajomości z kamieniarzami i kamieniem. Potem były targi we Wrocławiu, również jako wystawca. W 2003 roku zakończyłem pracę w Atrium i założyłem własną agencję reklamową. Poinformowałem o tym firmy, z którymi miałem okazję współdziałać. Widać organizator targów, Geoservice-Christi, dobrze wspominał współpracę ze mną jako wystawcą, bo jakiś czas później zadzwoniła do mnie Gosia Sołtys z informacją, że razem z prezesem Brunem Dowgirdem mają dla mnie propozycję udziału w organizacji targów. I tak w roku 2003 pojawiłem się na targach KAMIEŃ we wrocławskiej Hali Stulecia jako człowiek od rozładunku maszyn i innych eksponatów przyjeżdżających na targi kamieniarskie.
Kiedyś, na wiosennych targach TRAK we Wrocławiu, Bruno Dowgird wspomniał o perypetiach z drukiem i wysyłką Kuriera Kamieniarskiego. Miałem spore doświadczenie z poligrafią oraz mailingiem (wysyłką listów w ilościach kilkutysięcznych), więc zaproponowałem, że mogę się zająć drukiem i dystrybucją Kuriera. Sprawdziłem możliwości, przedstawiłem ofertę i w czerwcu 2005 roku wydrukowałem i wysłałem swój pierwszy numer Kuriera.
W tym czasie Kuriera redagował Marcin Walkowiak. Kiedy w grudniu 2009 roku Marcin zakończył pracę, to mnie zaproponowano przejęcie obowiązków przygotowywania gazety. I tak od wiosennego numeru zostałem redaktorem prowadzącym Kuriera Kamieniarskiego – jak to nazwała ówczesna prezes Geoservice-Christi, Krystyna Banaszczyk. W zasadzie od tego momentu można powiedzieć, że jestem w branży. Nie, to chyba za mocno powiedziane. Chyba lepiej będzie powiedzieć: jestem bliżej branży kamieniarskiej.
Ważne jest, żeby identyfikować się z branżą, o której się pisze. I trzeba być wewnątrz niej, żeby pisać ciekawie dla osób, do których gazeta jest adresowana. Czasopismo branżowe to nie tabloid ani pismo modowe. Nie może sobie pozwolić na pisanie ogólników, frazesów, a zwłaszcza głupstw. Dlatego od samego początku starałem się rozumieć, o czym piszę, poznawać branżę, poznawać kamieniarską robotę. Do tej pory każdy artykuł, który ukazuje się w Kurierze, konsultuję z kimś, kto zna tematykę poruszaną w tekście.
Kiedy w Kurierze zaczęły pojawiać się teksty? To łatwo sprawdzić, ponieważ historia Kuriera, wszystkie numery gazety, są na stronie www.kurierkamieniarski.pl.
Jakieś teksty przewijały się zawsze. Choćby reportaże z targów czy artykuły pisane przez reklamodawców albo relacje z wydarzeń branżowych. Każdy z redaktorów starał się dodać jakiś artykuł do każdego numeru. Nawet krzyżówki bywały. Na zwiększenie liczby tekstów postawił Marcin Walkowiak. Pamiętam, że na jego prośbę w 2005 roku napisałem artykuł o skamieniałościach – napisany po wizycie w Krasiejowie na wykopaliskach archeologicznych, gdzie odkryto kości dinozaurów. To był mój pierwszy tekst do Kuriera. A od 2010 roku, kiedy zostałem redaktorem prowadzącym, starałem się zmienić wizerunek Kuriera, żeby przestał być postrzegany jako „gazetka reklamowa”. Zacząłem zabiegać o zwiększenie liczby artykułów, nawiązywałem współpracę z nowymi autorami, sam zacząłem odwiedzać firmy kamieniarskie i zakłady rzemieślnicze, by wyszukiwać nowe tematy i słuchać o czym chcą czytać nasi czytelnicy. Starałem się być blisko branży. Brałem udział w wydarzeniach branżowych i je relacjonowałem. W Kurierze pojawiły się cykle artykułów. Celem nadrzędnym była zmiana stereotypów – kamień to nie tylko nagrobki! Niektórzy mówią, że od tamtej pory jest co poczytać. Ostatnio stawiam na mocną promocję polskich kamieni, bo „cudze chwalicie, a swego nie znacie”.
Kolejnym ważnym momentem było twoje, Darku, dołączenie do zespołu redakcyjnego w 2014 roku. Wprowadziłeś nowe spojrzenie i skłoniłeś mnie do zmiany Kuriera z kwartalnika na dwumiesięcznik. To był dobry pomysł!
Właścicielem Kuriera Kamieniarskiego zostałem w marcu 2016 roku. Od 2009 roku losy Geoservice-Christi były trudne. Wszyscy pamiętamy przepychanki między Wrocławiem a Poznaniem, próby wspólnej organizacji Kamień-Stone. To doprowadziło do likwidacji Geoservice-Christi, a ja otrzymałem propozycję odkupienia tytułu. Zmiana właścicielska dla mnie zmieniła wszystko. Postawiłem wszystko na jedną kartę: tworzenie Kuriera stało się moim głównym i jedynym zajęciem. Do tej pory Geoservice-Christi, jako właściciel, decydował o kształcie gazety, o poruszanej tematyce, czy nawet o sposobie komentowania faktów. Od tego momentu można było pisać o wszystkim, obiektywnie, bezstronnie – bez podejrzeń o faworyzowanie jakichś firm, producentów lub wydarzeń.
Nie lubię pytań o przyszłość branży, ponieważ nie czuję się w tym zakresie kompetentny. Uważam, że jestem od tego, żeby obserwować rzeczywistość i ją opisywać, a nie wróżyć, w którym kierunku pójdzie. Bardzo bym się natomiast cieszył, gdyby osoby pracujące w branży miały zawsze szacunek dla kamienia. Żeby nie traktowały go jako tworzywo, które podaje się maszynom. Bo maszyny dają wielkie możliwości, ale niestety praw natury nie oszukają. Kamień ułożony na maszynie zostanie obrobiony zgodnie z wolą operatora, ale to, czy gotowy wyrób w pełni wykorzysta piękno i trwałość kamienia, zależy wyłącznie od wiedzy osoby, która ten kamień na maszynie ułoży.
Zakłady się zmieniają nie tylko od strony technologicznej. Dużo zmian jest za sprawą zmian pokoleniowych. Dzieci starych kamieniarzy weszły do firm i powoli to ich poglądy na prowadzenie biznesu zaczynają dominować. Większość, poza wiedzą zdobytą i współczesnym widzeniem świata, ma również wpojone zasady, jakimi kierowali się rodzice: „słowo droższe od pieniądza” i szacunek do kamieniarskiej roboty. Szczególnie, jeśli decyzją rodziców swoją pracę w zakładzie zaczynali od najprostszych kamieniarskich prac. Jak każdy młody człowiek, chcą po swojemu ustalać zasady. Czasami szukają własnych ścieżek. I może to wyglądać jakby odrzucali stare wartości. Ale jeśli przeszli drogę, o której mówiłem przed chwilą, to te wartości podstawowe – szacunku do pracy, materiału i klientów – w nich tkwią.
Chyba w roku 1998 na stoisku targowym w Wałbrzychu młody, pełen werwy opowiadałem o zaletach, dokładności i szybkości wykonywania napisówek z pomocą plotera i piaskarki. Naprzeciw mnie stanął potężny gość o spracowanych, wielkich dłoniach. Zaskoczony szybkością i dokładnością zapytał, ile kosztuje jedna litera. To było chyba kilkadziesiąt groszy. Z kamieniarza zeszło powietrze. Ze smutkiem powiedział, że musi wyceniać jedną literę na 2,50 zł. Jako młokos poczułem satysfakcję z dobrze przeprowadzonej prezentacji. I wtedy kamieniarz rzucił: „Ale moja litera ma duszę.” W tym momencie ze mnie zeszło powietrze. Miał rację. Siła tego argumentu zmiażdżyła mnie. Te słowa towarzyszą mi do dziś i chyba stały się kamieniem węgielnym mojego patrzenia na kamieniarstwo: technologia technologią, ale kamień trzeba kochać, czuć i słuchać.


W młodości rodzice mocno mnie szkolili w zakresie pozyskiwania wiedzy. Mama była polonistką, ojciec matematykiem. Kiedy jednak miałem jakieś pytania, to nieodmiennie słyszałem: „Wiesz, gdzie jest biblioteczka – idź, weź książkę i poczytaj.” Zatem korzystanie z zapisanej gdzieś wiedzy wpojono mi bardzo konkretnie.
W tamtych czasach mało było publikacji, w których wiedza była marnej jakości. Gros wydawnictw, zanim wydało książkę, otrzymany materiał dokładnie kontrolowało. Byli recenzenci, korektorzy i kilka innych osób zaangażowanych w proces powstawania pozycji.
Trudniej było o wiedzę na wyższym poziomie – tu trzeba było odpowiedniej literatury szukać w bibliotece lub czytelni. Radziliśmy sobie jednak i poziom wiedzy ogólnej przeciętnego człowieka był na przyzwoitym poziomie.
Potem doszło do rewolucji – powstał Internet, który w błyskawicznym tempie zapełnił się treściami. Z założenia publikowane w Internecie treści nie są w żaden sposób weryfikowane, a jeśli już, to w minimalnym stopniu. W ten sposób powstał problem. Z jednej strony mamy przy sobie (od czasu, gdy telefony obsługują Internet) potężny zasób informacji, przy którym nawet słynna Encyklopedia Britannica to mała książeczka, z drugiej są to w znacznym stopniu informacje niesprawdzone. Jeśli kiedyś, żeby pozyskać jakąś informację, musieliśmy naszukać się książek, to teraz trzeba sporo wysiłku, aby znalezione informacje zweryfikować. A zasób informacji jest ogromny.
Przykładowo hasło „kamień” wpisane w przeglądarkę daje prawie 24 miliony adresów, ale już hasło „Stone” 3,3 miliarda. Oczywiście ogromna ilość odpowiedzi w większości odsyła do stron komercyjnych, ale część z nich zawiera jakieś elementy zawierające potrzebne nam informacje – czasem prawdziwe, a czasem nie.
Każdy z nas właśnie w Internecie szuka informacji. Nie ma w tym nic złego – tyle, że często nie sprawdzamy ich wiarygodności. Nie można się zatem dziwić klientom, którzy przed wizytą w zakładzie grzebią w Google szukając informacji, żeby ustrzec się przed problemami. Niestety, również nie poświęcają już czasu na weryfikację zdobytej „wiedzy”. I tak powstają „złote myśli” klientów, – że chiński granit się rozleci, prawdziwy czarny granit to tylko „Szwed”, a nagrobek z piaskowca to nieporozumienie.
Znalazłem też kilka „świetnych pomysłów” w sieci dotyczących pielęgnacji kamienia. Zwykle dotyczą stosowania agresywnej chemii. Przykładowo: do usunięcia plam z wina na marmurze ktoś polecił ocet. Na wielu stronach podane są dobre porady w zakresie czyszczenia kamienia, ale są też i takie, jak przytoczone powyżej – wszystko kwestia, na co trafi poszukujący porady. Jest grupa dociekliwych klientów, która wynajduje ceny slabów i kwestionuje wycenę zamawianego produktu.
Denerwują nas klienci z nadmiarem googlowej wiedzy, ale sami też często ulegamy tej manii. Łatwo spotkać w Internecie porady dotyczące prowadzenia biznesu. Jedna z częstych porad brzmi: „Wszystko jest w Twoich rękach. Firma to Ty!”
Nie ma chyba głupszej rady. Naprawdę, jeśli chcesz osiągnąć sukces, musisz zaufać ludziom, otoczyć się wykwalifikowanymi pracownikami, oddać im część odpowiedzialności za firmę.
Ale błędy internetowych poszukiwań to też uleganie internetowym promocyjnym ofertom. Przykładowo stwierdzamy, że nasza własna strona internetowa, powinna być na wysokiej pozycji. Wpisujemy hasło „pozycjonowanie stron tanio” i… Trafiamy na internetowych czarodziejów, którzy świetnie sprzedają swoje usługi. Znam przypadek, kiedy tak znaleziony specjalista pozycjonowanie własnej strony, zlecił faktycznym fachowcom od takiej pracy, dzięki czemu trafiliśmy na jego ofertę. Efekty dla nas mizerne.
Z Internetu, przez pocztę mailową, przychodzą też oferty reklamy. Nie do końca wiadomo gdzie i do kogo trafią, ale są tanie, więc je zamawiamy i płacimy.
Proponuję nieco więcej czasu poświęcić na sprawdzanie internetowych ofert i porad, bo naszą reklamę znajdziemy na portalu o szydełkowaniu, a samochód naprawiany samodzielnie na podstawie filmików z YouTube i tak trzeba będzie odholować do serwisu.