Kiedy po raz pierwszy zobaczyłam Toyotę Tundrę, serce zabiło mi mocniej.
Od tej chwili zaczęłam marzyć o dwóch rzeczach. Po pierwsze: żeby mieć pickupa.
Po drugie: żeby była nim Toyota Tundra. Na razie te marzenia pozostają
niespełnione. Ale czym byłoby życie bez marzeń...
Na polskich drogach pojawia się coraz więcej pick-upów. Jednak są to najczęściej Nissan Navarra, Mitsubishi L200, Toyota Hilux, Ford Ranger, VW Amarok, rzadziej Isuzu Rodeo. Toyota Tundra nie jest popularnym pojazdem, zapewne ze względu na koszty użytkowania oraz naprawdę spore wymiary.
Gabaryty bowiem Tundra ma wprost imponujące. W modelu Pick-up II produkowanym od 2007 roku wymiary Tundry są następujące (wersja z podwójną kabiną 5 osobową, 5 drzwiową): długość: 5809 mm, szerokość: 2029 mm, wysokość: 1920 mm, przedział ładunkowy: 1694 mm długości. Dla porównania, Toyota Hilux VII, produkowana od 2005 roku do dziś, także w wersji z podwójną kabiną jest ponad pół metra krótsza, prawie 30 cm węższa i ponad 10 cm niższa.
Zanim opowiem jakim samochodem jest Toyota Tundra, wyjaśnię jakim na pewno nie jest. Z pewnością nie jest to samochód do poruszania się po mieście, zwłaszcza w godzinach szczytu. Jej średnica skrętu przy zawracaniu wynosi blisko 15 m. Dla porównania samochody typu Škoda Octavia czy VW Passat mają średnicę zawracania około 11 m.
Nie jest to też samochód na niedzielny wyjazd do kościoła czy supermarketu. Tundra nie jest odpowiednim pojazdem dla osób, które mają problemy z parkowaniem. Co dotyczy w zasadzie większości kierowców, którzy poruszają się na co dzień autami mniejszymi niż bus.
Na pewno Toyota Tundra nie będzie samochodem dla osób o skromnym budżecie – zwłaszcza przy aktualnych cenach paliwa. Średnie spalanie przy wspaniałym silniku benzynowym V8 o pojemności 5,7 litra wynosi niemal 15 l/100 km, a przy bardziej dynamicznej jeździe 100-litrowy zbiornik trzeba będzie napełniać co 500 km.
Zatem czym jest Toyota Tundra?
Aktualnie jest to przysłowiowy „wół roboczy”
połączony z luksusową limuzyną. Toyota Tundra
jest pełnowymiarowym pick-upem, którego
produkcję rozpoczęto w 1999 roku w Stanach
Zjednoczonych. Od 2008 roku samochód
montowany jest w San Antonio w stanie Texas.
Pierwsza generacja Tundry, zaprojektowana przez Hideo Kondo i Yusuku Fukushima, miała stylizacyjnie ubogie nadwozie. Dostępne były trzy wersje: Regular Cab (2-drzwiowa), Access Cab (4- drzwiowa) oraz Double Cab (4-drzwiowa). Wyposażana była w silniki V6 o pojemności 3,4 litra (190KM) i V8 o pojemności 4,7 litra (245 KM) z możliwością zwiększenia mocy poprzez zastosowanie wersji TRD. W 2005 roku silnik sześciocylindrowy został powiększony do pojemności 4,0 l, natomiast V8 został wzbogacony o zmienne fazy rozrządu, co podniosło moc obu jednostek. Samochody z silnikiem V6 TDR są nadal powszechnie dostępne, natomiast z jednostką V8 TDR są znacznie rzadsze ze względu dość szybkie wycofanie z produkcji.
W owym czasie Tundra nie była jeszcze mocnym zawodnikiem na rynku amerykańskim. Pomimo imponujących gabarytów, jej relatywnie mały udźwig, niewiele ponad 3 tony, nie czynił z niej poważnej konkurencji dla innych pojazdów tej klasy.
Jednak już druga generacja, autorstwa Craiga Kembera, wypuszczona na rynek w 2007 roku zdobyła sobie wielu zwolenników. Pojawił się nowy, zdecydowanie większy silnik, V8 5.7l, który był w stanie poradzić sobie z ładunkiem o wadze przeszło 4,5 tony. Dostępne były także wersje TRD, w tym wariant Sport ukierunkowany na tryb miejski oraz Rock Warrior przeznaczony do jazdy w terenie. Nadwozie dostępne było w trzech wersjach: 2-drzwiowe Regular Cab i 4-drzwiowe Double Cab oraz Crewmax.
We wrześniu 2007 Toyota Motor Corp. ogłosiła plany, aby wypuścić na rynek Tundrę z silnikiem Diesla. Zostało to potwierdzone w styczniu w 2008 roku. Jednak na ten temat nadal krąży wiele spekulacji. Mówi się, że Toyota planuje produkować ciężką wersję Tundry, która zaprojektowana będzie, aby konkurować w klasie 3/4-ton. Jednakże najnowsze wiadomości sugerują, że silnik wysokoprężny będzie dodatkową ofertą dla klasy 1/2-ton, do której Tundra jest zaliczana. Jest to konieczne, aby pickup Toyoty mógł konkurować z pozostałymi lekkimi ciężarówkami z silnikiem Diesla od innych producentów.
Najnowsza generacja Tundry ma do wyboru trzy silniki: 4,0-litrowy V6, 4,6-litrowy V8 o mocy 310 KM oraz 5,7-litrowy V8 o mocy 381 KM. Największa z jednostek V8 jest dostępna również w wersji FFV, co oznacza, że silnik może pracować na benzynie lub mieszance do 85% etanolu (E85). Jak na samochód głównie przeznaczony do pracy, kabinę wersji Regular zaprojektowano minimalistycznie. Jednakże możliwe jest wzbogacenie tej wersji.
Nadwozie typu Double Cab oferuje bogatsze wyposażenie oraz szerszą gamę dodatków. Jednak dopiero 4-drzwiowy model CrewMax jest dostępny w luksusowej wersji ze wszystkimi możliwymi opcjami takimi jak dach panoramiczny, otwierane pionowo tylne okno, a także unikalne zewnętrzne akcenty stylizacyjne, np. chromowana otoczka grilla, chromowane składane lusterka boczne i inne.
Wyposażenie wnętrza podlega podobnym zasadom jak opcje zewnętrzne. Wersja Regular posiada w zasadzie tylko to co niezbędne, ale znalazło się miejsce na odtwarzacz CD ze zmieniarką i dwustrefową klimatyzację oraz nawigację zintegrowaną z DVD. W wersji Double Cab przybywa m.in. trochę elektroniki i elektryki, w tym tempomat. Miłośników mocnego brzmienia niewątpliwie ucieszy wzmocniony system Audio JBL. Wersja CrewMax oferuje dodatki w wersji Limited, czyli na przykład przednie i tylne czujniki parkowania z wyświetlaczem czy elektryczne siedzenia.
Nie da się ukryć, że Tundra jest duża. Zatem pole widzenia zza kierownicy jest nieporównywalnie szersze niż w innych pojazdach. Zapewnia to komfort prowadzenia pojazdu i poczucie bezpieczeństwa, jakiego nie dają pozostałe samochody. A bogato wyposażone wnętrze zapewni „odrobinę luksusu”, na którą każdy z nas zasługuje.
Pomimo sporej masy, najnowszy model Tundry jest dynamiczny. Przyspieszenie do „setki” w 6,3 sekundy to naprawdę dobry wynik.
Jednym słowem, Toyota Tundra posiada wszystkie cechy idealnego samochodu. Jako auto w zasadzie ciężarowe zapewni możliwość przewożenia całkiem sporych ładunków lub zapakowanie na wakacje licznej rodziny. Myślę o tym za każdym razem, kiedy zastanawiam się jak zapakować do auta moją gromadkę: troje dzieci plus 3 psy.
W takim aucie można poczuć się jak król drogi. I bezdroża w zasadzie też. Bo napęd na wszystkie koła oraz prawie czterystukonna Vósemka nie pozostawia wątpliwości, że auto dobrze radzi sobie poza asfaltem. O ile oczywiście nasz portfel dysponuje prawdziwie królewskimi zasobami.
A zatem do zobaczenia w terenie!
Zdjęcia: www.toyota.com
Świadectwo czeladnicze oraz dyplom mistrzowski
to potwierdzenie doświadczenia i wiedzy rzemieślnika
Dzień 4 kwiecień 2013 przejdzie do historii. Tego dnia bowiem w Izbie Rzemieślniczej i Małej Przedsiębiorczości w Świdnicy odbyły się ostatnie w tej instytucji egzaminy potwierdzające kwalifikacje zawodowe. Ostatnie nie z powodu braku chętnych, lecz z powodu zamknięcia działalności tej Izby w niezbyt odległej przyszłości.
Przed komisją egzaminacyjną w składzie: Piotr Kiełbasa (przewodniczący), Stanisław Sitarz, Ryszard Chęciński i Piotr Jaszczyszyn stawiło się czterech kandydatów pragnących uzyskać tytuł Mistrza w zawodzie kamieniarz oraz jeden kandydat do tytułu Czeladnik.
Egzamin składał się z dwóch części – praktycznej i teoretycznej. W części praktycznej egzaminatorzy przyjrzeli się pracom kamieniarskim wykonanym przez egzaminowanych. Ocenie poddano wyroby w postaci parapetów, blatów, elementów murowych i elementów dekoracyjnych wykonanych z kamienia.
W części teoretycznej egzaminu była sprawdzana wiedza dotycząca materiałoznawstwa, maszynoznawstwa, technologii produkcji i montażu wyrobów z kamienia, prawa pracy, BHP i prowadzenia działalności gospodarczej. Wiedza została gruntownie sprawdzona w trakcie dwóch etapów – pisemnego i ustnego.
Szeroka tematyka, która była oceniana, oraz stres egzaminacyjny nie przeszkodziły kandydatom w uzyskaniu pozytywnych wyników egzaminu.
Do grona tytułowanych dołączyli (w porządku alfabetycznym):
• Michał Firlej – mistrz kamieniarski,
• Eugeniusz Kierzonkowski – mistrz kamieniarski,
• Krzysztof Skolak – mistrz kamieniarski,
• Marek Szymański – mistrz kamieniarski,
• Marcin Wypchło – czeladnik kamieniarski.
Gratulujemy!
O zasadach przyznawania tytułów rzemieślniczych oraz o korzyściach płynących z posiadania świadectwa czeladniczego lub dyplomu mistrzowskiego napiszemy w następnym numerze Kuriera Kamieniarskiego.
„Czas to pieniądz” – głosi znane przysłowie. Przywykliśmy do tego, że za czas poświęcony
pracy otrzymujemy zapłatę w postaci pieniędzy. Co by się jednak stało, gdyby za godzinę pracy
otrzymywać… godzinę pracy? Właśnie na takiej zasadzie działają banki czasu.
Oszczędzać – odkładać, zbierać, gromadzić, racjonować, miarkować, zachowywać na później, zużyć mniej...
Idea narodziła się w latach 80. za sprawą amerykańskiego prawnika Edgara Cahna, który wprowadził tzw. timedollars, czyli walutę odzwierciedlającą czas poświęcony pracy. Na polskim gruncie banki czasu pojawiły się w latach dziewięćdziesiątych, początkowo pod nazwą LETS (Local Exchange Trade Systems). Banki czasu są własną inicjatywą członków społeczności sąsiedzkich lub miejskich. Łączy je tylko wspólna idea i nazwa (choć mogą też funkcjonować pod inną), gdyż każda taka wspólnota działa niezależnie i na własnych zasadach.
Zasada działania jest prosta – jednostką płatniczą nie są pieniądze, lecz czas. Każda usługa, niezależnie od jej statusu społecznego, jest wyceniana dokładnie tak samo. Godzina sprzątania równa się godzinie korepetycji lub naprawiania samochodu. Każdy, kto ma trochę wolnego czasu i dobrych chęci, może zaoferować swoje usługi lokalnej społeczności, a poświęcony w ten sposób czas trafi do banku i będzie go można wykorzystać na usługi uzyskane od pozostałych członków.
W przedsięwzięciu może uczestniczyć każdy. Wśród usług, na które zgłaszane jest zapotrzebowanie, znajdziemy np. wspólne wyjście do kina, opiekę nad dzieckiem, zrobienie zakupów albo spacer z psem. Nawet osoby, które nie posiadają żadnych specjalistycznych umiejętności, lub uważają, że takowe nie przydadzą się lokalnej społeczności, na pewno znajdą coś, co mogą zaoferować.
Aby zacząć korzystanie z banku czasu wystarczy taki bank założyć – potrzeba do tego tylko kilka osób, które wyrażą chęć uczestniczenia w tym przedsięwzięciu. Można też przyłączyć się do istniejącego banku czasu. Banki czasu działają już w wielu miejscach w Polsce. Jednak dość istotną cechą jest ich lokalny charakter. W prawdzie nie jest niemożliwa wymiana usług na odległość kilkudziesięciu czy kilkuset kilometrów, ale w praktyce łatwiejsze okazuje się funkcjonowanie banku w społeczności obejmującej osiedle lub małą miejscowość.
Bezpłatna pomoc sąsiedzka jest nieopodatkowana, nie należy się więc martwić kwestiami prawnymi. Tylko od dobrej woli i chęci działania mieszkańców miasta lub osiedla zależy, czy uda się zgromadzić wystarczająco liczną grupę, żeby cała idea mogła wejść w życie. W tym celu trzeba zadbać o to, by jak najszersze grono osób dowiedziało się o inicjatywie, na przykład poprzez ogłoszenia albo pocztę pantoflową. Ważne jest też, aby jedna osoba zdecydowała się koordynować działania banku i pilnować rejestru godzin. Jeśli te dwa warunki zostaną spełnione, rozwój nowego banku czasu jest tylko kwestią… czasu .
Dobrodziejstw płynących z bezpłatnej pomocy sąsiedzkiej jest wiele. Po pierwsze, stwarza możliwość wymiany usług osobom, które nie mają pieniędzy lub z jakichś przyczyn są wykluczone zawodowo. Jest to doskonała formuła dla bezrobotnych, dzięki której mogą nie tylko pożytecznie wykorzystać swoje zdolności pomagając innym, ale też uzyskać dostęp do bezpłatnych usług, odciążając finansowo domowy budżet. Również osoby starsze mają szansę dzielić się z innymi swoim czasem oraz obecnością, a w zamian otrzymać pomoc na przykład przy sprzątaniu czy utrzymywaniu mieszkania.
Banki czasu pomagają także zacieśnić więzi wśród małych społeczności. Może się okazać, że ludzie z jednego osiedla odnajdą przy okazji wspólne pasje, o których nigdy by się nie dowiedzieli, mijając anonimowego sąsiada z domu obok. Aby pomagać sobie nawzajem, nie trzeba wiele. Mimo że praca w ramach banków czasu nie jest całkiem bezinteresowna, to nie chęć zysku jest głównym motywem działania. Chodzi przede wszystkim o możliwość pomagania osobom z otoczenia i zacieśniania więzi. Korzyści z tego wynikające są jedynie skutkiem, a nie celem.
Z drugiej strony, bezpłatna pomoc sąsiedzka wydaje się być doskonałym sposobem na ograniczenie wydatków, zwłaszcza w czasach trudnej sytuacji ekonomicznej. Wiele z usług, które niepotrzebnie nadwyrężają naszą kieszeń, można z powodzeniem uzyskać od sąsiadów w zamian za odrobinę swojego czasu. Na bazie szczerej i uczciwej komunikacji można zdziałać zadziwiająco wiele, przy okazji odwzajemniając otrzymaną pomoc.
W dzisiejszych czasach często zapomina się o wartości, jaką niesie ze sobą praca, postrzegając ją głównie jako sposób na zarobienie pieniędzy. W skutek postępu technologicznego staliśmy się wręcz niebezpiecznie samowystarczalni, przez co przeznaczamy coraz mniej czasu na budowanie wspólnoty. Banki czasu wydają się być znakomitym sposobem na przełamanie tego wzorca i otwarcia się na możliwości, jakie niesie ze sobą współpraca z ludźmi, którzy nieraz są na wyciągnięcie ręki.
Więcej informacji:
www.bankczasu.org
www.bankczasu.gsi.pl
www.lodzkibankczasu.pl
kaliskibankczasu.caritas.pl
Tegoroczny Walny zjazd ZPBK odbył się w
trzeci piątek kwietnia w Policach koło Szczecina.
Pierwszy dzień upłynął tradycyjnie na rozmowach
o sprawach stowarzyszenia i wykładach
zaproszonych gości. Uczestnicy wysłuchali prelekcji
na temat programu do projektowania
nagrobków firmy TM sys, na temat kredytowania
inwestycji podnoszących wydajność energetyczną
w kontekście pozyskanie środków unijnych (BGŻ)
oraz na temat outsoursingowego zarządzania
odzieżą roboczą w przedsiębiorstwie (Berendsen).
Tradycyjną kontynuacją rozmów rozpoczętych
w trakcie obrad była wspólna kolacja i nieformalny
wieczór.
Drugi dzień upłynął na zwiedzaniu. Wycieczkę rozpoczęła wizyta w siedzibie firmy Magemar Polska sp. z o.o., która mieści się na przepięknie i pieczołowicie odrestaurowanym statku pilotowym THPV Bembridge z 1938 r. Nim statek zacumował przy Nabrzeżu Greckim w Basenie Wschodnim portu szczecińskiego, przebył długa drogę, o której z pasją opowiedział Rafał Zahorski, założyciel firmy Magemar Polska.
Drugim punktem dnia był rejs statkiem wycieczkowym po zakamarkach szczecińskiego portu i terenach stoczni szczecińskich. Duża część trasy biegła wzdłuż zachowanego w stanie naturalnym brzegu Odry, co pozwalało podziwiać bogactwo przyrody tej okolicy.
Trzecią atrakcją wycieczki była wizyta w Zakładzie Kamieniarskim Lastrico w Policach, po którym oprowadzał właściciel, Jan Ziętek. W opowieści właściciela słychać było radosną dumę i przyznać należy, że w pełni uzasadnioną. W ostatnim czasie zakład został rozbudowany i zmodernizowany stając się jednym z najlepiej wyposażonych zakładów kamieniarskich w Polsce.
Ostatnim punktem wycieczki był posiłek polowy w schronach przeciwlotniczych obozu pracy z okresu II wojny światowej oraz zwiedzanie w Policach ruin fabryki benzyny syntetycznej działającej w czasie wojny. W schronach urządzono muzeum pokazujące tragiczne losu tych ziem.
Zasadniczo po dokonaniu sprzedaży sprzedawca, jeśli jest podatnikiem podatku VAT, jest
zobowiązany do wystawiania faktur VAT, a co za tym idzie odprowadzania VAT wynikającego z
faktur do Urzędu Skarbowego. Bywa jednak, że dłużnik uchyla się od obowiązku spłaty
wierzytelności na rzecz sprzedawcy i wtedy ten może skorzystać z tzw. ulgi na złe długi, jeśli
spełni poniżej opisane warunki – odzyskując w ten sposób VAT wpłacony uprzednio do Urzędu
Skarbowego.
Nowe zasady rozliczania VAT na pewno nie zmniejszą problemu zaległych płatności, ale na pewno pozwolą na odzyskanie części pieniędzy
Warunki:
– ulgą na złe długi na nowych zasadach mogą zostać objęte wierzytelności nieściągalne, których termin płatności upłynął po 3 sierpnia 2012 r. (dla pozostałych obowiązują stare zasady i procedury postępowania),
– nieściągalność wierzytelności została uprawdopodobniona, tzn. że nie została ona zbyta lub uregulowana w ciągu 150 dni od dnia upływu terminu jej płatności określonego w umowie lub na fakturze, ale jednocześnie od daty wystawienia faktury dokumentującej wierzytelność nie upłynęły 2 lata, licząc od końca roku, w którym została wystawiona;
– w dniu sprzedaży (wystawienia faktury), w dzień poprzedzający dzień złożenia deklaracji podatkowej, w której dokonuje się korekty oraz w dniu korekty dłużnik i wierzyciel są podatnikami VAT czynnymi (co można sprawdzić występując o stosowne potwierdzenie do naczelnika urzędu skarbowego), a dłużnik nie znajdował się w trakcie postępowania upadłościowego ani w trakcie likwidacji.
Z ulgi na złe długi można skorzystać tylko w odniesieniu do wierzytelności nieuregulowanych lub częściowo nieuregulowanych, które nie zostały zbyte. W przypadku wierzytelności częściowo nieuregulowanych korekta dotyczy części kwoty wierzytelności, której nieściągalność została uprawdopodobniona. Jednak w razie uregulowania lub częściowego uregulowania wierzytelności w jakiejkolwiek formie po dokonaniu korekty, operację należy “odwrócić”.
Korekty można dokonać wyłącznie w deklaracji za okres rozliczeniowy, w którym wierzytelność została uprawdopodobniona, tj. w którym minęło 150 dni licząc od upływu terminu płatności. Z ulgi na złe długi korzysta się w ramach jednej z deklaracji: VAT-7, VAT-7K lub VAT-7D. Z kolei do deklaracji należy załączyć formularz VAT-ZD, w którym uszczegółowienia wymagają informacje dotyczące kwot korekt. Jednak w odróżnieniu od wcześniej obowiązujących zasad wierzyciel nie ma już obowiązku informowania dłużnika o dokonywaniu korekty.
Przykład
Firma X sprzedała Firmie Y towar i wystawiła fakturę na kwotę netto 50.000 zł plus 11.500 zł VAT. W związku z tą sprzedażą Firma X do Urzędu Skarbowego wpłaciła 11.500 zł podatku VAT. Termin płatności faktury upłynął w dniu 15.11.2012 r., a Firma Y do tej pory nie uregulowała płatności wynikającej z tej faktury. Przy spełnieniu wcześniej opisanych warunków Firma X może skorzystać z ulgi na złe długi. W ramach deklaracji VAT-7 za kwiecień 2013 r. (bo 14 kwietnia 2013 r. upływa 150 dni licząc od 15.11.2013 r.) Firma X może odzyskać wcześniej wpłacony podatek VAT w kwocie 11.500 zł.
Tylko od decyzji wierzyciela zależy czy skorzysta z ulgi na złe długi (może, ale nie musi). Z tego prawa sprzedawca może skorzystać nawet, gdy dłużnik zawiesił działalność. Nie sposób nie zauważyć korzyści płynących dla korzystającego z ulgi na złe długi, gdy odzyskać można VAT uprzednio odprowadzony do Urzędu Skarbowego, jeśli dłużnik uchyla się od regulowania wierzytelności. Często jednak przedsiębiorcy nie są świadomi, że w takich sytuacjach mogą skorzystać z tego rozwiązania, a w zależności od sumy nieuregulowanych faktur stawką może być kwota znacznie wyższa niż w przedstawionym przykładzie. Z kolei sama procedura, po ostatnich zmianach, nie jest szczególnie skomplikowana.
Zapraszamy do dyskusji na opisany temat.www.forum.kurierkamieniarski.pl
Krzysztof Fornal, autor tekstu, pracuje na stanowisku Głównego Księgowego w Kancelarii Księgowych Sp. z o.o. z siedzibą w Strzegomiu, świadczącej m.in. usługi w zakresie doradztwa podatkowego na rzecz podmiotów gospodarczych.
Kontakt do autora:
tel./fax: (74) 649 22 22
e-mail: biuro@kancelariaksiegowych.pl
http: www.kancelariaksiegowych.pl