Czy zauważyliście, jak bardzo nasze rozumienie przedmiotów, zwierząt czy zjawisk może się różnić? Przykładowo: mam kolegę, który kilka lat temu miał sklep z parasolkami. Cieszył się jak dziecko z nowej zabawki, kiedy zapowiadali deszcz. Proste: przy słonecznej pogodzie miał jednego-dwóch klientów przez cały dzień. Co innego, gdy lało... Klienci tego kolegi pewnie zupełnie inaczej oceniali pogodę.
Dla nominalnych klientów naszej branży kamień może być widziany w bardzo wieloraki sposób. Pozytywy? Trwałość, elegancja, piękno. Ale z drugiej strony według powszechnej opinii kamień jest drogi, ciężki, kłopotliwy w montażu. Kamienia nie zabuduje płytkarz, trzeba znaleźć kamieniarza. Do tego niska wiedza klientów o dostępnych kolorach. Powszechnie utarło się, że kolorowe są marmury, a te nie są tak trwałe jak granity. W powszechnej opinii granit jest szary albo czarny.
Sklepów z ceramiką jest pełno i w nich czasem można zobaczyć naturalny kamień. Tyle, że asortymentowo jest to dosłownie kilka wzorów. Za to asortyment ceramiki jest ogromny i jest ona prezentowana we wzorcowy sposób. W boksach urządzone łazienki, korytarze i inne propozycje zastosowania i połączenia kolorów i wzorów. A kamień? Jeśli jest, to na topornym stojaku jakieś przykładowe płytki – zwykle któraś odmiana szarego chińskiego (bo nie straszy ceną) lub Star Galaxy (bo efektowny).
Ta pozycja kamienia to nie przypadek. Rozmawiałem ze znajomą właścicielką salonu z płytkami. Ona ma nawet nieco więcej wzorów kamienia. Ale stoją na stojaku z boku. Pytałem, dlaczego w takim miejscu. Bo jeśli znajdzie się klient na ceramikę, to ma kilka namiarów na wykonawców. Kamień, nawet w płytce modularnej, to zupełnie inny temat. Ma, co prawda, jakieś namiary na firmy kamieniarskie, ale współpraca nie jest najlepsza.
Podobnie jest z firmami oferującymi okna. To wbrew pozorom ogromny rynek. Tu także oferta kamiennych parapetów jest mało promująca kamień – zwykle gdzieś na samym dole stojaka z przykładowymi parapetami. Dlaczego? Otóż montujący potrafią osadzić parapet kamienny, ale potrzebnych jest do tego trzech ludzi, a zwykle na montaż jedzie dwóch. Poza tym wnoszenie parapetu kamiennego na 3 piętro, to już spore wyzwanie, a i ryzyko uszkodzenia jest niemałe.

Eskom już się przewijał w naszych tekstach, ale dla osób zaczynających przygodę z RPA szybkie wyjaśnienie: Eskom jest odpowiednikiem naszego Tauronu – nalicza jak chce, cennika, taryf i stref nikt nie zrozumie, ale przynajmniej na dzisiaj dostarcza prąd w Polsce regularnie, bez spadków napięcia.
Jednak musimy się odnaleźć w klimacie RPA – czyli raz, że odległym, a dwa pięknie rozbudowanym i zarządzanym w czasie apartheidu przez białych – Burów. No i zaczynamy wracać do czasów teraźniejszych, czyli kraj zarządzany przez armię niekompetentnych ludzi z rządu. Kolejny człowiek został na dniach odwołany z funkcji prezesa Eskomu. Następuje wyciszenie lub zamknięcie trzech z czterech elektrowni atomowych na terenie RPA. Sprzedaż głównego surowca energetycznego na zewnątrz – węgiel brunatny i kamienny w niebotycznych ilościach trafił do krajów ościennych. Równie wielkie ilości węgla trafiają do zagrożonej kryzysem energetycznym Europy. Z kraju (RPA) zaczyna znikać ilość węgla potrzebna do utrzymania kraju (RPA) w miarę dobrej kondycji energetycznej. W RPA pojawił się kryzys. Nie trwa on jednak od tego roku czy od pandemii. Trwa on od kiedy pamiętamy, a jesteśmy w RPA już ponad 11 lat. Ale nigdy nie był on na tak wysokim poziomie jak dzisiaj. Nawet ciężko mówić o utrudnieniach w działalności gospodarczej. To wręcz paraliż gospodarczy.
Każdy może sobie ściągnąć na telefon appkę „ESP” i widzieć w czasie teraźniejszym, co dzieje się w RPA. Eskom wprowadził 8 – tak, osiem – poziomów tzw. „loadshedding”. Każdy poziom nam mówi, w jakim czasie i na jak długo zostanie wyłączony prąd w strefie przemysłowej w CAŁEJ RPA. Od dłuższego czasu pracujemy między 4 a 5 poziomem. Zapytacie, jak wygląda praca w takich warunkach? Spieszę z wytłumaczeniem:
Stage 4 Stage 5
01:00 – 03:30
07:00 – 11:30 07:00 – 11:30
15:00 – 17:30 15:00 – 17:30
23:00 – 01:30 23:00 – 01:30
To są godziny, w których prąd jest wyłączony kompletnie w strefach przemysłowych. Więc jeżeli pracujemy na kopalni na jedną zmianę od 07:00 do 16:30, szybko możecie zobaczyć, ile czasu tracimy na przestoje. Nasza branża – w sumie cały sektor górniczy – opiera się na ciężkich maszynach typu ładowarki, koparki i wozidła. Ale są i sprężarki pneumatyczne generujące powietrze, a bez tego nie zawiercimy nawet jednego otworu pod kliny czy pod strzelanie.
Nasuwają się dwa pytania: jak ludzie z tym żyją i jak temu zaradzić? Firmy, gdzie zyskowność jest duża, mogą pozwolić sobie na montaż i uruchomienie generatorów prądu. Dzięki temu, kiedy jedziemy na lunch do miasta (bo u nas jest wymuszona przerwa) jemy posiłek w oparach ropy, a dźwięk 200-konnego silnika umila nasze rozmowy na temat, jak w tej Afryce jest „pięknie”.
A niestety robi się gorzej i będzie tylko gorzej! Na 20 marca Julius Mallema zapowiedział narodowy lockdown, narodowy zastój w pracy plus zatrzymanie jakichkolwiek płatności do Eskomu do odwołania. Ile to może trwać? Tydzień, dwa, miesiąc? Pytanie „kto dłużej wytrzyma?” Dylemat powstaje, czy przystąpić do tego strajku czy odpuścić? Czy związki zawodowe (które są bezlitosne – ale o tym już wiecie) na nas to wymuszą, czy będziemy próbować walczyć z systemem?
A teraz wyobraźcie sobie: jedziecie do Lidla, do Biedronki lub Intermarché. Stoicie przy kasie, czekacie w kolejce na skasowanie swoich zakupów i wtedy widzicie, jak gasną wszystkie żarówki i wszystkie kasy zaczynają piszczeć, bo przeszły na zasilanie zastępcze. I wszyscy, jak chórek, mówią „F**king Tauron”. Złości już nie ma, zostaje tylko śmiech i westchnienie. Ale spokojnie – to tylko wyobrażenie.
Jednak niestety dzisiaj to się dzieje w RPA i jest na porządku dziennym. Tak człowiek zostawia ten europejski styl życia razem z paszportem, zegarkiem czy portfelem w sejfie i przechodzi – ba, przesiąka – tym afrykańskim życiem. I wiecie, co jest najlepsze w tym wszystkim? Że my w tym próbujemy znaleźć rozwiązania. Tak, próbujemy powiedzieć sobie „nie jest tak źle -- przecież tydzień temu był stage „7” dzisiaj tylko „5” więc jest spoko”. RPA ma nadal – i zapewne jeszcze długo będzie miała – kilka przewag nad Europą: tania siła robocza, tani prąd czy po prostu ogromne bezrobocie, które napędza całą południową Afrykę. Dla nas, ludzi „over the sea”, może się to wydawać dziwne, ale oni żyć będą tam, czy my tam będziemy czy nie. I świat dalej będzie się kręcił z nami czy bez nas! I nawet taki Eskom nie jest w stanie zatrzymać pędu i życia w RPA. Tylko pytanie: jakim kosztem?
TIA – This is Africa!!!
TIA – This is Africa – to najczęściej powtarzany przeze mnie zwrot w odniesieniu do RPA. Przez ostatnie 11 lat powtórzyłem go tysiące razy. Na głos i w myślach.
W kamieniarstwie brakuje profesjonalistów, brakuje pracowników, którzy tymi profesjonalistami mogą się stać w przyszłości. A ponieważ nie jest to tylko problem naszej branży, o to by zawód kamieniarza był wybierany przez młodzież lub osoby chcące zmienić zawód, trzeba się postarać.
Dyskusja na ten temat odbyła się podczas ostatniego Kongresu PZK w Wieliczce. Poruszone zostały różne aspekty problemu i pojawiły pomysły jak temu zaradzić.
Wielu rzeczy nie mamy i w najbliższym czasie mieć nie będziemy. Nie mamy klas kamieniarskich w szkołach branżowych, nie mamy technikum kamieniarskiego. Ale jednocześnie chyba nie do końca korzystamy z tego co mamy. Przyjrzyjmy się zatem:
– szkoły branżowe I stopnia, w których – w klasach wielozawodowych – uczy się i może się uczyć więcej młodych ludzi; takie szkoły są w całej Polsce i nie ma problemu, by każdy zainteresowany mógł skorzystać z ich oferty;
– zakłady kamieniarskie przyjmujące uczniów z tych klas na praktyczną naukę zawodu – wystarczy dyplomowany mistrz w zawodzie kamieniarz i dodatkowo krótki i prosty kurs pedagogiczny, by móc przyjmować ucznia; mistrzów z roku na rok przybywa, więc i baza może znacznie się rozrastać;
– są jeszcze inne istniejące opcje: np. szkoły rzemieślnicze, które mogą stanowić bazę w kształceniu przyszłych kamieniarzy; szkoły plastyczne, jeżeli istotniejszy jest aspekt artystycznej obróbki kamienia; szkoły kamieniarskie w Czechach i Niemczech, do których również mogą trafiać Polacy;
Bazując na powyższym można zwielokrotnić ilość uczniów – a w ślad za tym absolwentów – dobrze przyuczonych do zawodu, ale do tego potrzeba od nas zdecydowanych działań w dwóch obszarach:
1. Promocja zawodu wśród młodych ludzi. Wybór szkoły średniej to duże wyzwanie dla młodego człowieka i jest zazwyczaj wypadkową (zazwyczaj mglistej) wizji przyszłości i (większego czy mniejszego) przypadku. Jeżeli nie dołożymy starań, by zawód kamieniarza był dostrzegalny i miał atrakcyjny przekaz, będziemy coraz dotkliwiej przegrywać z popularnymi, bardziej rozpoznawalnymi zawodami. Jak promować, do kogo docierać, jakich narzędzi używać: to temat bardzo szeroki, a same działania muszą być długofalowe. Czynimy starania, by wypracować schemat i stworzyć narzędzia, które pozwolą firmom kamieniarskim realizować w swoim otoczeniu działania promocyjne. Liczymy, że osiągnięty efekt synergii pozwoli przełamać obecny stan rzeczy.
2. Zapewnienie wysokiej jakości nauczania. Zachęcenie młodzieży do nauki zawodu to jedno, ale spowodowanie, że po trzyletniej nauce zdadzą egzamin i staną się dobrze przygotowanymi do zawodu fachowcami, to drugie. Ważnym działaniem, które pomogłoby osiągnąć ten jakościowy efekt, byłaby platforma wspierająca mistrzów i uczniów. Korzystanie z niej pozwoliłoby realizować proces nauki zawodu w sposób gwarantujący wszechstronność i wysoki poziom. To spora praca, ale nieodzowna, jeżeli chcemy mieć czeladników na oczekiwanym poziomie.
Na koniec przypominam, że w dniach 5-9 września br. odbędzie się najważniejszy konkurs dla młodych rzemieślników, czyli EuroSkills 2023 w Gdańsku. Staramy się, by to wydarzenie było kamieniem milowym w promocji kamieniarstwa. Już dziś zapraszam i do zobaczenia w Gdańsku!
Coraz częściej daje się zaobserwować bunt przeciwko nadmiernemu gromadzeniu danych, w tym danych osobowych. Stajemy się coraz bardziej świadomi, co i komu przekazujemy. Nie uzupełniamy już wszystkich pozycji w formularzach, kwestionujemy zasadność zbierania nadmiarowych danych. Co najważniejsze, mamy już świadomość, że ochrona naszego prywatnego maila – jego nazwa jak i dostęp – jest kluczowa dla naszego bezpieczeństwa tak samo, jak ochrona dowodu osobistego. Ale jest czynnik poza naszą kontrolą – podmiot, który pozyskał nasze dane.
Żyjemy w czasach ogromnego i intensywnego gromadzenia danych, narażając się na coraz większe ryzyko utraty kontroli nad nimi – skutecznej ochrony. Jak wiadomo, jednym z głównych obowiązków administratora danych wynikających z RODO jest zapewnienie odpowiednich środków dla bezpieczeństwa danych. Te środki powinny chronić przed nieuprawnionym i niezgodnym z prawem przetwarzaniem danych osobowych, w tym przed kradzieżą, zniszczeniem, uszkodzeniem lub ich ujawnieniem. Skąd administrator ma wiedzieć, jakie środki ma zastosować, aby dane były bezpieczne? Dokonać analizy ryzyka, czytać wytyczne organów czy zatrudnić specjalistę.
Zajmijmy się zagadnieniem transportu danych na przenośnych dyskach. W tym miejscu należy zauważyć, że dysk w laptopie jest także środkiem transportującym dane.
Jeżeli więc administrator (w tym wypadku właściciel lub użytkownik komputera lub laptopa, na którym przechowywane są dane) nie zabezpieczył urządzenia przed nieuprawnionym użyciem i nie zablokował portów USB, może dochodzić do zgrywania danych na pamięci masowe: pendrive, dyski zewnętrzne, karty SD, smartfony, tablety.
Tak więc urządzenie należy zabezpieczyć, analizując kwestie:
- możliwej kradzieży lub zgubienia,
- wgrania złośliwego oprogramowania,
- nieuprawnionego dostępu do plików.
Jak się zabezpieczyć? Wewnętrzne procedury i regulaminy na nic się nie zdadzą, jeżeli nie będą po prostu stosowane. Dokumentacja pozwala jedynie uporządkować środki, które powinny być stosowane w danym przypadku. Natomiast środki bezpieczeństwa należy zastosować, a przede wszystkim sprawdzać. O jakich środkach mowa?
Techniczne środki bezpieczeństwa:
- szyfrowanie dysku, pendrive, karty SD itp.
- wejście do plików zabezpieczone hasłem.
Dodatkowo trzeba mieć na uwadze, aby:
- pracownik usuwał dane z pamięci, gdy są już zbędne,
- robić kopię przeniesionych danych w innym miejscu, aby w przypadku zgubienia urządzenia była możliwość ich odtworzenia,
- urządzenia pochodziły od renomowanych dostawców,
- dokonywać przeglądów pamięci przenośnych w celu upewnienia się, że są przechowywane na nim jedynie dopuszczalne dokumenty (bez nielegalnych programów czy materiałów),
- pamięci masowej nie pozostawiać bez nadzoru (w szczególności podczas transportu), a nieużywana pamięć powinna być zabezpieczona (np. przechowywana w bezpiecznym pomieszczeniu lub szufladzie),
- pracownik mógł zgrywać dane na pamięci masowe tylko na krótki okres, a jeżeli to możliwe, powinien być wdrożony system, który automatycznie usuwa dane po konkretnym czasie,
- była możliwość (o ile to wykonalne) zdalnego usunięcia danych (na odległość) z pamięci pracownika.
Podsumować można jednym zdaniem: zwiększ świadomość bezpieczeństwa pracowników i szyfruj dane!
Powyższe zasady powinno się wdrożyć w firmie w postaci zasad wewnętrznej polityki i zakomunikować całemu personelowi. Gdy już dojdzie do naruszenia ochrony – bez znaczenia, czy z powodu ludzkiego błędu czy kradzieży – będziemy pewni, że technologie i, jej zabezpieczenia nas nie zawiodą. W końcu, jeżeli dane były szyfrowane, to możliwe, że nie będzie konieczności zgłaszania naruszenia do UODO.
Kontakt do autora:
tel. 501 15 11 15
email: a.majchrzycki@moment24.pl
Wystarczą jedynie te dwa słowa – spartaczona robota – i wiemy, że została wykonana źle, niedokładnie lub automatycznie oceniamy pracownika jako niedbałego, niekompetentnego czy nieudolnego. Nikt nie nazywa robotnika partaczem w ramach komplementów, a za spartaczone zadania raczej nikt jeszcze prowizji nie dostał.
Czy tak było od zawsze?
By odpowiedzieć na to pytanie, należy przenieść się w czasie do epoki średniowiecza. Pierwsze zrzeszenia kamieniarzy działały w Krakowie już w 1400 r., a organizacje cechowe pojawiły się na polskich terenach dzięki niemieckim kolonistom. Wówczas słowo partacz oznaczało jedynie rzemieślnika, który wykonywał zawód i nie należał do odpowiedniego dla niego cechu (mimo jego istnienia).
Zrzeszeni w cechu rzemieślnicy podlegali stałej kontroli władz cechowych, by nie dopuścić do zaniedbania oferowanych usług i spadku jakości wyrobów, co mogłoby negatywnie wpłynąć na wizerunek całego cechu. W ten sposób próbowano także utrzymać przewagę nad partaczami, którzy bez kompleksowych szkoleń, nauk i praktyk, oferowali, de facto, to samo (ale taniej). Rękodzielnicy z wolnej ręki byli więc poważną konkurencją dla członków cechu. Partacze bardzo często osiedlali się w jurydykach, czyli osadach położonych blisko miasta królewskiego, które nie podlegały władzom miejskim. W ten sposób skutecznie unikali kar. Jednak mimo licznych wysiłków, usługi oferowane przez kamieniarza (czy rzemieślnika jakiejkolwiek innej dziedziny) należącego do cechu, a kamieniarza-partacza różniły się przede wszystkim ceną.
Wbrew obecnemu znaczeniu tego słowa i ówczesnym próbom umniejszenia partaczom, ich wyroby wcale nie były uznawane za gorsze jakościowo. Partacze w większości wywodzili się z niższych klas społecznych (biedoty miejskiej) i nieosiągalne finansowo było dla nich sprostanie procedurze cechowej (często więc byli to czeladnicy, którzy nie mogli pozwolić sobie na zostanie mistrzami cechowymi). Byli to również ci rzemieślnicy, którzy do cechu nie mogli należeć zarówno ze względu na brak świadectwa wolnego i legalnego urodzenia, jak i ci należący do dyskryminowanej przez społeczeństwo grupy etnicznej lub wyznaniowej.
Oczywiście można zastanowić się, z czego tak naprawdę wynikała zmiana w znaczeniu tego słowa. Czy był to jedynie efekt próby zwalczenia konkurencji przez związkowców? Kojarzyli oni partaczy ze źle wykonaną robotą tak wytrwale, by w opinii publicznej zakorzenić przekonanie, że nie są to pracownicy godni zaufania i powierzenia im obowiązków. Czy jednak brak odpowiedniej edukacji i wymogów przyczynił się do gorszej jakości wykonywanych usług i stąd negatywny kontekst partacza? Dziś trudno ustalić.
A tak przy okazji.... Może jednak – na wszelki wypadek – warto potwierdzić swoje umiejętności, przystępując do egzaminu mistrzowskiego w zawodzie kamieniarz? Koszty obecnie nie są tak wysokie jak kiedyś, a jedyne wymagania dotyczą wiedzy i umiejętności. Okazje przystąpienia do egzaminu pojawiają się kilka razy w roku.