
Wydajesz przysłowiowy worek pieniędzy na naprawę sprzętu, przywozisz części z Polski do RPA, aby zaoszczędzić czas i pieniądze, jesteś na etapie składania wszystkiego w całość… i nagle okazuje się, że w maszynie brakuje płynów hydraulicznych, a zbiornik paliwa jest tak pusty, że maszyna nawet nie chce zakręcić. Jakie wnioski z tego wyciągasz: na kopalni zniknie wszystko, dosłownie wszystko!
Jeżeli w RPA powiesz, że ten kamyk, który przed chwilą kopnąłeś, można sprzedać, bo ma choćby najmniejszą wartość, to wiedz jedno, że jak tylko odwrócisz głowę, nie będzie ani tego, który to usłyszał, ani tego kamienia! Najgorsze jest to, że kradzieży dopuszczają się „nasi” pracownicy. Są do tego stopnia sprytni i cwani, że wiedzą, jak my się poruszamy i znają nasz schemat działania na kopalni.
Mietek na weekend chciał zacząć ładować auta z blokami na eksport do Durbanu. Kupił belki pod bloki w ilości takiej, żeby starczyło i coś może by zostało w zapasie. Belka ma długość ponad dwa metry i grubości około 12 cm – wynieść 40 belek nie jest łatwym zadaniem. Ale… Czarni są zdolni do wszystkiego. Do miasta jest ponad 3 kilometry i nawet ciężko nam to sobie wyobrazić, że szedł taki z belką na ramieniu – no może z dwiema – aby sprzedać każdą za 40 randów. Na polskie to 10 złotych.
Na pewno nie użyje tej belki do ogrzania się, bo teraz jest tam środek lata i temperatura dobija już do 45 stopni. Jest to irytujące i uwierzcie mi nawet kamery niewiele pomagają.
Nie są to drogie rzeczy, które giną na kopalni, ale jeżeli podsumujemy straty z całego roku, kwota robi się już spora. Po drugie: kradzież to kradzież. Niestety na kopalni mamy trzy grupy, które niekoniecznie się bardzo lubią: Czarni, biali Burowie, no i my, Polacy. I każda z tych grup jest nieufna wobec pozostałych. Więc nadzieja, że ktoś nas poinformuje o kradzieżach, jest złudna i trzeba ją włożyć między bajki!
Końcówka roku jak zwykle przynosi już rozluźnienie u Czarnych i nakłonienie ich do jakiegokolwiek jeszcze wysiłku graniczy z cudem. Tak jest co roku, więc produkcja trochę spada. Ale wiem na pewno jedno, że trochę można jeszcze wycisnąć, a Mietek wie, jak to zrobić.
Bardzo dobrym ruchem było mocne wejście w rynek lokalny, który okazał się bardzo duży i który będzie ciężko nasycić. Daje nam to dobrą alternatywę na okres zimowy w Polsce, który jest przed nami, by mieć jakiś zastrzyk gotówki. W okresie, kiedy w Polsce jakby nie patrzeć styczeń i luty będą miesiącami posuchy, mamy opcję do utrzymania sprzedaży. Oczywiście rynek lokalny nie jest zainteresowany drogim materiałem, akceptuje tylko materiał tani – nawet wadliwy. Więc tak naprawdę można zarabiać kasę czyszcząc kamieniołom.
Będąc w listopadzie w RPA odbyłem jedno bardzo ciekawe spotkanie, które dało mi naprawdę dużo do myślenia. Spotkałem się z Bruce’em, który jest odpowiedzialny za fracht morski i ma dostęp do wszystkich informacji o towarach, które są wysyłane do Europy, w tym oczywiście do Polski. Zadałem jemu pytanie: ile teraz średnio wozi się miesięcznie do Polski – oczywiście przez Hamburg – bloków z RPA. Zacząłem z wysokiego poziomu, bo założyłem, że 10 000 ton miesięcznie jest realne – Bruce z uśmiechem powiedział, że przegiąłem. Więc skorygowałem swoje szacunki do 5 000 ton miesięcznie – znowu uśmiechnął się i stwierdził jeszcze mniej. Więc rzuciłem 3 000 ton, Bruce odpowiedział, że średnio 2 000 ton wysyła się z RPA bloków do Polski. W tym oczywiście jest Impala, ale także Olive Green, African Red, Belfast i piaskowce różnego typu. Odpowiedziałem tylko, że były lata, w których sam na statek ładowałem po 1 500 ton, a i zdarzyły się statki podchodzące pod 2 000 ton…
To ogromny spadek eksportu bloków. Widać, że u wszystkich następuje mocne wyhamowanie. Zauważam też, że nie ściąga się teraz do Polski materiału na zapas, tylko ogranicza się import do niezbędnego minimum. Jest to trochę smutne, bo to świadczy o kondycji naszej całej branży. Kryzys dotyka wszystkich, nawet i armatorów, którzy również muszą szukać innych rozwiązań na zapełnienie ładowni. Ale to jest historia na inną opowieść.
Natomiast gwoli ciekawostki zachęcam do poczytania sobie, jak duży kryzys dotyka kopalnie diamentów w Afryce. Z powodu dużej produkcji syntetycznego diamentu w całej Afryce zamykane są kopalnie – bo taniej jest wyprodukować w laboratorium syntetyczny diament niż go wydobyć ze złóż naturalnych. TIA! – this is Africa!

W ostatnim czasie praktycznie w każdej mojej rozmowie z branżystami słyszałem pytanie: „co myślisz o targach w Warszawie?”
Temat targów kamieniarskich w Polsce na łamach Kuriera był poruszany wielokrotnie. Trudno cokolwiek dodać. Pomysł organizacji targów w Nadarzynie (pod Warszawą) – choć wałkowany od kilku lat – trochę zmienił sytuację i zmienił perspektywę widzenia. O ile jakaś perspektywa istniała. Ale po kolei.
Targi Stone 2024 w Poznaniu jakie były, każdy widział. Kto się wystawił – miał co robić. Na każdym stoisku byli ludzie i trwały rozmowy. Więc z punktu widzenia wystawcy, to pewnie był efektywny czas. Kto przyjechał jako zwiedzający raczej nie zostawiał suchej nitki na targach licytując się anegdotkami ile czasu zajęło obejrzenie wystawy. Odnotować należy, że program wydarzeń towarzyszących był naprawdę bogaty.
Znów organizator nie poradził sobie z problemem handlu na chińskich stoiskach – stamtąd nadal wychodzili ludzie obładowani tarczami, wagonami, linami… Oczywiście organizator bronił się, że każdy z wystawców chińskich podpisał zobowiązanie do przestrzegania regulaminu targów, w którym „sprzedaż detaliczna na stoisku wystawienniczym” jest niedozwolona. Ale w tym samym punkcie regulaminu jest również napisane: „W przypadku niewykonania powyższego, MTP (…) dokonają zamknięcia stoiska na koszt i ryzyko uczestnika targów.” Czy ktoś widział na targach jakieś zamknięte stoisko?
Ja rozumiem, że część kamieniarskiej braci chętnie zaopatruje się na chińskich stoiskach. Bo ceny tam – zapewne pomijające podatki i cło – mogą być atrakcyjne. Z drugiej strony niech nie dziwi nieobecność na targach wystawców oferujących ten sam asortyment. Koszt atrakcyjnego stoiska jest niebagatelny, a ceny produktów – po uwzględnieniu podatków, ceł i innych danin państwowych – niekonkurencyjne do chińskiej oferty targowej. A bycie zapleczem gastronomicznym dla „chińskiego bazaru” raczej nie jest najważniejszym celem udziału w targach.
Wracając do pytania: „co myślisz o targach w Warszawie?” Centrum Polski to dobra lokalizacja. Nawet jeśli Nadarzyn leży kilka kilometrów od Warszawy. Rynek warszawski to interesujący kawałek tortu zupełnie różny od rynków w innych regionach kraju. Tylko, że targi w Ptak Expo były zapowiadane i odwoływane już kilkakrotnie.
Pierwsza informacja o nowych targach w Ptak Expo w Nadarzynie pojawiła się w 2019 roku. Mocna promocja imprezy o nazwie „Marble Warsaw Fair” odbywała się również w Poznaniu w terminie targów Stone 2019. Nawet w Kurierze Kamieniarskim rozpoczęła się kampania reklamowo-informacyjna. Wybuchła pandemia, targi zostały odwołane, a reklamy w Kurierze nie zostały rozliczone, bo „…osoba z która się z panem dogadywała już tu nie pracuje”.
Od 2021 roku, gdy pojawiały się nowe daty targów w Nadarzynie, było wiele prób kontaktu między Ptak Expo a Kurierem Kamieniarskim. Nim wyjaśniłem kolejnemu rozmówcy czym jest Kurier Kamieniarski i jak możemy się wzajemnie wesprzeć, okazywało się, że „osoba już tu nie pracuje”. I tak w koło Macieju, co kilka miesiecy od nowa ta sama historia.
W 2024 roku wszyscy byliśmy świadkami intensywnej kampanii telefonicznej zapraszającej do udziału w targach Stone Expo w lutym 2025 r. Również do redakcji Kuriera co kilka, kilkanaście dni ktoś dzwonił, by sprzedać stoisko. Za każdym razem, do znudzenia, powtarzałem, że proszę o kontakt z osobą, która będzie mogła porozmawiać o współpracy między organizatorem a gazetą. I tak mijały tygodnie. W połowie listopada wreszcie skontaktowała się osoba, która zaczęła rozmowę o współpracy. Rozmowy trwały miesiąc i nim doszło do uzgodnień dostałem informację, że „targi zostały zamknięte ze strony medialnej ze względu na zebranie wystarczającej listy wystawców”, „budżet [medialny] na nie przeznaczonyzostał wykorzystany”. I to by było na tyle w temacie współpracy między oragnizatorem a Kurierem.
Więc „co sądzę o targach w Warszawie?”. Jedno jest pewne. Kamieniarze zauważyli umiarkowane ceny zaproponowane przez Ptak Expo na targach oraz proponowane przy tej okazji bonusy. Na pewno nie bez znaczenia jest też efekt nowości oraz intensywna kampania telefoniczna – zarówno z punktu widzenia potencjalnego wystawcy jak i zwiedzającego. Choć mam mieszane uczucia, to obserwuję poczynania organizatora. Bo jeśli te targi się odbędą, to pod koniec lutego będziemy mieli nowy punkt widzenia na targi kamieniarskie w Polsce.

Przez 25 lat widzieliśmy wszystko. I wzloty i upadki, i sojusze i wojny. Widzieliśmy statki płynące z wszystkich zakątków świata wypełnione blokami, później zamianę na kontenery. Widzieliśmy rodzące się potęgi i upadające potęgi. Trudno to objąć w kilku słowach.
Z Adrianem Buraczyńskim – dyrektorem generalnym Magemar Polska
– rozmawiał Paweł Szambelan
A jak z punktu widzenia Magemar można podsumować te 25 lat?
Magemar Polska wystartował w marcu 1999 roku. Oddział firmy w Polsce otworzył Rafał Zahorski. Ja dołączyłem 1 listopada 1999 roku. Najpierw pracowaliśmy we dwóch, a mniej więcej po roku zaczęliśmy zatrudniać dodatkowych współpracowników. Po dwóch latach to było już 6 osób. W 2004 roku uruchomiliśmy własną agencję celną. Nota bene to była ostatnia agencja uruchomiona przed wejściem Polski do Unii Europejskiej – ruszyła 30 kwietnia, a 1 maja Polska weszła do Unii. Wszyscy zamykali agencje, a my otwarliśmy. W 2005 roku otworzyliśmy oddział w Gdyni. Później oddział w Katowicach i chwilę później w Chinach. W roku 2021 wydzieliliśmy biuro gdyńskie do osobnej spółki, bez agencji celnej, jako Magemar Logistics.
Sytuacja ostatnich 3 lat spowodowała dużo zmian na rynku transportowym, więc obecnie jesteśmy na etapie nieustających zmian struktury oddziałów firmy.
Jak pandemia covid-19 i wojna w Ukrainie wpłynęły na usługi transportowe?
To było przewartościowanie całego rynku transportowego. Zaczęło się od covidu. Nagle załamały się wszystkie łańcuchy dostaw, bo z dnia na dzień zatrzymane zostały dostawy granitu, głównie z Chin. Pociągnęło to za sobą wyprzedaż całych stanów magazynowych w Polsce. A z drugiej strony momentalne wzrosty stawek frachtowych. Przed covidem kontenery woziliśmy po 500-600 dolarów. I one nagle podrożały nawet do kilku, kilkunastu tysięcy dolarów. To była absolutna wariacja. Po pierwsze kontenery nie były dostępne. Po drugie: jeśli w jakimś chińskim porcie pojawiał się choćby jeden przypadek zachorowania na covid, to zamykany był od razu cały port. Na 10, 12, 14 dni. To powodowało ogromne spiętrzenie statków zarówno tych czekających na rozładunek, jak i tych czekających na załadunek. Sytuacja bardzo szybko przełożyła się na dostawy z Indii. Co jeszcze bardziej podbiło stawki frachtowe i poskutkowało drastycznymi podwyżkami cen produktów dla klienta finalnego.
Czasy były złote dla kamieniarstwa – wszystko się sprzedawało, niezależnie od ceny. Oczywiście potem to przełożyło się na wyższą inflację w kraju i w ogóle na całym świecie. A kiedy zaczęło się wszystko jakoś normalizować, to w lutym 2022 roku wybuchła wojna w Ukrainie. Bezpośredni skutek był taki, że momentalnie wypadło 50% floty pływającej po Bałtyku, ponieważ była to flota pod rosyjską banderą. Te statki dostały zakaz zawijania do portów europejskich. Czyli towary przywiezione przez statki oceaniczne do Antwerpii bądź Rotterdamu nie miały być czym rozwożone do mniejszych portów bałtyckich. Dodatkowo wojna w Ukrainie wywołała kryzys energetyczny, więc wszystkie statki obsługiwały dowozy węgla, zboża i produktów bardziej istotnych niż kamień. To spowodowało, że nie było dostępnego środka transportu między portami oceanicznymi obsługującymi statki masowe a portami typu Szczecin. Najprostszy przykład: towar ze statku, który z Indii przypłynął w czerwcu do Rotterdamu dotarł do Szczecina dopiero we wrześniu – krótko mówiąc na koniec sezonu kamieniarskiego.
Dodatkowy koszt wojny w Ukrainie był taki, że większość pracowników w europejskich portach to Ukraińcy. Kiedy wybuchła wojna, większość z nich pojechała do ojczyzny ratować rodzinę i już nie wrócili do pracy. Pojawiło się mnóstwo wakatów w brygadach przeładunkowo-rozładunkowych, co bardzo opóźniało czas rozładunku.
Inna sprawa, że firmy nie były zainteresowane wożeniem granitu. Za węgiel i pszenicę płacono dużo większe pieniądze i to bardziej opłacało się przewozić. Przykładowo przed wojną za przewóz płacono 60 € za tonę, a później cena sięgała 200 €. W 2023 roku Chiny ogłaszają koniec covidu i stawki za fracht momentalnie spadają z 3000 dolarów do 500 dolarów. A w porcie nadal leżą bloki granitowe sprowadzone w tamtym czasie. One prawdopodobnie są w tej chwili niesprzedawalne, bo zawarty w ich cenie koszt ówczesnego transportu wywindował ich cenę poza wszelkie granice rozsądku.
Jak w tym odnajdował się Magemar?
Najważniejsze to mieć poduszkę finansową, która pozwala na zachowanie płynności finansowej. Nie mogę sobie pozwolić na opóźnienie płatności do armatora, nawet jeśli mój klient spóźnia się z zapłaceniem mnie za fracht. To jest ryzyko wkalkulowane w nasz biznes. Potrzebny jest spory zapas środków finansowych, by mieć z czego płacić zobowiązania, przeczekać opóźnienia płatności przychodzących i pozostać na rynku. Jeśli armatorowi nie płacę w terminie, to najpierw wynegocjowane stawki osiągają poziom cen rynkowych, a później wstrzymane jest w ogóle wszelkiego rodzaju świadczenie usług. Podkreślmy ponownie, że posiadane środki musiały z dnia na dzień zacząć wystarczać na opłacenie frachtów, których koszt rósł o setki procent.
Magemar w telegraficznym skrócie
Od 25 lat Magemar Polska to transport morski, transport lądowy, transport kolejowy, agencja celna. I spedycja portowa – od A do Z, zajęcie się towarem od momentu wpłynięcia statku do portu po opuszczenie terenu portu, czyli przeładunek statek – plac – samochód, składowanie, dokumentacja i procedury celno-skarbowe.
Dlaczego warto korzystać z waszego 25-letniego doświadczenia?
Najmłodszy stażem pracownik Magemar Polska ma 16 lat doświadczenia w tej branży. Oferujemy nasze usługi zarówno dużym firmom, jak i drobnym odbiorcom. Dzięki długiej obecności na rynku mamy duże doświadczenie i jesteśmy dobrze osadzeni w rynku kamieniarskim – 90% naszych obrotów to kamień w postaci bloków, slabów i płytek.
Widzieliśmy już chyba wszystko, co może się przydarzyć w usługach transportowych. I potrafimy siebie – i powierzony nam towar – przed tym zabezpieczyć. Niebezpieczeństw jest wiele. Ktoś rozpoczynający przygodę z importem na własną rękę rzadko sprawdza dostawcę, od którego kupuje za granicą. Ba! Nawet już w kraju rzadko sprawdzamy kontrahenta. Kilka lat temu po firmach kamieniarskich dzwoniła jakaś osoba przedstawiając się jako komornik, który zajął dużą ilość kamienia, i będzie robił licytacje kamienia w porcie szczecińskim. Ceny wywoławcze były bardzo niskie, a warunkiem udziału w licytacji była wpłata wadium. Wiele osób dało się na to nabrać. Wpłacili wadium, a potem dzwonili do nas, żeby zapytać gdzie i kiedy będzie ta rzekoma licytacja. Dlatego często powtarzam: jeśli coś się dzieje w Szczecinie, to my na pewno o tym wiemy – sprawdźcie uzyskaną informację u nas.
Możemy też być tak zwaną wywiadownią gospodarczą. Jeśli ktoś chce coś kupić na przykład w Chinach, to my możemy przez swój oddział w Chinach sprawdzić wiarygodność tej firmy. Podobnie w Indiach. Każdy, kto miał okazję zetknąć się z firmami indyjskimi lub chińskimi wie, że nie zawsze jest to takie proste. Firmy w tych krajach są budowane w troszkę inny sposób niż w Europie i trudniej dotrzeć do rzetelnych informacji o ich wiarygodności.
Prywatni importerzy nie zdają sobie sprawy, jak ważne jest ubezpieczenie. Że statek w rejsie jest taką spółką z o.o., której udziałowcami są wszyscy właściciele towaru przewożonego na statku. Z tego wynika mnóstwo różnych konsekwencji, na przykład koszty wszelkich nieprzewidzianych zdarzeń czy akcji ratowniczych. I tu łatwo przejść do uzasadnienia, dlaczego warto ubezpieczać towar. Załóżmy, że towar kosztuje 5000 dolarów, a ubezpieczenie dodatkowe 200 $. Zaoszczędzę na ubezpieczeniu i mam kilka procent zysku więcej. No bo po co to ubezpieczać? Ale w momencie, kiedy po drodze coś się przydarzy – choćby piracki incydent na morzach wokół zachodniej Afryki – to akcja ratunkowa statku idzie w setki tysięcy, miliony dolarów. I każdy właściciel towaru znajdującego się na statku, musi solidarnie pokryć koszty akcji ratunkowej. Jak nie masz ubezpieczenia, to musisz pokryć te koszty z własnej kieszeni. Jeśli to zbyt mglisty przykład, to podam konkret, którym żył świat w roku 2021: blokada Kanału Sueskiego przez statek Ever Given. Roszczenia odszkodowań sięgnęły 550 milionów dolarów. Nagle z 200 dolarów zaoszczędzonych na ubezpieczeniu robi się kilkadziesiąt tysięcy do zapłaty z przyczyn, na które nie mamy żadnego wpływu.
Jaki jest zakres usług, które oferuje Magemar?
Staramy się przede wszystkim klienta wyedukować. Że nawet jeśli nie skorzysta z naszych usług, to żeby nie wpakował się na minę gdzieś indziej. Wiadomo, że zdarzają się klienci, zwłaszcza drobni, którzy rezygnują z naszych usług szukając tańszej usługi. Większe firmy, nawet jeśli z różnych powodów odeszły po usłyszeniu oferty, to jednak do nas wracają. To firmy, które mają świadomość, że cena to nie wszystko. Liczy się know-how, jakość serwisu i inne rzeczy, na które my, po 25 latach działalności, kładziemy większy nacisk niż na skrajnie zredukowaną cenę. W zamian za to dajemy pełną obsługę, nie wyłączając obsługi prawnej. W sytuacjach awaryjnych nie zostawiamy klienta bez pomocy.
Pracę zaczynamy od informacji, co trzeba przetransportować oraz skąd i dokąd. Czy to są ilości hurtowe, czy to raczej jest import indywidualny. W wielu przypadkach od razu ostrzegamy o niebezpieczeństwach i konsekwencjach importu danego towaru. Choćby o wysokości ceł antydumpingowych nałożonych na niektóre produkty. Taryfikujemy dany towar, wyliczamy wysokość cła i podatku VAT. Podpowiadamy, czy towar lepiej sprowadzić w postaci materiału do produkcji, półproduktu czy produktu gotowego. Ustalamy, czy ważniejszy jest czas dostawy czy koszty transportu.
Mając własną agencję celną możemy przejąć w całości reprezentowanie klienta przed urzędem celnym i przeprowadzić kompleksowo obsługę celno-skarbową każdego towaru przyjmując odpowiedzialność na siebie.
My jesteśmy od tego, żeby sprawdzić wszystkie dokumenty dotyczące przewożonego towaru. Nasza odpowiedzialność zaczyna się, gdy towar przekroczy linię burty statku w porcie załadunku. Zaczynamy od konosamentu morskiego – to taki morski list przewozowy, który potwierdza przyjęcie towaru na statek jednocześnie upoważniający do odbioru towaru ze statków w porcie docelowym. Czy zgadzają się wartości wyliczone, czy zgadzają się świadectwa pochodzenia. Dalej: czy faktury międzynarodowe są poprawnie wystawione i zawierają wszystkie niezbędne elementy i dane.
Czy wiedziałeś na przykład, że opakowania drewniane i palety, na których przyjeżdża towar, też podlegają rygorystycznym przepisom? Mimo, że to tylko opakowanie, to drewno musi być fumigowane – czyli poddane procesowi eliminującemu z drewna wszelkie organizmy żywe, nawet ich formy przetrwalnikowe, by nie dopuścić do rozprzestrzenia się ich poza granice naturalnego występowania. Każdy kawałek drewna musi mieć specjalne oznaczenie, którego brak może skutkować odesłaniem całego kontenera z powrotem do kraju nadania. Lub koniecznością spalenia opakowania, uzyskania certyfikatu tego spalenia i – uwaga – oclenia popiołu. W obu przypadkach pojawiają się dodatkowe koszty.
Przy okazji polecam wszystkim czytelnikom artykuły dotyczące Wiążących Informacji Taryfowych, które pojawiają się w Kurierze Kamieniarskim. To duża dawka wiedzy, którą warto znać, jeśli planujemy import. Trzeba przy tym zaznaczyć, że WIT odnosi się tylko do danego towaru i do konkretnej firmy, a nie do całości importu jako takiego. Nie da się użyć WIT-u od kolegi dla potrzeb mojego importu.
Specjalizacja na kamieniarstwo też jest wskazana. Bo wielu błędów można by uniknąć, gdyby agent celny wiedział, na co patrzy. Że to jest tarcza polerska, a nie piła. Że to Orion, a nie Kashmir. Portowcy (dokerzy) nie muszą się znać na kamieniu i narzędziach. My jesteśmy od tego, żeby o to zadbać. Pamiętajmy, że na statek wchodzi kilkaset bloków kamiennych i każdy z tych bloków musi trafić pod konkretny adres. A nierzadko zdarza się, że z Indii przychodzą bloki, które mają identyczne numery, mimo że to inny materiał i inne miejsce wydobycia. Stąd łatwo o pomyłkę, jeśli bloki mają podobną wielkość i masę.
No dobrze. No to opowiedzmy, jak wygląda taki import.
Czy każdy blok na statku może być przypisany do innego kamieniarza?
Przyjmijmy, że mówimy o dwóch rodzajach importu. Jeden to firmy, które importują na własne potrzeby, czyli kamieniarze ściągający bezpośrednio kamień na potrzeby swoich zakładów. Drugi to firmy handlowe, czyli na przykład hurtownie kamienia.
Informujemy, że określonego dnia z określonego portu wypływa statek, który będzie płynął do Polski. Zadaniem tych firm jest dostarczenie kamienia do portu w terminie umożliwiającym załadunek na statek. Gdy blok przekroczy linię burty, zaczyna się nasza - klienta odpowiedzialność. Kiedy statek przypływa do Szczecina, my bierzemy listę i sprawdzamy każdy z kilkuset bloków, czy to jest ten, który został załadowany na statek i do kogo on powinien trafić w Polsce. Blok po bloku sprawdzamy, czy na pewno przypłynęło wszystko to, co według dokumentów przewozowych miało przypłynąć. Jeśli to się zgadza, to możemy clić i wydawać. Jeśli coś się nie zgadza z konosamentem, to bloków nawet nie przedstawiamy do odprawy celnej. Najpierw wyjaśniamy. Oczywiście, mimo rozbieżności, rozładunek musi być przeprowadzony, by nie podnosić kosztów przetrzymania statku na nabrzeżu. Wtedy zajmujemy się magazynowaniem towaru przed ocleniem.
Odpowiadając na pytanie: tak, każdy blok na statku może być dostarczony do innego zakładu kamieniarskiego.

Magemar Polska ma unikalną w skali Europy i świata siedzibę.
Nie da się ukryć! Od 14 lutego 2011 roku naszą siedzibą jest statek zacumowany w Basenie Wschodnim portu szczecińskiego. To pieczołowicie odrestaurowany statek pilotowy THPV Bembridge z 1938 r. W 2009 roku został uratowany przed złomowaniem, a ze szczegółami jego historii można się zapoznać na jego pokładzie, w naszym małym muzeum. Jeśli to nie wystarczający powód, by odwiedzić Magermar, to dodam – cytując Kurier Szczeciński – że to jedyna zachowana jednostka morska, która brała udział w operacjach wojennych w Dunkierce i Normandii, a także najstarszy brytyjski statek pilotowy i drugi pod względem wieku na świecie.
25 lat na rynku polskim Magemar Polska będzie świętować również na targach STONE w Poznaniu.
Oczywiście. Zapraszamy wszystkich na poczęstunek z tej okazji na naszym stoisku. W moim przekonaniu na targach w tej chwili już się biznesów nie robi. Teraz targi spełniają głównie rolę spotkań towarzyskich, których tak bardzo nam brakuje. Nie każdy ma czas jeździć po kraju i odwiedzać swoich kontrahentów. Dlatego na targach, kiedy spotykamy się w jednym miejscu, można nadrobić zaległości towarzyskie. Siadamy i gadamy, może akurat narodzi się jakiś nowy pomysł na biznes, może inspiracją będą newsy, które między sobą wymieniamy, może ktoś coś ciekawego podpowie. Dlatego my nastawiamy się na tak zwaną część towarzyską i serdecznie zapraszamy do odwiedzenia naszego stoiska.

Czy współpraca między rzeźbiarzem a kamieniarzem i wydobywcą jest możliwa? Tak. Miałam na to dowody w wielu realizacjach, gdzie takie kooperacje nabierały prawdziwego rozpędu. Większość, niestety, za granicą. Mam wrażenie, że w Polsce ludzie nie są tak skorzy do współpracy, to blokuje projekty, które mogłyby być przecież znaczące. Chciałabym, aby to się zmieniło, żeby w naszym kraju zaczęto edukować zwykłych ludzi odnośnie kamienia, pokazywać im, że to jest coś wyjątkowego, że to jest dziedzina, która może wzbudzać wielkie emocje. Chciałabym też pokazać, że dzięki otwartości i współpracy można wspólnie zarabiać i realizować świetne projekty.
W swojej praktyce zajmowałam się rzeźbą w kamieniu, odtwarzaniem uszkodzonych zabytkowych detali architektonicznych, wykonywaniem obiektów małej architektury wg projektów konserwatora zabytków, a także tworzeniem elementów wyposażenia wnętrz. Najwięcej nauczyłam się za granicą od Włochów, Belgów, Czechów, a nawet od Peruwiańczyka. Współpraca z kamieniarzami, właścicielami zakładów i kamieniołomami wiele mnie nauczyła.
Podróżowanie dało mi możliwość spotykania ludzi – kamieniarzy, rzeźbiarzy, importerów, wydobywców – którzy ze swoich krajów przywozili przeróżne narzędzia i mieli swoje własne techniki obchodzenia się z materiałem.
Skupmy się jednak na współpracy z polskimi zakładami, jako że to tu powstaje najwięcej moich prac. Polska może poszczycić się bogactwem rodzimych kamieni, które bardzo cenię. Wśród nich wyróżniają się marmur ze Sławniowic czy Bolechowic, wapień pińczowski czy piaskowce. Można odnaleźć tu surowce o różnorodnych odcieniach, strukturach i właściwościach. Do moich prac pozyskuję materiały bezpośrednio z kamieniołomów, ale także korzystam z usług lokalnych zakładów kamieniarskich.
Nie każdy zakład kamieniarski specjalizuje się w rzeźbie czy ornamentach architektonicznych. Niektóre skupiają się wyłącznie na produkcji nagrobków, parapetów czy blatów ciętych z gotowych płyt. Zauważyłam, że w pewnym stopniu ogranicza to zakres wiedzy o obróbce kamienia. Bywa, że znajomi kamieniarze pytają mnie, jakiego narzędzia użyć do danego projektu. Ja z kolei czasem potrzebuję ich opinii odnośnie tego, jakiej chemii użyć do czyszczenia czy impregnacji kamienia.
Znajomości te przyśpieszają postępy prac i redukują możliwość niewłaściwego działania. Miałam okazję rzeźbić w kilkudziesięciu różnych kamieniach, każdy z nich jest inny i inaczej reaguje. Wszystkiego trzeba nauczyć się poprzez praktykę.

Autorka przy pracy, fot. FIlip Błażejowski
Trudno jest znaleźć zakłady, gdzie dostępne są bloki marmuru dedykowane pod rzeźbę. Kiedy znalazłam już kilka takich, które posiadały w swojej ofercie bloki, bywało, że współpraca nie układała się dobrze ze względu na różnice charakterów. Z czasem jednak poznałam dostawcę, z którym w tej chwili mam wręcz rodzinne relacje i nie chcę zamawiać kamienia nigdzie indziej. Do zakładu Jerzego Derenia w Sośniewicach trafiłam z polecenia. Poleciła mi go kobieta ze Strzegomia, u której kupowałam narzędzia do kamienia. Gdy znalazłam się na miejscu, od razu wiedziałam, że dobrze trafiłam. Za każdym razem, gdy jestem w Sośniewicach, na rozmowach upływa wiele godzin. To dzięki tym relacjom mogłam rozwijać swoją twórczość. Dzięki nim miałam w końcu kamień, o jakim marzyłam, osiągnęłam określony poziom swoich prac i mogłam rzeźbić na większą skalę. Oprócz marmuru z Polski i Carrary kupuję także inne kamienie, takie jak czarny marmur z Belgii. Znajomości międzynarodowe, które nawiązałam podczas pracy za granicą i rzeźbienia na sympozjach dały mi możliwość szerszego pozyskiwania materiału.

Wystawa rzeźb Julii Stachowskiej w Centrum Olimpijskim w Warszawie,
marzec 2024, fot. Magdalena Dąbrowska
Rzeźbiarze pracujący w kamieniu często są rozproszeni, co sprawia, że trudno o regularne kontakty z innymi artystami. Niektóre zakłady czy kamieniołomy udostępniają rzeźbiarzom pracownie, dzięki czemu osoby te są w stanie się poznawać i rozwijać. Dobre relacje, otwartość oraz wzajemna wymiana wiedzy pozwalają na realizację nawet najbardziej skomplikowanych projektów. To właśnie dzięki takiej współpracy można tworzyć dzieła, które łączą artystyczną wizję z techniczną precyzją zaplecza maszynowego zakładów.
Współpraca między kamieniarzami a rzeźbiarzami jest czymś, co może wiele wnieść do rozwoju obu tych gałęzi. Znajomość technik rzeźbiarskich i kamieniarskich obecnie zanika. Mamy do czynienia z ciągłym postępem w obróbce maszynowej kamienia. Maszyny są dzisiaj w stanie ciąć, polerować, a nawet rzeźbić w kamieniu. Wymiana wiedzy i doświadczeń daje jednak możliwości rozwoju w bardziej niszowych kierunkach oraz szansę na budowanie konkurencyjności poprzez tworzenie unikalnych produktów. Firmy mogą także przyciągać klientów promując sztukę w swoich siedzibach czy za sprawą otwartych pracowni rzeźbiarskich.

Rzeźba pt. What if...? w Parku Rzeźby w Orońsku, marmur Sławniowice, 2024
Będąc za granicą zauważyłam, że coraz więcej firm związanych z wydobyciem i obróbką kamienia dostrzega wartość sztuki jako narzędzia promocji swojego przedsiębiorstwa. Przykładem może być włoska firma Henraux, która od dziesięcioleci kolekcjonuje rzeźby artystów, prezentując je w biurach i na zewnątrz budynku. Dla odwiedzających jest to okazja do obcowania z dziełami, ale też do odkrywania możliwości, jakie kryje w sobie kamień. Takie działanie ściąga ludzi niezwiązanych z kamieniem do miejsca jego składowania i ekspozycji. Pozwala im to lepiej zrozumieć istotę jego wykorzystania.
W Polsce istnieje jeszcze przestrzeń do dalszego rozwijania świadomości na temat wartości kamienia (zarówno jako materiału artystycznego, jak i rzemieślniczego). Jednak nawiązując współpracę opartą na zaufaniu, rzeźbiarze i kamieniarze mogą przyczynić się do popularyzacji tego surowca wprowadzając innowacyjne produkty czy prowadząc działalność edukacyjną.
Julia Stachowska – rzeźbiarka i historyk sztuki. Członkini kieleckiego Związku Artystów Rzeźbiarzy. Autorka teoretycznych prac z zakresu historii sztuki.
Jako artystka specjalizuje się w rzeźbie kamiennej. Regularnie uczestniczy w sympozjach rzeźbiarskich (Orońsko, Brno, Dubenec, Vellano) i wystawach swoich prac. Jej pracownia rzeźbiarska mieści się na Śląsku.
Rzeźbiąc w kamieniu stara się wykorzystywać naturalny kolor i strukturę materiału. Kształty tworzone przez artystkę zacierają granice pomiędzy kamieniem a elastyczną, płynną materią. Współpracuje z wieloma uznanymi projektantami wnętrz; jej rzeźby znajdują się w prywatnych kolekcjach w Polsce, Belgii, Włoszech oraz Czechach.

Zauważyłem niepokojące zjawisko braku utożsamiania się kamieniarskiej braci z branżą. Niby w rozmowach wszystko jest ok. Tyle, że jeśli interes branży wymaga od konkretnej osoby jakiegoś zaangażowania, a szczególnie poniesienia jakichś kosztów, to większość chce, aby to inni się angażowali – nie oni sami.
Za chwilę odbywać się będą targi Stone w Poznaniu. Jak się domyślam, zabraknie na nich wielu kluczowych na rynku firm. Ci, którzy przyjadą jako zwiedzający, będą oceniali, że targi są beznadziejne, bo nie ma co oglądać. Informacja od nich pójdzie w świat i kolejni branżyści zrezygnują z udziału.
Można zadać sobie pytanie, czy targi kamieniarskie są w Polsce potrzebne? Oczywiście większość powie, że niezbędne. Ale sami kalkulują, że wystawienie się to spore koszty, które nie zwrócą się w postaci konkretnych zamówień.
Wszystkie opinie są podobne – lepsze efekty daje reklama w Internecie czy ogłoszenia na portalach aukcyjnych. Spotykam coraz więcej ludzi, którzy z coraz większą nieufnością patrzą na oferty z sieci. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta. W sieci znajdują się czasem oferty delikatnie mówiąc nieaktualne i trudne do zweryfikowania. Przykładowo znalazłem w sieci ofertę na impalę w cenie sprzed dziesięciu lat. Zbudowanie wizerunku sieciowego jest proste i stosunkowo niedrogie. Patrząc na pięknie zrobione profile internetowe można odnieść wrażenie, że prezentująca się tak firma to potentat. Kiedy jednak zdecydujemy się odwiedzić firmę w jej siedzibie, prawda okazuje się okrutna. Mały plac, w zakładzie kilka mocno przestarzałych maszyn i dramatyczne warunki produkcji. Materiały na placu też raczej trzeciej klasy.
Oszczędzając na udziale w targach, tracimy możliwość bezpośrednich spotkań z klientami, poznania ich oczekiwań – czasem sygnalizowanych w rozmowie bardzo delikatnie.
Ciekawe, że ci najmocniej promujący – lata temu – przeniesienie targów z Wrocławia do Poznania też w znacznej liczbie zniknęli z listy wystawców, podobnie jak wielu kluczowych uczestników rynku. Targi stały się niereprezentatywne. Brak kluczowych w branży firm nie pomaga w pozyskiwaniu zwiedzających targi.
Nieobecność na targach dotychczasowych liderów branży nieco zmienia rynek. I to ze szkodą głównie dla nich samych. W ten sposób dotychczasowi potentaci zrobili miejsce dla innych, mniejszych, ambitnych firm. Sam znam kilka przedsiębiorstw, które pokazując się na targach, urosły i zaczynają odgrywać coraz większą rolę na rynku. Zyskały i stały się istotną konkurencją dla dotychczas wiodących firm. Mam tylko nadzieję, że będzie ich więcej i wypełnią lukę. Jeśli nie, to MTP też będą kalkulowały, bo to działalność komercyjna, i jeśli rachunki wykażą, że targi kamieniarskie to gorszy interes niż przykładowo wystawa gołębi, to może się okazać, że w miejsce targów Stone 2025 zobaczymy Pigeon 2025. Może się więc okazać, że targów kamieniarskich w Polsce nie będzie wcale.
Ten sam problem dotyczy też związku i stowarzyszenia. Pomimo wielu działań liczba członków jest mała. Niby przyrasta, ale w odniesieniu do liczby firm na rynku, to nadal bardzo mało. A to przecież też znakomita okazja do spotkań i wymiany informacji.
Prasa branżowa również traci reklamodawców. A przecież to właśnie w niej można znaleźć sporo informacji branżowych i to tych dotyczących naszego polskiego podwórka. Rezygnacja z reklam to utrata szansy dotarcia do sporej liczby klientów, ale też, w sensie ogólnym, brak wsparcia dla źródeł informacji. Dla czasopism oznacza to konieczność redukcji kosztów i pogorszenie jakości informacyjnej.
Jeśli ten proces będzie narastał, to będziemy spotykać się wyłącznie na targach w Weronie, i czytać czasopisma kamieniarskie z Niemiec, Włoch, USA czy Chin. Zapiszemy się do niemieckiego lub włoskiego związku kamieniarskiego, ofert szukać będziemy na chińskim Aliexpress, a nasi klienci – w ramach protestu – zaczną ignorować oferty polskich firm. Czy na pewno o to nam chodzi?