
Kurier Kamieniarski: Spotykamy się sześć miesięcy po przejęciu przez WKG firmy Hermes Gabrostone.
Rafał Pożyczka: Przejęliśmy całą firmę – hurtownie i magazyny – oraz zaproponowaliśmy dalszą współpracę pracownikom. To świetny zespół. Obecnie funkcjonujemy w pięciu lokalizacjach: centrum operacyjne i magazyn przyzakładowy są w Wojkowicach, i mamy cztery oddziały – w Krakowie, Sokołowie Małopolskim, Białymstoku i Gdyni. Przejęcie nastąpiło pod koniec ubiegłego roku i już widać pozytywne efekty – podwoiliśmy sprzedaż i nadal notujemy wzrost. Koncentrujemy się teraz na zwiększeniu wolumenu i wykorzystaniu pełnej mocy zakładu w Wojkowicach. Naszym celem jest sprzedaż 20 000 m² miesięcznie. Liczę, że w szczycie sezonu osiągniemy ten poziom.
Wcześniejszy problem Hermesa polegał na tym, że przez dłuższy czas firma nie uzupełniała stanów magazynowych, co doprowadziło do utraty klientów. Dziś płyty z Wojkowic regularnie trafiają do oddziałów, a handlowcy mogą odbudowywać relacje. To oczywiście proces rozłożony w czasie, ale już przynosi efekty – krok po kroku odzyskujemy rynek.
Czyli zakup Hermesa Gabrostone był ukierunkowany wyłącznie na poszerzenie sieci sprzedaży?
Dokładnie tak. Hermes miał dobrze rozwiniętą sieć handlową, ale nie posiadał zaplecza produkcyjnego, WKG – odwrotnie. Po połączeniu mamy dwa filary niezależności: produkcję i sprzedaż. Trzeci filar – dostęp do surowca – w naszym przypadku opiera się na imporcie, bo trudno byłoby posiadać własne kopalnie dla 80–100 różnych materiałów, które są dostępne w naszych magazynach. Posiadamy dział zaopatrzenia, który odpowiada za utrzymywanie relacji z kopalniami. Codziennie otrzymujemy zdjęcia z kopalń ze świeżo wydobytymi blokami, kilka razy do roku jesteśmy na miejscu, aby opisać bloki.
Rozumiem, że wszystkie materiały są dostępne we wszystkich oddziałach?
Tak jest. Zarówno płyty grube, jak i cienkie z tych samych materiałów – wszystko mamy w magazynie. Nasz system sprzedażowo-magazynowy (opisywany w Kurierze Kamieniarskim nr 2/2021 – przyp. red.) został wdrożony także w Hermesie. Niezależnie od tego, w którym oddziale klient składa zamówienie, handlowiec ma dostęp do stanów magazynowych we wszystkich lokalizacjach. Towar trafia do wybranej hurtowni zazwyczaj w ciągu dwóch–trzech dni. Klienci oczekują dziś takiej logistyki.
Oprócz materiałów indyjskich, brazylijskich czy południowoafrykańskich pojawił się też kamień z Chin. Takie są oczekiwania rynku – klient chce zaopatrzyć się kompleksowo, w jednym miejscu, bez jeżdżenia po kilku hurtowniach. Przeprowadziliśmy ankietę, która potwierdziła, że materiały chińskie są pożądane – szczególnie w projektach budżetowych i przetargowych, gdzie liczy się przede wszystkim cena, a w tym segmencie wciąż dominuje kamień z Chin.
Od początku pracy w WKG miał Pan szersze podejście do biznesu, patrząc na rynek z wielu perspektyw.
W biznesie nie można się zamknąć na żaden kierunek – czy to Chiny, Indie, czy RPA. Liczy się rozwój i odpowiedzialność – również ta za miejsca pracy. W samej spółce zatrudniamy ponad 180 osób, a pośrednio – znacznie więcej. Moją rolą jako prezesa jest dbać o zespół – zapewnić mu nie tylko wynagrodzenia, ale też ambitne i rozwojowe projekty. Takie możliwości dają właśnie wyjazdy naszych handlowców do kopalni w Indiach, Chinach, Angoli czy RPA, gdzie widzą, jak wygląda wydobycie oraz zyskują wiedzę i doświadczenie, którym potem mogą dzielić się z klientami. Dziś sprzedaż to przede wszystkim relacja – klient widzi, czy ma do czynienia z osobą kompetentną, która wie, o czym mówi. Tacy ludzie budują naszą przewagę – i po wynikach sprzedażowych widać, że to działa.
Porozmawiajmy o liczbach. Trafiliście na trudny okres, kamieniarze bardzo narzekają.
Po przejęciu Hermesa sprzedaż podwoiła się w ciągu zaledwie pół roku. Pracujemy nad tym, by podwoić i ten wynik.
Tak, to trudny czas. Ale skoro WKG w pół roku znacząco zwiększyło sprzedaż, to znaczy, że rynek jest. Zamiast narzekać, koncentrujemy się na działaniu. Gotowego materiału na rynku jest dużo, ale nie zawsze jest to jakość porównywalna z naszą. Poza tym – gdzie łatwiej złożyć reklamację: w Polsce czy w Chinach lub Indiach? U nas klient może przyjechać, wybrać osobiście każdą płytę i być pewnym, że po dostawie nie przestaniemy odbierać telefonów. Jesteśmy obecni w pięciu lokalizacjach, więc jesteśmy blisko. I nie trzeba zamawiać kontenera – można przyjechać do WKG nawet po jedną płytę.
Mamy też pomysł na nadchodzący sezon – soboty handlowe. To odpowiedź na rosnące zapotrzebowanie ze strony klientów indywidualnych, którzy mają czas na zakupy głównie w weekendy. Chcemy być dla nich dostępni.
Czy obsługujecie również klienta końcowego?
Często jest tak, że zaraz za klientem, który przyjechał z projektantem czy architektem, podjeżdża kamieniarz po odbiór wybranych płyt. Nie uciekamy zatem od obsługi klienta indywidualnego. Dajemy przecież możliwość obejrzenia konkretnych płyt, porównania kamienia z przywiezionymi próbkami – kafelkami, deską podłogową czy elementami wnętrza. Na każdej hurtowni mamy kasy fiskalne, więc sprzedajemy zarówno na paragon, jak i na fakturę.
Płynnie przechodzimy między nagrobkami a budowlanką. Jaki jest udział tych dwóch działów?
Wywodzimy się z rynku nagrobkowego i ten segment nadal stanowi ponad 80% naszych obrotów. Ale dzięki przejęciu Hermesa, który specjalizował się w kamieniu budowlanym, sukcesywnie rozwijamy także ten kierunek. Te same kolory, które sprzedajemy w grubych płytach, oferujemy też w cienkiej płycie – pod budownictwo.
Jakie są plany na przyszłość?
Chcemy nadal się rozwijać. Mam nadzieję, że nasze wyniki przekonają właścicieli firmy do inwestycji w kolejne hurtownie. Docelowo chcemy zostać liderem rynku kamieniarskiego w Polsce. Potencjał mamy – zarówno produkcyjny, jak i organizacyjny. Jesteśmy nastawieni na rozwój i konsekwentnie wyznaczamy sobie kolejne cele. Chcemy osiągnąć skalę, która pozwoli nam być numerem 1 w Polsce pod względem ilości sprzedanych metrów kwadratowych kamienia.
Dziękuję za rozmowę.


Wielu kolegów i koleżanek z branży, a nawet naszych obecnych klientów, zastanawia się, czemu w większości hurtowni znajdujemy obecnie kamienie naturalne z widocznym szlaczkiem żywicy na bokach slabów. Pojawiają się głosy, jakoby producenci chcieli zatuszować wszystkie mikropęknięcia w materiale, a materiały obecnie dostępne są dużo gorszej jakości, niż wiele lat temu.
Niewiele jest w tym prawdy. Trzeba pamiętać, że praca w kamieniarstwie to trochę jak wyrabianie ciasta. Za każdym razem możemy używać tej samej mąki, ale czy mamy pewność, że mimo oznaczeń i nazwy to jest taki sam produkt jak 20 lat temu? Raczej nie. Tak samo jest z kamieniem naturalnym. Nie ma możliwości, żeby materiały noszące tę samą nazwę były identyczne. Jak wiemy, każdy blok kamienia może różnić się ziarnistością, odcieniem, twardością itd.
Tak jak pojawiają się nowe mody na urządzanie wnętrza, tak samo pojawiają się nowe materiały na rynku. Kilkanaście lat temu bardzo rzadko zdarzały się realizacje z materiału Taj Mahal, a w poprzednim roku był to jeden z częściej poszukiwanych materiałów.
Na przykładzie Taj Mahal można zauważyć, jak ten materiał zachowuje się bez odpowiedniego przygotowania technologicznego. W fazie produkcji slaby są zabezpieczane sklejką drewnianą, włóknem szklanym lub obrzynkami z innych materiałów oraz wkładane do specjalnych worków próżniowych. Ma to sprawić, że blok podczas cięcia na slaby wytrzyma naprężenia, które powstają w tej fazie produkcji. Później slaby zalewane są specjalnymi klejami na bazie żywicy oraz zabezpieczane siatką zbrojeniową. Bez odpowiedniego przygotowania materiał ten nie dojedzie do Polski ani bezpośrednio z Brazylii, ani z Włoch. Na przykładzie włoskich zakładów produkcyjnych specjalizujących się w przetwarzaniu bloków kamiennych na slaby można zaobserwować, jak płyty zachowują się w późniejszym przetwarzaniu slabów na blaty oraz w użytkowaniu przez klienta docelowego.
Odpowiednio zabezpieczone slaby mają lepszą wytrzymałość podczas formatowania elementów oraz obróbki krawędzi. Ponadto dzięki mikrowarstwie żywicy na wierzchu slabów materiał jest już dodatkowo zabezpieczony przed wchłanianiem różnych substancji. Dlatego warto zastanowić się, czy my kamieniarze powinniśmy krytykować postęp technologiczny w postaci zabezpieczania materiałów żywicą. Produkt dla klienta docelowego z materiału, który został odpowiednio przygotowany na ścieżce produkcyjnej jest lepszy pod względem zabezpieczenia przed plamami. Zupełnie inaczej zachowuje się wypolerowany granit bez żywicy, niż taki, który został nią zabezpieczony.
Nie dotyczy to tylko materiałów w grubościach budowlanych, ale również nagrobkowych. Na cmentarzach można do dzisiaj obserwować materiały, które chłoną wszystko, co na nie spadnie, mimo wielokrotnej impregnacji. Warto zweryfikować zarówno wewnętrzne procesy produkcyjne, jak i naszych dostawców kamieni, ponieważ odpowiedni proces przygotowania slabów wpływa na koszt, ale i na trwałość materiału. Im lepiej przygotowany jest materiał w fazie produkcji, tym mniej reklamacji od klientów.
Nie jestem przedstawicielem hurtowni kamieniarskiej, która ma Was przekonać do swoich materiałów. Jestem kamieniarzem, który prowadzi firmę i sprowadza materiał dla swoich klientów prywatnych, ale również dla innych wykonawców. Dlatego oceniam materiały pod względem wykonywania z nich elementów kamiennych, a nie tylko sprzedaży płyt.

Sylwia Dębała – współwłaściciel firmy DK Stone sp. z o.o. – Dyrektor Generalny.
Zajmuje się obsługą klientów, sprowadzaniem materiałów, wykonywaniem pomiarów produkcyjnych, planowaniem cięcia. Pasją do kamieniarstwa zaraził ją tata, który prowadził firmę kamieniarską.
Kontakt do autorki:
tel. 518 518 877
info@dkstone.pl

fot. Andrea Amato
Czasami mam poczucie, że w polskiej branży kamieniarskiej to nie brak surowca czy zleceń nas hamuje, ale mentalność i praktyki, które nie powinny mieć miejsca w XXI wieku. Rzemiosło, które od pokoleń opierało się na uczciwości, relacjach i precyzji, coraz bardziej ulega wygodzie, bylejakości i krótkowzrocznym kalkulacjom. Chciałabym opowiedzieć, jak wygląda to z perspektywy osoby, która od lat pracuje z kamieniem, rzeźbi, szuka unikalnych bloków, rozmawia z klientami i buduje relacje oparte na zaufaniu.
Niedawno potrzebowałam niewielkiego bloku kamienia do wykonania rzeźby. Napisałam więc do dwóch firm wydobywczych — obie działające w tym samym mieście, obie oferujące ten sam rodzaj kamienia. Odpowiedzi? Jedna zaproponowała 200 zł, druga… 2500 zł. Skrajnie różne ceny to nie wyjątek, lecz niestety norma. W wielu miejscach ceny uzależnione są od nastroju sprzedającego czy wyglądu klienta, a nie od rzeczywistej wartości materiału. Małe zlecenia bywają ignorowane, a relacje traktowane czysto transakcyjnie.
Jak wygląda to z mojej perspektywy? Dla mnie zakup bloku kamienia to coś więcej niż jednorazowa transakcja. To początek relacji, która może trwać lata. Czasem potrzebuję bloku za 200 zł, innym razem czegoś znacznie większego. Mam różne zlecenia i różnych klientów, cenię sobie uczciwość, otwartość i chęć współpracy. To niestety rzadkość.
Rzemieślnicy na wymarciu
Kolejną zauważaną często rzeczą jest fakt, że specjaliści od ręcznej obróbki kamienia w Polsce znikają. Nie ma już wielu ludzi, którzy potrafią wykonać ornament, zdobienie czy inne detale. Mylnym jest stwierdzenie, że takie umiejętności potrzebne są tylko przy konserwacji. To błąd.
Moi klienci zamawiają kominki z Francji, blaty z Anglii — nie dlatego, że brakuje kamienia w Polsce, ale dlatego, że u nas brakuje uczenia klientów jakości i reklamowania się poprzez produkty jedyne w swoim rodzaju. Zagraniczne firmy są w tym dużo lepsze od nas. W Polsce coraz częściej zamawia się wszystko gotowe, pocięte i wypolerowane. Pewne rodzaje kamienia można zobaczyć niemal w każdym zakładzie. Tymczasem uważam, że ludzi trzeba nauczyć jakości. Jak wiadomo, bardziej skomplikowane projekty robi się dłużej, ale w kamieniu wszystko musi trwać — tak było od zawsze.
Kiedyś myślałam, że drogie wyroby z kamienia ciężko jest sprzedać. Dzisiaj wiem, że klienci ceniący sobie jakość i naturalny materiał są w stanie zapłacić więcej, kiedy opowiadam im o zaletach takiego wyboru, sposobie wykonania i historii kamienia. Kamień nie musi być wykończony wyłącznie na wysoki połysk. Tradycyjne sposoby wykończenia kamiennej powierzchni powoli odchodzą w niepamięć, zastępowane przez wygodę sprowadzania gotowych wyrobów. Kamień to materiał, który wymaga czasu, cierpliwości i szacunku. Rzeźba, ornament na elewacji, blat czy parapet — każdy z tych elementów zyskuje, jeśli jest wykonany z dbałością o detale. I wcale nie musi lśnić jak szkło, by zachwycać. Dawni mistrzowie doskonale o tym wiedzieli.
Zasoby mamy, ale nie potrafimy ich wykorzystać
Kolejną wielką stratą jest fakt, że nie ma u nas tradycji budowania domów z kamienia. Przez zamiłowanie architektów i klientów do cegły, betonu i ociepleń głównie wydobywa się u nas kamień na kruszywo. Tymczasem Polska ma piękne, naturalne kamienie, które mogłyby służyć do celów innych niż podkład do budowania dróg itp. Wszyscy znamy kamienie od lat niedostępne: białą i zieloną Mariannę, marmury kieleckie i dębnik. Nieliczne kamieniołomy w kraju wydobywają dziś bloki na potrzeby rzeźby. Nie są to jednak kamienie o barwach dorównujących tym, których wydobycia zaprzestano. Przez tę sytuację rzeźbiarze tworzą głównie w blokach sprowadzanych z zagranicy, tych polskich trzeba szukać jak igły w stogu siana.
Nawet gdy znajdziemy kamień, który prawdopodobnie spełnia nasze oczekiwania, nie ma gwarancji, że dojdzie do transakcji. Przyczyną jest często napotykane przeze mnie zatajanie szczegółów i kombinatorstwo. Zdarzyło mi się jechać kilkaset kilometrów po rzekomo „świetny blok”. Kamień ten był u nas trudno dostępny, wizytę poprzedziły trzy rozmowy telefoniczne, w których padały konkretne odpowiedzi potwierdzające poszukiwane przeze mnie właściwości. Na miejscu zobaczyłam coś, co zupełnie odbiegało od moich oczekiwań. Właściciel pokazał mi stertę omszałego, leżącego bezpośrednio na ziemi gruzu pozostałego po wykonanych lata wcześniej zleceniach. Dlatego teraz zawsze proszę o zdjęcia — oszczędza mi to nie tylko czasu, ale i frustracji. Niektórzy właśnie tak traktują rzeźbiarzy, myśląc, że artysta z byle czego jest w stanie zrobić „coś”.
Tymczasem chciałabym zaznaczyć, że rzeźbiarz to osoba, która najlepiej zna się na kamieniu. Nie da sobie wcisnąć bloku zleżałego czy pękniętego, bo od razu to zauważy. Przez moją pracownię przeszło kilkadziesiąt rodzajów kamieni pochodzących z całego świata. Osoba, do której jechałam, wiedziała, ile kilometrów mam do pokonania i czym się zajmuję. Niestety uznała, że pozbędzie się odpadu i jeszcze na nim zarobi. Jak przy tego typu sytuacjach nawiązywać opłacalną dla obu stron współpracę i traktować się poważnie?
Co można zmienić?
Po pierwsze: potrzeba uczciwości. Klient, który zostanie oszukany, już do nas nie wróci. Klient oczarowany kamieniem i jego historią — zamówi natomiast więcej. Jeśli już do nas przychodzi, trzeba z nim rozmawiać, edukować, opowiadać o materiale, jego pochodzeniu, właściwościach. Wiem z doświadczenia, że klient, który jest zachwycony kamieniem od nas, znajdzie 100 powodów, żeby domówić coś jeszcze.
Po drugie: innowacja nie polega tylko na kupnie nowej maszyny czy sprowadzeniu kamienia z daleka. Jeśli wymyślimy jedyny w swoim rodzaju produkt, który będzie można nabyć tylko u nas, będziemy mieli na nim świetną sprzedaż, i z czasem zyskamy rozpoznawalność. To ten produkt przyjdą obejrzeć u nas klienci i być może zamówią coś jeszcze. Warto wychodzić ze swoimi innowacjami do mediów społecznościowych — zwiększa to szanse firm, które swoje biznesy prowadzą w mniejszych miastach.
Po trzecie: z doświadczenia wiem, że innowacje rodzi łączenie rzemiosła, designu, unikalnych projektów wnętrzarskich i współpraca międzybranżowa. Brakuje w Polsce zespołów. Zespołów ludzi z pasją, którzy łączą kamień z drewnem, metalem, szkłem itp., którzy potrafią razem stworzyć coś nietypowego — designerski stół, mozaikę czy płaskorzeźbione fakturalne rozwiązanie wnętrzarskie. Mało kto myśli dziś w ten sposób, a przecież wszyscy posiadamy wspólną przestrzeń do współpracy. Spotkania interdyscyplinarne przyspieszają rozwój, sprawiają, że wpadamy na nowe pomysły, delegujemy zadania, które sprawiają nam trudność, do innych firm czy osób.
I po czwarte: przydałoby się miejsce, gdzie młodzi ludzie mogą zetknąć się z obróbką kamienia i zainteresować tą dziedziną. Specjaliści to dzisiaj w większości starsze osoby, które nie mają komu przekazać swojej wiedzy i umiejętności. To także ma wpływ na fakt, że nie powstają w naszej branży wyjątkowe projekty. Uważam, że im więcej wysoko wykwalifikowanych specjalistów, tym lepiej dla branży. To, co wykonujemy, ma wpływ na późniejszy wizerunek firmy. Powinien on opierać się na rzetelności, wysokim poziomie wiedzy o rzemiośle oraz na uczciwości.
Branża kamieniarska nie umrze — kamień jest wieczny. Ale pytanie, w jakiej formie przetrwa. Czy jako pasja, sztuka i jakość? Czy jako masowa, bezduszna produkcja? Wybór należy do nas wszystkich. Znam polskie firmy, które działają na ogromną skalę i w oparciu o wysokie standardy — do tych chętnie jeżdżę. Widzę natomiast potrzebę, by cała branża zjednoczyła się w profesjonalnym podejściu. Dopiero wtedy będziemy mogli wszyscy iść naprzód. Mój sukces zależy od sukcesu moich dostawców — podobnie jak ich od mojego.
Julia Stachowska – rzeźbiarka i historyk sztuki. Członkini kieleckiego Związku Artystów Rzeźbiarzy. Autorka teoretycznych prac z zakresu historii sztuki.
Jako artystka specjalizuje się w rzeźbie kamiennej. Regularnie uczestniczy w sympozjach rzeźbiarskich (Orońsko, Brno, Dubenec, Vellano) i wystawach swoich prac. Jej pracownia rzeźbiarska mieści się na Śląsku.
Rzeźbiąc w kamieniu stara się wykorzystywać naturalny kolor i strukturę materiału. Kształty tworzone przez artystkę zacierają granice pomiędzy kamieniem a elastyczną, płynną materią. Współpracuje z wieloma uznanymi projektantami wnętrz; jej rzeźby znajdują się w prywatnych kolekcjach w Polsce, Belgii, Włoszech oraz Czechach.

Tak, zbliżamy się bardzo szybko do piętnastu lat w Afryce. Czas mija w zawrotnym tempie, a razem z nim zmienia się wszystko dookoła!
Zmieniali się menadżerowie, którzy przeszli przez naszą firmę. Oszuści i złodzieje jak Redge – choć miał też dobre cechy i umiejętność, którą Zenon nazywał „oko od Boga”, czyli niesamowitą łatwość do określania koloru i wad w surowym, świeżo wydobytym materiale. Dany – biały Bur, który nosił tak ciasne i krótkie spodenki, że… nic nie zostawało dla wyobraźni – nie zabawił u nas długo, bo chciał kręcić lolki.
Świetny menedżer Eben – strzał w dziesiątkę – który swoim bezpośrednim podejściem do Czarnych i łatwością poruszania się w Brits robił świetną robotę. Miał też swoje wady: niecierpliwość i frustrację, która zawsze wychodziła w momencie, kiedy wylecieliśmy z Afryki i byliśmy z powrotem w Polsce – nagle jakby czas się zatrzymał i wszystko się sypało. Taki był, my się zdążyliśmy do tego przyzwyczaić, więc po pewnym czasie mieliśmy już to wkalkulowane w jego bycie sobą. Później przyszło jego zachłyśnięcie się Franco – dużym graczem w RPA z branży granitowej – który go zwerbował do prowadzenia i zarządzania kopalni w okolicach Rustenburga. Na papierze bajka: super układ, super kasa, nic tylko pracować. Ale był jeden mały haczyk – miał to wszystko prowadzić i reprezentować swoim nazwiskiem.
Dopóki była kasa i bloki schodziły jak świeże bułeczki, a biznes się domykał, było super. Ale jak to bywa w momencie, gdy coś szybko rośnie i niekontrolowanie się rozwija, to ojców sukcesu będzie dużo, i on trafił najgorzej jak mógł. Ziemia była własnością wodza z plemienia Zulu, który jak tylko widział, że biznes idzie, zaczął żądać coraz większego „royalty”. Najprościej mówiąc po polsku: haraczu, który rósł nie względem wydobycia, tylko z miesiąca na miesiąc, do tego stopnia, że Eben tuż przed zamknięciem firmy musiał oddawać więcej „royalty” za ziemię niż wynosiły płace dla setki pracujących ludzi! Franco wiedział, co chciał osiągnąć i wiedział, jak urobić Ebena, żeby on zarobił, a wszystkie długi spadły niestety na Ebena. Tak szybko, jak od nas odszedł, tak szybko wrócił z prośbą o drugą szansę. Tylko ten czas bez niego dał nam dużo do myślenia i spowodował, że wypełniliśmy po nim lukę i wprowadziliśmy takie zmiany, że sami – nawet jako Polacy – staliśmy się tymi menadżerami.
Równolegle do tych wszystkich zdarzeń był Rudi. Był z nami od początku firmy i z nią się utożsamiał – czy były dobre, czy złe czasy! Był też dość mocno schorowany, problemy z nogami i kręgosłupem, w ostatnim roku przeszedł trzy operacje, które dawały nadzieję na to, że wróci do formy i da radę jeszcze popracować dla nas. Jednak po każdej operacji trafiał na OIOM. Niestety ostatnia operacja była ostatnią dla niego. Pracował dla nas ponad 14 lat i, jak zawsze w takich chwilach, człowiek robi podsumowanie całego okresu spędzonego wspólnie: był dobrym człowiekiem, który – mimo przeszkód – robił wszystko, by pomóc!
Mietek i Bartek byli na jego pogrzebie i – tak jak pisałem wcześniej – celebracja odejścia zmarłej osoby jest kompletnie inna niż u nas. W RPA wszyscy się cieszą z tego, że zmarły już jest w Niebie, gdzie nie odczuwa bólu, strachu czy słabości. Pogrzeb nie jest czymś smutnym, tylko radosnym sposobem pożegnania się z bliskim. Jak to Mietek i Bartek określili: jest coś w tym, że organizacja pogrzebu w sposób pozytywny i radosny jest lepszym rozwiązaniem niż ten polski lament i smutek!
Nie zawsze ten Czarny Ląd daje nam szkołę życia i próbuje ustawić do pionu. Są jednak rzeczy czy chwile, które dają do myślenia i wyciągnięcia czasami innych wniosków, niż to sugeruje rzeczywistość. Po takich chwilach człowiek rozumie, że ten biznes to nie tylko kamień-granit. To również ludzie, którzy są z nami przez chwilę. Czasami ta chwila trwa 14 lat. Trzeba doceniać wszystko i wszystkich, którzy tworzą nasz biznes. Czy to na czarnym, czy na białym lądzie!
TIA! – this is Africa!
TIA – This is Africa – to najczęściej powtarzany przeze mnie zwrot w odniesieniu do RPA. Przez ostatnie kilkanaście lat powtórzyłem go tysiące razy. Na głos i w myślach.

Ściągnąłeś kamień z zagranicy. Towar jest oclony i stoi na placu w porcie – w kontenerze. Masz dwie opcje: wysłać swoich pracowników, żeby rozładowali kontener, przepakowali towar na samochód i przywieźli go do firmy, albo zlecić to firmie, która się tym zajmuje.
Jest jeszcze trzecia opcja. Przywozisz kontener do swojej firmy i tutaj – przy pomocy suwnicy i wózków widłowych – szybko go rozładowujesz i układasz towar w magazynie. Tylko nie zapomnij potem odstawić kontenera do portu, bo za przetrzymanie naliczane są niemałe opłaty. Przy okazji – transport całego kontenera jest dwa razy droższy niż zwykły transport. Jeśli nie masz własnego samochodu, musisz dodatkowo za taki przewóz zapłacić.
Opcja pierwsza i trzecia są dość jasne. Wymagają albo sprzętu, albo wprawy, a na pewno czasu i środków. Dlaczego? Bo rozładunek kontenera może potrwać od kilkunastu minut do kilku godzin. Wszystko zależy od tego, jak towar został zapakowany i załadowany. Najwięcej czasu zwykle zajmuje rozbijanie drewnianych opakowań i ram, które zabezpieczają kamień w kontenerach. Tak czy inaczej, trzeba na to liczyć dniówkę lub dwie. Do tego dochodzi czas na przejazd do portu i z powrotem.
Przyjrzyjmy się drugiej opcji. Jeśli nie masz sprzętu albo twoja firma znajduje się daleko od portu, warto ją rozważyć. Nie musisz inwestować w urządzenia do rozładunku ani organizować transportu do portu – szczególnie jeśli działasz na południu Polski.
Wystarczy, że powiadomisz firmę specjalizującą się w takich usługach. Oni skontaktują się z twoim spedytorem i sami ustalą termin rozładunku kontenera – ty nie musisz robić już nic. Koszt przeładunku jest stały i znasz go od początku, jeszcze przed rozpoczęciem pracy.
Firma odbiera kontener z portu, rozformowuje go (tak fachowo nazywa się rozładunek kontenera) i informuje cię, że kamień jest gotowy do odbioru na ich placu, a nie w porcie. Dlaczego to ważne? Bo koszty magazynowania w porcie są wielokrotnie wyższe niż w magazynie firmy przeładunkowej.
W dobrej firmie przeładunkowej możesz również zlecić transport towaru bezpośrednio do siebie. Koszt takiego transportu jest konkurencyjny, a termin wybrany optymalnie i dostosowany do twojego kalendarza.
Firm oferujących przeładunek i kompleksową obsługę kamienia – od oclenia po dostarczenie na plac – nie ma wiele. Jedną z nich jest firma Antałki sp. z o.o. z Gdańska. To specjaliści od rozładunku kontenerów, z dużym doświadczeniem w pracy z kamieniem. Dysponują wystarczającą ilością specjalistycznego sprzętu, by rozładować każdy kontener oraz mają swój plac i zadaszony magazyn. To oznacza, że twój towar na pewno będzie dobrze zaopiekowany i bezpieczny.
Nie znasz ich? Nic straconego. Poniżej znajdziesz wszystkie dane kontaktowe. Słyszałeś o nich jakieś opinie? Najpierw sprawdź, czy osoba, która to mówiła, rzeczywiście korzystała z ich usług i czy ta historia na pewno jej się przydarzyła. Masz obawy? Nie ma powodu. Firma ma doświadczenie, odpowiednie ubezpieczenie, a umowę obsługi przygotuje zgodnie z twoimi oczekiwaniami.
