Artykuły

Podróż za jeden uśmiech cz. V

Autor: Jakub Matuszewski   |   Data publikacji: poniedziałek, 10 listopada 2014 22:44

podr.jpg

Miesiąc w drodze. Jestem we Francji, choć myślami jeszcze w Hiszpanii. Z przyjemnością wspominam ostatnie dni —poznanych ludzi, odwiedzone miejsca, skosztowane potrawy. Teraz to już z górki. Można powiedzieć wracam do domu.
Kolejnym i zarazem ostatnim punktem na mojej trasie było francuskie Bordeaux, w którym mieszka moja ciocia, którą chciałem odwiedzić.

Wyjazd z Madrytu przyniósł trochę trudności, ale po dwóch „stopach” i 50 kilometrach poszło już łatwo. Zabrały mnie dwie Hiszpanki i podwiozły 300 km. Na następnej stacji dość szybko znalazłem Polaka, który mógł mnie wziąć na obwodnicę Bordeuax, ale dopiero o 5:00 rano. Była godzina 20:00, więc miałem przed sobą dużo czasu wolnego. Padający nieprzerwanie niewielki deszcz i panujący chłód skłoniły mnie do rozbicia namiotu. Ot, uroki życia na szlaku.
Trasa około 350 kilometrów zajęła mi i Pawłowi, kierowcy, około 6 godzin. Złożyły się na to: limit prędkości do 90 km/h, którą mają wszystkie ciężarówki, górzysty teren, a także fakt, że Paweł musiał w trakcie jazdy zaliczyć krótką pauzę. Gdy wysiadłem na stacji tuż przy Bordeaux i zajrzałem do mapy zauważyłem, że wysiadłem o jedną stację za daleko. Znajdowałem się obecnie na północnym-wschodzie miasta, podczas gdy moja ciocia mieszka na południowym jego krańcu. Próbowałem dostać się autostopem do centrum miasta, ale bezskutecznie. Gdy stałem przy wyjeździe, zawołał mnie jeden z kierowców ciężarówek. Mówił tylko po francusku, ale jakimś cudem zrozumiałem, co chce mi przekazać. Podpowiedział mi, że jeśli wejdę pod górkę obok stacji, to trafię już do samego miasta. Skorzystałem z jego rady.


Gdy tylko napisałem cioci smsa z wiadomością gdzie jestem i że jeszcze trochę mnie nie będzie, otrzymałem odpowiedź „Jezus Maria, gdzie Ciebie tam wywiało?!”. Wszystko jednak ma swój plusy —w trakcie spaceru przekonałem się, że Bordeaux jest ładniejszym miastem, niż się wcześniej spodziewałem.
Późniejsze zwiedzanie tylko to potwierdziło. Szczególne wrażenie zrobił na mnie Place de la Bourse, ze wspaniałym lustrem wodnym, w którym odbiją się otaczające go budynki. Na Starym Mieście znajduje się też majestatyczna Katedra Saint-André. Wrażenie robi również rwąca rzeka Garonna, która przedziela miasto na dwie części, połączone kilkoma mostami. Najpiękniejszym z nich jest Pont de Pierre o długości prawie 500 metrów —przechodziłem przez niego, kiedy pokonywałem całe miasto.

Przez kilka dni w Bordeaux, po czterech tygodniach podróży, wreszcie czułem się jak w domu. Po naładowaniu wewnętrznej baterii tą rodzinną atmosferą, czas było wracać już do siebie do domu. Bordeaux żegnało mnie deszczem. Dość szybko dostałem się pod sam Paryż, gdzie jednak utknąłem na wiele godzin. Do stolicy Francji nie chciałem już jechać, głównie ze względu na goniące mnie terminy. Poza tym dwukrotnie już tam byłem. Niestety, ze stacji na której stałem, niemal wszyscy jechali właśnie do Paryża. I dopiero po 8 godzinach stania, gdy już było ciemno i zimno, a ja zastanawiałem się, gdzie się przespać tej nocy, przypadkiem szczęście się do mnie uśmiechnęło. Na stację zjechał kierowca busa z Polski, który jechał akurat do Belgii. Zabrał mnie ze sobą i nad ranem byłem za Brukselą.

Bez snu jechałem dalej i kilka godzin później już byłem na stacji pod Köln.
Tam po raz pierwszy od dawna spotkałem innych autostopowiczów. Trójkę Niemców, którzy jechali na północ kraju. Im szybciej udało się wydostać ze stacji, więc po jakiejś godzinie zostałem sam. Stamtąd zabrał mnie Paweł —redaktor Kuriera Kamieniarskiego. Mimo ogromnego zmęczenia, które mnie dopadło, zdołałem bez błędów zapisać kontakt do siebie, dzięki czemu mogę się z Wami podzielić swoją przygodą. Na stacji, na której mnie wysadził, nie bardzo wiedziałem, w którym kierunku powinienem się udać. Kierowcy poradzili mi, abym mostem przeszedł na drugą stronę, bo tam prędzej znajdę kogoś do Polski… Z drugiej strony mostu natomiast powiedzieli, żebym wracał, bo tutaj nic nie jedzie w stronę naszego kraju. Idąc powoli w stronę mostu, zobaczyłem tankującego Polaka. Jechał na załadunek kawałek wstecz do Frankfurtu, po czym ruszał pod samą Norymbergę. Tak więc ostatecznie po drugiej stronie złapałem stopa w stronę z pierwszej.


Na kolejnej stacji poznałem dwójkę autostopowiczów z Polski, którzy jechali do Pragi, czyli dokładnie w kierunku wschodnim. Akurat oni mieli do Czech prostą drogę, ja musiałem liczyć na duże szczęście. Stałem na stacji na północnym-zachodzie miasta, przy drodze która nijak nie prowadziła do Polski. Było już ciemno, gdy znalazłem ciężarówkę jadącą do Pragi. Zawołałem chłopaków, którzy wsiedli do kabiny i po chwili ruszyli do stolicy Czech. Co ciekawe, jednego z nich spotkałem kilka miesięcy później w centrum handlowym w Warszawie. Ja natomiast zostałem sam aż do następnego dnia. Wtedy, wiedząc już, że nie mam szans jechać bezpośrednio do Polski, postanowiłem udać się na południe na drogę do Monachium. Tam chciałem tylko przeskoczyć na drugą stronę drogi, na tę prowadzącą do Polski, gdzie powinno być dużo łatwiej. Do Monachium dostałem się dopiero po godzinie 13:00. Miałem szczęście, że pod autostradą było przejście na stację po drugiej stronie, więc nie musiałem kombinować jak przebiec przez autostradę. I wtedy, zgodnie z przewidywaniami, poszło już z górki. Dwie ciężarówki i jedna przesiadka później byłem już w miejscu, z którego rozpocząłem swoją podróż —na Bielanach Wrocławskich. Było już ciemno, kiedy wsiadałem do ostatnie autobusu, który zawiózł mnie na dworzec. Znów miałem szczęście i zdążyłem na ostatni tego dnia pociąg w kierunku Szczecina.


Moja podróż trwała dokładnie pięć tygodni i jeden dzień. W tym czasie podwiozło mnie 52 kierowców, przejechałem prawie 7.000 km. Udało mi się poznać fantastycznych ludzi, z którymi kontakt utrzymuję do dzisiaj. I chyba się uzależniłem, bo już wracając do Polski planowałem, gdzie pojadę następnym razem.

przeczytaj cały artykuł

Dlaczego tak?

Autor: Bogusław Skolak   |   Data publikacji: poniedziałek, 10 listopada 2014 22:29

 

 DT11.jpg

Kiedy stolarz bierze się za kamieniarstwo...

 

Kolejny grzech polskiego kamieniarstwa —tak nagminny, że trudno znaleźć równie często popełniany błąd. Łączenie elementów kamiennych na narożnikach poprzez przycięcie pod kątem 45 stopni na tzw. szregę.


Moda na takie łączenie elementów narożnych przyszła do nas z Niemiec i jest przeniesieniem wprost metod stolarskich. Jednak dla każdego człowieka, który przepracował w życiu choćby kilka godzin z kamieniem, jest oczywiste, że w takim miejscu na pewno powstanie uszczerbek —narożnik ukruszy się. Dotyczy to równie często elementów nakrywowych jak i schodów. Przy czym na schodach występuje to zjawisko zwykle szybciej. Więc zasadnicze pytanie nie brzmi „czy się ukruszy?”, tylko „jak dużo się ukruszy i jak brzydko będzie wyglądać?”


Zadając tytułowe pytanie można zastanawiać się, co było przyczyną wyboru takiego sposobu łączenia. Można przypuszczać, że pewnie wygodnictwo. Takie elementy zwykle przygotowuje się ze spadkiem, który ułatwia spływanie wody. Cięcie na szregę łatwo i szybko kończy temat. Po co łączyć elementy pod kątem prostym i przez dodatkową obróbkę powierzchni uzyskiwać odpowiednie spadki? Przecież to wymaga dodatkowej pracy i dodatkowego czasu. A to generuje dodatkowe koszty i może przysporzyć dodatkowych kłopotów montażowych...
A przecież dzisiejsze możliwości technologiczne są nieporównanie większe od tych, jakimi dysponowali budowniczowie schodów przed wielu laty —schody przetrwały wieki i są prawdziwym synonimem trwałości kamienia.

Czy w podobnych słowach potomni określą realizacje widoczne na sąsiednich zdjęciach? Czy tym sposobem tworzymy pozytywny obraz produktu, dzięki któremu istnieją nasze firmy? Czy tak wygląda synonim trwałości?

Prezentowane zdjęcia pochodzą z Płocka (elementy granitowe) i z Buska-Zdroju (mur piaskowca). Ale podobne miejsca można spotkać w każdym mieście, miasteczku i mieścinie.... Wszędzie tam, gdzie są kamienne schody lub kamienne nakrywy. I znów pytam: dlaczego tak?

kk72_1_03.jpg

przeczytaj cały artykuł

Oswoić smartfona cz.2

Autor: Jarosław Świeboda   |   Data publikacji: poniedziałek, 10 listopada 2014 22:08

Tryby, wibracje i inne wariacje

smartphone.jpg

Teatr... Kino... Kościół... Oficjalna uroczystość... i nagle dzwonek telefonu. Najczęściej w najbardziej podniosłym momencie.
Jak nie najeść się wstydu? —o tym dzisiejszy tekst.

Ten tekst, w tygodniku z dużą liczbą zdjęć znanych twarzy i krzykliwymi tytułami, pewnie byłby zatytułowany „100 trików na Twojego smartfona”. Jeśli tryby pracy telefonu są Wam znane, to i tak przeczytajcie. Może choć jeden „trik” okaże się nowy i przyda się w codziennym życiu.
Aby telefon nie przeszkadzał w określonych momentach, nie trzeba go całkowicie wyłączać. Można skorzystać z „trybów pracy”, które są dostępne w każdym smartfonie wyposażonym w Androida. Jak je włączać i co potrafią? Oto kilka podpowiedzi.

Przełączanie trybów jest dostępne w menu telefonu: wchodzimy w ustawienia, wyszukujemy ustawienia trybów, potem... i jeszcze... Można prościej. Wystarczy nacisnąć i przytrzymać guzik wyłączania telefonu. Na ekranie pojawi się obraz podobny do tego na zdjęciu obok.
Domyślnie znajdujemy tam: tryb samolotowy, tryb normalny, tryb cichy oraz wibracje. W momencie kiedy potrzebujemy, żeby telefon nam nie przeszkadzał, wystarczy wybrać jeden ze domyślnych trybów.

Tryb samolotowy wyłącza działanie wszystkich nadajników i odbiorników w systemie —nie działa żadna forma komunikacji bezprzewodowej (brak sygnału GSM, WiFi, Bluetooth). W tym trybie niektóre telefony mają możliwość włączenia WiFi, wtedy znowu mamy dostęp do Internetu. Jak sama nazwa tego trybu wskazuje, korzysta się z niego w samolotach, gdzie teoretycznie sygnały radiowe z telefonu mogą zakłócić systemy nawigacyjne i komunikacyjne. Innym miejscem, gdzie konieczne jest wyłączenie smartfonu są szpitale —tam także telefony mogą spowodować zakłócenia, tym razem w działaniu aparatury medycznej. Dla takich miejsc przeznaczony jest właśnie tryb samolotowy, nie zakłócający pracy innych urządzeń. Innym powodem, dla którego warto włączyć ten tryb może być chociażby oszczędność energii. Na przykład w miejscach, gdzie nie ma zasięgu i tak nie mamy szans nigdzie zadzwonić, a wyłącznie radia pozwoli nam na zaoszczędzenie baterii, gdyż telefon nie będzie bezowocnie szukał sygnału. Ostatecznie można go użyć, gdy nie chcemy, by telefon nam przeszkadzał. Może być to na ważnym spotkaniu, czy w czasie snu. Nie dostaniemy żadnych telefonów, smsów, maili —upragniona cisza i spokój. Oczywiście jeśli jest to nam bardziej potrzebne niż pozostanie w ciągłym kontakcie ze światem zewnętrznym. To po co używać trybu samolotowego skoro praktycznie wyłącza wszystkie możliwości komunikacji? W trybie samolotowym smartfon nadal działa i wykonuje pozostałe zaplanowane zadania jak choćby przypomnienia z kalendarza czy budzik —kiedy telefon jest zupełnie wyłączony budzik zwyczajnie nie zadzwoni! Pamiętajmy o tym, gdy liczymy na skuteczne budzenie następnego ranka. No i oczywiście nadal można grać w ulubione gry, słuchać muzyki czy oglądać filmy i zdjęcia zapisane w pamięci urządzenia.

Drugim trybem, w którym może pracować nasz smartfon, jest tryb cichy. Wyłączone są w nim wszystkie dźwięki i wibracje, ale mamy stały kontakt z komórkową rzeczywistością. Przychodzące połączenia i wiadomości są sygnalizowane komunikatem na ekranie —smartfon nie wydaje żadnych dźwięków, ale ekran się włącza i widzimy kto dzwoni lub do nas pisze. Podobnie jest z trybem z włączonymi wibracjami —wszelka aktywność smartfonu jest sygnalizowana komunikatem na ekranie i drganiami urządzenia. Pierwszy tryb, cichy, przyda się w czasie spotkań z klientami lub narady u szefa. Bo, po pierwsze, widzimy na bieżąco kto dzwoni, po drugie w his-torii połączeń zostaną nieodebrane rozmowy i będzie można oddzwonić po skończeniu spotkania. Tryb z wibracjami pozwala „poczuć” aktywność telefonu, jeśli mamy go w kieszeni, czyli przyda się kiedy nie wypada położyć telefonu obok siebie na stole, a chcemy wiedzieć kiedy zadzwoni żona lub inna ważna osoba. Przewagą tych trybów jest zachowana historia nieodebranych połączeń, której niestety mieć nie będziemy, kiedy smartfon zostanie przełączony w tryb samolotowy.

Tryb normalny to tryb, w którym nasz smartfon ma włączone domyślnie wszystkie funkcje.
„Trik nr 101”: kiedy telefon dzwoni, a nie chcemy lub nie możemy go odebrać i jednocześnie nie wypada odrzucić połączenia przez naciśnięcie „czerwonej słuchawki”, to można doraźnie wyciszyć dzwonek. Wystarczy nacisnąć raz jeden z przycisków do ściszania lub zgłośniania — rozmówca nadal będzie słyszał w słuchawce sygnał wolny, na ekranie nadal będzie wyświetlona informacja o połączeniu przychodzącym, ale telefon nie będzie już hałasował. Po zakończeniu tego połączenia wszystkie ustawienia dzwonków automatycznie powrócą do stanu wcześniejszego. Przyciski do regulacji głośności najczęściej znajdują się z boku telefonu —obok przycisku do wyłączania smartfonu —zwykle tam, gdzie spoczywa kciuk w czasie normalnego użytkowania.

Właśnie zastanawiam się, czy czytalibyście teraz ten artykuł, gdyby o jego napisaniu nie przypomniał mi mój komórkowy kalendarz. Dlatego mam dylemat: czy w następnym odcinku „Oswajania smartfona” opisać funkcje kalendarza, czy jeszcze na chwilę pozostać przy ustawieniach dźwięków. Dlaczego? Bo można tak ustawić smartfon, aby przyjmował i sygnalizował tylko połączenia z wybranych numerów. Po co? Wracamy późną nocą z pracy —była do zrealizowania duża dostawa. Spać, spać, spać... Tylko jak nie wyłączę telefonu, to za chwilę ktoś mnie obudzi. A jak wyłączę, to nie będę wiedział kiedy zadzwonią dzieci z pilną sprawą albo „ochrona”, że w firmie włączył się alarm.

przeczytaj cały artykuł

XIII Kongres Kamieniarski ZPBK

Autor: Dariusz Wawrzynkiewicz   |   Data publikacji: poniedziałek, 10 listopada 2014 12:17

kongres.jpg

Tegoroczny Kongres Kamieniarski tym razem gościł w Płocku za przyczynkiem Wojciecha Popielskiego. I trzeba przyznać, że gospodarz w interesujący sposób zapełnił każdą wolną chwilę uczestników Kongresu.

W pierwszym dniu spotkania uczestnicy mieli okazję zapoznać się z ofertą firmy M+Q zaprezentowaną przez Kingę Dubiecką. Głównym punktem prezentacji było przedstawienie nowego materiału w ofercie firmy Platinum TD. W bieżącym numerze poświęcamy mu oddzielny artykuł —materiał może stać się interesującą alternatywą dla ciemnej Impali.
Drugie z wystąpień dotyczyło oferty boczkarek firmy Commanduli prezentowanej przez polskiego przedstawiciela Roberta Walczaka z firmy Mach Plus. Wiadomo, że boczkarki ułatwiają pracę i zwiększają wydajność produkcji w zakładach kamieniarskich. Dlatego możliwość podyskutowania o nich wzbudziła zainteresowanie uczestników. Commanduli jest jedną z wiodących firm a jej oferta jest na tyle przekrojowa, że rozmowa o boczkarkach dynamicznie przechodziła z zagadnienia na zagadnienie.
Na zakończenie na uczestników czekała prezentacja przygotowana przez polskich przedstawicieli firmy Caeser-stone z Izraela. Od kilku lat dziwiła mnie nieobecność na polskim rynku chyba największego producenta konglomeratów kwarco-granitowych na świecie. Oferta giganta w końcu dotarła i do Polski. Osobiście jestem ciekawy jak poradzi sobie firma na polskim rynku —czy światowy potentat zrozumie specyfikę polskiego rynku i również u nas zaznaczy swoją obecność.

Wieczorem, podczas już mniej oficjalnego spotkania, był czas do wymiany spostrzeżeń dotyczących bieżącego roku i rozmów o perspektywach jakie rysują się przed branżą na przyszłość. Rozmowy te były kontynuowane w następnym dniu, kiedy Wojciech Popielski zaprosił wszystkich do zapoznania się z bogatą historią swojego miasta Płocka. Uczestnicy poznawali miasto w czasie wycieczki barką po Wiśle oraz spaceru po starówce. Ciekawa była też wizyta na miejscowym cmentarzu. To zawsze interesujące kiedy możemy obejrzeć, to co regionalnie jest „modne” w zakresie budowy nagrobków. Niespodzianką było zaproszenie uczestników kongresu do odwiedzin w zakładzie i domu płockiego gospodarza.

Wiele osób nie docenia kongresów i zjazdów kamieniarskiej braci. A szkoda. To co urzekło mnie w branży, kiedy do niej trafiłem, to były relacje między ludźmi. Spotkania, których organizatorem jest ZPBK, niewątpliwie stwarzają szansę kultywowania tych więzi. Trzy-dniowa możliwość rozmów branżowych to także spora wiedza przekazywana sobie wzajemnie, ale i uzupełniana przez prelekcje zaproszonych gości.
Osobiście z przyjemnością będę uczestniczył w kolejnych edycjach mając nadzieję, że coraz więcej branżystów zechce w nich brać udział, dzielić się swoimi doświadczeniami i cieszyć się wspólnie spędzonym czasem.

Więcej zdjęć na:

https://www.facebook.com/media/set/?set=a.760727883973791.1073741852.518722448174337&type=3

 

 

przeczytaj cały artykuł

NOWOŚĆ: Platinum TD

Autor: Dariusz Wawrzynkiewicz   |   Data publikacji: poniedziałek, 10 listopada 2014 12:08

Platinum_TD1.jpg

 

Od kilku laty na rynku trudno o nowe materiały. Pewnie z powodu kryzysu. Oczywiście pojawia się trochę ciekawostek, które wzbogacają rynek, ale nie wpływają na strukturę sprzedaży. Zwykle też są to materiały luksusowe i przez to drogie.
Z tym większą przyjemnością należy zauważyć wprowadzenie na rynek nowego materiału przez firmę M+Q. Przedmiotowy materiał to Platinum TD.
Nowy materiał został zaprezentowany na Kongresie Kamieniarskim ZPBK w Płocku. Propozycja wydaje się interesująca zarówno dla producentów nagrobków jak i dla firm dostarczających kamień dla „budowlanki”.


Materiał jest bardzo ciemny i wygląda, że może być niezłym zamiennikiem dla Impali, której ciemniejsze wersje są coraz trudniejsze do pozyskania. Cena nowego materiału, też pozwala na traktowanie go jako konkurenta dla wspomnianej Impali. Jak deklaruje wyłączny dostawca, firma M+Q, będzie on oferowany w cenie niższej od Impali Dark o około 10% .

Dostawca gwarantuje też stałą dostępność materiału. Wydobycie w kopalni umożliwia pozyskiwanie około 1.000 m3 miesięcznie. Przy czym warto odnotować, że kopalnia ma bardzo wysoki uzysk bloków przy wydobyciu —prawie pięciokrotnie wyższy niż ze złóż Impali.

Materiał jest sprowadzany z Afryki Południowej i chociaż w nomenklaturze światowej traktowany jest jako granit, to według przyjętych w Europie norm należy określać go jako anortozyt. Podstawowym składnikiem są plagioklazy zasadowe —podobnie jak w powszechnej na rynku Impali (którą jednak zalicza się do skały typu gabro). Plagioklazy to szereg minerałów skałotwórczych, o składzie mieszanym z grupy skaleni. Mają one skomplikowaną budowę wewnętrzną, w związku z czym ich podział na po-szczególne minerały ma charakter umowny. W anortozytach występują również w śladowych ilościach minerały takie jak pirokseny, ilmenity, magnetyty i oliwiny.

W nowym materiale występują intruzje labradoru —podobnie jak w popularnych na rynku labradorytach, ale nie są tak intensywne jak np. w znanym Blue Pearl. Intruzje labradoru to właśnie te błyszczące elementy skały nazywane popularnie „pawie oczka”, tak charakterystyczne dla znanych labradorytów.

Platinum TD posiada ciężar właściwy to 2880 kg/m3 i wytrzymałość na ściskanie ok. 252 MPa, ścieralność —3,58 mm, a nasiąkliwość —0,09%. Liniowy współczynnik rozszerzalności termicznej wynosi 0,00769 mm / moC.
Mając na uwadze takie parametry, wygląd i cenę można spodziewać się dobrego przyjęcia przez rynek tego nowego materiału.

DSC01640.jpg

przeczytaj cały artykuł
Strona 200 z 230

Najnowszy numer
6/2025 (139)

grudzień 2025 – styczeń 2026

Zamów darmową prenumeratę

Ogłoszenie drobne
kup, sprzedaj, zamień...

Fartuchy wodoodporne dla kamieiarzy
2025-11-26 13:39:41
Producent fartuchów i rękawów wodoodpornych dla kamieniarzy. Sprzedaż wysyłkowa – błyskawiczna wysyłka pocztą lub kurierem. Strzegom, ul. Św. Anny 1/6, www.fartuchywodoodporne.pl, tel. 60 34 26 223, tel./fax 74 8 551 472

Reklama W Kurierze
Poznaj zalety naszego pisma

  • Kurier Kamieniarski to dwumiesięcznik – najstarszy na rynku kamieniarskim, wydawany od 1997 r. Jest bezpłatnie wysyłany do ponad 4.000 osób i firm związanych z branżą kamieniarską.
  • Nasza baza adresowa jest na bieżąco aktualizowana, a co tydzień dopisujemy do niej nowe firmy. Stale zdobywamy nowe kontakty biorąc udział w targach i spotkaniach branżowych.
  • Osiągamy ponad 99% skuteczność - z wysłanych 4.000 egzemplarzy wraca do nas nie więcej niż 30-50 szt.