
Kiedy w 1986 roku lawina błota zniszczyła mały zabytkowy kościółek z 1626 roku w osadzie Mogno w Szwajcarii, nikt nie podejrzewał, że na jego miejscu powstanie nowa kaplica dość nowocześnie zaprojektowana.
Osada znajduje się na wysokości 1180 m n.p.m. i od XIX wieku była wykorzystywana jedynie latem. A jednak mieszkańcy bardzo chcieli, aby obiekt odbudować. W latach 90-tych XX wieku architekt z Ticino na nowo zaprojektował mały kościół p.w. Jana Chrzciciela. Budowa obiektu zakończyła się w 1996 roku.
Projekt autorstwa architekta Mario Botta był dość odważny – zaprojektowana kaplica została wykonana z lokalnych kamieni: marmuru Peccia i granitu Vallemaggia.

Po realizacji jego wygląd wzbudził wiele kontrowersji: biało-czarne pasy z zewnątrz i podobny wzór układający się w specyficzną szachownicę we wnętrzu. Jednak projekt został doceniony w świecie architektury. A z czasem się okazało, że minimalistyczny obiekt, dzięki prostocie wnętrza i braku dekoracji, budzi zachwyt.
Ten mały kościół – powierzchnia użytkowa 123 m2 – nie ma okien, jest doświetlany przez przeszklony strop. Kształt budynku wpisuje się w owal, który u szczytu staje się okręgiem.
Mario Botta zaprojektował również kaplicę Santa Maria degli Angeli niedaleko Monte Tamaro. W tym obiekcie również pojawia się owal jako istotny element budowli.


Patrząc na oba obiekty – pomimo sporych różnic – łatwo zauważyć podobne podejście do realizacji zadania.
Ta kaplica wybudowana w latach 1992-96 również zaprojektowana została z kamienia. Tym razem był to porfir. Wizyta w kościele jest niemal koniecznością: to potężna forteca na skraju góry, która oprócz oferowania miejsca do modlitwy, staje się również narzędziem do nowego czytania krajobrazu. Warto również tam zajrzeć ze względu na prace Enzo Cucchi – malarza i rzeźbiarza, przedstawiciela włoskiej transawangardy.
Obydwa obiekty cechuje nowatorski sposób projektowania budynków kultu religijnego.

Śledząc dzieje historycznych realizacji rzeźbiarskich często odkrywamy, że były one naśladownictwem. To, co dzisiaj traktowane jest jako plagiat – i ścigane prawnie – w dawnych czasach było dość powszechną praktyką. Jeśli nawet nie były to kopie – mniej lub bardziej udane – to często piękne realizacje stawały się osnową nowych dzieł, które bywały nie mniej udane niż pierwowzory.
Tak właśnie było z rzeźbą Johanna Valentina Sonnenscheina wykonaną około 1780 roku. Była repliką, a pierwowzorem okazała się płyta nagrobna Marii Magdaleny Langhans wykonana przez Johanna Augusta Nahla w wiejskim kościele w Hindelbank w Szwajcarii w 1751 roku.
Artysta przebywał wtedy w tej miejscowości tworząc grobowiec dla Hieronymusa von Gerlacha. Mieszkał u pastora Georga Langhansa i jego żony Marii Magdaleny Wäber. W tym czasie, w Wielkim Tygodniu, przy porodzie pierwszego dziecka, chłopca, zmarła 28-letnia Maria Magdalena. Syn pastora wkrótce potem również zmarł.
Wstrząśnięty Nahl z własnej inicjatywy wykonał nagrobek dla matki i dziecka, w którym nawiązał do zmartwychwstania. Rzeźba jest wykuta z jednego kawałka kamienia i przedstawia pęknięty grób, z którego Maria Magdalena i jej syn patrzą w niebo.
Grobowiec znajdował się w podłodze kościoła i był przykryty drewnianą osłoną podnoszoną tylko przy ważnych wydarzeniach. W 1911 roku znaczna część kościoła spłonęła, ale praca Nahla przetrwała wypadek, ponieważ drewniana osłona ochroniła ją przed spadającym gruzem.
Rzeźba od powstania budziła spore zainteresowanie, a grób odwiedzało wiele znamienitych osób, jak choćby Goethe czy Arthur Schopenhauer. Już w XVIII wieku powstały liczne kopie i obrazy grobowca. Do koncepcji artysty odwoływali się również współcześni rzeźbiarze – na przykład Günter Lang, którego praca z 1997 roku również przedstawia pęknięty grobowiec. W odróżnieniu jednak od prezentowanego niemal dosłownie w pierwowzorze zmartwychwstania, w pracy Langa pozostał tylko otwarty grobowiec jako symbol zmartwychwstania duchowego.

Akwaforta autorstwa Christiana von Mechel, 1790 r. i Ilustracja katalogu wykładów na temat rzeźby wygłszonych przed członkami Royal Academy z 1865 r.

Replika grobowca Johanna Valentina Sonnenscheina, około 1780 r. i Ceramika z Niderviller Porcelain Manufactory we Francji (ok. 1787 r.)
Nie ulega wątpliwości, że plagiaty i kopie są swoistą wersją kradzieży. Jednak wiele dzieł znamy tylko dzięki nim. Na szczęście w tym przypadku tak się nie stało i dzięki drewnianiej pokrywie możemy podziwiać artystyczne dzieło Nahla.

Oczywiście można twierdzić, że ludźmi branży są tylko kamieniarze zajmujący się jego obróbką. Branża jest mimo wszystko znacznie szersza. Tym bardziej, że kamień wiąże ludzi i za „swoich” uznać wypada wszystkich, którzy wspierają kamieniarską codzienność: dostawcy maszyn, narzędzi czy materiałów – również gotowych produktów. Bez nich kamień nie miałby szans na zwiększanie swojej obecności w naszym otoczeniu.
Śledzimy rynek szukając nowych elementów tej kamiennej układanki. Powstaje wiele firm – niektóre zostają w branży, rozwijają się stając się jej elementem, inne istnieją krótko.
Kiedy na rynku pojawiła się firma K-Projekt, zastanawialiśmy się, czy to kolejny przypadek,
w którym firma równie szybko zniknie z rynku, jak się na nim pojawiła. Tym bardziej, że oferowała gotowe produkty z Chin (nagrobki, płytki, slaby). Okazało się, że wprawdzie firma jest nowa, ale nie należy do tych, które powstały dlatego, że ktoś komuś powiedział, że w kamieniarstwie da się szybko i łatwo zarobić. Istotną okazuje się osoba kapitana tego okrętu: Adam Baprawski. To nie jest nowa postać w branży – wszyscy go pamiętamy z okresu intensywnego rozwoju firmy Caro, w której Adam pracował od 2004 do 2016 roku. Postanowiliśmy odwiedzić firmę, której przewodzi, i porozmawiać co robił, kiedy rozstał się z Caro i jak aktualnie funkcjonuje firma.
Dariusz Wawrzynkiewicz: Rozstałeś się z Caro w 2016 roku. Czym się zająłeś?
Adam Baprawski: Nie chciałem wchodzić w konkurencję z Caro, więc postanowiłem zająć się czymś innym, ale jednak związanym z tematem, który poznawałem w Caro – czyli importem towarów z Chin.
Założyliśmy z żoną Katarzyną firmę K-Projekt, która miała zajmować się importem z Chin. Wybór padł na opony i części samochodowe. Tę działalność prowadzimy dalej, ale kamień to coś, co zawsze wraca, jeśli ktoś się z nim spotkał. Dlatego już w 2017 roku zacząłem importować nagrobki z Chin i Indii, płytki i slaby. Najpierw pod zamówienia całokontenerowe, ale w ubiegłym roku powstała również hurtownia, w której można obejrzeć i kupić dużą ilość nagrobków, płyt, płytek etc.

Cały czas działasz jednak na rynku chińskim. Jaka jest Twoim zdaniem specyfika tego rynku?
Niezależnie od branży podstawowym problemem są sprawy transportowe. Znalezienie miejsca na statku, terminowość wypłynięcia tych statków z portu – to są problemy, z jakimi trzeba się zmagać. Często co innego jest na papierze, a co innego w życiu. Terminowość jest też problemem producentów. Podpisany kontrakt i zawarte w nim terminy to jedno, a ich realizacja to zupełnie inna strona medalu.
Druga istotna sprawa to konieczność pilnowania realizacji i zamówień na miejscu, w Chinach. W umowie określone są nie tylko terminy, ale też oczywiście asortyment, sposób pakowania itd. Mimo to brak nadzoru powoduje, że Chińczycy robią to, co sami uważają za słuszne.
Trzeba też pamiętać o problemach z reklamacjami. Niby są możliwe, ale jeśli zostaną uznane, to ich rozliczenie następuje z kolejną kolejną dostawą – Chińczycy nie wyślą przecież jednego elementu, czy nawet całego pomnika, osobną przesyłką. No i konieczne jest opłacenie kosztów – fracht, koszty portowe, VAT itd.
Sporym problemem jest też sposób pakowania towaru. Mimo jasno określonych sposobów pakowania, wielkości i konstrukcji skrzyni oraz ilości towaru w jednej skrzyni Chińczycy potrafią zapakować trzy podwójne nagrobki do jednej skrzyni. Taka paczka waży czasem kilka ton. Jak to potem przepakować w porcie?
Wasza hurtownia nastawiona jest głównie na nagrobki. Czy dostarczacie również inny towar?
Oferujemy pełen asortyment produktów i półproduktów. To z wcześniejszych doświadczeń i wypracowanego zaufania u klientów jeszcze w czasie, kiedy nie było hurtowni i realizowaliśmy tylko dostawy całokontenerowe. W ramach tych dostaw były również zamówienia na kamień do realizacji inwestycji budowlanych. To były zamówienia od deweloperów czy spółdzielni mieszkaniowych. W sprawie takich dostaw zgłaszają się również firmy kamieniarskie. Różnica w cenie, gdyby sobie sami sprowadzili a zamówili u nas, nie jest duża, więc często wolą zamówić u nas unikając problemów z terminami, reklamacjami itp. My to potrafimy opanować, bo mamy swoich ludzi na miejscu. Cały czas startujemy również w przetargach na dostawy kamienia na konkretne inwestycje.
Jaki udział w obrotach firmy ma obecnie budowlanka?
Budowlanka to teraz 30% obrotów firmy, ale, w związku z planowanymi przez nas działaniami, mam nadzieję, że ten udział będzie się zwiększał. Myślę, że już w bieżącym roku wzrośnie o 10%. Rynek nagrobków ma swoje ograniczenie ilościowe wynikające z jego natury. Trudno zakładać rozwój w tym segmencie. Inaczej jest z budowlanką, w której kamień powinien zdobywać coraz lepszą, silniejszą pozycję.
W ofercie firmy są nagrobki z chińskich materiałów?
Chińscy dostawcy dobrze opanowali import materiałów, dlatego mogę oferować nie tylko typowe chińskie materiały. Są materiały indyjskie, jest afrykańska Impala i wiele innych.
Jak oceniasz rynek nagrobków importowanych z Chin? Tu chyba jest spora konkurencja?
W zasadzie nie śledzimy dokładnie konkurencji, bardziej skupiamy się na swoich działaniach, ale: tak, firm konkurencyjnych nie brakuje. Według mnie jednak jest to liczba w miarę stała. Pojawiają się nowi, którzy chcą zmierzyć się z problemami, o których mówiłem wcześniej, ale również część istniejących firm rezygnuje z działalności importowej.
Wspomniałeś, że w takiej działalności trzeba mocno pilnować dostawców. Zatem chyba niezbędne są wyjazdy do Chin. Jak często odwiedzasz Państwo Środka?
Swoich dostawców odwiedzam mniej więcej raz na dwa miesiące. Mimo, że są to firmy zaufane, to jednak wizyty uważam za niezbędne. Zamawiamy też coraz nowsze wzory, często bardziej skomplikowane od wcześniejszych i to wymaga uzgodnień na miejscu.
Możliwości podróży teraz są spore. Pięć razy w tygodniu są loty do Chin, a i koszt biletów nie jest specjalnie wysoki.
Jak radzicie sobie z komunikacją z Azjatami?
Chcąc oferować towar w atrakcyjnych cenach, nie kupujemy w firmach typowo handlowych. Nasi dostawcy to producenci. I w tych zakładach zawsze były problemy komunikacyjne. Nawet korzystanie z tłumacza bywało nieskuteczne, bo tłumacz nie zawsze przekazał dokładnie to, co chciało się powiedzieć. Dlatego intensywnie uczyłem się języka chińskiego. Teraz mogę rozmawiać nie tylko z menadżerami, ale bezpośrednio z ludźmi na produkcji w fabrykach.
Kiedy po chwilowej nieobecności ponownie pojawiłeś się na rynku kamienia, to zapewne odwiedziłeś firmy, z którymi wcześniej handlowałeś. Jakie były reakcje?
Na szczęście ludzie dobrze mnie wspominali i byli zadowoleni z wcześniejszej kontaktów. Współpraca to wzajemne zrozumienie. Wszyscy przyzwyczajamy się do siebie, do swoich zalet i wad, i jeśli takie zrozumienie zaistnieje, to współpraca przebiega dobrze. Szczególnie widać to w naszej branży. Tu ludzie bardzo cenią kontakt ze znaną sobie osobą. To w rezultacie bardzo szybko przekłada się na wyniki finansowe.
Jakie plany na najbliższy czas?
Intensywna praca, kolejne dostawy, sprzedaż towaru i rozmowy z klientami podsumowujące obecny rok oraz wyznaczające cele i plany na przyszły rok. Dodatkowo przygotowujemy się do targów Stone w Poznaniu, gdzie będziemy mieli swoje stoisko, na które serdecznie zapraszam.
Na koniec szczególnie chciałbym podziękować żonie za okazane wsparcie, wiarę we mnie i cierpliwość.

Z Michałem Stępniem rozmawia Paweł Szambelan.
Michał Stępień: W roku 2017 zdałem kamieniarski egzamin mistrzowski z oceną bardzo dobrą. To potwierdziło moje dobre przygotowanie praktyczne i merytoryczne do zawodu oraz dało podstawy, by złożyć wniosek o ustanowienie biegłym sądowym.
Ale taki cel miałem dużo wcześniej. Od dawna chciałem zostać biegłym. Dążyłem do tego. Pomysł chyba wziął się z moich ambicji – zawsze wyznaczam sobie nowe, wysoko postawione cele i to był jedne z nich.
Może też dlatego, że chciałem zaimponować mojemu tacie, który mi zawsze imponował jako kamieniarz, mistrz kamieniarski. Pokazać mu, że z powodzeniem podążam jego śladami i staram się osiągnąć jeszcze więcej.
Po otrzymaniu dyplomu mistrzowskiego rozmawiałem z Michałem Firlejem, który jest chyba najbardziej rozpoznawalną w Polsce osobą zajmującą się opiniowaniem w sprawach kamieniarskich. On mnie zmotywował i powiedział co robić. Złożyłem wniosek do prezesa sądu okręgowego oraz załączyłem wszystkie dokumenty, które świadczą o znajomości kamieniarstwa i wysokich kwalifikacjach zawodowych. w moim przypadku były to dyplom mistrzowski i certyfikaty od firm, dla których jestem autoryzowanym partnerem wykonawczym. Na tej podstawie prezes Sądu Okręgowego w Siedlcach uznał, że moje kwalifikacje są odpowiednie i zostałem zaprzysiężony.
Tytuł jest poważny i zobowiązujący. To pewnego rodzaju służba. Jeśli sąd zleca mi wykonanie jakiejś ekspertyzy, to muszę się z tego zadania wywiązać.
Na szczęście nie muszę przyjmować każdego zlecenia. Mogę odmówić przyjęcia zlecenia, jeżeli nie czuję się pewnie w materii, której dotyczy. Nie przyjmuję na przykład spraw dotyczących brukarstwa – nie znam się na tym, nigdy tego nie robiłem – moje dziedziny to kamieniarstwo budowlane i nagrobkarstwo.
Odmawiam też opinii, jeśli po którejś ze stron jest mój znajomy. Po pierwsze: taka opinia byłaby łatwa do podważenia w sądzie, gdyby zostało wykazane, że jesteśmy znajomymi. Po drugie: nie czuł bym się komfortowo, gdybym w świetle faktów musiał wydać opinię dla niego niekorzystną.
PS: Jakie cechy musi mieć biegły sądowy?
MS: Biegły musi mieć bardzo dużą wiedzę z zakresu materiałoznawstwa, montażu, obróbki. A także niesamowitą cierpliwość oraz sporą odporność psychiczną. Zwykle osoba, przeciwko której muszę wydać opinie, próbuje mnie wyprowadzić z równowagi – a to zadając pytania nie na temat, a to przedstawiając argumenty nieadekwatne do sytuacji lub prowadząc rozmowę w sposób tak abstrakcyjny, że w innej sytuacji człowiek by uznał, że rozmawia z kimś niespełna rozumu. Często również słyszę oskarżenia o stronniczość, nie wyłączając sugerowania zmowy zarówno z organami sądowymi, jak i grupami przestępczymi.
Biegły musi mieć też czas. Aby przygotować porządnie opinię, trzeba nad tym troszkę posiedzieć, wgłębić się w akta sprawy, zrozumieć obie strony, a przede wszystkim opisać rzetelnie stan faktyczny, zastany. To także umiejętność poruszania się po gruncie sądowym, powoływania się na odpowiednie przepisy, odnajdywania właściwych dokumentów i wydanych już wyroków.
PS: Co daje to zajęcie?
MS: To bardzo ciekawa praca. Nigdy nie wiadomo na co się trafi. Można oglądać różne roboty, różne kamienie, których w innych sytuacjach mógłbym nigdy nie zobaczyć, różne techniki wykonania – zarówno samej obróbki materiału, jak i sposobów montażu. Można uczyć się na nieswoich błędach. Można potraktować to jako dodatkowe źródło przychodu – zwłaszcza, że w Polsce jest niewielu biegłych w zakresie kamieniarstwa.
To też wyzwanie, bo podejmując się wykonania ekspertyzy trzeba później z niej sporządzić opinię. Jeśli są to sprawy niewygodne, albo wymagające jeszcze szerszej wiedzy, to trzeba poświęcić wiele czasu na znajdowanie specjalistycznych źródeł i dokształcanie.
Chcę też pomagać kamieniarzom. Wiele spraw da się rozwiązać polubownie lub w drodze mediacji. Ale nie zawsze da się pomóc. Niektórzy nie chcą tej pomocy, niektórych ponosi ambicja, fantazja może nieraz. Nieraz się zdarza, że przyjeżdżam na opinię, a od kamieniarza słyszę, że on zajmował się kamieniarstwem, kiedy ja jeszcze w pieluchach chodziłem. Trochę to nie w porządku, bo nie jadę tam ze złymi zamiarami, nie jestem wrogiem, a wiek nie jest wyznacznikiem doświadczenia i wiedzy.
Owszem, rzeczoznawców lub biegłych częściej wzywają inwestorzy i to może nastawiać kamieniarzy przeciwko mnie. Ale jeśli ktoś wykonał swoją robotę dobrze, to nie ma powodu obawiać się wizyty biegłego, bo biegły ma być obiektywny – niezależnie od tego, która strona sporu go wzywa.
Taki przykład z Warszawy, gdzie zostałem poproszony o opinię na temat posadzki. Po jej obejrzeniu powiedziałem inwestorce, że nie będę pisał tej opinii, ponieważ postaram się znaleźć sposób na rozwiązanie jej problemu – zgodziła się, bo też uznała, że istotniejsze jest dla niej samo rozwiązanie sprawy niż udowadnianie, kto jest winny. Niestety, moje działania były torpedowane przez wykonawcę: urządzenie, które miało osuszać pomieszczenie i pokazać, że posadzkę da się doprowadzić do stanu oczekiwanego przez inwestorkę, było po kryjomu wyłączane przez kamieniarza. Po co? Nie wiem. Może nie mógł znieść, że ktoś o wiele od niego młodszy może mieć rację w dziedzinie, którą on się zajmuje znacznie dłużej.
Na tym zleceniu temu kamieniarzowi noga się powinęła, bo materiał był wymagający. Moim zdaniem nie był świadomy tego materiału. Mimo to miałem wiele szacunku dla tego kamieniarza: ma duży staż, robił duże roboty i ma na swoim koncie bardzo fajne realizacje. Klientka akceptowała moje działania, była zadowolona z efektów – można było tę sprawę szybko zamknąć. Ale nie każdy chce przyjąć w zasadzie bezinteresowną pomoc. Wycofałem się z tego. Nie wiem, jak to się skończyło. Pani w końcu poprosiła mnie o napisanie opinii, więc przypuszczam, że sprawa znalazła swój finał w sądzie. Niestety mam świadomość, że spór o kilkaset tysięcy złotych może mocno nadszarpnąć firmowe finanse.
PS: Skąd zlecenia?
MS: Biegłego sądowego wzywa sąd. Nie mam na to wpływu. Owszem, powołanie na biegłego sądowego jest potwierdzeniem wiedzy i doświadczenia, ale tego tytułu nie mogę używać w sprawach niesądowych – mogę jednak przyjąć zlecenie wykonania ekspertyzy i wydania opinii, ale wtedy występuję jako rzeczoznawca. Na opiniach niesądowych nie jestem biegłym sądowym, jestem rzeczoznawcą kamieniarskim.
Informacja o tym, że jestem rzeczoznawcą, rozchodzi się najczęściej pocztą pantoflową. w wielu przypadkach zostałem polecony przez Michała Firleja. Przez te dwa lata wydałem 6 opinii na zlecenie sądu i około dziesięciu opinii „prywatnych” – wydanych na życzenie osób, które chciały zakończyć spór przed wejściem na drogę sądową. To były zlecenia zarówno od inwestorów, jak i od kamieniarzy.
Najczęściej wzywającym jest inwestor. Ale również kamieniarze zaczęli korzystać z usług rzeczoznawców. Nietrudno się domyślić, że chodzi o rozliczenia, kiedy inwestor próbuje zaniżyć wartość wykonanych usług lub próbuje udowodnić błędy kamieniarskie w celu obniżenia ceny.
PS: Co radziłbyś kamieniarzom?
MS: Podstawowym błędem kamieniarzy jest bagatelizowanie wagi dokumentów. Podpisane: instrukcja użytkowania, faktura i protokół odbioru końcowego to najważniejsze dokumenty, jakie kamieniarz powinien przywieźć z każdego zrealizowanego zlecenia. Gdy inwestycja rozciąga się w czasie, warto również zadbać o protokoły odbioru częściowego. Pozawalają one uniknąć nierzadkich sytuacji, gdy nasze dzieło zostanie uszkodzone na przykład przez innego wykonawcę na danej budowie, a inwestor nie uznaje, że wina nie leżała po naszej stronie.

W dzisiejszych czasach sprzedając produkt trzeba poinstruować klienta, jak go użytkować. Ale nie trzeba tego traktować jako zło konieczne. Rozmowa z klientem przy pierwszym spotkaniu może być najważniejszym momentem, który ułatwi dalsze relacje. Najpierw trzeba zrozumieć, czego potrzebuje klient i jak zamierza to użytkować. Na tej podstawie można dopiero zaproponować rozwiązania, które go zadowolą. Nierzadko jest to rozmowa o rzeczach, o których klient nie miał pojęcia i dopiero po tej rozmowie może podjąć świadomą decyzję zakupową. Jeśli jednak klient uprze się na jakieś rozwiązanie, które nie do końca sprawdzi się w danym zastosowaniu, to i tak doceni informacje, jak dbać o takie produkty, jak je pielęgnować czy jakiej chemii używać do impregnacji.
|
||||||

Ze Zbigniewem Zychem rozmawia Paweł Szambelan.
Paweł Szambelan: Znamy się już wiele lat, przegadaliśmy wiele wieczorów, ale pretekstem do tej rozmowy jest ikona, którą wykonałeś do kościoła w Tychach. Opowiedz proszę o niej.
Zbigniew Zych: Kościół pw. Miłosierdzia Bożego w Krakowie na Osiedlu Oficerskim to jeden ze słynnych projektów Stanisława Niemczyka. Budowa rozpoczęła się w 1990 roku po przekazaniu terenu pod budowę przez prezydenta RP na uchodźstwie Edwarda Raczyńskiego. To również z powodu tego kościoła o Stanisławie Niemczyku mówi się „polski Gaudi”. Pan Stanisław projektował w tym kościele każdy szczegół.
Płaskorzeźby, rzeźby i elementy ozdobne pan Stanisław zostawiał na później, żeby się namyśleć. I jak wpadał na pomysł, jak ma dany element wyglądać, to wtedy dzwonił do mnie ze słowami: „Panie Zbyszku, trzeba to zrobić”.
Ikona powstała w głowie pana Stanisława dawno temu. Tylko – jak mawiał – „ja muszę to zaprojektować”. Po drodze było kilka wersji. Wszystkie nawiązywały do starych mozaik albo starych rycin. Jakieś pół roku temu znów wrócił do tematu, a jego praca nad ikoną nabrała intensywności po jego chorobie. Obecna wersja powstała chyba w oparciu o fresk czy mozaikę z VI wieku w kościele gdzieś w Armenii.
Potem zadzwonił do mnie:„Wie pan, panie Zbyszku, tam taka delikatna płaskorzeźba jest do zrobienia. Można powiedzieć, że rycinka taka. To nie będzie duże. Dwa dwadzieścia na metr sześćdziesiąt.”
PS: Wspominasz Stanisława Niemczyka z bardzo ciepłą nutą w głosie.
ZZ: Pan Stanisław był moim mentorem. Znałem się z nim od 12 lat i miałem z nim bardzo dobre relacje, prawie jak z ojcem. Jak wpadałem do niego „na godzinkę”, to wyjeżdżałem po 5-6 godzinach. Będzie mi go bardzo brakować. Zmarł niedawno, 13 maja 2019 roku, po ciężkiej chorobie.
PS: Tak, ta śmierć wstrząsnęła wszystkimi, którzy go znali. Pozostanie po nim nieskończone dzieło. I wiele pomysłów, o których opowiadał posiłkując się szybkimi szkicami na przygodnym kawałku papieru.
ZZ: Tak, ołówek zawsze miał w kieszeni. Bardzo chciał skończyć ten kościół. Był bardzo zaangażowany, widać było, że to jest jego dzieło wieńczące. Nawet przy tej ikonie chciał jak najwięcej rzeczy zrobić za mnie. Przygotował szablon wnęki, w której ikona miała być zamontowana. Rysunek z projektem ikony powiększył na ksero do rozmiarów naturalnych. Chciał jeszcze na tym powiększonym ksero cienkimi pisakami poprawić kreskę, bo przy powiększaniu linie stały się bardzo grube. Zaprotestowałem mówiąc, że w zasadzie wystarczyłaby mi ten rysunek na kartce A4 – pięknie i precyzyjnie rysował kreską.
PS: Ikony się pisze. Czy płaskorzeźba też została napisana? Czy musiałeś mieć jakieś przygotowanie ikonopisarskie? Skoro miałeś rysunek, to wystarczyło go tylko przenieść na kamień.
ZZ: Praca w większości odbywała się frezikami. Muśnięcia jak ołówkiem. Więc w sumie tak, było to pisanie. Ikony mnie fascynowały od dawna. Zawsze chciałem iść na kurs pisania ikon, tylko nigdy nie było czasu. Zresztą można powiedzieć, że zaczęło się od czasów kiedy zajmowałem się nagrobkami, czyli od początku mojej działalności w kamieniarstwie. Przygotowując wizerunki Jezusa czy Matki Boskiej człowiek się opierał na ikonach: przedstawienie postaci i jej ustawienie, mimika twarzy, spojrzenie, ułożenie dłoni, napisy. Każdy element obrazu w ikonie jest symboliczny. Ikona jest przeniesieniem zapisów Nowego Testamentu na obraz poprzez symbole. W innych nurtach religii obrazy przedstawiające Boga i świętych podlegają modom i epokom, w których powstają. Ikona, od swoich początków, jest zawsze pisana identycznie.
Pan Stanisław mówił, że mam wyczucie w rzeczach, które robię do świątyń. Że jak rzeźbię coś lub odtwarzam, to zawsze potrafię oddać klimat jaki panuje w miejscu, gdzie ma stanąć moja praca. Z zachowaniem stylu miejsca czy epoki. Powtarzał, że nigdy nie bał się o efekty, jak mi dawał coś do odtworzenia. Oczywiście podjęcie każdego zlecenia wymagało przygotowania. Internet jest nieocenionym pomocnikiem, gdzie mogę podejrzeć prace dawnych artystów i zrobić coś podobnego. A nie awangardowego.
W przypadku tej ikony nie chciałem improwizować nawet w najmniejszym stopniu. Jak wcześniej wspominałem, każdy szczegół w ikonie ma znaczenie: Chrystus z dwoma uniesionymi palcami i z torą w ręku, tron i poduszka, podnóżek do tronu pod stopami Matki Boskiej. Tam jest naprawdę mnóstwo elementów zaczerpniętych z tradycji wschodnich, gdzie jest popularny wizerunek Matki Boskiej
Tronującej – zasiadającej na tronie na poduszce. Pan Stanisław dołożył nakładanie korony przed anioły i trójkąt symbolizujący Boga. Po bokach są też dwa kościoły w Krakowie, które stoją na jednej linii z kościołem Miłosierdzia Bożego.
Dlatego przyłożyłem szablon do kamienia i wkładając ołówek między szablon a kamień centymetr po centymetrze przenosiłem każdą kreskę na kamień. Tylko przenoszenie rysunku zajęło mi cały dzień. Szkic na kamieniu był identyczny z projektem pana Stanisława.

PS: Co spowodowało o wyborze piaskowca Kopulak do wykonania tej płaskorzeźby?
ZZ: Podstawowym kryterium był kolor. Chodziło o jak najmniejszy kontrast między płaskorzeźbą a cegłą, z której jest wybudowany kościół. Pan Stanisław bardzo długo szukał materiału. W czasie targów w Poznaniu w 2017 roku usłyszał o czerwonym piaskowcu i dogadał się z właścicielem złoża. Dostał próbki i bardzo mu się Kopulak spodobał. Poszło zamówienie, ale były problemy – przede wszystkim z wymiarem. Materiał w jednym kawałku o wymiarach 2,20 x 1,60 m, do rzeźbienia, jednorodny, bez skaz to było wyzwanie. Nie dziwię się, że mógł być problem. Dopiero trzecia z dostarczonych płyt nadawała się na płaskorzeźbę.
A czasu było coraz mniej. Płyta trafiła do mnie na dziesięć dni przed terminem montażu. Jeden dzień zajęło mi rozrysowywanie i zastanawianie się nad kolejnością pracy. A potem już poszło: codziennie od siódmej rano – czasem nawet do północy. Jak skończyłem, to nawet mnie nie chciało się wierzyć, że taką płachtę zrobiłem w tak krótkim czasie.
Ale ze spokojem podchodziłem do tego zlecenia mając uczucie, że jakby jakaś ręka nade mną czuwała. Pewnie pana Stanisława. Chociaż w niektórych miejscach mógłby mi pogrozić, że nie tak to miało być. Na przykład na ikonach kąciki ust zawsze są w dół. A ja, pracując w kopulaku natrafiłem w tym miejscu na pustkę, która jest naturalną cechą Kopulaka. Źle to wyglądało: z jednej strony kącik ust był w dół, z drugiej podnosił się w górę – przypominało uśmiech Mony Lisy – więc podrobiłem i drugi kącik. Przed samym załadunkiem ikony do transportu zauważył to pan Andrzej Mikulski – projektant i przyjaciel pana Stanisława, twórca m.in. Projektu Centrum Jana Pawła II w Krakowie – i zapytał mnie, czy da się poprawić. Ale wtedy byłem w takim stanie, że wiedziałem, że jak wezmę do ręki jakiekolwiek narzędzie, to na pewno coś zepsuję. Więc odłożyłem to na później. Zwłaszcza, że pewne elementy ikony – zgodnie z pierwotnymi założeniami – będą złocone. Więc i tak będę jeszcze pracował przy tej ikonie.
Kopulak jest bardzo plastyczny. Pracując przy nim poznawałem jego właściwości i w każdym miejscu, które może wymagać poprawek, zostawiałem sobie margines bezpieczeństwa. Wynika to z właściwości materiału. Ten czerwony piaskowiec ma takie właśnie miejsca, które są nieco mniej zwięzłe i łatwiej poddają się narzędziom. Dlatego niektóre rzeczy wymusił materiał. Zresztą przy 5-centymetrowej grubości płyty w niektórych miejscach twarzy wchodziłem w głąb materiału na 3,5 cm. Więc zostawało tylko półtora centymetra – nie było zbyt dużego manewru, by oddać plastyczność twarzy.

PS: Pewnie dumny jesteś z tej pracy?
ZZ: Szczęśliwy, że udało się to wykonać i jeszcze dotrzymać terminu. I że mogłem zrealizować marzenie pana Stanisława. To było zwieńczenie dzieła jakim jest ten kościół w Krakowie. Użyłem słowa „marzenie”, bo trzeba mieć świadomość, że Stanisław Niemczyk zaprojektował ten kościół prawie 30 lat temu. Już wtedy miał wizję, że w tym miejscu będzie płaskorzeźba. Nie do końca miał koncepcję co ma być na tej płaskorzeźbie, z jakiego materiału i kto będzie wykonawcą. I dziś można powiedzieć, że dopiero w ostatnich chwilach swojego życia udało mu się zebrać i dopasować do siebie elementy tej układanki.
Po skończeniu ikony przez tydzień nie mogłem wziąć do ręki żadnego narzędzia. Kilkanaście godzin dziennie z elektronarzędziami, które wibrują i które trzeba mocno trzymać powoduje ogromne zmęczenie. Miałem tak przepracowane ręce, że w nocy nie mogłem spać. Za to w dzień, gdzie nie siadłem, to przysypiałem. Ciągłe skupienie i lęk przed nieprzewidzianym pęknięciem materiału wykańcza psychicznie. Odchorowuje się takie roboty. Fajnie się pracuje, człowiek zapamiętuje się w tym co robi – w takiej... ja wiem... twórczości rzemieślniczej. Tak, rzemieślniczej. Bo tylko rzemieślnik potrafi zrobić to, co zamierzał osiągnąć architekt czy projektant. Artysta nie podda się, musi dodać coś swojego. Fragment wykonany przez artystę może być jednostkowo piękny, ale może nie pasować do całości. Nie wiem, czy pan Stanisław byłby zadowolony z pracy z artystą. On miał w głowie każdy szczegół swojego dzieła, widział je całościowo. Choćby miejsce dla tej ikony. Została zamontowana na zewnątrz budynku kościoła przez ścianę sąsiadując z tabernakulum. A przestrzeń między tabernakulum a ikoną została przeszklona i widać przez nią niebo. Niesamowity pomysł!
PS: Jak przebiegł montaż ikony?
ZZ: Przewóz ikony poszedł bez problemu. Jak przyjechaliśmy nagle rozpadał się deszcz ze śniegiem. Zamarliśmy. Ale w momencie, kiedy płaskorzeźba dojeżdżała do wnęki, to wyszło słońce i towarzyszyło nam już do końca pracy.
Wnęka jest na zewnątrz, przy dość mocno uczęszczanej drodze. Kilkanaście metrów dalej jest przystanek autobusowy, na który podjeżdża mnóstwo autobusów. Ludzie z zaciekawieniem przyglądali się naszej pracy. Nie dziwne. Ikona robi wrażenie. Zwłaszcza wieczorem, kiedy jest podświetlona. Nawet taka zabawna sytuacja się przytrafiła. Po montażu obok wnęki przechodziła zamyślona pani, minęła ikonę, nagle stanęła jak wryta, obróciła się i na jej twarzy odmalowało się wielkie zaskoczenie.

PS: Gratuluję tej pięknej realizacji. A jakie masz plany na przyszłość?
ZZ: Ikona jeszcze wymaga kilku poprawek jak choćby wspomniane wcześniej kąciki ust. Żeby później pan Stanisław mi nie groził tam z góry. Pewne elementy ikony mają zostać jeszcze pozłocone. Trochę pracy zostało.
Pan Stanisław bardzo często powtarzał, że jeszcze przy kaplicy cmentarnej w Czechowicach-Dziedzicach, skąd pochodził, musi zaprojektować płaskorzeźbę Chrystusa wychodzącego z grobu. Tylko ciągle coś mu nie pasowało z wyborem materiału i powtarzał, że musi znaleźć odpowiedni wapień. Kiedy byłem na jego pogrzebie, to zobaczyłem, że to miejsce jest nadal puste. Więc czuję się zobowiązany i muszę wypełnić jego testament. Mam nadzieję, że pomoże mi w tym jego córka, która pewnie posiada jego rysunki i projekty, a przy okazji zrozumie jego zamysł, bo jest konserwatorem zabytków. Chcę to zrobić ku jego pamięci. Od siebie. I też jakby zakończyć cały jego zamysł – kościół w Czechowicach-Dziedzicach pan Stanisław też projektował, w każdym szczególe. Ale to temat na osobną opowieść i osobny artykuł.
Dziękuję za rozmowę.
