Reklama


Ludzie i miejsca

Rozmowa przy kawie z Zenonem Piekielnym

Autor: Paweł Szambelan   |   Data publikacji: poniedziałek, 25 lipca 2022 07:53

118_S20_1.jpg

Staram się dobrze z ludźmi żyć. Ze wszystkimi. Nie powiem o nikim złego słowa. I robię swoje. Trochę szczęścia, trochę przewidywania i dużo konsekwentnej pracy. Zaczynałem w 1975 roku. We wrześniu tu przyjechałem. Do siedemdziesiątego ósmego – o ile dobrze pamiętam – robiłem z wujem, a potem otworzyłem swój zakład. Łatwo policzyć, że w kamieniarstwie siedzę już prawie 50 lat.

 

Zaczynałem od nagrobków i płytek, jak pewnie wielu kamieniarzy w Strzegomiu. W tamtych czasach głównie robiło się pomniki z lastriko i przerabiało na płytki dostępny materiał. Były kłopoty z dostępnością materiału. Trzeba było naprawdę się starać, by coś zdobyć. W dodatku pracowałem, można powiedzieć, na dwa zakłady. Produkcja szła w Żdżarach koło Wielunia, skąd pochodzę, a tutaj postawiłem traka, żeby nie wozić bloków. Do Żdżar woziłem płyty i wycinałem nagrobki. Tak było ze 2 lata. Ale zauważyłem, że to nie ma sensu i przeniosłem całą produkcję tutaj, do Morawy koło Strzegomia.

Wtedy w starych stodołach się to wszystko robiło. Żeby się rozwijać, trzeba było wszystko od nowa pobudować, wstawić maszyny, uzbroić. Najpierw wstawiłem drugiego traka, potem dwie szlifierki kolankowe i piłę ramienną. Potem zaczęły być modne „diackersy”, więc wybudowałem 3 stanowiska i postawiłem pierwszego „diackersa”. Potem trzeba było budować resztę, całe zaplecze socjalne, stanowiska obróbki ręcznej.
Oprócz tego trzeba było zająć się transportem. To były takie czasy, że każdy szybko podłapywał cudze pomysły. Jak kiedyś zawiozłem trochę towaru w lubelskie, to miesiąc później okazało się, że do mojego klienta, za moimi plecami, zaczął wozić kamień ten, któremu miesiąc wcześniej kazałem zawieźć mój kamień. Trzeba było pomyśleć o własnym transporcie. Teraz mam trzy samochody ciężarowe. I ciągle są w ruchu.

Nigdy nie było czasu, by postawić większe biuro. Na razie obecne wystarcza i na razie nie widzę potrzeby, by teraz to zmieniać. Ale zakład cały czas rozbudowuję. Cały czas o tym myślę. Nowe maszyny, nowe stanowiska. Jak jest możliwość, to dokupuję terenu. Staram się też o zamianę działek tak, by wszystko było obok siebie.

[telefon, klient dzwoni]
O widzisz, poczekaj. Muszę sobie wszystko zapisać. Jak miałem pomiędzy 20 a 30 lat, to na tydzień czasu, na każdy dzień z sobotą włącznie, miałem wszystko zaplanowane w głowie co do godziny. Teraz muszę sobie wszystko pisać. Mam tych notesów już ze 20. Ale jak sobie tylko przypomnę datę, kiedy chcę coś sprawdzić, to wszystko znajdę: kto, z kim, ile i za ile.

Wracając do historii: na początku lat 90. w Strzegomiu nie było sklepu mechanicznego. Potrzebne było łożysko lub pasek klinowy, to trzeba było jechać do Jawora, Legnicy, Wrocławia. Po śrubki, po gwoździe, po wszystko. Otworzyłem więc sklep, który prowadziła moja żona. I to nawet dobrze szło. Teraz nastawiali tych supermarketów i już nie jest tak łatwo. Ale po łożyska i tak muszą do mnie przyjechać.
Później byłem pierwszym właścicielem hotelu Granit. Ale nikt nie chciał pracować. Nie było komu się tym zająć, ja miałem kamieniarstwo – nie mogłem się wszystkim zajmować, więc sprzedałem.

Przez cały czas coś buduję, remontuję. Dom w mojej rodzinnej miejscowości, dom, w którym teraz mieszkam, kamienicę dla córki, firmę. Ciągle nowe inwestycje. W tym roku wykańczam kamienicę w Strzegomiu, z lokalami na wynajem – biurowymi, mieszkalnymi. Cały czas coś robię, cały czas czymś żyję. Mam zajęcie. Patrzę na moich znajomych, rówieśników – przeszli na emeryturę, zatrzymali się, spędzają czas w przychodniach.

Skąd się to wzięło? Obserwowanie sytuacji, wypatrywanie okazji, trochę przewidywanie, a przede wszystkim konsekwentne parcie do przodu. Trzeba coś robić, bo jak zaczynasz od liczenia, a potem tylko liczysz i liczysz, to pojedynczo nic się nie opłaci. Ojciec mi powtarzał: „Słuchaj synu, jak będziesz wszystko rachował, to nic się nie opłaci. Ale jak się robi, to zawsze coś musi zostać.” Oczywiście liczyć trzeba.

Była zima. Niektórzy kamieniarze nie pracowali, czyli nie kupowali bloków. Więc ja zapełniałem magazyn blokami. Mam zasadę, że nie trzymam pieniędzy, tylko kapitał obrotowy zamieniam na towar. A co się z cenami bloków dzieje, to wszyscy widzą. Nikt nie jest w stanie zagwarantować ceny za 3 miesiące. Nikt nie wie, co będzie za miesiąc. A na razie roboty jest dużo. Przynajmniej w zakresie, którym ja się zajmuję.

Obecna produkcja Granit Zen to głównie budowlanka. Krawężniki uliczne, drogowe, mostowe – proste i łukowe. Płyty chodnikowe też robię. A odpady przerabiam na kostkę. Głównie to nasz granit strzegomski. Ale mam też bloki ze Szwecji. Pewnie wkrótce się sprzedadzą i będzie wolne miejsce na kolejne zakupy.
Mam swój rytm dnia. Chodzę wcześnie spać, więc o czwartej już człowiek nie śpi. I co mam robić? Poleżę do godziny 5.00, przez 15 minut poczytam wiadomości i wstaję. Ogolę się i jadę do firmy. Tam już czekają moje dwa psy – wycałują, wyliżą, a przy tym parskają, bo to po wodzie kolońskiej. Ale czekają na mnie. Na 6.00 przychodzą ludzie do pracy. Rozdzielę zadania i o wpół do ósmej jadę na śniadanie.

Widzisz… Poza tym mam po co wstawać. Dla mojej córuni to robię. Jest w liceum i planuje rozpocząć studia. Uczy się dobrze, zna 3 języki, zaczyna czwarty. Na przyszły rok będzie maturę zdawać. Więc jeszcze z 5 lat nauki przed nią. Pewnie nie zostanie w branży kamieniarskiej. Często mi powtarza, że w branży, w której by chciała pracować, to jednym zleceniem zarobi tyle, co ja przez rok. A praca w kamieniarce ciężka.
Wszędzie, gdzie przychodziłem, to była goła ziemia. Nie lubię się chwalić, ale jak popatrzę do tyłu, to wszystko sam postawiłem. I nikt w tym nie pomagał, jeśli chodzi o sprawy organizacyjne i finansowe. Nie dostałem żadnego spadku, tylko cały czas kredyt i robota, kredyt i robota. Ale nie żałuję tego. Dobrze, że mam tę córunię.
Ja tylko się cieszę, że zdrowy jestem.

 

 

przeczytaj cały artykuł

Rozmowa przy kawie z Wiesławem Berezickim

Autor: Paweł Szambelan   |   Data publikacji: środa, 11 maja 2022 01:00

 W wielu zachodnich firmach produkujących maszyny kamieniarskie klienci mogą zamawiać jedynie towar „z katalogu”, u nas – w Promaszu – jest inaczej. Zawsze uważałem, że to klient zna swoje potrzeby lepiej niż ja. To on wie, czego mu potrzeba, ja jestem wykonawcą jego wizji, a tylko czasami doradcą.

Takie podejście niesie za sobą oczywiście spore ryzyko, ale i dużą satysfakcję, jeżeli się uda. Pamiętam kilka takich historii. Kiedyś przyjechał do nas klient zajmujący się łupkiem. Nie jest to typowy materiał. Życzenie klienta także było nietypowe – pokazał mi film maszyny automatycznej z pasami transportującymi do tego, co chciał produkować. Nigdy wcześniej nie robiłem takiego urządzenia. A klient chciał znać cenę, musiałem dość szybko zdecydować, czy się podejmę zadania. Tym razem opłaciło się, bo za jakiś czas zamówił drugą taką maszynę.

Innym razem mój stały klient przyjechał z wizją bez filmu czy zdjęcia. Dostał duże zlecenie i potrzebował pod nie maszyny, której nie mógł znaleźć w moim, ani w innych katalogach producentów maszyn. Zarwałem noc, ale i tym razem się udało.
Oczywiście nie w jedną noc. Tak działamy. Klient przywozi pomysł, a my robimy. Ciężko ocenić, ile rodzajów maszyn opuściło mój zakład, nie tylko do kamieniarstwa. Robiliśmy już maszyny do cięcia i węgla i cegły i betonu itp. Dopasowywaliśmy do potrzeb, wielkości, do konkretnego zadania.

Często używam zwrotu my, bo moja firma zatrudnia 60 osób. Te nietypowe życzenia klientów ja ubieram w plan, ale w dalszej części tworzę maszynę z moimi pracownikami, stąd tak duże zatrudnienie. Jeżeli mielibyśmy produkcję tylko katalogową, myślę, że spokojnie wystarczyła by mi połowa obecnego zatrudnienia.

Kamieniarstwo dziś różni się stanowczo od tego, co było jeszcze 10 lat temu. Żeby sprostać oczekiwaniom rynku, nie możemy stać w miejscu. Dlatego stawiam na nowoczesność i rozwój.
W tym roku na przykład dostaliśmy dotację na robotyzację. Robimy zrobotyzowaną spawalnię, aby nie zwiększając zatrudnienia zwiększyć produkcję oraz zmniejszyć, bądź chociaż utrzymać, ceny, co chwilowo jest niemożliwe. Żyjemy w trudnych czasach. W tamtym roku płaciłem 2,50 zł za 1 kg stali, dziś to już 12 zł – a jak się nietrudno domyślić bez stali nie ma maszyn. Inflacja dotyka każdego z nas.

Tym bardziej zależy mi na ciągłym unowocześnianiu zakładu, bo tylko to pozwoli na zmniejszenie kosztów produkcji.
Jakiś czas temu rozpocząłem budowę nowej hali i biurowca w trochę innej lokalizacji, dużo wygodniejszej. Jak Bóg da, to chciałbym zrobić uroczyste otwarcie na jesień tego roku. Ma być to nie tylko hala do montażu, testów i odbiorów maszyn, ale chciałbym, a w zasadzie takie miałem zawsze marzenie, żeby mieć miejsce, w którym klienci zobaczą cały zestaw naszych maszyn. Zobaczą, co jak pracuje, co z czym współpracuje i jak maszyny można połączyć w kompletny ciąg technologiczny.
Corocznie starałem się pokazać to na targach. Nasza firma przez lata, w zasadzie od początku istnienia, brała udział w rozmaitych targach kamieniarskich. Jedne z pierwszych w Wałbrzychu, później Wrocław i Poznań. Wystawialiśmy się również poza granicami kraju: w Norymberdze, Weronie, Moskwie, Chicago czy Las Vegas.
Jednak muszę przyznać, że zawsze miałem niedosyt, byłem ograniczony miejscem, czasem i – nie oszukujmy się – pieniędzmi, aby w całości, a przynajmniej tak jakbym chciał, przedstawić nasz wachlarz możliwości. Mam nadzieję, że planowane przeze mnie otwarcie zrealizuje to marzenie.

To mnie zawsze trochę bolało, że przyjeżdża do mnie klient, mówi co robi, co by chciał, a ja – chcąc mu doradzić jak najlepiej – mogę tylko mówić. Dotychczas nie miałem możliwości pokazania kilku maszyn z różnym doposażeniem i w różnej cenie, żeby mógł jak najlepiej dopasować ją do swoich potrzeb.
Klient chce kupić dobrą i tanią maszynę. Nie, nie. Proszę tak nie patrzeć. Dobrą i tanią – jedno drugiego nie wyklucza. To, że maszyna jest droga, wcale nie oznacza, że jest dobra. Czy droga maszyna lepiej wykona robotę? Niekoniecznie. Ale może wykonać inną robotę, bardziej skomplikowaną, albo jest bardziej precyzyjna, a akurat wykonujemy wyjątkowo dokładną pracę i wówczas warto zapłacić więcej. Dlatego tak zależy mi na tej możliwości porównania.

Nasza produkcja opiera się o maszyny, które dobierałem właśnie pod nasze potrzeby. Część z tych maszyn jest znanych japońskich marek: Mazak, DMG, Okuma, ale mamy również koreańskie Dosany itp.
Każdą z maszyn dobierałem według potrzeb firmy i możliwości finansowych. Rozumiem świetnie, że nie zawsze potrzeba wielkiego kombajnu za setki tysięcy, chodzi o to, żeby maszyna robiła robotę taką, jaką właśnie mamy do zrobienia. Stąd tak chętnie spełniam „nietypowe życzenia klientów”. Bo maszyny mają pracować i zarobić na siebie, mojego klienta i jego marzenia.
Promasz jest znany nie tylko w Polsce. Wielu klientów sięga właśnie po nasze maszyny. Przez lata stały się bardzo konkurencyjne na rynku kamieniarskim. Nasi konkurenci mają lepszy design. To prawda, że nie przykładaliśmy jeszcze do niedawna tak dużej wagi do wyglądu. Jednak w tych czasach, jak to mówią, „musi oko cieszyć”. Dlatego teraz w tę stronę planujemy się również rozwinąć, powoli zaczniemy to nadrabiać. Jednak gdybyśmy skupili się na samym aspekcie technicznym, z wyłączeniem wizualnego, to nie znajdziemy wielu różnic, ani w jakości podzespołów, ani konstrukcji, ani innowacyjności.

Wysyłamy maszyny na wszystkie strony świata. Produkcja na Polskę to około 40%. Maszyny Promaszu pracują w Emiratach Arabskich, Stanach Zjednoczonych, Kanadzie, w Anglii, a nawet do Włoch kilka maszyn pojechało. Bardzo dużo naszej produkcji idzie na wschód: Litwa, Łotwa, Estonia, Kazachstan, Rosja, Ukraina. Również Czechy i kraje południowe. Niedawno montowaliśmy 3 maszyny w Santa Lucia (państwo i wyspa na Morzu Karaibskim – przyp. red.). Dzisiaj ładujemy i wysyłamy maszynę do Finlandii. Jeszcze nie mamy maszyn w Chinach, Indii i Australii, ale myślę że to kwestia czasu (śmiech).
Kiedyś przyjechali klienci z Czech z państwowej firmy, z zapotrzebowaniem na piły linowe. Mieli piłę linową, ale twierdzili, że nie są w stanie wykonać na niej tak dokładnego cięcia jak potrzebowali (ta firma robiła okładziny kamienne do statków – kamień cięty jest na grubość 0,8 cm i naklejany na takie specjalne sztuczne tworzywo o dużej wytrzymałości i lekkości styropianu – potem taka płyta jest polerowana przed montażem). Zaproponowałem: weźcie moją linę, moja da radę. Jako to? Inne mają problem, a pana tak po prostu da radę? Weźcie i sprawdźcie – powtórzyłem. Posłuchali, wzięli pierwszą na próbę. A po 3 miesiącach wrócili po drugą, potem trzecią powtarzając, że tylko maszyny z Promaszu są w stanie ciąć takie plastry.

Najważniejsza jest konstrukcja – czyli słup – on jest prowadnikiem. Dzięki naszej autorskiej konstrukcji możemy ciąć bardzo precyzyjnie, a nasze piły linowe wytrzymują 10, 15, a nawet 20 lat bez obaw o dokładność.
Jesteśmy też otwarci na nowe – tego nauczyłem się jeszcze 30 lat temu. Zawsze warto sprawdzać nowe technologie i szukać ulepszeń. Ostatnio odwiedziłem Japonię i Koreę, by dobrać nowe moduły sterujące do naszych maszyn. W tej chwili nasze maszyny są wyposażane w sterowanie Mitsubishi. Wysoka technologia jest dostępna na wyciągnięcie ręki.

Proszę nie robić mi zdjęć. Na zdjęciach zdecydowanie lepiej prezentują się moje maszyny. Firma dobrze, że jest znana, logo wszyscy rozpoznają i mi to w zupełności wystarcza.
Prywatnie? Cóż... Mam już swoje lata (śmiech). Osobiście lubię popływać, pojeździć na rowerze, zwłaszcza że okolicę mamy tu piękną. Dużą przyjemność sprawiają mi spotkania z ludźmi. Oczywiście jak tylko jest czas, bo z tym różnie bywa – mam obowiązki: jestem mężem, ojcem, ogrodnikiem i od niedawna dziadkiem. Lubię rozmawiać z ludźmi, zawsze mnie ciekawiło co myślą. Rozmowa z drugim człowiekiem zawsze czegoś uczy.

W tym roku chciałbym zakończyć wszystkie rozpoczęte inwestycje. Doprowadzić do tego, by wszystko prosperowało tak, jak powinno. Chciałbym wreszcie więcej czasu przeznaczać na swoje przyjemności. Już niedługo będziemy mieli nową siedzibę z showroomem i dwie hale spawalnicze, w których będą pracowały roboty. Jak budowa w nowej lokalizacji dobiegnie końca, to planujemy zrobić dni otwarte i zaprosić na nie kamieniarzy. Dlatego zakończę słowami: do zobaczenia!

 

 

przeczytaj cały artykuł

Schody Potiomkinowskie

Autor: Anna Skolak   |   Data publikacji: poniedziałek, 14 marca 2022 01:00

_сходи_11.jpg

Spośród internetowych rankingów „10 najpiękniejszych...” dziś na tapet weźmiemy najpiękniejsze schody świata. W zdecydowanej większości tych zestawień natkniemy się na te z przepięknej, malowniczej, nadmorskiej Odessy.

To symboliczne wejście do ukraińskiego miasta od czasu ich powstania w XIX wieku nosiło już wiele imion. Początkowo były nazwane „Gigantycznymi schodami”, następnie „Schodami przymorskimi”, „Ryszeliowskimi”, „Bulwarowymi” i wreszcie od 1955 roku znane są jako „Schody Potiomkinowskie”. Ich powstanie zawdzięczamy włoskiemu architektowi z XIX wieku Francesco Boffo oraz pomocy Abrahama Mielnikowa i Pottiera.

Pierwotna nazwa “Gigantyczne” miała swoje uzasadnienie – liczą one 192 stopnie, mają długość 132 metrów, a różnica poziomów wynosi 27 metrów. Początkowo zbudowane z piaskowca zastąpione zostały w 1933 roku stopniami wykonanymi z granitu z Podola. Rozszerzająca się ku dołowi konstrukcja schodów sprawia, że patrząc na nie z góry odnosi się wrażenie, jakby stopnie były tej samej szerokości. W rzeczywistości jednak najniższy stopień ma ok. 21,5 metra, najwyższy zaś 12,5 metra. Dodatkowo patrząc z góry, nie zobaczymy schodów, jedynie podesty. Z dołu natomiast efekt będzie odwrotny – zobaczymy jedynie schody.

116potiom.jpg

Zdjęcia:
z lewej: Schody w Odessie (Ukraina) – widok z dołu (źródło: www.traveliger.pl)
z prawej: Schody w Odessie (Ukraina) – widok z góry (źródło: www.youtube.com, profil: Sylwia K_Podróże, kadr z filmu ODESSA SCHODY POTIOMKINOWSKIE)

Prócz wywołującej złudzenie optyczne konstrukcji, schody kryją jeszcze kilka tajemnic i ciekawostek. Początkowo stopni było 200, podczas renowacji zredukowano ich liczbę do obecnej. Mieszkańcy twierdzą jednak, że ta ósemka nie została usunięta, a jedynie zakopana i do dziś znajduje się pod jezdnią ulicy Nadmorskiej.

Pełnią one również ważną rolę w życiu kulturalnym mieszkańców. Służąc jako trybuny umożliwiają organizację koncertów, pokazów, festiwali. Raz w roku organizowane są również zawody w bieganiu po schodach w górę, a obecny rekord wynosi 22,8 sekundy!

Jeżeli nigdy nie byliście w Odessie i nie przeglądaliście list topowych schodów, a w głowie pojawiła się myśl „gdzieś je już widziałem”, bardzo możliwe, że stoi za tym film Siergieja Eisensteina “Pancernik Potiomkin” (1925 r.). Ta prawie już stuletnia produkcja zdecydowanie przyczyniła się do ich rozsławienia. Schody zagrały też w filmie Juliusza Machulskiego pt. “Déjà vu” (1989 r.).

Dodatkowo były inspiracją dla tych znajdujących się w Polsce przy Operze i Filharmonii Podlaskiej w Białymstoku oraz w Parku Marszałka Edwarda Śmigłego-Rydza w Warszawie. Mogliście więc spotkać w naszym kraju ich zmniejszone i lekko różniące się wersje.

 

Zdj. Przykład złudzenia optycznego – najniższy stopień jest około 1 m szerszy niż najwyższy (IKEA, Wrocław)

przeczytaj cały artykuł

Dom nad wodospadem Franka Lloyda Wrighta

Autor: Kurier Kamieniarski   |   Data publikacji: środa, 15 września 2021 08:48

kk113_s54_03.jpg

Poszukiwania w sieci inspiracji dla branży to ciekawe doświadczenie. Tym razem zaowocowało znalezieniem jednego z najbardziej znanych domów na świecie. To budynek prywatny, który powstał w latach 30-tych XX wieku.
Fallingwater, bo tak brzmi jego nazwa. został ukończony w 1937 roku.

Dom znajduje się w Mill Run koło Ohiopyle (w stanie Pensylwania w USA) i został wybudowany na zlecenie Edgara J. Kaufmanna z Pittsburgha. W pierwotnym założeniu miał zostać zaprojektowany w sąsiedztwie potoku Bear Run, jednak autor projektu Frank Lloyd Wright poszedł krok dalej i zaprojektował dom bezpośrednio nad wodospadem, zapewniając mieszkańcom widok na wodną kaskadę.
Do budowy domu użyto kamieni z okolicznych kamieniołomów oraz zbrojonego betonu. Ale wielkie głazy leżące w strumieniu w miejscu budowy pozostawiono nietknięte. Jeden z nich delikatnie wystaje z podłogi w salonie.
Całość budynku jest mocno przeszklona, zapewniając mieszkańcom stały kontakt z naturą. Przeszklenia nie są mocowane w ramach – szkło znika w kamieniu.

kk113_s54_02.jpg

Schody zaprojektowano tak, że schodzący nimi ma wrażenie, że schodzi prosto do strumienia.
Dom nad wodospadem ma powierzchnię 495 m2, z czego 227 m2 stanowią tarasy. Pierwotnie kosztorys budowy opiewał na 35 tysięcy dolarów, – ostateczny koszt budowy zamknął się kwotą 155 000 $.

W 1965 roku właściciel przekazał budynek stanowi Pensylwania na muzeum. Jego stan wskazywał, że wymaga gruntownego remontu. Renowacja trwała 20 lat i pochłonęła 11,5 mln dolarów.

W 2019 roku Fallingwater – wraz z 7 innymi pracami Wrighta – został wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO. A jako ciekawstkę można dodać, że obiekt znalazł się w kolekcji Lego pt. „Klasyki architektury”.
.

przeczytaj cały artykuł

Nagrobek inny niż wszystkie

Autor: Kurier Kamieniarski   |   Data publikacji: środa, 03 marca 2021 10:55

110_Str_72_02.jpg

Zwiedzanie miast dość często obejmuje również nekropolie. Nic dziwnego, można na nich znaleźć miejsca spoczynku postaci, które odcisnęły swoje piętno na historii świata, literaturze czy sztuce. Są to również miejsca, gdzie wielcy rzeźbiarze postawili swoje dzieła, jako pomniki tych wielkich.

Są wśród nich perełki rzeźbiarskie, są i wyjątkowo oryginalne upamiętnienia.
Jednym z takich miejsc jest cmentarz komunalny w Sainte-Geneviève-des-Bois pod Paryżem. Jest to prawosławny cmentarz, na którym pochowano 15 tysięcy emigrantów rosyjskich, głównie uciekinierów z Rosji po rewolucji październikowej oraz ich potomków. Na cmentarzu pochowano wiele znakomitości. Między innymi znanego filmowca Andrieja Tarkowskiego, laureata literackiej nagrody Nobla Iwana Bonina, księcia Feliksa Jusupowa, współautora zamachu na Raskuputina.

Jest też tam pochowany jeden z największych tancerzy w historii baletu - Rudolf Nuriejew. Ten artysta uciekł na zachód w 1961 roku. Finalnie związał się z baletem opery paryskiej, której został dyrektorem w 1983 roku.
Zmarł na AIDS w 1993 roku. Jego nagrobek zaprojektował przyjaciel z Włoch Ezio Frigerio, z którym poznał się, gdy ten projektował scenografię do baletu Romeo i Julia.

Projekt nagrobka jest odniesieniem do pochodzenia tancerza, który wywodził się z muzułmańskiej rodziny tatarskiej, oraz pasji Nuriejewa kolekcjonowania pięknych dywanów i antycznych tekstyliów. Nagrobek to w głównej części mozaika wyglądająca jak dywan. Praca jest wyjątkowo realistyczna.
Ten nagrobek jest jedną głównych atrakcji tego cmentarza. Warto przyjrzeć się zarówno nietypowej koncepcji, jak i perfekcji wykonania.

110_Str_72_03.jpg

przeczytaj cały artykuł
Strona 3 z 12
dfgdfgdfg

Najnowszy numer
4/2026 (143)

sierpień-wrzesień 2026

Zamów darmową prenumeratę

Ogłoszenie drobne
kup, sprzedaj, zamień...

Domeny na sprzedaż
2026-08-26 00:00:00
DOMENY NA SPRZEDAŻ spiekikwarcowe.com.pl, marmur-granit.com ZAPROPONUJ SWOJĄ OFERTĘ malwinawyrwiak@sole.pl, tel. 510 047 890

Reklama W Kurierze
Poznaj zalety naszego pisma

  • Kurier Kamieniarski to dwumiesięcznik – najstarszy na rynku kamieniarskim, wydawany od 1997 r. Jest bezpłatnie wysyłany do ponad 4.000 osób i firm związanych z branżą kamieniarską.
  • Nasza baza adresowa jest na bieżąco aktualizowana, a co tydzień dopisujemy do niej nowe firmy. Stale zdobywamy nowe kontakty biorąc udział w targach i spotkaniach branżowych.
  • Osiągamy ponad 99% skuteczność - z wysłanych 4.000 egzemplarzy wraca do nas nie więcej niż 30-50 szt.