
„Wszystkiego można się nauczyć” pomyślałam i weszłam w ten kamieniarski świat. Dziś uważam, że to była dobra decyzja i nadal cieszy mnie praca w tej branży.

Po skończeniu 2 kierunków studiów – zarządzanie i filologia angielska – moją pierwszą pracą była szkoła. Jednak kiedy urodziłam dwójkę dzieci, postanowiłam, że do szkoły nie wrócę. Po prostu uznałam, że to nie dla mnie. Czytając ogłoszenia o pracę, trafiłam na ogłoszenie firmy Legs – poszukiwali asystentki produkcji w hurtowni Magma. To była nowa jednostka biznesu dla właściciela firmy. Kiedy aplikowałam do tej pracy, Magma działała zaledwie od roku.
Wiedziałam, że chodzi o kamień. Nic nie wiedziałam o kamieniach, ale od zawsze wyznawałam zasadę, że wszystkiego można się nauczyć. Właściciel docenił moje zaangażowanie i awansował mnie – najpierw na stanowisko specjalisty do spraw logistyki, a potem dyrektora. To był czas dobrej koniunktury i udało się rozwinąć firmę dość szybko.
Od momentu przejścia do „logistyki” – czyli 15 lat temu – zaczęłam jeździć po świecie w poszukiwaniu kamienia. Bardzo to lubię, bo lubię podróżować, poznawać nowe miejsca. Magma ma szeroką gamę kamieni; byłam więc w Brazylii, Chinach, Indiach, Hiszpanii, Grecji, Portugalii i oczywiście we Włoszech. Możliwość zobaczenia nie tylko pięknych kamieni, ale poznania też innych krajów to niewątpliwie zaleta mojej pracy. To, co jeszcze w mojej pracy jest fajnego, to duża samodzielność i możliwość podejmowania decyzji. Wiem, że jeśli jest sukces, to wynik moich decyzji i pracy (wraz z zespołem oczywiście). A jeśli coś poszło nie tak, to też tylko moje błędy. Pewnie, że to stresujące, ale daje niesamowitą satysfakcję, kiedy okazuje się, że decyzje były właściwe.
Właściciel firmy nie zna naszej branży, zaufał mi i interesują go wyłącznie efekty finansowe działalności. Mam absolutnie wolną rękę. To jednak wymaga zaangażowania. Kiedy zaczynałam, to naprawdę poświęciłam mnóstwo czasu, żeby wiedzieć o kamieniu jak najwięcej, żeby poznać ludzi i problematykę. Tylko tak można skutecznie działać.
W handlu B2B klienci są stali. Można ich poznać i zrozumieć ich potrzeby. Znamy się od wielu lat i te bliskie relacje są podstawą. Zawsze można do nich zadzwonić, a i oni czasem dzwonią po prostu zapytać, co słychać. Kontakty w naszej branży są luźne, nie pod krawatem – i mi to bardzo odpowiada. Dzięki takim nieformalnym relacjom łatwiej zrozumieć potrzeby klientów i im pomóc. Jak powiedziałam: wszystko jest kwestią chęci i uczenia się. Klienci i dostawcy to tak naprawdę najlepsze źródło wiedzy.
Kamieniarstwo to raczej męski świat, ale w zasadzie nie mam z tym złych doświadczeń. Zdarzyło się kilka razy na początku mojej pracy, że oczekiwano rozmowy z szefem, a nie szefową, ale… Na szczęście w kontaktach z branżystami to rzadkie przypadki, a po tylu latach w branży raczej czuję się doceniana przez klientów i nie mam kompleksów.
Personel Magmy nie jest duży. Do niedawna było nas trzynaścioro – ale 4 osoby odeszły i teraz załoga liczy 9 osób. Może i dobrze, bo warunki rynkowe są trudne i pewnie pojawiłaby się konieczność redukcji zatrudnienia. Niestety dwie osoby, które odeszły, poszły do pracy do konkurencji, ale to ich wybór – nie można się obrażać – takie życie.
Jeśli chodzi o życie poza pracą, to wypełnione jest rodziną, spotkaniami z przyjaciółmi, gotowaniem i licznymi hobby. Moje dzieci są prawie dorosłe, więc mam więcej czasu dla siebie. Lubię gościć u siebie bliskie mi osoby i chodzić w gości też lubię. Jestem typem aktywnym, siedzenie przed telewizorem nie jest moim ulubionym zajęciem, więc regularnie uprawiam fitness. Od dwóch lat uczę się gry na saksofonie.
Kocham muzykę, ale nie mam głosu do śpiewania, więc wybór padł na saksofon. Uważam, że to wspaniały instrument i ta nowa rozrywka sprawia mi ogromną frajdę. Jest mnóstwo innych rzeczy, które chciałabym robić, ale to jeszcze chwilka. Mam taką zaletę, że się nigdy nie nudzę i zawsze mi się chce robić coś jeszcze.

Są na świecie kamienne zabytki budzące podziw kunsztem kamieniarskiej pracy. Warto je przypominać, aby uzmysłowić sobie, że kamieniarze przez wieki uznawani byli za grupę posiadających wiedzę tajemną.
Wiele z tych budowli znamy: egipskie piramidy, zabytki Grecji czy Rzymu. Są jednak takie, które ze względu na lokalizację trudno odwiedzić. Jednym z nich jest słynna Petra – starożytne miasto w Jordanii. Według badaczy powstawała między III wiekiem przed Chrystusem a III wiekiem naszej ery.
Petra nie od razu była wykuta w skale. Pierwsi Nabatejczycy, którzy przybyli w to miejsce, mieszkali w namiotach. Ze zmianą trybu życia – z koczowniczego na osiadły – zaczęły powstawać pierwsze elementy stałej architektury. Wśród nich te wykute w skale. Były to świątynie, pałace, grobowce. Powstał również ogromny teatr będący jedną z najbardziej spektakularnych budowli miasta. Teatr mieścił nawet 10 tysięcy widzów. Szacuje się, że za czasów króla Aretasa IV liczba mieszkańców wahała się w granicach 30-40 tysięcy.
Nabatejczycy, jako koczownicy, nie mieli wcześniejszych doświadczeń architektonicznych, dlatego czerpali z doświadczeń innych kultur. Petra jest skrzyżowaniem stylów architektonicznych egipskich, syryjskich, greckich (przede wszystkim hellenistycznych) i rzymskich. Po dodaniu zdobień z kultury nabatejskiej powstał charakterystyczny styl tego miejsca. Znaczną część obiektów Petry wykuto w czerwonym piaskowcu.
Specyficzna kolorystyka tego materiału spowodowała, że zaczęto aglomerację nazywać Różowo-Czerwonym Miastem. Badania geologiczne wykazały, że podstawowa skała powstała ponad 5 miliardów lat temu, natomiast charakterystyczne wzory są dużo młodsze i powstały w ciągu ostatnich 60 milionów lat. Przyczyną była działalność mikroorganizmów, które trafiły tu wraz z wodą lub żyły w uśpieniu w piaskowcu. Ciekawostką jest, że nie czerpały energii ze Słońca (jak większość form życia na Ziemi), lecz z metabolizmu syderytu – minerału z gromady węglanów występującego w skałach i stabilnego wyłącznie w środowisku beztlenowym. Tlen, który przedostał się do skał wraz z wodą, umożliwił mikroorganizmom rozkładanie syderytu, czego produktem ubocznym był tlenek żelaza, przyjmujący postać jasnych wzorów na powierzchni skał.
W 2007 roku Petra została ogłoszona jednym z siedmiu nowych cudów świata.


Jest taki pałac, co urodą równa się najpiękniejszym w naszym kraju, a nie jest on powszechnie znany. Mieści się raptem 8 km od Strzegomia, ale nawet strzegomianie niewiele o nim wiedzą.

Przez długi czas był tam ośrodek: najpierw kopalni, potem huty, wreszcie kolonijny dla dzieci. Żaden z użytkowników nie pozostawił po sobie dobrego wspomnienia dla murów i stanu zachowania zabytku. Dachy ciekły, mury grzybiały, ludzie rozkradali co się dało. Jak to w bezpańskim majątku. Aż… stał się cud.
Pałac swą urodą zachwycił parę młodych ludzi, którzy przejeżdżali tamtędy do Strzegomia po granit na ogrodzenie. Stanęli jak wryci. Oniemiali na widok piękna samej budowli, fosy, zdziczałego parku. Siedzieli w samochodzie ponad godzinę, nie mogąc ruszyć się z miejsca. Zaczęli dochodzić, czyje to, dlaczego w takim stanie, a może można by to… Bo to marzenie życia: kupić pałac… Krok po kroku sfinalizowali to.
Są właścicielami – zapaleńcami jego odrestaurowania i przywrócenia do dawnej świetności. Kto raz – tak jak ja – pojawił się tam, spotkał się z nimi i z pałacem, ten na zawsze odmieniony do domu już wróci. Jest czym oko cieszyć: kamieniarka najprzedniejsza na całym Dolnym Śląsku, kominki z Dębnika, Carrary i hebanu.
Ściany, na których pozostały ślady jedwabnego poszycia, ceramiczne kolumny, tralki i głowice wypalane w nieistniejących już fabrykach ceramiki tego regionu. To tylko parę zajawek tego, co tam znajdziecie. Nie wspomnę o parku, który ma 4 hektary, ruinach oranżerii czy fontannach.
Warto tam wpaść. Na chwilę – to za krótko. Na pół godziny – wyjdziecie, po siedmiu nie chce się stamtąd wracać. Bo i po co? Mam nadzieję, że tych parę zdjęć będzie wystarczającą rekomendacją do odwiedzin.
A co to za pałac? Pałac w Roztoce, drugi co do wielkości pałac Hochbergów na Dolnym Śląsku, większy od pałacu w Pszczynie i nieznacznie mniejszy do Zamku Książ.
Jeśli zaplanujecie wyjazd, piszcie pod adres biuro@zamekroztoka.pl lub dzwońcie 788 905 053.
www.zamekroztoka.pl
www.facebook.com/ZamekRoztoka

#RafałFrankiewicz #rafalfrankiewicz

Mimo że produkuję oczyszczalnie i nie pracuję w kamieniu, to mój związek z kamieniem i kamieniarstwem jest bardzo mocny. Można powiedzieć nawet, że historyczny. Mój dziadek miał zakład kamieniarski w Strzegomiu już w 1973 roku. Moja mama zaczęła działać w branży w 1991 roku w Opolu sprzedając dla kamieniarstwa chemię. Dołączyłem do niej po zakończeniu nauki w 1996 roku.
W tamtych czasach „chemię” najskuteczniej sprzedawało się, jeżdżąc od klienta do klienta. Ja również jeździłem z towarem, odwiedzając zakłady kamieniarskie. Dość szybko jednak pojawiła się możliwość wykorzystania wykształcenia mechanicznego.
W sumie pomysł podsunął Bernard Knapik – w owym czasie znany kamieniarz spod Strzelec Opolskich. Pokazał mi jakąś oczyszczalnię z Zachodu i powiedział, że coś takiego by potrzebował. Przygotowałem projekt i zrobiłem pierwszą oczyszczalnię. Prototyp zamontowałem do testów u rodziny w Strzegomiu. Byli zadowoleni – tak to się zaczęło.
Gdzieś po drodze pojawił się też pomysł niezwiązany z oczyszczaniem wody, ale też związany z konstrukcjami mechanicznymi. Pomysłodawcą był również kamieniarz. Miał problem z obróbką „napisówek” i chciał mieć stół obrotowy, który mógłby obracać się we wszystkich osiach. Zrobiliśmy taki stół. To był hit. Pokazaliśmy tę konstrukcję na targach we Wrocławiu i stoisko było oblegane. Głównymi produktami zawsze jednak były oczyszczalnie.
Kiedy w latach 2008 – 2009 było małe tąpnięcie na rynku, szukaliśmy innego rynku zbytu. I tak trafiliśmy do innych branż. Najpierw jako podwykonawca, potem już samodzielnie. To jednak były trudne tematy. Często robiliśmy rzeczy mocno niedoskonałe – ale tak klient chciał. Nasze przekonywania, że to jest źle zaprojektowane, nic nie dawały. Ktoś coś wymyślił i tak miało być. Ta przygoda trwała około trzech lat. Potem wróciliśmy do oczyszczalni.
Jak zaczynałem z oczyszczalniami, to wydawało mi się, że trzeba je promować pod hasłem ekologii. Ekologia nie działała. Do ludzi przemawiają pieniądze. Przecież wszyscy wiedzą, że inwestycję w zakład zaczyna się od maszyn produkcyjnych – kto myśli o oczyszczalni wody? Dopiero pokazywanie zmniejszenia kosztów przekonuje do takich inwestycji. Obecnie kamieniarze mają świadomość, ile trzeba wydać na wywiezienie szlamu. To są już spore pieniądze, a im bliżej większego miasta, tym drożej.
Kiedyś jakiś rolnik przyjeżdżał i za drobne pieniądze odbierał „błoto”. I nawet nie wiadomo, gdzie to wywoził. Teraz są kontrole i nie ma takich odważnych. Jak przyjeżdżają wyspecjalizowane firmy, to rachunek jest znaczny. Dochodzi do tego problem czasu. Firm utylizujących takie odpady nie ma zbyt wiele, stąd, poza ceną, istotny jest krótki termin realizacji usługi. Odstojnik pełny, robota czeka, a firma od utylizacji mówi, że może przyjechać za trzy – cztery dni. No i jest przestój, bo przecież maszyny potrzebują czystej wody.
Nasze zakłady też się zmieniają. Pokolenie tych kamieniarzy, z którymi realizowałem pierwsze zlecenia, powoli odchodzi na emeryturę. Do zakładów trafiają młodzi. Część to dobrze wychowani następcy, dodatkowo lepiej wykształceni. Z nimi współpraca jest bardzo fajna. Zdarzają się jednak tacy, z którymi trudno się porozumieć. Takie pokolenie.
Najlepiej, jeśli taki młody człowiek zacznie od pracy w produkcji. Pozna ją i wtedy będzie miał szacunek do pracy i do ludzi, którymi w przyszłości będzie zarządzał. Sam tak postępuję z synem.
Myślę, że problem z młodym pokoleniem wynika ze zmian w szkolnictwie. Praktycznie zlikwidowano szkolnictwo zawodowe. Przecież tak naprawdę statystycznie tylko około 50% ludzi ma predyspozycje do wyższego wykształcenia. W szkołach zawodowych, poza nauką przedmiotów ogólnych, były warsztaty. Tam można było poznać pracę.
Teraz wszyscy chcą mieć studia. Kiedyś mój ojciec – doświadczony inżynier mechanik – miał młodego pracownika po studiach. Kiedy zobaczył jego projekt, stwierdził, że ubliża mu to, że obaj mają prawo posługiwać się tym samym tytułem naukowym...

Kiedyś trafił do mnie młody człowiek, który ukończył kilka kursów – obsługa CNC, frezarek itd. Myślałem, że będzie z niego pożytek. Stanął przy maszynie i zrobił duże oczy: on przecież uczył się na innej. Myślałem, że jak zna ogólnie zagadnienie, to w 2-3 dni opanuje moją maszynę. Nic z tego. Potem wytłumaczył mi, jak wyglądały te kursy. Czterdzieści godzin kursu, na którym pokazywano im na ekranie jak to działa. Dwunastu kursantów, jeden coś klikał i tyle. To nie może dać efektu.
Jak patrzę na drogę, którą przebyłem? Silkam rozwinął się, rozrósł. Mimo to nadal sam odwiedzam wiele firm i widzę dwa różne systemy rozwoju. Są tacy, którzy działają bardzo szybko – rozwój jest błyskawiczny, ale to są spore inwestycje – najczęściej kredytowane – i duże ryzyko. Są też tacy jak ja, którzy wolą realizować plany na spokojnie. Pewnie, zawsze kusi takie gwałtowne przyspieszenie, to jednak nie moja metoda. Rozwijałem się powoli, ale bez szaleństwa, stabilnie – krok po kroku na spokojnie.
W temacie oceny obecnej sytuacji, to aktualnie głównym problemem są ceny surowców. My potrzebujemy dużo stali, w tym stali nierdzewnej. Ceny wzrosły drastycznie. Mamy wynegocjowane dobre ceny, ale w lutym koszty surowców wzrosły o 150 procent. Teraz ceny trochę spadły, ale i tak o poziomie sprzed wojny w Ukrainie można tylko pomarzyć.
Myślę jednak, że te spadki cen są chwilowe. W związku z brakiem surowca sporo dużych producentów zmniejszyło produkcję. Dostawcy zaczęli znajdować nowe źródła i sprowadzili materiał z innych kierunków. Jest teraz nadmiar, więc ceny spadły. Jeśli jednak duzi odbiorcy wrócą do zwiększonej produkcji, ceny znów powędrują w górę. Taka zwykła rynkowa gra.
Ceny naszych produktów musiały wzrosnąć, bo udział stali i „nierdzewki” jest duży. Na jedną większą oczyszczalnię zużywamy więcej materiału niż pomieści naczepa „tira”. Zwykle to dwa samochody. Problemy dotyczą też innych elementów.
Przełącznik – zwykły, nic nadzwyczajnego – przestał być dostępny u naszego dostawcy, a na szybko nie da się go zastąpić innym. A ponieważ wszyscy wiedzą, że są problemy z dostępnością, zamawiają z zapasem i w efekcie problem się powiększa.
Ja nie zmieniam dostawców, nawet jeśli okazuje się, że pojawił się inny trochę tańszy. Ważna jest stabilność. Przyjąłem, że trzeba po prostu planować dostawy z większym wyprzedzeniem. Kiedyś dostawy były realizowane w ciągu tygodnia-dwóch, teraz trzeba zakładać miesiąc do półtora.
Tak planując można funkcjonować, a zleceń nie brakuje. Nadal większość zakładów nie ma oczyszczalni, a wśród nich tacy, którzy już powinni je mieć, więc jest, co robić. Zamówienia na oczyszczalnie pojawiają się zwykle wtedy, gdy ktoś zmienia maszyny. Dla nowego parku maszynowego każdy woli zrobić oczyszczalnię, żeby pracować z czystą wodą.
Tak, mam też zamówienia z innych branż. Kiedyś sto procent klientów to byli kamieniarze. Teraz to około 40%. Dostarczam oczyszczalnie do branż: ceramicznej, betoniarskiej, szklarskiej. Te branże są nieco inne. Inna jest struktura i inny system zarządzania. Porównując branże trzeba zauważyć, że są nowocześniejsze – zwłaszcza w zakresie organizacji i zarządzania. Gdy robimy coś dla kamieniarstwa, to we wszystkim bierze udział szef, właściciel. Mało tego: on też dzwoni do mnie ze wszystkimi sprawami. A kiedy podczas montażu okazuje się, że coś idzie niezgodnie z planem – bo na przykład nie powiadomiono nas wcześniej o istotnych dla instalacji zmiennych – to najczęściej podejście jest z kategorii „jakoś to będzie”. Przykładowo w trochę podobnej branży szklarskiej jest osoba odpowiedzialna za instalację oraz pełne przygotowanie do niej zakładu i często nawet nie wiemy, kto jest szefem.
W innych branżach przed montażem dostajemy też zwykle informacje jakie ludzie mają mieć kaski, jakie kamizelki, o której wchodzimy do firmy, o której wychodzimy, gdzie możemy się poruszać itd. W kamieniarstwie jest mniej procedur, a wszystko trzeba załatwiać z szefem. Z drugiej strony w kamieniarstwie normalne jest, że szef firmy pyta: „Jesteście głodni? To zamówię jakąś pizzę.” W innych branżach nikogo to nie obchodzi.
Brak procedur ma też wady. Gdy wysyłamy rysunki techniczne jak ma być przygotowane miejsce instalacji, to takie miejsce zastajemy po przyjeździe. Na montażystów czekają też elektrycy i ludzie od instalacji wodnej. W kamieniarstwie często słyszę: „Wie pan… Tak, dostałem rysunki, ale myślę, że to przesuniemy tam, a to tam. Przecież jakoś to poobracacie.” No i zaczyna się bieganie, kombinowanie, załatwianie sprzętu i narzędzi.
Mimo wszystko lubię kamieniarstwo, lubię ludzi i ich serdeczność. Chociaż gdyby trochę zmienić pewne elementy w zarządzaniu, to byłoby i nam i kamieniarzom trochę łatwiej.
Grzegorz Górski, założyciel i właściciel firmy Silkam – jedynego polskiego producenta oczyszczalni i filtrów wody przemysłowej, dehydratorów szlamów przemysłowych i urządzeń odpylających dla zakładów kamieniarskich.

Staram się dobrze z ludźmi żyć. Ze wszystkimi. Nie powiem o nikim złego słowa. I robię swoje. Trochę szczęścia, trochę przewidywania i dużo konsekwentnej pracy. Zaczynałem w 1975 roku. We wrześniu tu przyjechałem. Do siedemdziesiątego ósmego – o ile dobrze pamiętam – robiłem z wujem, a potem otworzyłem swój zakład. Łatwo policzyć, że w kamieniarstwie siedzę już prawie 50 lat.

Zaczynałem od nagrobków i płytek, jak pewnie wielu kamieniarzy w Strzegomiu. W tamtych czasach głównie robiło się pomniki z lastriko i przerabiało na płytki dostępny materiał. Były kłopoty z dostępnością materiału. Trzeba było naprawdę się starać, by coś zdobyć. W dodatku pracowałem, można powiedzieć, na dwa zakłady. Produkcja szła w Żdżarach koło Wielunia, skąd pochodzę, a tutaj postawiłem traka, żeby nie wozić bloków. Do Żdżar woziłem płyty i wycinałem nagrobki. Tak było ze 2 lata. Ale zauważyłem, że to nie ma sensu i przeniosłem całą produkcję tutaj, do Morawy koło Strzegomia.
Wtedy w starych stodołach się to wszystko robiło. Żeby się rozwijać, trzeba było wszystko od nowa pobudować, wstawić maszyny, uzbroić. Najpierw wstawiłem drugiego traka, potem dwie szlifierki kolankowe i piłę ramienną. Potem zaczęły być modne „diackersy”, więc wybudowałem 3 stanowiska i postawiłem pierwszego „diackersa”. Potem trzeba było budować resztę, całe zaplecze socjalne, stanowiska obróbki ręcznej.
Oprócz tego trzeba było zająć się transportem. To były takie czasy, że każdy szybko podłapywał cudze pomysły. Jak kiedyś zawiozłem trochę towaru w lubelskie, to miesiąc później okazało się, że do mojego klienta, za moimi plecami, zaczął wozić kamień ten, któremu miesiąc wcześniej kazałem zawieźć mój kamień. Trzeba było pomyśleć o własnym transporcie. Teraz mam trzy samochody ciężarowe. I ciągle są w ruchu.
Nigdy nie było czasu, by postawić większe biuro. Na razie obecne wystarcza i na razie nie widzę potrzeby, by teraz to zmieniać. Ale zakład cały czas rozbudowuję. Cały czas o tym myślę. Nowe maszyny, nowe stanowiska. Jak jest możliwość, to dokupuję terenu. Staram się też o zamianę działek tak, by wszystko było obok siebie.
[telefon, klient dzwoni]
O widzisz, poczekaj. Muszę sobie wszystko zapisać. Jak miałem pomiędzy 20 a 30 lat, to na tydzień czasu, na każdy dzień z sobotą włącznie, miałem wszystko zaplanowane w głowie co do godziny. Teraz muszę sobie wszystko pisać. Mam tych notesów już ze 20. Ale jak sobie tylko przypomnę datę, kiedy chcę coś sprawdzić, to wszystko znajdę: kto, z kim, ile i za ile.
Wracając do historii: na początku lat 90. w Strzegomiu nie było sklepu mechanicznego. Potrzebne było łożysko lub pasek klinowy, to trzeba było jechać do Jawora, Legnicy, Wrocławia. Po śrubki, po gwoździe, po wszystko. Otworzyłem więc sklep, który prowadziła moja żona. I to nawet dobrze szło. Teraz nastawiali tych supermarketów i już nie jest tak łatwo. Ale po łożyska i tak muszą do mnie przyjechać.
Później byłem pierwszym właścicielem hotelu Granit. Ale nikt nie chciał pracować. Nie było komu się tym zająć, ja miałem kamieniarstwo – nie mogłem się wszystkim zajmować, więc sprzedałem.
Przez cały czas coś buduję, remontuję. Dom w mojej rodzinnej miejscowości, dom, w którym teraz mieszkam, kamienicę dla córki, firmę. Ciągle nowe inwestycje. W tym roku wykańczam kamienicę w Strzegomiu, z lokalami na wynajem – biurowymi, mieszkalnymi. Cały czas coś robię, cały czas czymś żyję. Mam zajęcie. Patrzę na moich znajomych, rówieśników – przeszli na emeryturę, zatrzymali się, spędzają czas w przychodniach.
Skąd się to wzięło? Obserwowanie sytuacji, wypatrywanie okazji, trochę przewidywanie, a przede wszystkim konsekwentne parcie do przodu. Trzeba coś robić, bo jak zaczynasz od liczenia, a potem tylko liczysz i liczysz, to pojedynczo nic się nie opłaci. Ojciec mi powtarzał: „Słuchaj synu, jak będziesz wszystko rachował, to nic się nie opłaci. Ale jak się robi, to zawsze coś musi zostać.” Oczywiście liczyć trzeba.
Była zima. Niektórzy kamieniarze nie pracowali, czyli nie kupowali bloków. Więc ja zapełniałem magazyn blokami. Mam zasadę, że nie trzymam pieniędzy, tylko kapitał obrotowy zamieniam na towar. A co się z cenami bloków dzieje, to wszyscy widzą. Nikt nie jest w stanie zagwarantować ceny za 3 miesiące. Nikt nie wie, co będzie za miesiąc. A na razie roboty jest dużo. Przynajmniej w zakresie, którym ja się zajmuję.
Obecna produkcja Granit Zen to głównie budowlanka. Krawężniki uliczne, drogowe, mostowe – proste i łukowe. Płyty chodnikowe też robię. A odpady przerabiam na kostkę. Głównie to nasz granit strzegomski. Ale mam też bloki ze Szwecji. Pewnie wkrótce się sprzedadzą i będzie wolne miejsce na kolejne zakupy.
Mam swój rytm dnia. Chodzę wcześnie spać, więc o czwartej już człowiek nie śpi. I co mam robić? Poleżę do godziny 5.00, przez 15 minut poczytam wiadomości i wstaję. Ogolę się i jadę do firmy. Tam już czekają moje dwa psy – wycałują, wyliżą, a przy tym parskają, bo to po wodzie kolońskiej. Ale czekają na mnie. Na 6.00 przychodzą ludzie do pracy. Rozdzielę zadania i o wpół do ósmej jadę na śniadanie.
Widzisz… Poza tym mam po co wstawać. Dla mojej córuni to robię. Jest w liceum i planuje rozpocząć studia. Uczy się dobrze, zna 3 języki, zaczyna czwarty. Na przyszły rok będzie maturę zdawać. Więc jeszcze z 5 lat nauki przed nią. Pewnie nie zostanie w branży kamieniarskiej. Często mi powtarza, że w branży, w której by chciała pracować, to jednym zleceniem zarobi tyle, co ja przez rok. A praca w kamieniarce ciężka.
Wszędzie, gdzie przychodziłem, to była goła ziemia. Nie lubię się chwalić, ale jak popatrzę do tyłu, to wszystko sam postawiłem. I nikt w tym nie pomagał, jeśli chodzi o sprawy organizacyjne i finansowe. Nie dostałem żadnego spadku, tylko cały czas kredyt i robota, kredyt i robota. Ale nie żałuję tego. Dobrze, że mam tę córunię.
Ja tylko się cieszę, że zdrowy jestem.