Ludzie i miejsca

Budynek z innej strefy kultury

Autor: Kurier Kamieniarski   |   Data publikacji: piątek, 22 marca 2019 09:09

98ind1.jpg

Kompleks Akshardham w Delhi w Indiach to hinduska świątynia i ośrodek duchowo-kulturowy. Powstał stosunkowo niedawno, ale swoją konstrukcją i zasadami budowy pokazuje ogromną odmienność kultury Zachodu i Wschodu. Nazywany także Akshardham Temple lub Swaminarayan Akshardham kompleks prezentuje tysiąclecia tradycyjnej hinduskiej i indyjskiej kultury i budownictwa.

Świątynia, która przyciąga około 90 procent wszystkich turystów odwiedzających Delhi, została oficjalnie otwarta 6 listopada 2005 r. po 5 latach budowy. Jego powstanie zainicjował Yogiji Maharaj jeszcze w 1968 roku, a przeprowadził Pramukh Swami Maharaj. Budowę świątyni realizowała BAPS (hinduska organizacja religijna i społeczna), której prezydentem był wtedy Pramukh Swami.

Centralnym i głównym obiektem kompleksu jest świątynia Akshardham Mandir. Budynek o wysokości 43 metrów ma szerokość 96 i długość 109 metrów. Cały budynek jest pokryty misternymi rzeźbami o tematyce religijnej, tanecznej i muzycznej oraz motywami roślinnymi i zwierzęcymi.

98ind2.jpg

Obiekt zaprojektowano zgodnie z tradycyjnymi zasadami Maharishi Vastu Architecture (MVA). MVA to zbiór zasad architektonicznych i planistycznych opracowanych przez Maharishi Mahesh Yogi w oparciu o starożytne teksty sanskryckie. Te zasady restrykcyjnie określają proporcje i orientację budynku. Najważniejszym czynnikiem jest wejście, które musi znajdować się od wschodu lub północy. Architekt MVA uwzględnia również nachylenie i kształt terenu, ekspozycję na wschodzące słońce, położenie pobliskich zbiorników wodnych i innych budynków lub obiektów w otoczeniu. MVA podkreśla wykorzystanie naturalnych lub „zielonych” materiałów budowlanych. Zgodnie z tą zasadą w budynku nie ma żadnych elementów stalowych ani betonowych.

98ind3.jpg

Budynek w całości wykonano z różowego piaskowca Rajastani z regionu Radżastan (północno-zachodni region Indii) oraz włoskiej Carrary.
Główny budynek kompleksu pod względem architektonicznym łączy style z całych Indii. Świątynia ma 243 bogato rzeźbione kolumny, dziewięć kopuł i 20.000 rzeźb. Cały budynek posadowiony jest na cokole, który jest zarazem hołdem dla słoni – tak ważnych w kulturze Indii. Cokół otacza 148 rzeźb naturalnej wielkości słoni, o łącznej wadze 3 tysięcy ton.

98ind4a.jpg

Pod centralną kopułą posadowiona jest rzeźba Swaminarayana, któremu poświęcona jest świątynia. Rzeźba ma 3,4 metra wysokości.
Cały kompleks to nie tylko świątynia. Na terenie Akshardham istnieją różne sale wystawowe, które dostarczają informacji o życiu i pracy Swami-Narayana. Projektanci kompleksu z rozmachem zastosowali współczesne środki komunikacji i technologii, aby stworzyć interesujące sale ekspozycyjne.

98ind5.jpg

W jednej z sal do prezentacji wykorzystano robotykę i dioramy. W tej sali można też zobaczyć najmniejszego na świecie robota animowanego w formie dziecięcej wersji Swaminarayana. Uzupełnieniem jest 12-minutowa podróż łodzią, w czasie której pokazana jest historia Indii w technologicznie bardzo zaawansowanej prezentacji.

98ind6.jpg

Na terenie kompleksu można także zobaczyć muzyczną fontannę, znaną Yagnapurush Kund. W nocnym, 24-minutowym spektaklu fontanna łączy różnorodne intrygujące media, aby ożywić historię z Upaniszady Kena. Wielobarwne lasery, projekcje wideo, podwodne płomienie, strumienie wody i dźwięk przestrzenny w połączeniu z efektami świetlnymi i grą żywych aktorów tworzą niezapomnianą prezentację.

W kompleksie jest też teatr, w którym zamontowano największy w Indiach ekran kinowy (26 na 20 metrów).
Całość kompleksu otacza wspaniały park.

przeczytaj cały artykuł

Nie-pomniki

Autor: Kurier Kamieniarski   |   Data publikacji: środa, 19 grudnia 2018 14:20

97np1.jpg


Temat „nie-pomników” pojawił się na łamach Kuriera Kamieniarskiego w sierpniu tego roku w artykule podsumowującym VII Strzegomskie Biennale Rzeźby w Granicie. Rozpoczął go Norbert Sarnecki – doktor sztuki związany z Poznaniem – który był uczestnikiem tego biennale. Oto kontynuacja tamtej rozmowy.

Dariusz Wawrzynkiewicz: Od wielu lat interesują Pana dwa zagadnienia: rzeźb nie będących pomnikami – nazywanych przez Pana nie-pomnikami – i temat przestrzeni publicznej.

Norbert Sarnecki: Te dwa zagadnienia według mnie są dość ściśle ze sobą związane. Pomniki jako symbol upamiętnienia mają ogromną tradycję i mocno osadziły się w powszechnym widzeniu rzeźby w przestrzeni publicznej.
Niestety dość często decyzja o ich powstaniu powodowana jest chęcią upamiętnienia jakiejś postaci czy wydarzenia, na zasadzie: „postawmy monument – czyli postać na cokole – i sprawa będzie załatwiona”. Trudno znaleźć decydentów, którzy rozumieją, że takie podejście nic nie daje.
Powstają monumenty, które dla mieszkańców szybko stają się obojętne, a przyjezdni ich nie zauważają, bowiem upamiętnienie często znajduje się na większej wysokości i przez to jest niewidoczne.
Przecież czasy są takie, że nie byłoby problemu, aby pomnikowi towarzyszyły nowe technologie.

Kod QR umieszczony przy takim upamiętnieniu mógłby odsyłać na stronę, gdzie byłaby pełna informacja o postaci czy wydarzeniu. Młodych ludzi taki kod kusi, aby sprawdzić, co się pod nim kryje. Zresztą upamiętnienia, mogą przecież w ogóle przybierać formę cyfrową, a odniesieniem do niej może być element zwracający uwagę – na przykład inicjały patrona ulicy i kod QR na podświetlanej płytce w chodniku. Szkoda, że poglądy władzy nie nadążają za nowoczesnością. Więcej dla upamiętnienia postaci dałyby okresowe akcje – przykładowo baner, czy jakaś inna forma eventu.

Wszystkie formy materialne wrastają w przestrzeń i ludzie dość szybko uczą się je omijać – wzrok się już na nich nie zatrzymuje.
Oczywiście fizyczne przedstawienie też ma rację bytu – ale powinno być przemyślane i znaleźć się w przestrzeni w konkretnej aranżacji.
Inna sprawa, że często ogłasza się konkurs na jakieś upamiętnienie, w którym warunki są takie, że w praktyce wykluczają z udziału rzeźbiarzy. Wymagane są przykładowo projekty zagospodarowania przestrzeni wraz z kosztorysami.

DW: W Polsce powstaje bardzo dużo pomników. Niestety, jak wszyscy widzimy, ich jakość artystyczna jest często słaba. Czy według Pana, realistycznie odwzorowana postać 1 : 1 to faktycznie najlepsze rozwiązanie?

NS: To właśnie jest problemem. Mamy dużo dobrych artystów, którzy potrafią zaprojektować i wykonać taką formę, która będzie upamiętnieniem, ale nie w postaci klasycznej – postać na cokole. A zagadnienie skali 1 : 1 to już zupełne nieporozumienie. Tego uczą na studiach. Jeśli rzeźbi się postać, to musi być ona albo większa albo mniejsza od oryginału.
Rzeźba naturalnej wielkości jest źle odbierana – to przestaje być pomnik, a zaczyna być manekin. Szczególnie na zewnątrz w przestrzeni miejskiej. To są zresztą kanony, opracowane już w starożytności.
Nie mam nic przeciwko rzeźbom postaci, ale trzeba wiedzieć, kiedy używać określonych środków. Dobra rzeźba przedstawiająca – też staram się taką robić – może zostać ujęta w jakiś cudzysłów i mieć współczesny charakter.

To jest zresztą także problem architektury. W swoim czasie byłem w komisji konkursu archi-tektonicznego dotyczącego zabudowy historycznych miejsc pewnego miasta. Tam konserwator zabytków, pytany o nowe obiekty, powiedział ważną rzecz: żadnych obiektów udających historyczne. Architektura w takiej sytuacji ma nawiązywać do otoczenia – stworzyć ład wizualny, a nie udawać XIX wiek. Ciekawe, że chyba najtrudniejsza jest zmiana gustów na cmentarzach. Nie da się zauważyć zmian w estetyce cmentarzy polskich. Ciekawsze realizacje są sporadyczne. Trochę lepiej jest w architekturze i pomnikach, ale też zmiany są za wolne.

DW: Wśród powstających rzeźbiarskich prac zauważyć można pewne okresowe mody. Przykładowo słynne ławeczki. Są już chyba we wszystkich miastach. Zastanawiam się, czy to brak inwencji twórców, czy inne powody?

NS: Fakt, masowe tworzenie kolejnych ławeczek to koszmar. To jednak problem zamawiających. To są po prostu zlecenia. Też takie realizowałem, ale starałem się nadać temu jakiś indywidualny charakter. Rzecz w tym, aby była jakaś wartość dodana.

Przy realizacji ławeczki Staszica poświęciłem sporo czasu na studiowanie historycznych informacji dotyczących strojów z tamtej epoki. Załatwiłem sobie możliwość zobaczenia nie udostępnionych zasobów muzealnych, co też poszerzyło moją wiedzę i pozwoliło przekazać ją innym. Jednak sama skłonność zamawiających do rozwiązania „ławeczka i siedząca na niej postać” stała się koszmarem. Przecież można to zaaranżować inaczej. Niestety zlecający nie chcą dać swobody twórcom.

DW: A sprawa pomników na cokołach?

NS: Niestety, to też zwykle pomysły zamawiających. Chyba mają wrażenie, że jeśli wyniesie się pomnik na cokół, to będzie to większe upamiętnienie. Złych przykładów jest wiele. Jest pomnik Hipolita Cegielskiego w Poznaniu.
Wyniesiony na ponad trzymetrowy cokół, a zlokalizowany jest na małej powierzchni na rozjeździe ruchliwych ulic. Żeby go zobaczyć, trzeba zadrzeć głowę. Pomnik praktycznie zniknął. Cegielski był nie tylko fabrykantem, właścicielem zakładów – znał się też na urządzeniach mechanicznych i był jednym z pierwszych autorów literatury o tematyce technicznej. Gdyby stał na ziemi, w sąsiedztwie ciekawej aparatury z ruchomymi elementami, to byłaby możliwość bezpośredniej interakcji z pomnikiem i zapewne byłby zauważany.

DW: Mam wrażenie, że stawiamy pomniki za szybko. Czy nie lepiej by było zaczekać jakiś czas z decyzją o budowie pomnika? Czas chyba najlepiej weryfikuje bohaterów.

NS: Absolutnie tak. Niestety, często w ten sposób robi się krzywdę tym postaciom. Przykładów starszych i nowszych nie brakuje. Karol Wojtyła doczekał się ogromnej ilości pomników – a przecież sam sobie tego nie życzył. Prawdopodobnie za dwa pokolenia część z nich – zwłaszcza najgorszych – zostanie rozebrana lub zmieniona.

Przestrzeń nie jest z gumy i decydenci powinni być ostrożniejsi z jej zapełnianiem. Tym bardziej, że jest to przestrzeń publiczna – należąca do nas wszystkich, a nie tylko do decydentów, którzy piastują władzę tylko czasowo.

Wstrzymanie się z szybką realizacją pomników daje jeszcze jeden pozytywny aspekt – po dłuższym czasie łatwiej jest zaważyć niuanse postaci i lepiej ją przedstawić.
Najważniejsze jest, aby pamiętać, że każde miejsce po naszej ingerencji powinno być lepsze, niż przed ingerencją. Jeśli nie ma takiej pewności, lepiej pozostawić to miejsce bez zmian.

DW: W tym kontekście koncepcja rzeźb wzbogacających przestrzeń publiczną, a nie będących pomnikami, jest bardzo atrakcyjna. Wiem, że udało się Panu kilka takich projektów zrealizować.

NS: Chyba najbardziej zadowolony jestem z realizacji w Poznaniu na ulicy Strzeleckiej. To w za-sadzie realizacja fontannowa. To jest nie-pomnik, a zarazem przedstawienie w formie XIX-wiecznej. Aranżacja związana jest bezpośrednio z wodą. Nad zbiornikiem fontanny przedstawiłem trzy postaci, a z jedną z nich wiąże się zabawna historia.

Kiedy zakończyliśmy realizację, mieszkańcy zaczęli dociekać, kim jest postać nad wodą. Trudno było ludziom zaakceptować, że nie jest to jakaś konkretna osoba. Część zaczęła uważać, że to profesor Zbigniew Zakrzewski – poznański ekonomista, ale też miłośnik historii Poznania. Na dodatek realizacja znajduje się na skwerze Zakrzewskiego. W Poznaniu jest doskonały pomnik profesora Zakrzewskiego i, jak łatwo zauważyć, moja postać wizualnie nie ma wiele wspólnego z profesorem – choćby ze względu na posturę postaci. Mimo to ludzie ochrzcili moją postać nad wodą „profesorem” i taka nazwa zaczęła funkcjonować w mowie potocznej.

97np2.jpg

Mam do tej pracy szczególną sympatię. W tym przypadku architekt miał wolną rękę i realizował założenie, że ma to być przestrzeń dla ludzi szukających chwili relaksu. To dla mnie było powodem, żeby zaproponować taką postać mieszkańcom Poznania. Myślę, że tworzy to pozytywną narrację sprzyjającą wypoczynkowi.

Ciekawe, że poza nadawaniem nazwy „profesor” mojej rzeźbie, znalazłem już sporo ciekawych interpretacji mojej pracy. Przykładowo w Wikipedii zinterpretowano pracę, jako odpowiedź na zagrożenia klimatyczne. Pewnie dlatego, że w czasie, gdy pomnik został ukończony, w Poznaniu odbywał się Szczyt Klimatyczny i decydenci chcieli coś odsłonić. O samej uroczystości i oficjalnym uruchomieniu fontanny i uroczystości dowiedziałem się po fakcie, z gazety. Chyba zapomniano mnie zaprosić.

97np3.jpg

DW: Widziałem też na zdjęciach pracę „Nie-pomnik w montażu”.

NS: To też praca dla mnie ważna. Pomnik realizowałem w 2010 roku i był on częścią mojej pracy doktorskiej. Chciałem zainteresować przechodnia samą materią rzeźby pomnikowej, a nie postacią czczoną zwykle w taki sposób, która po odsłonięciu i początkowym zainteresowaniu jest szybko zapomniana. Pomnik wykonałem klasycznie – jest postać, jest cokół, ale całość zdekonstruowałem. Na pomniku umieściłem łacińską inskrypcję: Lector, si monumentum requiris circumspice” – „Czytelniku, szukasz pomnika – rozejrzyj się wokół”.
Później dodatkowy wyraz realizacji dodało życie.

Kilka miesięcy po odsłonięciu elementy składowe pomnika na pewien czas rozdzielało ogrodzenie. To była praca tymczasowa, ale chcę wrócić do tego projektu i wykonać go z twardszego i trwalszego materiału.

DW: Czy temat nie-pomników będzie miał kontynuację?

NS: Jest ciekawy projekt. Trzepak. Wszyscy pamiętamy, że taki prosty przedmiot, złożony z kilku rur, był dla wielu pokoleń czymś znacznie ważniejszym niż jego funkcjonalność i przedmiot do ćwiczeń gimnastycznych. To było miejsce, w którym spotykaliśmy się w pewnym okresie życia. To na podwórku, przy trzepaku, uczyliśmy się relacji międzyludzkich i hierarchii społecznych.
Rozmawiałem o tym w gronie międzynarodowym i okazuje się, że trzepak – i jego społeczne funkcje – są znane w Polsce, Rosji, krajach nadbałtyckich i wschodnich Niemczech. Poza tym zrobiłem research i okazuje się, że ten temat jest znany do pokolenia trzydziestoparolatków. Rozmawiałem z psycholog, która zna mój projekt. Powiedziała, że mamy obecnie skokowy wzrost ilości samobójstw wśród dzieci. Poniekąd to brak uczenia się relacji wśród dzieci w realnych kontaktach z rówieśnikami. Na osiedlach nie ma już takich grup dzieci, w których kształtują się zachowania społeczne.

Ten mój pomysł na trzepak, to właśnie symbol tego, czego brakuje współcześnie – miejsca gdzie ludzie się socjalizują.
Mam nadzieję, że trzepak będzie tylko początkiem tworzenia miejsca, gdzie znowu spotkają się dzieci. Rozmawiam o tym z deweloperem, któremu zaproponowałem tę rzeźbę, właśnie w kontekście powstania miejsca spotkań. Jest nadzieja, że coś z tego wyniknie.

97np4.jpg

DW: Czy zdarza się, aby inwestor, chcąc wzbogacić przestrzeń, w którą inwestuje, dał rzeźbiarzowi wolną rękę?

NS: Niestety takiego komfortu nie ma. Zarówno inwestorzy, jak i władze miejskie zwykle historyzują. Spodziewają się konkretnej wizji – ale związanej z historią, czyli postaci na cokole. To nie jest budujące. Niby nie ma wprost oczekiwania, że będzie ludzik na cokole – ale taka propozycja ma większe szanse na uznanie. Trudno zaskarbić sobie uznanie jakąś inną wizją.
Prywatnych inwestorów na razie jest mało, a jeśli się pojawiają, to mają takie samo nastawienie.

DW: Czy podejście władz jest zachowawcze?

NS: Władze są emanacją społeczeństwa i nie można się na to obrażać. Mamy trudny bagaż historii, elit intelektualnych utraconych w czasie II Wojny Światowej i władzy komunistycznej. Ta wyrwa pokoleniowa wciąż daje o sobie znać. Niestety edukacja artystyczna kuleje i efekty odczuwamy bezustannie. Efektem końcowym są te problemy, z którymi spotykamy się na co dzień.

DW: Miejmy nadzieję, że przyszłość będzie lepsza i z większym wyczuciem będziemy realizować pomysły zabudowywania przestrzeni publicznej. Dziękuję za rozmowę.

przeczytaj cały artykuł

Budynek Opery i Baletu w Oslo

Autor: Kurier Kamieniarski   |   Data publikacji: poniedziałek, 05 listopada 2018 01:00

96zs1.jpg

Projekt budynku powstał w 2000 roku i był wybrany spośród 240 projektów zgłoszonych do konkursu. Wykonało go norweskie biuro projektowe Snohetta AS, o którym wspominaliśmy na początku tego roku przy opisywaniu Biblioteki Aleksandryjskiej. Obiekt oddano do użytku po 4 latach budowy w kwietniu 2008 roku. Rok później budynek Opery i Baletu w Oslo otrzymał nagrodę Miesa van der Rohe – nagrodę przyznawaną przez Unię Europejską dla współczesnej architektury.

Projekt miał odpowiadać trzem założeniom. Pierwsze z nich to lokalizacja budynku na styku morza i lądu, jako symbol kontaktu Norwegii z resztą świata. Podkreśla to pofałdowana ściana od strony morza. Drugim było stworzenie części, w której przygotowywane są dekoracje, znajdują się sale prób itp. Ta część budynku nazwana została fabryką. Trzecim założeniem miała być idea dostępności sztuki dla odbiorcy. Ten kierunek potraktowano dosłownie – budynek od poziomu morza aż po dach jest deptakiem, po którym można swobodnie spacerować.

96zs2.jpg

I ten właśnie deptak jest dla nas najbardziej interesujący. Wykonany on został z marmuru z Carrary: La Facciata. Charakterystyczną cechą tego materiału jest zachowanie niezmiennego koloru po zmoczeniu. Łącznie powierzchnia marmurowego deptaku ma 18.000 m2 i wykonana została z 36 tysięcy płyt. W części nadano jej fakturę antypoślizgową uzyskaną przez młotkowanie.

96zs3.jpg

Skomplikowanym zagadnieniem w projekcie, a potem w realizacji, było posadowienie obiektu, który zagłębia się w morze. Aby zrealizować to zadanie konieczne było wykonanie fundamentu w najgłębszym miejscu sięgającego 16 m poniżej poziomu morza. Z ciekawostek można dodać, że w dno morza wbito pale o łącznej długości 28 kilometrów, z których najdłuższy ma 60 m. Inną ciekawostką jest szklana fasada nad foyer – wykonana ze szkła o obniżonej zawartości żelaza, aby uniknąć zielonego zabarwienia, jakiego nabiera grube szkło.
Łączna powierzchnia użytkowa budynku to ponad 38 tysięcy metrów kwadratowych. Koszt budowy wyniósł 500 milionów euro. Żywotność konstrukcji przewidziano na 300 lat.

96zs4.jpg

przeczytaj cały artykuł

Sto lat doświadczeń

Autor: Dariusz Wawrzynkiewicz   |   Data publikacji: poniedziałek, 05 listopada 2018 01:00

96hy3.jpg

O firmie Kamieniarstwo Jan Hybiak dużo mówiło się kilka lat temu, kiedy firma podjęła decyzję o wybudowaniu własnego zakładu w Chinach. Zasłyszane opinie raczej wyrażały powątpiewania w powodzenie takiej inwestycji, ale w wypowiedziach pojawiał się też podziw dla odwagi tej decyzji. Później sprawa ucichła – zakład produkował, a firma z Kamienia Pomorskiego korzystała z zalet własnej produkcji na Dalekim Wschodzie.

Niedawno rodzina Hybiak podjęła kolejną odważną decyzję biznesową. W podszczecińskim Dunikowie powstał w pełni zautomatyzowany, nowoczesny zakład, który wkrótce rozpocznie produkcję. O tej inwestycji, a także o historii rodziny i firmy rozmawialiśmy z panią Teresą Hybiak.

Dariusz Wawrzynkiewicz: Kamieniarstwo to dla Pani branża rodzinna od wielu pokoleń.

Teresa Hybiak: Od dziecka znam branżę – w przyszłym roku moja rodzina będzie świętowała jubileusz 100-lecia działalności kamieniarskiej. W 1919 roku mój dziadek, Leon Drzewiecki, założył w Gnieźnie firmę kamieniarską. Od tego czasu całe pokolenia rodziny związały się z branżą i do dziś funkcjonują na rynku. W tym roku mija 40 lat od czasu, kiedy mój mąż Jan założył firmę kamieniarską, i 20 lat od kiedy do braci kamieniarskiej dołączyli nasi synowie Sebastian i Marcin.

96hy1.jpg

Mój dziadek zmarł w 1957 roku i zakładem zajęła się moja babcia Stefania. Prowadziła go z moją mamą Reginą i zięciem Zdzisławem Setkowiczem. To było dość niesamowite w tamtych czasach, żeby taką działalnością kierowały dwie kobiety. Po śmierci babci w 1968 roku firmę prowadziła nadal moja mama, aż do czasu, kiedy pojawili się przyszli zięciowie: mój chłopak, a obecnie mąż, Jan i chłopak mojej siostry – również obecny mąż. W ten sposób wszyscy zostaliśmy kamieniarzami.

Potem moja mama tę starą rodzinną firmę dziadka Drzewieckiego przekazała mojemu bratu Stefanowi Setkowiczowi, który prowadzi ją do dzisiaj. Ponieważ było bardzo trudno prowadzić firmę z wieloma szefami, każdy z nas poszedł inną drogą. Jednak wszyscy byliśmy już zarażeni pasją do kamienia.
Mnie i męża los rzucił do Kamienia Pomorskiego. Znaleźliśmy tam dobrą pracę na etacie. Wtedy nie myślałam, że będę żoną kamieniarza. A jednak już rok po ślubie Janek zaczął odwiedzać okoliczne zakłady i trochę dorabiać, najczęściej przy kuciu liter. W końcu przyszedł do domu z komunikatem: „Kupujemy ziemię i budujemy zakład kamieniarski”. Finansowo pomogła nam teściowa i moja rodzina – powstał zakład i rozwijał się przez kolejne lata. Niezapomniana jest historia pierwszego klienta. Przyszła kobieta i powiedziała: „Pan zrobi piękny pomnik mojemu mężowi, ale ja nie mam pieniędzy. Obiecuję za to, że rozreklamuję pana zakład tak, że nie będzie pan narzekał na brak roboty”. Mąż przyjął to zlecenie – a kobieta faktycznie dotrzymała słowa.

DW: A jak to było z zakładem w Chinach? O tej inwestycji głośno było w branży.

TH: Kiedy na rynku pojawiło się zapotrzebowanie na nagrobki z Chin, my też uzupełniliśmy ofertę o ten asortyment. Mąż miał jednak ciągłe uwagi, głównie do jakości i terminów. Ani słowem jednak nie zdradził swoich planów. O pomyśle otworzenia zakładu w Chinach dowiedziałam się dopiero podczas wyjazdu do tego kraju. Byłam zaskoczona i przerażona. I tak w 2004 roku zapadła decyzja o budowie zakładu, pół roku później ruszyła produkcja.

DW: Wiem, że zakład w Chinach nie jest już własnością Waszej firmy.

TH: Popyt na nagrobki z Chin zdecydowanie spadł, a my nawiązaliśmy tam na tyle dobre relacje z miejscowymi dostawcami, że mamy pewność, że sprowadzane teraz z Chin gotowe nagrobki będą w dobrej cenie i w oczekiwanej jakości. Na dodatek znaleźli się chętni do zakupu naszego zakładu.
W tym czasie nasi synowie mocno zaangażowali się w pracę w zakładzie. Marcin zajął się produkcją, a Sebastian projektowaniem nagrobków i pozyskiwaniem materiałów. Mąż poczuł się nieswojo, bo coraz mniej był angażowany do codziennej pracy. Wtedy wymyślił, że wybuduje nowy zakład, którego specjalnością będzie cięcie kamienia. Decyzja o budowie nowego zakładu zapadła w październiku 2016 roku. Wtedy też wybraliśmy lokalizację – wybór padł na Dunikowo. To jest dla nas idealna lokalizacja: bliskość portu i sąsiedztwo bocznicy kolejowej, a przy tym dojazd do Dunikowa zajmuje tylko 40 minut bez konieczności przejazdu przez większe miasta.

96hy2.jpg

DW: Wiele powstających firm popełnia błędy, o których przekonuje się dopiero w trakcie pracy. Rozbudowywanie istniejących zakładów też ma swoje ograniczenia i pewnych rzeczy nie daje się już zrobić w sposób idealny. Państwo znaleźliście się w bardzo komfortowej sytuacji budując nowy zakład od podstaw. Z Państwa doświadczeniem optymalne rozplanowanie było pewnie proste?

TH: Lata pracy z kamieniem, doświadczenia osobiste – ale również doświadczenia wielu po-koleń naszej rodziny – myślę, że pozwoliły na zbudowanie zakładu, który na wiele lat będzie rozwiązaniem wzorcowym.
Wyposażenie zakładu to najnowocześniejsze maszyny, a wszystko połączone jest ze sobą w taki sposób, aby tworzyło zoptymalizowany cykl produkcyjny. Początek to „jednolinówka” do formatowania bloków. Potem sformatowane bloki cięte będą na dwóch wielolinkach: 14-linowa firmy SOCOMAC i 10-linowa firmy Pellegrini. Następnym elementem ciągu jest supernowoczesna polerka wielogłowicowa Breton.
Całość linii pomyślana jest tak, aby maksymalnie ułatwić prace i zachować jej ciągłość. Wózki transferowe, obrotnice i 5 suwnic pozwolą na skoordynowaną produkcję i płynną obsługę klientów.
Zakład wyposażony jest również w bardzo dobrą oczyszczalnię ścieków Fracarolli.

DW: Zakład przygotowany jest do dużej produkcji. Kto zatem będzie jego klientem?

TH: Zakład znajduje się niedaleko od portu w Szczecinie, gdzie trafiają bloki praktycznie z całego świata. Chcemy zaoferować usługę cięcia dla firm. Po pierwsze: dla firm, które sprowadzają bloki, ale będą zainteresowane przetarciem ich w pobliżu portu, by do swojego magazynu przy-wozić już gotowe płyty. Po drugie: dla importerów bloków, którzy dzięki naszej usłudze, będą mogli zaproponować swój materiał również w postaci slabów. Wstępne rozmowy z obiema grupami odbiorców już trwają.

DW: Faktycznie dostawcy bloków mają coraz większy problem z ich sprzedażą i pomysł na ich pocięcie i sprzedaż w slabach może okazać się dobrym rozwiązaniem. Na jakim etapie uruchamiania jest obecnie zakład?

TH: Uruchomiliśmy już cięcie. Na razie tniemy tylko nasz materiał, gdyż musimy mieć go co najmniej 400-500 m2, aby dokonać rozruchu polerki Breton. Taka ilość zapewni 8-godzinną pracę „Bretona”, co umożliwi jego odbiór. Po zakończeniu prac rozruchowych maszyn zajmiemy się odbiorami końcowymi inwestycji – budowlanym, inspekcji pracy itd.
Po odbiorach przeprowadzimy nabór pracowników. Rozmawiamy już z kandydatami. Potem trzeba będzie tych pracowników przeszkolić. Tym zajmie się już Sebastian, bo to on pokieruje tym zakładem. Marcin wróci do zakładu w Chominie.

DW: Ciekaw jestem, w czym najbardziej przydało się wielopokoleniowe doświadczenie?

TH: Zależało nam, aby praca zakładu odbywała się w sposób płynny, bez zbędnych przestojów. Stąd pomysł, aby cała firma była otoczona pasem ruchu. Samochody wjeżdżają bramą prosto na halę i po załadowaniu płyt, wyjeżdżają drugą bramą. Dzięki temu zachowana jest ciągłość ruchu i żadne auto nie musi manewrować, zawracać ani czekać na możliwość wjazdu lub wyjazdu.
Kilkanaście metrów od firmy znajdują się tory kolejowe. Zakład wyposażony jest w ładowarkę o nośności 45 ton, więc nie będzie problemów z przewiezieniem żadnego bloku dostarczonego koleją. Za zakładem, na placu składowym, wkrótce stanie jeszcze jedna suwnica.

DW: Dziękuję za rozmowę i gratuluję inwestycji oraz pięknych jubileuszy.

TH: W chwili przesłania artykułu do akceptacji, została przeprowadzona próba rozruchu BRETONA i uzyskaliśmy 100 % poleru. Co to oznacza, wszyscy kamieniarze wiedzą.

96hy4.jpg

przeczytaj cały artykuł

Hommage

Autor: Paweł Szambelan   |   Data publikacji: środa, 19 września 2018 01:00

95hom.jpg

Czym jest nagrobek? Dla jednych kolejnym dniem pracy, dla innych wszystkim, co zostało ze wspomnień.

Czy pracując codziennie na nekropolii zdajemy sobie jeszcze sprawę, jakie myśli wywołuje u większości ludzi już sam widok cmentarnej bramy? Jak często zdarza się, że kamieniarz chce zrozumieć, ile emocji budzi w jego klientach moment wyboru pomnika? Czy kolejne modyfikacje wynikają tylko z niezdecydowania zamawiającego? Czy standardowe pomniki – nawet te „modne w tym sezonie” – oddają to, co ktoś chciałby powiedzieć o bliskiej osobie?

„To co nas spotkało ponad 4 lata temu… brak słów. Nasz Krzysiu wyjechał i miał wrócić następnego dnia przed dwudziestą drugą. Krzysiu miał 25 lat! Ta sytuacja jest tak trudna, że żadne słowa nie są dobre! Nasz Syneczek, nasze Dziecko…”
Tymi słowami zaczyna swoją opowieść pani Elżbieta Piekielniak. To swoistego rodzaju katharsis, które odbiera się, jakby słuchało się kogoś siedzącego naprzeciw – opowieść pełną emocji i uczuć.

Pani Elżbieta stała się klientką dla zakładów kamieniarskich. Rozpoczęła poszukiwania firmy, która pomoże jej upamiętnić syna. Szukała w całej Polsce. Swoje zapytania, adresowane do potencjalnych wykonawców, uzupełniała długimi i obrazowymi opisami więzi emocjonalnych.

„Zawsze dzwoniłam, pisałam – każdego dnia dużo rozmawialiśmy i pisaliśmy. Dlaczego tym razem za dużo wymyślałam i nie zadzwoniłam, nie napisałam! Dlatego choć słowo „kochamy” na płycie byłoby namiastką tego, czego nie zrobiłam.”

Wszystko to miało służyć lepszemu przekazaniu swoich oczekiwań wobec sposobu, w jaki chciała zatrzymać pamięć o swoim synu. Wyjątki z życia, fragmenty rozmów, wspomnienia o nieobecnym, cytaty z korespondencji sms-owej. Znamy to? Tak. Każdy pewnie miał kontakt z klientem, który jest w jednej z faz przeżywania żałoby. Ale kto z nas, po setnym sprzedanym pomniku, potrafi jeszcze wczuć się w tę sytuację?

„Pojawiły się różne propozycje – pisze pani Elżbieta – a wśród nich było zaproszenie do Pracowni rzeźby pana Rafała Frankiewicza: »A może by Pani przyjechała do nas w odwiedziny? Mam parę pomysłów, ale bez Pani ciężko coś wybrać.«”. Dalej jest jak w powieści epistolarnej – poznajemy fakty i postępy prac czytając korespondencję między bohaterami. I tu nadal emocje i uczucia stanowią oś między zlecającym a wykonawcą.
„Dziękujemy za fotoreportaż. Trzymamy kciuki!”
„Cały czas myślimy o Panu i co u Krzysia? Dziękuję za informacje z frontu... może jutro uda nam się spotkać.”
„Ze zdjęć, które zasyłam, mam do poprawy lewą stronę dolnej wargi i prawdopodobnie lewe oko. Może trochę więcej je otworzyć?”
„Panie Rafale, dziękujemy za dziś!!! Krzysiu się uśmiecha, ja czuję ten uśmiech.”
Czy w kontenerze nagrobków ściągniętym, by przygotować „wystawkę”, jest miejsce na takie relacje? Jedna strona chce szybko dobić targu, druga – bardziej niż praktycznej porady o kolorze kamienia – często potrzebuje po prostu wysłuchania.

Skończoną pracę pani Elżbieta opisuje następująco: „Efektem tych prac jest prawdziwe dzieło sztuki – piękne, jedyne! Jest to żywa postać, wiernie odtworzona.”

To podwójna rzeźba: postać 3-letniego Krzysia i postać 25-latka – alegoria krótkiego życia syna pani Elżbiety. Rzeźba o tak mocnej wymowie, że każdy przechodzący obok niej zatrzymuje się choć na chwilę. Wiele osób przechodzi nawet przy każdych odwiedzinach nekropolii, nierzadko nadkładając drogi, bo – jak wszyscy zauważają – „tu, przy tej rzeźbie, zawsze się coś dzieje”.

Oczywiście nie każdy jest zainteresowany lub ma możliwość poświęcić tyle uwagi jednemu klientowi. Nie każdy klient chce zainwestować w nagrobek tyle uczuć, czasu, uwagi... Jednak pamiętajmy, że za każdym nagrobkiem chowają się jakieś emocje. Zwykle bardzo silne.

„Rzeźba spełniła nasze oczekiwania, obrazuje uczucia, pamięć. Całość dopełnia nazwa rzeźby: „Portret podwójny Hommage a Krzysztof Piekielniak – w hołdzie Krzysztofowi Piekielniakowi” – kończy pani Elżbieta.

Do przeczytania całej opowieści pani Elżbiety zapraszamy na naszą stronę internetową. By nie uronić ani jednego niuansu, zamieszczamy ją zachowując stuprocentową zgodność z oryginałem. To niesamowita lektura. Nie zamieścimy jej na fanpage, aby nie zniknęła przykryta kolejnymi wpisami „co słychać?” i „relacjami na żywo”. Jest warta tego, by trwać.

www.kurierkamieniarski.pl/krzys

 

przeczytaj cały artykuł
Strona 5 z 11

Najnowszy numer
6/2025 (139)

grudzień 2025 – styczeń 2026

Zamów darmową prenumeratę

Ogłoszenie drobne
kup, sprzedaj, zamień...

noimage
2025-12-08 00:00:00
Sprzedam automat polerski firmy PROMASZ, mało używany, z głowicą. Cena do uzgodnienia. Krotoszyn. Tel. 607 334 259

Reklama W Kurierze
Poznaj zalety naszego pisma

  • Kurier Kamieniarski to dwumiesięcznik – najstarszy na rynku kamieniarskim, wydawany od 1997 r. Jest bezpłatnie wysyłany do ponad 4.000 osób i firm związanych z branżą kamieniarską.
  • Nasza baza adresowa jest na bieżąco aktualizowana, a co tydzień dopisujemy do niej nowe firmy. Stale zdobywamy nowe kontakty biorąc udział w targach i spotkaniach branżowych.
  • Osiągamy ponad 99% skuteczność - z wysłanych 4.000 egzemplarzy wraca do nas nie więcej niż 30-50 szt.