Ludzie i miejsca

Kamień inaczej —Lew French

Autor: Dariusz Wawrzynkiewicz   |   Data publikacji: poniedziałek, 22 grudnia 2014 11:32

lew1.jpg

Błądząc po internecie nie trudno spotkać zdjęcia z nietypowych realizacji kamieniarskich. Czasami to strony autorów takich realizacji, czasami tylko zdjęcia podpisane nazwiskiem autora wykorzystane w jakiejś prezentacji, a czasami tylko pojedyncze, intrygujące zdjęcia rozprzestrzeniające się masowo jako ciekawostki po portalach społecznościowych. 

Niedawno taką popularnością w internecie cieszyły się zdjęcia realizacji o dość specyficznym i indywidualnym charakterze. Ich autorem jest Lew French ze Stanów Zjednoczonych, którego prace doceniono na całym świecie. Korzystając choćby tylko z udostępnionych publicznie materiałów można ujrzeć twórcę robót kamieniarskich z zupełnie innym spojrzeniem na kamień jako materiał budowlany...

Lew French dorastał w małym miasteczku w stanie Minnesota. Już jako 17-latek po ukończeniu miejscowej szkoły zawodowej założył własną firmę budowlaną, a pierwszymi jego pracownikami byli przyjaciele ojca. Pracowali dla niego, ale byli także jego nauczycielami. W tym początkowym okresie pracy zawodowej robił w zasadzie wszystko w dziedzinie budownictwa —było murowanie, prace stolarskie, instalacyjne —były też i prace w kamieniu. Jednak już po roku pracy wiedział, że jego przyszłością będzie kamień. I tak od ponad 35 lat Lew projektuje i realizuje prace w oparciu o kamień i inne materiały naturalne.

Niezwykłość jego prac polega na podstawowym założeniu, że wykorzystywane kamienie w zasadzie nie będą obrabiane. Najwięcej czasu w pracy pochłania przez to szukanie odpowiednich kamieni. Oczywiście, czasem trzeba nieco poprawić kamień, ale zwykle dotyczy to części niewidocznej po zabudowaniu i jest robione ręcznym dłutem.

lew2.jpg

Kiedy Lew buduje ścianę, szuka tylko takich kamieni, które dokładnie pasują do siebie, do przeznaczonego miejsca, do całego projektu... Z tego powodu proces budowy —a w zasadzie tworzenia —może potrwać nawet miesiące. Odnajduje lub kupuje kamienie i składuje je na wynajętym polu. Niektóre z tych kamieni czekają na swój czas nawet kilkanaście lat, aby znaleźć swoje miejsce w idealnie ułożonej kompozycji.
Technika realizacji to układanie na sucho —jednak ściany Lew French’a i mozaiki ułożone na sucho nie mają żadnych luk lub niespójnych elementów, które można zobaczyć w starych kamiennych murach układanych na sucho. Jego technika wykracza poza zwykłe układanie suchego muru. Podczas tworzenia podziałów wizualnych, dodaje wymiar i teksturę tworząc ściany złożone z wielu różnych rozmiarów kamieni, umieszczonych razem, aby stworzyć różnorodną i piękną całość. Efekt jest kojący i harmonijny. Same kamienie są ciężkie, ale zmienność i stosowany przez twórcę wzór daje pewien rodzaj lekkości, światła, spokoju i energii.

lew3.jpg

Przygotowując realizację ma tylko ogólny plan —nigdy nie rozrysowuje szczegółów. W trakcie pracy projekt ewoluuje zgodnie ze zmiennością kształtów kamieni. Inspiracją w pracy zawsze jest natura, dlatego największym komplementem dla niego jest stwierdzenie oglądających jego pracę: „to wygląda, jakby zawsze tu było”.

Dlaczego stosuje tak trudną i czasochłonną technikę? Bo, jak mówi w wywiadzie dla Finehomebuilding, w nieprzetworzonych ludzką ręką kamieniach jest pewna tajemnica. Często ludzie widząc kamień schylają się i biorą go do ręki. Dla niego ta tajemnica stała się pasją i zawodem. W realizacjach French’a jest widoczny pewien rodzaj obsesji i perfekcjonizmu, a on sam przyznaje się do obu tych cech. Dlatego zawsze patrząc na swoje prace po czasie, uważa że mógł to zrobić lepiej.
Patrząc na wykonane prace każdy stwierdza, że to sztuka, ale sam ich twórca w wywiadzie dla CBS zapytany czy czuje się kamieniarzem, czy artystą, stwierdził, że kamieniarzem jest ten kto obrabia kamienie i zabudowuje je, artystą się nie czuje, więc traktuje siebie jako projektanta pracującego w kamieniu.

Jego wieloletnia praca znalazła uznanie, a współpraca z fotografikiem Alison Show i przygotowanie książki w 2005 roku —albumu „Stone by Design” —znacznie zwiększyło liczbę osób, które odkryły jego dzieła. Zauważyła go także stacja telewizyjna CBS Sunday Morning. Po wywiadzie jakiego udzielił dla jej dziennikarza Steve’a Hartman’a w 2007 roku wyprzedano cały nakład albumu.
Obecnie Lew French przygotowuje drugą książkę. Tym razem wzbogaconą o opisy procesu powstawania niektórych obiektów. Jak poprzednio ilustracjami będą zdjęcia Alison Show. Pozycja ma się ukazać jesienią przyszłego roku.

lew4.jpg

Lew French udostępnił nam kilka zdjęć ze swoich realizacji, ale zachęcam do odwiedzenia naszego profilu na Facebooku, gdzie zamieściliśmy linki do innych jego realizacji. Może obejrzane prace zaowocują wykorzystaniem w przyszłości również kamieni nieobrobionych.

lew5.jpg

przeczytaj cały artykuł

Rzeźbienie jest proste - wystarczy odrzucić to, co zbędne

Autor: Dariusz Wawrzynkiewicz   |   Data publikacji: środa, 05 listopada 2014 12:36

piekoszewski.jpg

Tytułową sentencję słyszałem kilkakrotnie przygotowując artykuły o Strzegomskim Biennale Rzeźby w Granicie do wcześniejszych wydań Kuriera. Trudno nie uśmiechnąć się, kiedy słyszy się ją ponownie z ust kolejnego rzeźbiarza. Ale mając na uwadze dostojny wiek mówiącego być może jestem bliżej źródła.

 

Niedawno dowiedziałem się, że w Pińczowie jest zakład kamieniarsko-rzeźbiarski, który istnieje od ponad 100 lat. Postanowiłem go odwiedzić. Dlatego umówiłem się z panem Józefem Piekoszewskim, obecnym właścicielem.

Zakład znajduje się w centrum miasta przy ulicy Batalionów Chłopskich, w domu pana Józefa. Gdy stanąłem przy furtce, zobaczyłem bohatera tego artykułu jak na podwórku, pod drzewem, pracował nad rzeźbą. Pan Józef przyjął mnie miło i opowiedział o długiej historii powstawania rzeźb w tym miejscu.
Historia zaczyna się w 1877 roku pod Będzinem - gdzie urodził się Antoni Piekoszewski, założyciel kamieniarskiego rodu. Jako osiemnastoletni młodzieniec rozpoczął naukę zawodu w zakładzie rzeźbiarskim mistrza Ferdynanda Rawicz-Staszewskiego w Częstochowie, gdzie po trzech latach pracy zyskał tytuł czeladnika. Często pracował w wapieniu pińczowskim, więc postanowił przenieść się do Pińczowa.

Po przeprowadzce, około 1910 roku, rozpoczął pracę w zakładzie majstra Michalskiego, którego wiele pomników do dziś można odnaleźć na pińczowskim cmentarzu. Zdobywał u niego kolejne doświadczenia i odkładał pieniądze. Kiedy nazbierał odpowiednią sumę kupił plac od niejakiej Wilczyńskiej (z rodu gulonów pińczowskich posiadających wtedy w Pińczowie spory majątek), na którym wybudował dom i założył własny warsztat. Warsztat ten to właśnie miejsce, w którym spotkałem się z panem Józefem.

Losy Ferdynanda Rawicza-Staszewskiego i Antoniego Piekoszewskiego jeszcze się skrzyżowały. Przed pierwszą wojną mistrz Ferdynand wziął udział w konkursie rzeźby o tematyce sakralnej zorganizowanym w Paryżu. Wykonał i wysłał tam trzy prace zrobione w kamieniu. Pomagał mu w tym, jako pomysłodawca i wykonawca, jego były uczeń Antoni Piekoszewski. Udział w tym konkursie zakończył się wielkim sukcesem - rzeźby zdobyły pierwszą nagrodę. Mistrz zachował się wobec ucznia lojalnie, uznając go za współautora artystycznego osiągnięcia. Na starość Rawicz-Staszewski przeniósł się do Pińczowa i zamieszkał u Antoniego Piekoszewskiego, gdzie zmarł w 1923 roku.


Antoni Piekoszewski miał dwie córki i siedmiu synów. Jednym z nich jest właśnie nasz bohater, Józef Piekoszewski. Antoni pracował w zawodzie 78 lat pozostawiając sporą spuściznę. Wiele nagrobków, płaskorzeźb i figur w kościołach, ale również rzeźb przydrożnych. Najbardziej znaną pracą, zauważalną również i dziś, jest pomnik Konstytucji 3 Maja w Pińczowie. Także przed domem rodziny Piekoszowskich stoi figura Matki Boskiej z Dzieciątkiem, wzniesiona w 1933 r. na pamiątkę Roku Świętego. Ciekawostką jest fakt, że rzeźbę postawiono w dniu chrztu Józefa Piekoszowskiego.

Pan Józef ma już 83 lata, ale nadal pracuje i nie myśli o emeryturze. Swoją pracę zawodową zaczął u ojca już w wieku 14 lat. Po jego śmierci przejął zakład i prowadzi go do dziś specjalizując się w taki samym zakresie prac co ojciec. W swoim warsztacie wykonał wiele prac, ale te które są dla niego szczególne to wykonane bezpłatnie dla pobliskiego kościoła reformatów: Droga Krzyżowa, Matka Boska z Dzieciątkiem, prace przy ambonie, ołtarzu głównym i balustradzie oraz figury św. Franciszka i Antoniego znajdujące się na dziedzińcu przed kościołem.

Rzeźby wykonane przez pana Józefa Piekoszowskiego nie tylko zdobią region - wiele z nich trafiło za granicę. Mój rozmówca wspomina rzeźbę Chrystusa z otwartym sercem, która trafiła do Nowego Yorku. W Londynie swoje miejsce znalazła rzeźba Matki Boskiej z Lourdes. Była też rzeźba, która wyjechała do Szwecji.
Kamień z którego powstają rzeźby, pan Józef zawsze sezonuje. Wtedy ma pewność, że jeśli występują w nim jakieś wady, to po sezonowaniu będą widoczne.

Jak sam mówi: w kamiennej bryle jest wszystko - trzeba to tylko zobaczyć i odrzucić to, co niepotrzebne. Rzeźby powstają metodą najbardziej tradycyjną - ręcznie, bez używania elektronarzędzi. Pan Józef nadal używa narzędzi odziedziczonych po ojcu, a jeśli potrzebuje nowego dłuta to robi je sam „z dobrych szwedzkich łożysk”. Jak stwierdził, nie ma lepszego narzędzia nad ludzkie ręce. Każda praca musi być dopieszczona, a w tym nowoczesne narzędzia nie pomagają.

Jedną z ciekawszych realizacji pana Józefa Piekoszowskiego była rekonstrukcja fontanny pochodzącej z 1593 roku.

Fontanna, jak na koniec XVI wieku, była nowinką - woda zasilająca fontannę spływała rurami z pobliskich wzgórz. Obiekt służył głównie jako ”kran do mycia”, ku orzeźwieniu kupców i żołnierzy. Do dziś natomiast trwają spory kto tamtą fontannę wybudował - czy był to rzeźbiarz z Florencji Santi Gucci, czy Tomasz Nikiel rzeźbiarz znany ze stworzenia posadzki przed ołtarzem katedry wawelskiej. Jedno jest pewne: fundatorem był Zygmunt Myszkowski, ówczesny właściciel dóbr pińczowskich. Fontanna przeszła renowację w 1732 roku (którą przeprowadził niejaki majster Sagowski), a zlikwidowana została w czasie II wojny światowej, kiedy Niemcy przebudowali ją na zbiornik przeciwpożarowy. Serce tej starej fontanny znajduje się w muzeum regionalnym, a od 2004 roku w rynku stoi replika wykonana przez pana Józefa.


W zeszłym roku Pan Józef został wybrany Osobowością Roku Miasta i Gminy Pińczów. Najbardziej martwi go że młodzi ludzie wyjeżdżają za granicę. Jego syn, mający obecnie 49 lat, też wyjechał do Niemiec. Pan Józef uczył go zawodu, ale ze względu na możliwości zarobkowe syn wybrał emigrację. Pracuje w firmie kamieniarskiej wykonującej gzymsy.

Szkoda, że po ponad 100 latach tradycja ręcznego wykonywania rzeźb w Pińczowie z tutejszego wapienia, nie będzie miała kontynuacji w następnym pokoleniu.

 

przeczytaj cały artykuł

Jak Irlandczycy mury układali

Autor: Grzegorz Płaneta   |   Data publikacji: poniedziałek, 01 września 2014 22:07

donegal14 1

W weekend, pomiędzy 20 a 22 czerwca 2014 roku, w miejscowości Mountcharles w hrabstwie Donegal (Republika Irlandii), odbył się Festiwal Kamienia Tir Conaill*. Inicjatorem imprezy było The Dry Stone Wall Association of Ireland (DSWAI – Irlandzkie Stowarzyszenie Suchego Muru) kultywujące tradycję wznoszenia murów bez użycia zaprawy.

Okazją do zorganizowania festiwalu była odbudowa około 50 metrów starego muru, który został zniszczony ostatniej zimy przez sztorm. Program festiwalu obejmował także wycieczkę i zwiedzanie ponad 100-letniej kopalni piaskowca w Drumkeelan oraz warsztaty rzeźbiarskie prowadzone przez artystę rzeźbiarza Brendan McGloin’a.

DSWAI została założona w 2009 roku i jest organizacją typu „non profit”, zrzeszającą wolontariuszy. Członkiem może zostać każdy, kto wyrazi swe zainteresowanie tematem i chce się nauczyć techniki budowania suchego muru. Stowarzyszenie posiada swoje odpowiedniki w innych krajach regionu (Szkocja, Anglia czy Walia).

Miejscem sobotnich wydarzeń była prywatna posesja przy plaży jednej z zatok Oceanu Atlantyckiego, jakich pełno na całym irlandzkim wybrzeżu. Uczestnikami festiwalu byli zarówno profesjonalni kamieniarze, jak i pasjonaci oraz kompletni amatorzy. W rzeczywistości udział brały całe rodziny przybyłe z różnych zakątków Anglii, Szkocji, Kanady, a nawet Australii. Całość odbywała się w rodzinnej atmosferze, z zapleczem kulinarnym oraz logistycznym. Materiał pochodził z wymienianej wyżej i znajdującej się nieopodal kopalni kamienia w Drumkeelan.

Hrabstwo Donegal to jeden z najbardziej malowniczych zakątków Irlandii, naturalnie oddzielony od reszty kraju geograficznie i politycznie. Jest to jedyne hrabstwo regionu Ulster znajdujące się w granicach Republiki Irlandii. Pozostała część Ulsteru podlega pod Zjednoczone Królestwo (UK). W średniowieczu Donegal było siedzibą klanu O’Donnell, który dawał odpust angielskim zapędom kolonialnym w Irlandii.

donegal14 2

Praca rozdzielona została między dwa równolegle pracujące zespoły. W skład obu wchodzili zarówno profesjonaliści, którzy odpowiedzialni byli za prawidłową budowę muru, jak i pozostali uczestnicy, którzy bardziej byli pomocni w tworzeniu chaosu niż w budowaniu. Ale nikt nie narzekał – wszak chodziło przede wszystkim o dobrą zabawę oraz poznanie tajników budowy suchego muru. Dzięki temu, że atmosfera była bardzo luźna, wręcz piknikowa, każdy czuł się przydatny, co niewątpliwie wpływało na zaangażowanie oraz postępy w pracy.
Godnym odnotowania jest fakt, że nowy mur powstawał na fundamentach starej konstrukcji, która przetrwała około 100 lat, w warunkach silnych wiatrów północnego Atlantyku. W Donegal ilość bezdeszczowych dni w roku wynosi średnio 182. W prosty sposób pokazuje to, jak odporną na warunki atmosferyczne jest taka konstrukcja, przy jednoczesnym utrzymaniu prostoty i zachowaniu niskiego kosztu.
Suchy mur powstaje przez układanie warstwami płaskich bloczków kamiennych. W miejscach o znaczeniu konstruk-cyjnym tak dobierano kształt sąsiadujących kamieni, aby klinowały się wzajemnie i wzmacniały mur. Jako metoda tradycyjna, dostępna dla zwykłych ludzi, najczęściej używało się budulca dostępnego regionalnie – wtedy też, podobnie jak i dziś, utyskiwano na koszty transportu. Wykorzystanie lo-kalnych materiałów obniżało koszty.

Dziś Hrabstwo Donegal jest jednym z najbardziej popularnych miejsc turystycznych, z bardzo zróżnicowaną topografią i z bliskim sąsiedztwem innych atrakcji turystycznych.

Z punktu widzenia kompletnego amatora mogę powiedzieć, że łatwość, z jaką były poddawane obróbce ogromne bloki piaskowca oraz szybkość powstawania fragmentów muru były zadziwiające. Cały odbudowywany odcinek powstał w ciągu jednego dnia. Fachowość członków zespołu nie podlegała żadnej dyskusji, natomiast osobom zaczynającym „kamienną” przygodę dawało to jasny obraz tego, jak ciężka jest to praca.

*Tir Conail (pisane również jako Thír Conaill) w języku irlandzkim oznacza Land of Connell i jest starożytną nazwą terenów należących do hrabstwa Donegal.

Więcej zdjęć na www.facebook.com/KurierKamieniarski

donegal14 3

 

Okazją do zorganizowania festiwalu była odbudowa około 50 metrów starego muru, który został zniszczony ostatniej zimy przez sztorm. Program festiwalu obejmował także wycieczkę i zwiedzanie ponad 100-letniej kopalni piaskowca w Drumkeelan oraz warsztaty rzeźbiarskie prowadzone przez artystę rzeźbiarza Brendan McGloin’a.
przeczytaj cały artykuł

Kamienie, które wysłuchają Chopina

Autor: Dariusz Wawrzynkiewicz   |   Data publikacji: poniedziałek, 25 sierpnia 2014 01:00

budynek NOSPR w Katowicach

1 października 2014 roku Narodowa Orkiestra Symfoniczna Polskiego Radia otrzyma nową siedzibę. Zapraszamy na spacer po korytarzach tego budynku.

Kilka dni temu zwiedzaliśmy nowy budynek, w którym kamień odgrywa niezwykłą rolę. Tworzy konstrukcję i wystrój nowej siedziby Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia w Katowicach (NOSPR). To wyjątkowy i bardzo prestiżowy obiekt, który zaprojektował Tomasz Konior z ogromną dbałością o szczegóły – również te wykonywane z kamienia. Budynek jest właśnie wykańczany, a uroczyste otwarcie
planowane jest na 1 października br. Do obejrzenia realizacji zaprosił nas wykonawca całości robót kamieniarskich Ryszard Jędrychowski, właściciel firmy Zakład Przerobu Kamienia Budowlanego z Jędrzejowa. Przy tej okazji rozmawialiśmy o drodze, jaką musi przebyć firma, aby móc podjąć się i zakończyć z sukcesem tak ogromną realizację. 

Dariusz Wawrzynkiewicz: Znamy się jeszcze z czasów targów w Wałbrzychu. Wtedy podstawą działania firmy była produkcja nagrobków. Jak przebiegała droga od nagrobków do budynku, który przed chwilą oglądaliśmy?
Ryszard Jędrychowski: Faktycznie, tak było. Gdyby wtedy w Wałbrzychu, ktoś mi pokazał zdjęcia z tego obiektu i powiedział, że to moje dzieło, to bym nie uwierzył. Choć moja firma zaczynała właśnie od budowlanki w 1991 roku. Ciąłem wtedy bloki piaskowca i robiłem kamień łupany, który również montowałem na budowach.
Pracowałem wtedy w piaskowcu z Żarnowca, później dołączyłem piaskowiec czerwony z Gałęzic. Układaliśmy te piaskowce na fasadach domów. Zjawił się w tym czasie klient i chciał, abym zrobił nagrobek z piaskowca. W 1993 roku było następnych kilka takich zleceń i tak zaczęła się produkcja nagrobkarska. Już w 1994 roku zacząłem pracować w granicie. Nagrobkarskie prace był opłacalne. Kupiłem piły i produkowałem po kilkadziesiąt metrów kwadratowych rocznie. Praktycznie całość na grube płyty nagrobkowe. Lata 1995 – 2005 były ekonomicznie doskonałe i firma stale się rozwijała. Od 2005 roku zaczął się słabszy okres – pojawiły się chińskie nagrobki, ceny spadały i opłacalność była coraz niższa, zwłaszcza w zakresie montaży. Dlatego skupiłem się na produkcji i sprzedawaniu gotowych nagrobków firmom montującym. W najlepszych latach produkowałem kilkaset pomników rocznie – teraz niecałe 100 i to przy dużo niższych cenach.
DW: To kiedy nadszedł powrót do budowlanki?
RJ: Praktycznie intensywnie zacząłem walczyć o zlecenia budowlane gdzieś od 2006 roku.
DW: Spotykamy się z okazji końcówki robót na budynku NOSPR w Katowicach. Czy to największy obiekt jaki realizowała firma?
RJ: Tak – jeśli mówimy o pojedynczym obiekcie. W tym budynku zamontowałem około 2.300 m2 marmuru z Carrary na ścianach i jako meble – każda płyta z obróbką ćwierćwałkiem o różnych promieniach. Posadzki mają łączną powierzchnię 5.000 m2 i są wykonane ze szwajcarskiego granitu Cresciano. Wszystkie ściany wewnętrzne układane były na kotwach lub stelażach. Były też ściany nachylone pod kątem – trochę jakbym montował płyty na suficie. Poza posadzkami, ścianami wewnętrznymi i meblami było sporo innych elementów. Samych blatów łazienkowych, w których wykonałem osadzenie 160 umywalek, było 80 m2. I to wszystkie fazowane od spodu do grubości 1,5 cm.
DW: Czy wcześniej firma stawała do konkursów na duże obiekty?
RJ: Oczywiście. Kiedy w 2006 roku wznowiłem działalność na budowach, zaczynałem od małych robót. Potem były coraz większe, ale to były zlecenia o budżecie do 1 mln złotych. W sumie w ciągu roku przerabiałem podobne ilości, ale było to kilka budów. Z ostatnich czasów warto wspomnieć o budowach: biurowca w Warszawie, Komendy Policji w Staszowie, pięknego kościoła w Cieszynie, dużego hotelu w Ustroniu czy zamku w Stopnicy.
Tu pracuję od pół roku na tym jednym obiekcie. To wymagające. Przystępując do tej budowy musiałem dysponować sporym kapitałem, żeby w ogóle zacząć. Wszystkie posadzki wykonane są w wersji antykowanej i w formie tzw. „rzymskiej drogi”, czyli płyty nie mają jednakowych wymiarów. W sumie płyty posadzkowe miały 12 różnych wariantów wymiarowych. Robota nie była łatwa. To tereny górnicze – była konieczność robienia dylatacji. Ogromnym wsparciem była dla mnie firma Lauda, która dostarczała kotwy i pomagała w projektowaniu systemu kotwienia, bo tradycyjnie: projektu wykonawczego dla kamieniarki nie było. A wymogi były wysokie. Praktycznie w każdej sytuacji musiałem robić „mokapy”, czyli układać przykładowy fragment. Czasem to było nawet do 5 m2. Potem przychodził inspektor nadzoru i na tym fragmencie zatwierdzał. No, ale takie były wymogi.
DW: W zasadzie to już końcówka robót. Emocjonująca, bo trzeba skończyć w terminie. Uroczyste otwarcie 1 października koncertem Krystiana Zimermana – chyba jednego z najbardziej uznanych wykonawców muzyki Chopina. Czyli tego dnia wszystko musi być perfekcyjne? Co dalej?
RJ: Teraz jestem spokojny. Stan zaawansowania moich prac jest bez zarzutu – zostało naprawdę niewiele do zrobienia. Ale pracy jest sporo – w tej chwili poza tą budową realizuję jeszcze trzy inne. Najważniejsze, że tę robotę skończę w terminie, a inwestor i generalny wykonawca są zadowoleni ze współpracy. Dyrektor Warbudu już zadeklarował, że będziemy jeszcze współpracowali na przyszłych inwestycjach. To dla mnie, poza bezpośrednim zyskiem z tej budowy, kluczowy efekt pracy.
DW: Zakres robót był ogromny, a elementy wcale nie najprostsze. Wykonywane były w zakładzie, czy zamawiane?
RJ: Absolutnie wszystko zrobiłem w swojej firmie. Mam dobrze wyposażony zakład, a największym skarbem przy tej robocie była boczkarka taśmowa Commanduli – Omega. Bez niej ta robota byłaby nie do zrealizowania. Również w pełni wykorzystałem możliwości pięcioosiowego GMM do wykonania obudowy kolumn na okrągło. Montaż i wszystkie roboty na budowie także wykonywali moi ludzie – 10-osobowa brygada zatrudniona na etat. Zwłaszcza, że generalny wykonawca na tej budowie jest bardzo restrykcyjny – w zakresie nie tylko jakości, ale też BHP. Jak widać na budowie wszyscy chodzą w kaskach i kamizelkach, muszą mieć odpowiednie ubranie robocze, buty itd. Każdy pracownik wchodzący na budowę rano jest sprawdzany alkomatem. Nie dopuszcza się pracy na drabinach – zawsze musi być atestowane i dopuszczone przez GW rusztowanie. Tylko korzystanie z własnej, sprawdzonej ekipy daje gwarancję jakości.
DW: Co do pracowników, to ile w tej chwili liczy załoga?
RJ: Na montażach pracuje kilkanaście osób i ponad dwadzieścia w zakładzie. To już spora załoga. Mam szczęście, bo mam wsparcie dzieci. Córka pomaga w sprawach księgowych, a syn zaangażował się w produkcję.
DW: Zakład produkuje jeszcze nagrobki?
RJ: Robię nagrobki, ale teraz to mniej niż 20% obrotu firmy. W tym segmencie rynek ma ograniczenia naturalne, a ceny na rynku też nie są specjalnie atrakcyjne. Czasem coś się jednak trafia atrakcyjnego, wymagającego i dochodowego. Robiłem ostatnio potężny grobowiec z czarnego szweda, gdzie tablica napisowa ważyła 7 ton. Na uwagę zasługuje też pomnik ofiar Holokaustu odsłonięty w 2013 roku w Szczekocinach.
DW: Po obejrzeniu tej budowy mogę tylko pogratulować i życzyć kolejnych tak pięknych i prestiżowych realizacji.

P.S. Dnia 20 sierpnia 2014 roku w zakresie prac kamieniarskich inwestycja została zakończona.

Symfoniczna Polskiego Radia w Katowicach Orkiestra ma długą historię.
Jest kontynuacją Wielkiej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia (WOSPR), która powstała w 1935 roku w Warszawie. Do wybuchu II wojny światowej jej
dyrektorem był Grzegorz Fitelberg. Orkiestra reaktywowana została w marcu 1945 roku w Katowicach przez Witolda Rowickiego. W 1947 roku dyrekcję artystyczną objął ponownie Grzegorz Fitelberg.
Z Orkiestrą występowali najznakomitsi dyrygenci i światowej sławy soliści, jak m.in. Martha Argerich, Leonard Bernstein, Placido Domingo, Pierre Fournier, Witold Lutosławski, Neville Marriner, Kurt Masur, Garrick Ohlsson, Krzysztof Penderecki, Maurizio Pollini, Herman Prey,
Ruggiero Ricci , Mścisław Rostropowicz, Artur Rubinstein, Thomas Schippers, Jerzy Semkow, Stanisław Skrowaczewski, Isaac Stern, Krystian Zimerman.
Orkiestra, poza występami w swojej siedzibie (Centrum Kultury Katowice im. Krystyny Bochenek), wiele podróżowała.
W powojennej historii odbyła 165 podróży, zwykle prezentując muzykę polską.
NOSPR nagrała ponad 190 płyt dla wielu międzynarodowych wytwórni fonograficznych.
Za swoje zasługi od 1999 roku uzyskała tytuł „Narodowa”. Taki zespół powinien mieć siedzibę na najwyższym poziomie.
Z tego powodu już kilka lat temu zapadła decyzja o budowie nowej siedziby.

Nowa siedziba

Budynek został zaprojektowany przez biuro projektowe Konior Studio z Katowic. Obiekt powstał na 4-hektarowej działce po dawnym placu drzewnym kopalni „Katowice” i będzie elementem tzw. „osi kultury” miasta Katowice – razem z Muzeum Śląskim i Międzynarodowym Centrum Kongresowym (w budowie). W projektowaniu budynku brało udział wielu specjalistów.
Akustykę obiektu opracował zespół ekspertów z pracowni akustyki Politechniki Wrocławskiej, a wielką salę koncertową projektowano we współpracy z japońską firmą Nagata Acoustic – najbardziej uznaną na świecie w dziedzinie akustyki. Nowa siedziba NOSPR będzie także studiem nagraniowym.
Bryła budynku odwołuje się do tradycji zabytkowego osiedla robotniczego Nikiszowiec w Katowicach, oraz subtelnych podziałów rytmicznych elewacji prowokujących do muzycznych skojarzeń.
Wysokość budynku to 28 m, powierzchnia całkowita 35.000 m2. Wewnątrz są dwie sale koncertowe: kameralna na 300 osób oraz wielka dla 1800 melomanów. W sumie w obiekcie będzie 116 pomieszczeń dla funkcji podstawowej. W obiekcie znajdzie się również parking podziemny na 120 samochodów oraz taras z widokiem na centrum Katowic. Wokół obiektu powstanie się 2-hektarowy park z amfiteatrem oraz ogrodem sztuki.
Nowy obiekt kosztował ok. 265 mln zł, z czego ok. 122 mln miasto Katowice dostanie z funduszy unijnych. Budowa rozpoczęła się w lutym 2012 roku.

Galeria zdjęć tutaj: 

http://www.kurierkamieniarski.pl/galeria/filharmonia.html

 

przeczytaj cały artykuł

Budapeszt zdobyty przez Grupę EGA

Autor: Dariusz Wawrzynkiewicz   |   Data publikacji: środa, 25 czerwca 2014 19:12

Ogromne inwestycje polskich zakładów kamieniarskich w maszyny postawiły nasze zakłady technologicznie, jakościowo i wydajnościowo na równi z zakładami z Europy Zachodniej. Pomimo tego eksport polskiego kamienia ogranicza się prawie wyłącznie do najprostszych elementów, czyli produktów drogowych jak kostka czy krawężnik. To duże uproszczenie, ale oddaje skalę.

GRUPA EGA startuje w przetargu

Powodem napisania tego artykułu jest potężne zadanie eksportowe jakie na przełomie 2013 i 2014 roku zrealizowała GRUPA EGA (Euro Granit Adamus) – dostawa gotowych elementów na rewitalizację placu przed budynkiem Parlamentu Węgierskiego w Budapeszcie. Jak twierdzi Grzegorz Adamus – właściciel firmy – cała sprawa wynikła dzięki wieloletniej pracy polegającej na kształtowaniu wizerunku firmy oraz zdobywaniu potrzebnych kontaktów. Rozmowy rozpoczęły się w czerwcu 2013 roku i trwały do września. Początkowo planowano realizację z granitu szarego, ale GRUPA EGA zaproponowała Nero Zimbabwe. Do konkursu stanęło wiele firm europejskich, również włoskich, ale przyjęto ofertę EGA i zaproponowany materiał. To był początek. Finałowe rozmowy z inwestorem i generalnym wykonawcą robót były dużo trudniejsze. W rezultacie podpisano umowę, która była dopracowana w najmniejszych szczegółach i dobrze zabezpieczona prawnie. Dzięki temu na poziomie organizacji pracy, odbiorów i płatności nie było później problemów.

Zakres robót

Umowa obejmowała dostawę gotowych elementów na plac budowy w Budapeszcie, gdzie montażem zajęła się współpracująca z EGA firma węgierska. Łączna ilość dostarczonego materiału wyniosła ponad 1000 metrów sześciennych gotowego wyrobu (140 TIRów). W zakresie prac znalazły się m.in. główny plac defiladowy, koło z granitu wokół masztu flagowego, fontanna o powierzchni 700 m2 z elementów trapezowych, mury oporowe wykonane z bloków monolitowych oraz wiele innych wymagających precyzji wyrobów.

Terminy

Podpisywanie umowy przeciągało się w czasie. Prace rozpoczęto dopiero pod koniec września, a termin umowny wyznaczono na 12 lutego. To było duże wyzwanie. Ponoć Węgrzy zakładali się, że Polacy nie dadzą rady zrealizować takiego zlecenia w takim czasie i w wymaganej jakości. Polacy dali radę. A generalny wykonawca w ostatnich dniach zlecił poza kontraktem wykonanie dodatkowej partii elementów, które nie zostały dostarczone w terminie przez innych dostawców z Europy. Mimo tego opóźnienie można liczyć co najwyżej w godzinach, bo ostatni transport wyjechał z Piławy 12 lutego późną nocą.

Realizacja

Rozmowy i uzgodnienia trwały długo. Ich końcowe fragmenty były bardzo nerwowe i decydowały minuty. W Afryce czekano na decyzję, czy ładować bloki na statek. W końcu sprawa stanęła na ostrzu noża – albo zapadnie natychmiast, albo GRUPA EGA wycofuje się z realizacji zamówienia. Kiedy przyszła odpowiedź potwierdzająca, zaczął się wyścig z czasem. Bloki załadowano na statek, a EGA dopinała uzgodnienia z firmami, które miały wspomóc firmę w realizacji obróbki. Sfinalizowano też zakup i montaż maszyn pod realizację zadania. Zakupiono maszyny GMM – kompaktowe, bo można było zamontować je w ekspresowym tempie. Jedna zastąpiła starą w Strobicach, drugą zamontowano w Piławie. Ponieważ prawie wszystkie elementy były płomieniowane, EGA zakupiła również linię do płomieniowania. Ruszyła karuzela – bloki przypływały do Szczecina, przeładowywane na samochody jechały do zakładów w Piławie, a po obróbce ruszały w podróż do Budapesztu. Cała akcja zawdzięcza swoje powodzenie ścisłej współpracy pomiędzy partnerami biorącymi udział w tym przedsięwzięciu. Zapewne kluczowym elementem był fakt, że Grzegorz Adamus jest szanowany przez kontrahentów, a zaufanie do jego słowa skutkowało bezproblemowym pozyskaniem firm do współpracy. Ze względów logistycznych kooperantów szukano w Piławie i okolicach. Niestety, nie wszyscy byli w stanie zapewnić wymaganą jakość i precyzję wykonania. Pozostali, czyli znacząca część piławskich firm, nie miała szans na odpoczynek po zakończeniu sezonu 2013. Trzeba docenić te firmy, bowiem w znacznym stopniu przyczynili się do realizacji zadania. Przy okazji rozmowy Grzegorz Adamus prosił, aby na łamach Kuriera Kamieniarskiego serdecznie podziękować w jego imieniu wszystkim, którzy brali udział w tym przedsięwzięciu. Co z przyjemnością czynię.

Kłopoty i zagrożenia

Krótki czas realizacji zadania wiązał się z koniecznością pogodzenia się z kilkoma problemami. Przede wszystkim nie można było wybrzydzać jeśli chodzi o bloki. Niektóre miały ciężar ok. 35 ton i stwarzały problemy transportowe. Istniało też ryzyko wystąpienia wad w materiale, bo przy takich ilościach to przecież możliwe. Sprzyjającym czynnikiem był termin. Zlecenie realizowane było poza sezonem, więc nie potykało się o możliwości przerobowe firm współpracujących w obróbce. Jednym z kluczowych elementów był niewątpliwie transport. Mniejszy był problem z transportem ze Szczecina do Piławy, bo GRUPA EGA realizuje takie transporty na co dzień. Jednak trafiło się też poważniejsze wyzwanie logistyczne – przy okazji jednego z odbiorów do portu podstawiono w jednym czasie 7 samochodów niskopodwoziowych. Sporym problemem były transporty na Węgry. Transport międzynarodowy wymaga wielu dokumentów, a na dodatek już w samym Budapeszcie, były kłopoty z wjazdem do centrum i na plac przed Parlamentem. Konieczne były różnorodne lokalne zezwolenia, a wjazd był możliwy tylko w określonych godzinach – częstokroć samochody przyjeżdżały w nocy i czekały. Okres zimowy, poza zaletami wolnych mocy przerobowych, stanowił pewne ryzyko. Nagły atak ciężkiej zimy mógł sparaliżować przecinanie materiału. Styczniowe ochłodzenie zabrało tydzień pracy. Wcześniej przez tydzień były wichury (słynny z mediów orkan). Z tego powodu ostatni transport z Afryki utknął gdzieś w hiszpańskim porcie, a potem, z powodu wiatru, nie mógł zostać rozładowany w Szczecinie. To kosztowało kolejny tydzień przestoju. W końcu kiedy już się wszystko uspokoiło nadeszła przerwa świąteczna. Dopiero po świętach wszyscy ostro wzięli się do pracy i w następnym tygodniu, w ciągu 5 dni, na Węgry pojechało 15 samochodów. Jak podkreślał w rozmowie Grzegorz Adamus, wszyscy się sprężyli i bardzo ciężko pracowali.

Na koniec

Chcieliśmy to zrobić, żeby się przekonać, czy damy radę. I udowodnić sobie i innym, że jeśli trzeba to potrafimy zorganizować realizację tak dużego kontraktu – powiedział Grzegorz Adamus na koniec rozmowy.

Przyznał również, że w takich sytuacjach może liczyć na swoich pracowników w 100%. Wszyscy z pełnym zaangażowaniem i poświęceniem pracowali bez wytchnienia nie patrząc na zegarek ani na termometr. To było wielkie zadanie logistyczne – koordynacja dostaw, przerobu i wysyłki na budowę. Sprawdziła się zdolność polskich firm do współpracy, chociaż mogłoby się wydawać, że to niemożliwe. Na uroczystościach otwarcia, która odbyła się 15 marca (rocznica Wiosny Ludów na Węgrzech) GRUPA EGA nie dojechała, bo już zaczął się kolejny sezon i kolejne prace. W firmie śmieją się, że dla nich nadal trwa sezon 2013, bo nawet nie zauważyli końca roku.

przeczytaj cały artykuł
Strona 10 z 11

Najnowszy numer
6/2025 (139)

grudzień 2025 – styczeń 2026

Zamów darmową prenumeratę

Ogłoszenie drobne
kup, sprzedaj, zamień...

Fartuchy wodoodporne dla kamieiarzy
2025-11-26 13:39:41
Producent fartuchów i rękawów wodoodpornych dla kamieniarzy. Sprzedaż wysyłkowa – błyskawiczna wysyłka pocztą lub kurierem. Strzegom, ul. Św. Anny 1/6, www.fartuchywodoodporne.pl, tel. 60 34 26 223, tel./fax 74 8 551 472

Reklama W Kurierze
Poznaj zalety naszego pisma

  • Kurier Kamieniarski to dwumiesięcznik – najstarszy na rynku kamieniarskim, wydawany od 1997 r. Jest bezpłatnie wysyłany do ponad 4.000 osób i firm związanych z branżą kamieniarską.
  • Nasza baza adresowa jest na bieżąco aktualizowana, a co tydzień dopisujemy do niej nowe firmy. Stale zdobywamy nowe kontakty biorąc udział w targach i spotkaniach branżowych.
  • Osiągamy ponad 99% skuteczność - z wysłanych 4.000 egzemplarzy wraca do nas nie więcej niż 30-50 szt.