Oto prawdziwa radość każdego księgowego: kiedy pasywa przekształcają się w aktywa.
Obniżenie kosztów stałych to zagadnienie, nad którym zastanawia się każdy. W domu: jak zapłacić mniej za prąd, ogrzewanie, śmieci? Jak efektywniej korzystać z samochodu przy codziennych sprawunkach? W firmie: jak obniżyć koszty telefonów, najmu biura, zużycia artykułów biurowych czy środków czystości? Jak lepiej zarządzać flotą czy efektywniej wykorzystywać wyjazdy w delegacje?
Koszty stałe mają to do siebie, że pojawiają się w budżecie cyklicznie, zwykle co miesiąc. Najczęściej nie wyglądają przerażająco. Niby drobne, mało znaczące cyferki, a jednak po ich podsumowaniu powstaje zauważalna kwota. Ale jak to z kosztami stałymi bywa – raczej trudno je ominąć. Pierwsza myśl jaka się nasuwa – „trzeba oszczędzać”. I słusznie. Bo ładowarka wcale nie musi być włączona do gniazdka po zakończeniu ładowania telefonu, drukarka nie musi być w stanie czuwania po godzinach pracy biura, a wywóz śmieci sortowanych jest mniej kosztowny niż śmieci niesortowanych.
Pomysłów na oszczędne gospodarowanie jest wiele. W pewnym jednak momencie pojawia się granica, której przekroczenie powoduje więcej komplikacji niż zysków. Przecież trudno wydzielać współpracownikom artykuły biurowe niczym druki ścisłego zarachowania albo oczekiwać wpisywania do zeszytu każdej rozmowy telefonicznej.
Są też koszty, które niezmienne będą zawsze. Dzierżawa magazynu zawsze będzie tyle samo kosztować niezależnie od stanu zapełnienia tego magazynu. Podobnie podatek od nieruchomości albo koszty przesyłu mediów.
Na czym więc tytułowy pomysł polega? Zamiast na czymś oszczędzać można przy pomocy tego zarabiać. Czyli przy tych samych kosztach wygenerować dodatkowe przychody.
I taki właśnie sposób wybrała firma MC Diam. W siedzibie swojego oddziału w Strzegomiu otworzyła pokoje gościnne wynajmowane na zasadach pokoi hotelowych. A wszystko, jak to zwykle bywa z ciekawymi pomysłami, było w zasadzie dziełem przypadku.
W trakcie budowy siedziby oddziału MC Diam w Strzegomiu nikt nie myślał o użytkowym poddaszu. W ostateczności, nad połową budynku, miał być podręczny magazynek na zabudowę targową i inne sporadycznie używane przedmioty i sprzęty. Druga połowa miała być z założenia nieużytkowa. Ale przypadkiem znalazł się powód, aby te plany zmienić. Kilka lat temu firma realizowała kontrakt w okolicy Strzegomia, którego realizacja trwała ponad 8 miesięcy i wymagała stałego pobytu kilku pracowników na miejscu. Szybka kalkulacja pokazała, że bardziej opłacalne jest zaadoptowanie poddasza do celów mieszkalnych niż wynajmowanie dla pracowników przez tak długi czas hotelu. Wtedy okazało się też, że poddasze firmy doskonale sprawdza się, kiedy Strzegom odwiedzają pracownicy z innych oddziałów firmy – oczywiście obniżenie kosztów delegacji już w tym momencie stało się zauważalnym faktem.
Dwa lata temu zapadła decyzja o wykończeniu poddasza w podwyższonym standardzie i udostępnieniu go na rynku usług noclegowych. Dziś „Strzegom Apartments” mają już swoich stałych klientów, którzy rezerwują noclegi nawet z dużym wyprzedzeniem. Apartament z czterema niezależnymi pokojami, dwoma łazienkami i dużym salonem z aneksem kuchennym okazał się „strzałem w dziesiątkę” w Strzegomiu, który od dawna cierpi na niedostatek hoteli.
Malkontenci powiedzą: „A komu by się chciało? Tego trzeba doglądać, pilnować.” Jak widać w Strzegomiu się chciało – przecież w ciągu dnia zawsze w biurze jest ktoś, kto może wydać gościom klucze, przecież do biura i tak przychodzi sprzątaczka, przecież wymiana pościeli to ledwie kilka minut. A to oznacza, że obsługa tej inwestycji dzieje się jakby przy okazji, w zasadzie w ramach kosztów utrzymania biura.
I tak oto nieużytkowe poddasze stało się najpierw przyczynkiem oszczędności, a teraz źródłem dochodu. Trudno szacować jak duży będzie to dochód. Ale jedno jest pewne: siedziba firmy już nie jest wyłącznie kosztem stałym.
„To była świetna zabawa i bardzo interaktywna nauka!”
Pod koniec czerwca znów mocniej i szybciej zabiło granitowe serce Polski – w Strzegomiu trwało Strzegomskie Święto Granitu relacjonowane nawet przez media ogólnokrajowe i szeroko opisywane przez nasze branżowe gazety. Jeśli ktoś przeoczył te doniesienia, zapraszamy do obejrzenia zdjęć na naszym profilu na Facebooku lub na naszej stronie internetowej, bo w tym artykule relacjonować tego wydarzenia nie będziemy.
W tym krótkim reportażu chcemy pokazać jak wiele dla popularyzacji kamienia naturalnego zrobiła prosta w swych założeniach gra zorganizowana przez Fundację Bazalt i SCK w trakcie strzegomskiego Święta.
Zasada była prosta: każdy, kto odwiedzi strzegomski rynek może wziąć udział w grze miejskiej poprzez zebranie pieczątek na karcie uczestnictwa. Każda pieczątka ma określoną wartość punktową, a zebrane punkty można wymienić na różnorodne nagrody – oczywiście w jakiś sposób związane z kamieniem.
Punkty można było zdobyć na 21 stanowiskach i wiele stanowisk
miało charakter promujący kamień. Aby poznać, że kamień może być
oryginalną ozdobą, wystarczyło odwiedzić stoisko Fundacji Bazalt
i przy okazji sprawdzić się w konkurencji „Kamienny jubiler” nawlekając
na czas granitowe koraliki. Kamieniowi można nadać bardzo różnorodne
kształty, o czym przekonywało stoisko firmy Mar-Pol, gdzie
układając kamienne puzzle lub rozgrywając partyjkę kamiennych
szachów można było przekonać się jak precyzyjne kształty można
wyciąć z kamienia przy użyciu współczesnych technologii oraz jak
różnorodne kolory ma kamień. Że kamień może być tworzywem
do wykonania przedmiotów ozdobnych i użytkowych również
do domu przekonywało stanowisko przygotowane przez firmę „Sza-
Gal” Stanisław Szałecki umożliwiając własnoręczne ułożenie
kompozycji kwiatowej w jednym z różnokolorowych granitowych
wazonów. Specjalnie na Święto Granitu firma Granex przygotowała
graniowy stół podzielony na dziewięć pól, z których każde miało
powierzchnię o innej fakturze, przygotowaną innymi narzędziami. Nie
ma nic bardziej przekonującego niż własnymi palcami „poczuć
kamień” doświadczając dotyku powierzchni o różnym stopniu
porowatości i posłuchać komentarza w jaki sposób, w jakim celu i przy
pomocy jakich narzędzi taki efekt się uzyskuje.
Można było też nabyć podstawy wiedzy o rozpoznawaniu skał i minerałów. Rozwiązując krzyżówkę „Kamienny szyfr” należało odnaleźć i nazwać skały poukrywane w różnych miejscach Rynku, a Pracownia nauk o ziemi Technikum Górnictwa Odkrywkowego przygotowała konkurencję „Poszukiwanie minerałów”. Rozpoznawanie skał często kończyło się zdziwieniem na twarzach uczestników, że zwykła glina ma swoją nazwę (kaolin), a bogactwo wyposażenia pracowni Technikum potrafiło wzbudzić poczucie dumy z rodzinnego miasta. Była możliwość odnalezienia się w pracy brukarza przy układaniu granitowej kostki w różne wzory oraz sprawdzenia jak wysoką piramidę uda się ułożyć z kamiennych kostek. Niektórzy nawet odkryli prawidłowość, że niezależnie od skali nie da się ułożyć więcej niż dziewięć kostek jedna na drugiej.
Ogromnym zainteresowaniem cieszyła się też wycieczka „Kamieniobusem” do kamieniołomu Grabinex, w którym przewodnik w zajmujący sposób wyjaśniał tajniki wydobycia kamienia oraz opisywał kolejne procesy przetwórcze. Dzięki temu wiele osób po raz pierwszy zobaczyło miejsce pracy swoich bliskich zwykle niedostępne dla osób postronnych, poznało źródła hałasów rozlegających się z okolicznych zakładów oraz zrozumiało dlaczego kamień jest droższy i lepszy niż inny materiał.
W ramach gry nie mogło też zabraknąć elementów artystycznych. Każdy uczestnik mógł ułożyć własną mozaikę kamienną pod okiem mozaikarza Lubosza Karwata oraz poczuć jak pracuje się w piaskowcu dłutem strzegomskiego rzeźbiarza Jerzego Zyska, a na stoisku firmy Kamieniarstwo Zenon Kiszkiel własnoręcznie przygotować kartkę pocztową z pozdrowieniami ze Strzegomia. W taki oto prosty sposób mieszkańcy Strzegomia i ich goście mogli poznać kamień w innych zastosowaniach niż tylko na ulicznym bruku, ścianie budynku i na cmentarzu. Zobaczyli jak pracują ich bliscy zatrudnieni w branży kamieniarskiej i poznali, że choć to praca niełatwa, to bez wątpienia ciekawa. Poznali zależności między sposobem obróbki kamienia a późniejszym jego zastosowaniem oraz zrozumieli co oznaczają syreny, wystrzały i inne hałasy dobiegające z okolicznych kamieniołomów. Najważniejsze jednak, że przez dwa dni wszyscy świetnie się bawili gromadząc punkty i poznając firmy działające w okolicy.
W czasie dwóch dni zabawy rozdano pół tysiąca kart do gry, ale uczestników było więcej, bo często na jedną kartę zbierała pieczątki cała rodzina. Oczywiście nietrudno się domyślić, że to najmłodsi mieli najwięcej motywacji. Nie mniej determinacja była widoczna także na twarzach ich rodziców, a nawet dziadków. Były też powody do radości i uśmiechu, bo rozdano około 270 nagród o szacunkowej wartości ponad 10.000 zł.
Jedno jest pewne: Gra połączyła wszystkie stoiska w szlak, którym chętnie podążali odwiedzający – a przez to nie było stoisk częściej lub rzadziej odwiedzanych – i zapewniła ciekawie spędzony czas nie tylko odwiedzającym, ale i wszystkim, którzy te stanowiska obsługiwali. Należy też podkreślić, że każda firma, poproszona o pomoc w przygotowaniu Gry, tej pomocy nie odmówiła, za co organizatorzy, za naszym pośrednictwem, po raz kolejny dziękują i wyrażają uznanie.
„Wszyscy zdawali się być zachwycenisłodkimi dźwiękami, jakie wydobywały się z chropowatego, niechlujnie wyglądającego a zarazem
niezwykłego instrumentu” – pisała jedna z angielskich gazet w latach 40. XIX wieku, relacjonując przebieg występu Josepha Richardsona podczas
trasy koncertowej po największych miastach północnej Anglii.
Ów zagadkowy instrument, o którym mowa, nosi nazwę „Muzycznych Kamieni ze Skiddaw” i należy do grupy litofonów, czyli instrumentów muzycznych, których dźwięk pochodzi z uderzania w kamienne sztabki różnej długości, grubości i kształtu.
W porównaniu z innymi surowcami kamień nie wydaje się być szczególnie dźwięcznym materiałem, jednak był najprawdopodobniej pierwszym, z którego wykonywano muzyczne instrumenty. Szczególnie dużo takich zabytków można znaleźć w Wietnamie, gdzie do dziś instrumenty z kamienia są stosunkowo popularne. Jednym z tradycyjnych wietnamskich litofonów jest đan đá, co dosłownie znaczy „kamienny instrument”. Jest wykonany z kamieni różnych rozmiarów umieszczonych w jednym rzędzie i uderzanych drewnianymi pałkami. Najstarszy z takich instrumentów datuje się na około 2000 lat.
Kolejnym starożytnym litofonem jest kamienny gong. Instrumenty tego typu odnaleziono w Afryce, Azji oraz Europie. Są to najczęściej diabazowe formacje skalne, mogące ważyć nawet do kilku ton, które zostały przystosowane przez człowieka do roli instrumentu. Znanym przykładem takiego litofonu jest gong na Wyspie Mfangano usytuowanej na Jeziorze Wiktorii w Kenii. Do wydobywania dźwięku z kamiennego gongu używano bijaka w postaci trzymanego w ręku kamienia. Przypuszcza się, że na jednym gongu mogło grać na raz kilka osób, wydobywając z niego dźwięki różnej barwy i wysokości w zależności od miejsca uderzenia.
Skały, które są zdolne do dźwięcznego rezonansu nazywa się dzwoniącymi lub litofonicznymi, i to z nich najczęściej wykonuje się litofony mające mieć tonalny charakter. Cechą tą odznacza się na przykład diabaz, z którego zrobione są kamienne gongi, a także hornfels. Ta druga skała stała się budulcem dla „Muzycznych Kamieni ze Skiddaw”, które dziś możemy oglądać w muzeum w Keswick.
Historia tego niezwykłego instrumentu zaczęła się w 1785 roku, kiedy angielski wynalazca i ekscentryk Peter Crosthwaithe znalazł w okolicach Keswick sześć „muzycznych kamieni”, jak je opisał później w swoim dzienniku. Jak twierdził, były ze sobą idealnie zestrojone i natchnęły go do zbudowania instrumentu przypominającego ksylofon, lecz zrobionego z kamienia zamiast drewna. W ciągu pół roku powstały pierwsze „Muzyczne Kamienie”, które Crosthwaite umieścił w swoim muzeum wynalazków w Keswick. Podobno używał ich by przyciągać odwiedzających, którzy zaintrygowani dziwnymi dźwiękami wchodzili do środka.
Lecz historia muzycznych kamieni nie kończy się w tym miejscu. Wspomniany na początku Joseph Richardson, będąc kamieniarzem z zawodu i konstruktorem muzycznych instrumentów z zamiłowania, w trakcie swojej pracy również spostrzegł muzyczne właściwości u niektórych skał. Powziął plan zbudowania kamiennego idiofonu, prawdopodobnie inspirując się „Muzycznymi Kamieniami” Petera Crosthwaite’a. Richardson zamierzał skonstruować znacznie większy instrument, który zawierałby wszystkie tony i półtony (tak jak na klawiaturze fortepianu). Praca zajęła mu aż 13 lat i pochłonęła go do tego stopnia, że doprowadził rodzinę na skraj ubóstwa. Jednak gdy dzieło zostało ukończone, okazało się niebywałym sukcesem i wkrótce Richardson wyruszył z trzema synami w trasę koncertową. Repertuar obejmował między innymi aranżacje wybranych dzieł takich kompozytorów jak Beethoven, Mozart, czy Handel. Richardsonom udało się nawet kilkakrotnie zagrać przed samą królową Wiktorią. Około 1845 r. instrument został wzbogacony w dodatkowe dzwonki oraz bębny i nazwany przez twórcę mianem Richardson & Sons, Rock, Bell and Steel Band. Dzisiaj można go oglądać w muzeum w Keswick, gdzie stoi obok swojego prototypu autorstwa Crosthwaiate’a.

Jeszcze większa pasją i upartością od Richardsona wykazał się Francuz imieniem Honoré Baudre, który niewiele później od Richardsona rozpoczął pracę nad tzw. Silex Piano, czyli Krzemiennym Pianinem. Baudre poświęcił aż 30 lat na poszukiwania dźwięczących kamieni, które odpowiadałyby pożądanym przez niego tonom. W pogoni za idealnymi kamieniami wyruszył nawet do Kanady, przekonany, iż we Francji nie uda mu się nigdy znaleźć idealnego C otwierającego pierwszą skalę (ostatecznie odnalazł je po powrocie do Francji, co podobno wprawiło go w niemal ekstatyczną radość). „Krzemienne Pianino” składa się z metalowej ramy, na której zawieszone są dwie oktawy kamiennych „klawiszy”. Nazwa pianino nie jest być może najbardziej adekwatna, ponieważ instrument nie posiada strun, a dźwięk pochodzi bezpośrednio z uderzania w kamienie.
Niesamowicie ciekawym przykładem litofonu z XX w. jest The Great Stalacpipe Organ (gra słów wynikająca z połączenia słów stalactite i pipe, czyli stalaktyt i piszczałka). Rozmieszczone na przestrzeni 14 000m2 dzieło matematyka i naukowca Lelanda Sprinkle’a znajduje się w Jaskini Luray w USA. Anegdota głosi, iż syn Sprinkle’a podczas wspólnej wycieczki po jaskini w roku 1954 uderzył przypadkowo głową w stalaktyt, który wydał z siebie dźwięczny odgłos, co zainspirowało konstruktora do zbudowania instrumentu. Składa się on z 37 odpowiednio dobranych i obrobionych stalaktytów, które wprawiane są w drgania przez gumowe młotki zdalnie sterowane za pomocą czteroklawiaturowej konsoli. Do połączenia klawiszy z poszczególnymi stalaktytami poprowadzono pod ziemią ponad 8 km kabli, a zasięg słyszalności tego niezwykłego instrumentu wynosi aż 260 000 m2! Krótki film przedstawiający działanie The Great Stalacpipe Organ można zobaczyć na www.youtube.com/watch?v=p8BAVVEiHzI.
Litofony są mało znaną, lecz niezwykle ciekawą grupą instrumentów. Często cechują się niezwykłą budową i brzmieniem, jednak nie są popularne ze względu na rzadkość występowania i w wielu przypadkach niewątpliwie stacjonarny charakter. Mimo to zainteresowanie nimi zdaje się rosnąć. W 2005 r. odbyła się pierwsza od ponad 140 lat trasa koncertowa z udziałem „Muzycznych Kamieni ze Skiddaw”. Powstał także projekt we współpracy z Uniwersytetem w Leeds mający na celu badanie muzycznych właściwości hornfelsu. Coraz częściej też współcześni kompozytorzy sięgają po litofony w poszukiwaniu nowych brzmień. W Wietnamie powstał nawet nowy gatunek muzyczny, będący odświeżoną formą tradycyjnej muzyki wietnamskiej w połączeniu z elementami muzyki zachodniej, który jest wykonywany głównie przy użyciu đan đá.
Z pomocą współczesnej wiedzy i techniki skonstruowanie kamiennych instrumentów jest znacznie łatwiejsze niż w czasach Crosthwaite’a i Richardsona. Może właśnie ze względu na swoją niedostępność i niecodzienność litofony mogłyby się stać interesującą niszą na rynku?
W tekście wykorzystano informacje ze stron:
www.allerdale.gov.uk;
www.lithophones.com;
en.wikipedia.org;
www.luraycaverns.com.
W poprzednim numerze Kuriera Kamieniarskiego zapowiadaliśmy
to wydarzenie – układanie mozaiki kamiennej na kolejnych ścianach Ronda Mogilskiego w Krakowie, będące kontynuacją zeszłorocznej akcji „Wyspiański na Mogilskim”. I wydarzenie odbyło
się! Jedyna różnica w stosunku do zapowiedzi polega na tym, że mozaika nie zostanie wpisana do Księgi Rekordów Guinnessa. Powodem jest to, że komisja Guinnessa, choć pozytywnie, to jednak
za późno odpowiedziała na wniosek organizatorów. Nie zmienia to jednak faktu, że mozaika jest największa i została ułożona w najkrótszym czasie.
Wszystko, co działo się na Rondzie Mogilskim przerosło oczekiwania organizatorów. W układaniu mozaiki brało udział ponad 2.000 osób – nie tylko z najbliższej okolicy. Byli i tacy, którzy przyjechali z różnych krańców Polski, by wziąć udział w tym dziele. Wiele osób przychodziło kilkakrotnie, niektórzy nawet codziennie. Wykorzystano ponad 100 m2 kamieni w postaci nieregularnych płytek o grubości 4 mm. Nad postępem prac czuwało aż 48 wolontariusz, którzy bezinteresownie pomagali w organizacji pracy przy mozaice. Ich praca rozpoczęła się już kilka dni wcześniej spotkaniami organizacyjnymi. Niezależnie od pogody, która nie rozpieszczała Krakowa w tym czasie, prace posuwały się w iście szalonym tempie.
W układanie mozaiki zaangażowały się również szkoły i przedszkola. Tylko w piątek do pracy przyszło pięć klas gimnazjalnych – każda po około 30 osób. Jak wspomina jeden z organizatorów, Lubosz Karwat, ciekawe było to, że wbrew obiegowej opinii, gimnazjalistom praca paliła się w rękach do tego stopnia, że czasem nie zważali nawet na możliwość zabrudzenia odzieży i obuwia – ani pyłem kamiennym, ani nawet klejem. A przy tym widać było, że wszyscy doskonale się bawią. Z tego z kolei cieszyła się pomysłodawczyni akcji i współorganizatorka, dr Małgorzata Jantos, Wiceprzewodnicząca Rady Miasta Krakowa, która podkreślała, że wspólne układanie mozaiki miało być także spoiwem lokalnej społeczności. A nie ma nic bardziej integrującego uczestników jakiegokolwiek wydarzenia niż dobra zabawa.

Wielkie zaangażowanie uczestników najlepiej obrazuje historia, która krąży już jako anegdotka. Jeden ze sponsorów akcji przyjechał na rondo z kontrahentami z Chin, którzy akurat w tym czasie odwiedzili jego firmę. Chińczycy tak wciągnęli się w pracę, że nie chcieli słuchać o powrocie póki nie skończą całej mozaiki. Nie było by w tym nic niezwykłego, gdyby nie fakt, że miało to miejsce krótko po rozpoczęciu prac nad mozaiką...
Akcja „Wyspiański na Mogilskim” zakończyła się w zakładanym terminie - w sobotę 8 czerwca. W symbolicznym odsłonięciu mozaiki wzięli udział organizatorzy, dr Małgorzata Jantos i Lubosz Karwat, oraz wolontariusze, uczestnicy oraz patroni i osoby wspierające imprezę. W swobodnej, piknikowej atmosfer ze, pr zy grillu i symbolicznej lampce szampana, był czas na podsumowania, podziękowania, dyplomy i drobne upominki. Na zakończenie zagrał rockowy zespół z Olkusza, Party Hard i impreza przerodziła się w nieformalne spotkanie nowych znajomych.
Mozaika na Rondzie Mogilskim pokazała jak różnorodny jest kamień i jak różnorodnie można go wykorzystać. Na ścianach ronda można zobaczyć około 30 różnych rodzajów kamienia. Są to m.in.: Forest Green, Crema Marfil, Rosso Verona, Rosso Alicante, Trawertyn Gold, Verde Guatemala, Amarillo Triana i zielony onyx. Wykorzystano również polskie zasoby, na przykład Sławniowice. Pozwoliło to uzyskać kolorystykę nawiązującą do twórczości Stanisława Wyspiańskiego, która była inspiracją dla twórców. Praca przy mozaice miała też znaczenie edukacyjne. Uczestnicy poznawali kamień i uświadamiali sobie możliwości jego zastosowania nie tylko na cmentarzu lub w łazience. Najmocniej chyba zostanie to w pamięci przedszkolakom, którzy wzięli udział w przygotowanym spontanicznie quizie „Jaki to kamień i skąd się wziął?”. By wiedza został w głowach na dłużej, na koniec przedszkolaki usłyszały, że mogą pozbierać wszystkie kamienie, które znajdą...
Oczywiście trudno zgadywać jakie nastroje będą mieli rodzice, kiedy znajdowali w kieszeniach swoich pociech wracających z przedszkola kilogramy różnokolorowych kamyków, ale organizatorzy zauważyli, że tego dnia po pracy było zdecydowanie mniej do sprzątania.
Nic by jednak się nie wydarzyło, gdyby nie pomoc i życzliwość wielu sponsorów. Wśród nich były firmy związane z naszą branżą, którym organizatorzy składają podziękowania i wyrazy uznania: Tenax – za udostępnienie impregnatów do kamienia podkreślających kolor i zabezpieczających przed grafiti; Weha – za materiały ścierne, które sprawdziły się w iście ekstremalnych warunkach; Makita – za udostępnienie elektronarzędzi; Granex – za kompleksowe wyposażenie praktycznie całego zaplecza technicznego oraz firmie Rogala.
Przed rozpoczęciem układania mozaiki ogromnym nakładem pracy ścianę na Mogilskim przygotowała ekipa autoryzowanych wykonawców producenta klejów do glazury ATLAS.
Układanie mozaiki na Mogilskim miało też na celu promowanie akcji „Ratujemy mozaiki”, którym głównym celem jest ochrona polskiego dziedzictwa kulturowego w postaci mozaik – często niszczejących w miastach całej Polski. Akcji tej będziemy kibicować na łamach Kuriera i informować o kierunkach jej rozwoju.
P.S. Lubosz Karwat zdradził nam, że akcja układania mozaiki odbiła się szerokim echem w całej Polsce. Skutkiem tego kolejne trzy miasta rozpoczęły rozmowy z artystą na temat wykonania mozaik kamiennych w tych miastach. Również Kraków nie zamierza zasypiać gruszek w popiele – wszak na Rondzie Mogilskim zostało jeszcze wiele powierzchni do zagospodarowania...

zdjęcia: Magdalena Wąsik, Paweł Szambelan
Świadectwo czeladnicze oraz dyplom mistrzowski
to potwierdzenie doświadczenia i wiedzy rzemieślnika
Dzień 4 kwiecień 2013 przejdzie do historii. Tego dnia bowiem w Izbie Rzemieślniczej i Małej Przedsiębiorczości w Świdnicy odbyły się ostatnie w tej instytucji egzaminy potwierdzające kwalifikacje zawodowe. Ostatnie nie z powodu braku chętnych, lecz z powodu zamknięcia działalności tej Izby w niezbyt odległej przyszłości.
Przed komisją egzaminacyjną w składzie: Piotr Kiełbasa (przewodniczący), Stanisław Sitarz, Ryszard Chęciński i Piotr Jaszczyszyn stawiło się czterech kandydatów pragnących uzyskać tytuł Mistrza w zawodzie kamieniarz oraz jeden kandydat do tytułu Czeladnik.
Egzamin składał się z dwóch części – praktycznej i teoretycznej. W części praktycznej egzaminatorzy przyjrzeli się pracom kamieniarskim wykonanym przez egzaminowanych. Ocenie poddano wyroby w postaci parapetów, blatów, elementów murowych i elementów dekoracyjnych wykonanych z kamienia.
W części teoretycznej egzaminu była sprawdzana wiedza dotycząca materiałoznawstwa, maszynoznawstwa, technologii produkcji i montażu wyrobów z kamienia, prawa pracy, BHP i prowadzenia działalności gospodarczej. Wiedza została gruntownie sprawdzona w trakcie dwóch etapów – pisemnego i ustnego.
Szeroka tematyka, która była oceniana, oraz stres egzaminacyjny nie przeszkodziły kandydatom w uzyskaniu pozytywnych wyników egzaminu.
Do grona tytułowanych dołączyli (w porządku alfabetycznym):
• Michał Firlej – mistrz kamieniarski,
• Eugeniusz Kierzonkowski – mistrz kamieniarski,
• Krzysztof Skolak – mistrz kamieniarski,
• Marek Szymański – mistrz kamieniarski,
• Marcin Wypchło – czeladnik kamieniarski.
Gratulujemy!
O zasadach przyznawania tytułów rzemieślniczych oraz o korzyściach płynących z posiadania świadectwa czeladniczego lub dyplomu mistrzowskiego napiszemy w następnym numerze Kuriera Kamieniarskiego.