
W czerwcu odbył się XXIX Walny Zjazd Polskiego Związku Kamieniarstwa. Był to zjazd sprawozdawczo-wyborczy. Gościny branżystom udzielił hotel Magellan nad Zalewem Sulejowskim.
Wspaniały opis zjazdu i atrakcji, jakie mu towarzyszyły znajduje się na wcześniejszych stronach tego numeru Kuriera Kamieniarskiego. Uzupełnijmy więc jedynie informacje formalne.
Walne Zebranie członków Związku przyjęło sprawozdanie finansowe ustępującego zarządu i udzieliło mu absolutorium. Następnie w wyniku przeprowadzonych wyborów wybrano nowy Zarząd. W jego skład weszli: Michał Firlej, Konrad Kowalczyk, Jan Łobodziec, Michał Misiaszek, Tomasz Staniszewski, Michał Ziołowicz (kolejność alfabetyczna). Funkcję prezesa PZK 7. kadencji Walny Zjazd powierzył Michałowi Firlejowi. Nowy zarząd wybrał spośród siebie wiceprezesów: Jana Łobodźca i Konrada Kowalczyka. Walne Zebranie powołało również pozostałe organy Związku. Do Komisji Rewizyjnej wybrano: Klaudię Matusiak, Dariusza Chrzanowskiego, Artura Schützę, Łukasza Styrczulę i Jacka Łatę. Wybrano również członków Arbitrażu Koleżeńskiego, w skład którego weszli: Krzysztof Skolak, Alicja Janicka, Grzegorz Kwapisiewicz, Kazimierz Wolski i Norbert Kliński.
Nowy prezes podzielił się swoimi pomysłami na najbliższą przyszłość.
Paweł Szambelan: Jakie zmiany nastąpią w Polskim Związku Kamieniarstwa? Nowa twarz – nowe pomysły?
Michał Firlej: Byłem członkiem zarządu PZK w poprzedniej kadencji, więc raczej trudno mówić o nowej twarzy. W ostatnich miesiącach byłem bardzo mocno zaangażowany w pracę zarządu, dlatego jestem wdrożony w obecne działania i Związku i Zarządu. Nie ma powodu robić dużych zmian – to co było zaczęte, będzie kontynuowane, bo uważam, że działa dobrze i przynosi efekty. Myślę, że co najwyżej potrzebne będą lekkie zmiany administracyjne, ale to bardziej kosmetyka w zarządzaniu, niż zmiany w Związku.
PS: Co jest największym potencjałem PZK?
MF: Coraz więcej osób włącza się do działalności Zwiazku, osób spoza Zarządu. I to jest dobre i bardzo budujące. Tego typu działania chciałbym nadal wspierać i zachęcać do nich. Bo nie chodzi o to, żeby Związek szedł drogą wytyczoną przez Zarząd, tylko żeby rozwijał się tak, jak oczekują tego członkowie. Wtedy ludzie czują się związani z organizacją, a ich działania mają większe oddziaływania zarówno do wewnątrz, jak i na zewnątrz.
Poza tym im więcej osób będzie coś – cokolwiek – robiło, tym szerszy będzie to miało zasięg. Jedna osoba dotrze do kilku osób, ale kilka osób dotrze już do kilkudziesięciu czy kilkuset osób. Zarząd powinien być od legitymizowania działań, a nie od ich inicjowania.
W każdym działaniu musi być dobrowolność. Nie można wstać i powiedzieć: „ty będziesz teraz robił taki projekt”. Jeśli ten projekt powstanie na zasadzie dobrowolności, to wtedy będzie lepiej się rozwijał, a osoby go prowadzące będą bardziej zaangażowane. Decyzja musi być samodzielna.
Jeśli przyjrzeć się strukturom wewnątrz związku, to widać, że samorzutnie tworzą się grupy osób, które coś łączy. Czasami jest to powiązanie regionalne, czasami praca przy jednym zleceniu, czasami wspólny typ działalności, na przykład rzeźbiarstwo. Czasami wspólny wyjazd na targi. Zwykle wypływa to od nich samych – wystarczy małą iskra. W każdej grupie samoistnie pojawia się animator lub lider i grupa nabiera rozpędu.
PS: W co Związek będzie się angażować?
MF: Póki co dobrze wychodzi nam kwestia egzaminowania, czyli potwierdzania kompetencji zawodowych dyplomami czeladniczymi i mistrzowskimi. Po latach można powiedzieć, że to duży sukces. Pamiętam pierwszy egzamin, który organizowaliśmy jako Związek w roku 2016. Egzaminowane były cztery osoby. Jednak nim do tego doszło, musieliśmy się dosłownie nabiegać, aby zebrać komisję egzaminacyjną i zachęcić kamieniarzy do udziału w egzaminie. Teraz ludzie sami się dopytują, kiedy będzie, i przyjeżdżają po kilkaset kilometrów na egzamin – często także na kurs przygotowawczy poprzedzający egzamin. Mamy coraz więcej czeladników i mistrzów kamieniarskich. Na zjeździe poczułem miłe zaskoczenie, kiedy rozejrzałem się po sali i przy każdym stole widziałem co najmniej jedną osobę, która zdawała u nas egzamin mistrzowski. Czasami nawet były to osoby, które są już egzaminatorami. To nam wyszło i to trzeba to kontynuować.
Kolejna sprawa, którą należy kontynuować, to konsultacje dla osób, branż, grup korzystających z naszej pracy. Choćby architekci i projektanci mają nadal spore problemy ze specyfikacjami i innymi zagadnieniami, które związane są z kamieniem. Wielu z nich mocno się sparzyło na podpowiedziach od osób związanych z branżą, bo często natykali się na ludzi, którzy zamiast obiektywnej opinii zaoferowali swój materiał lub usługę. Słyszałem nawet o sytuacjach, w których materiał wskazany w takiej poradzie, nie mógł być w danym projekcie zastosowany ze względu na parametry. Architekt został z nieukończoną budową i pewnie z kamienia więcej nie skorzysta.
Na szczęście ta grupa zawodowa jest coraz bardziej świadoma i poszukuje podpowiedzi u osób, które znają się na temacie i potrafią być obiektywne. Tym sposobem trafiają na PZK. Przykładów choćby z ostatnich kilku miesięcy jest kilka, w tym na przykład duże inwestycje z pierwszych stron gazet. Ważne jest, że inwestor i projektant trafiają do kamieniarzy już na uż etapie projektowania. To pozwala na przygotowanie specyfikacji dla surowców użytych w różnych miejscach inwestycji i na różnych jej etapach oraz uniknięcie wielu błędów w przyszłości.
PS: Czyli funkcja doradcza?
MF: Takie biuro konsultacyjne – nie tyle dla ludzi z branży, tylko dla tych, co będą chcieli zastosować materiał kamienny – wydaje się koniecznością. Choćby z tego powodu, że my, kamieniarze, potem będziemy mieli łatwiej. I wcale nie chodzi o jakieś wielkie inwestycje. Problemy mogą się zacząć już na etapie wyboru i ułożenia kostki brukowej. Jeśli jest dobrana niewłaściwie, to będzie sprawiać kłopoty i będzie zniechęcać do zastosowania kamienia w przyszłości.
Co więcej: już na etapie projektowania wielu architektów zaczyna zastanawiać się nie tylko nad zastosowaniem konkretnego materiału – ze względu na kolor i odcień – ale również obróbki jego powierzchni. Współczesne projekty to nie są już jakieś kreski opisane jako „szary kamień” lub szeroko rozumiany „granit”. To świadome projektowanie poszczególnych fragmentów z wyborem konkretnego kamienia i konkretnej faktury powierzchni. To rodzi czasami wiele konkretnych pytań o: łatwość i ekonomię wykonania, estetykę i praktyczność użytkowania, trwałość czy wymogi bezpieczeństwa. Ale skoro te pytania się pojawiają, to cieszy, że świadomość użycia kamienia rośnie.
PS: Dziekuję za rozmowę.
Na zdjęciu:
Wlane Zebranie PZK – stół prezydialny, od lewej: Konrad Kowalczyk, Michał Ziołowicz, Krzysztof Skolak, Jan Łobodziec, Michał Firlej, Michał Misiaszek, Tomasz Staniszewski

Zjazdy Polskiego Związku Kamieniarstwa (PZK) stały się dla nas wydarzeniem nieodzownym. To czas, kiedy możemy „naładować baterie“ i okazja do spotkania ludzi pełnych pozytywnej energii, którzy mają podobne rozterki, wątpliwości, czy problemy. Bez względu na to, w jakiej części kraju prowadzi się swoją działalność gospodarczą, zawsze trafi się trudny klient, materiał słabej jakości, dylemat dotyczący kierunku rozwoju firmy, czy techniczne wątpliwości związane z obróbką kamienia. Członkowie Związku to ludzie, którzy chętnie dzielą się swoją wiedzą i doświadczeniami. Tu nie ma konkurencji. Jesteśmy partnerami, którzy wspólnie starają się wpłynąć pozytywnie na rozwój branży kamieniarskiej.

Wraz z żoną Anną prowadzimy Zakład Kamieniarski Granitus. To rodzinna firma świadcząca usługi na terenie województwa kujawsko – pomorskiego. Specjalizujemy się w realizacji nietypowych i personalizowanych nagrobków granitowych. Każde zlecenie traktujemy jako szansę do stworzenia czegoś unikatowego – daleko nam do rutynowej produkcji masowej. Naszym priorytetem jest precyzja wykonania, dlatego dbamy o każdy, nawet najdrobniejszy detal, aby finalny produkt stał się trwałym i godnym hołdem dla bliskich naszych Klientów.
Nasza przygoda z PZK rozpoczęła się w 2021 roku. Po śmierci ojca Kazimierza, z którym wspólnie prowadziłem działalność, postanowiłem potwierdzić swoje kompetencje kamieniarskie. Pomógł mi w tym PZK, dzięki któremu wziąłem udział w kursie przygotowawczym i uzyskałem tytuł Mistrza Kamieniarstwa. Wizja możliwości i korzyści, jakie daje związek, zachęciła mnie do stania się jego członkiem. Od tego czasu nie opuściliśmy z żoną żadnego zjazdu.
Jadąc na pierwszy zjazd, miałem wątpliwości czy się tam odnajdę. Jako właściciel niewielkiego zakładu kamieniarskiego zatrudniającego zaledwie kilku pracowników, czułem się niezbyt pewnie w towarzystwie „dużych kamieniarzy”. Szybko się okazało, że członkami związku są ludzie w różny sposób związani z kamieniarstwem, często prowadzący działalność na podobną skalę jak moja. A wszyscy bez względu na to, jak duży sukces odnieśli, nadal pozostają skromni i pełni pokory.
Zjazdy PZK mają miejsce dwa razy do roku, zawsze w innej części kraju. Organizatorzy dbają o to, by hotele, w których się odbywają, miały wysoki standard, były atrakcyjnie zlokalizowane i korzystne cenowo.
Tegoroczny letni zjazd miał miejsce w Bronisławowie nad Zalewem Sulejowskim, nieopodal Piotrkowa Trybunalskiego. Organizatorzy postawili na lokalizację w centralnej części Polski, co wpłynęło na dużą frekwencję – w zjeździe uczestniczyło 90 osób.
Pierwszego dnia, po zakwaterowaniu, odbyło się głosowanie nad absolutorium za rok 2023 dla Zarządu i Komisji Rewizyjnej oraz wybór nowych władz na VII kadencję.
Po wyborach rozpoczęła się część prelekcyjna. Dr Ewa Grabska-Kukulska wygłosiła inspirujący wykład na temat skutków błędów administracji celnych i zakresu kontroli celno-skarbowych. Następnie firma Cosentino zaprezentowała szeroki wachlarz swoich produktów i możliwe opcje współpracy z firmami kamieniarskimi.
Dzień zakończyła uroczysta kolacja, podczas której odbyła się loteria firmy Cosentino oraz mistrzostwa PZK w darta. Turniej w darta, zgodnie z oczekiwaniami, cieszył się dużym zainteresowaniem, dostarczając wielu emocji i zdrowej rywalizacji.
Drugi dzień rozpoczął pokaz firmy Rubi, dotyczący technik cięcia i obróbki spieków kwarcowych.
Osobiście nie zajmuję się obróbką spieków kwarcowych, jednak bardzo wartościowe okazały się rozmowy prowadzone podczas pokazu z innymi kamieniarzami. Tu też nie zabrakło wymiany doświadczeń, i sugestii co do poprawy techniki obróbki kamienia.
Po pokazie tradycyjnie odbyła się wycieczka autokarowa w interesujące miejsca - niekoniecznie związane z kamieniarstwem. Tym razem odwiedziliśmy punkt widokowy kopalni Bełchatów i wjechaliśmy kolejką linową na górę Kamieńsk – sztucznie utworzone wzgórze o wysokości 405 m. n.p.m. Dzień zakończyła wspólna kolacja przy ognisku.
Zjazdy PZK to dla nas nie tylko okazja do zdobycia nowej wiedzy i umiejętności, ale także moment, w którym możemy dzielić się doświadczeniami i wspierać się nawzajem. To czas, kiedy branża kamieniarska jednoczy się, by razem kształtować przyszłość naszego rzemiosła. Każde spotkanie to nowa inspiracja i motywacja do dalszego rozwoju, zarówno osobistego, jak i zawodowego. Dlatego zjazdy PZK stały się dla nas wydarzeniem, w którym uczestniczymy z nieukrywaną radością i zaangażowaniem.
Dodatkowo zjazdy te są okazją do zapoznania się z nowymi trendami w branży, wymiany opinii na temat nowoczesnych technologii oraz metod pracy. To także czas, kiedy możemy porozmawiać o wyzwaniach, jakie stoją przed kamieniarstwem w Polsce i na świecie, oraz o sposobach ich przezwyciężania. Wspólne dyskusje i warsztaty pozwalają nam na rozwijanie umiejętności i poszerzanie horyzontów.
Niezmiernie ważne jest również to, że zjazdy PZK umożliwiają nam budowanie silnych relacji biznesowych i przyjaźni, które przekładają się na lepszą współpracę i wzajemne wsparcie w codziennej pracy. To właśnie te relacje są fundamentem naszej branży i pozwalają nam na osiąganie coraz lepszych wyników.
Podsumowując, zjazdy Polskiego Związku Kamieniarstwa są dla nas nie tylko czasem na regenerację i wymianę doświadczeń, ale także platformą do wspólnego dążenia do doskonałości w naszym rzemiośle. Są one dowodem na to, że razem możemy więcej i że solidarność w branży kamieniarskiej jest kluczem do sukcesu.

Jak chcesz mieć firmę, to trzeba pracować. Nie odpuszczać, cierpliwie, codziennie, od rana do wieczora. Jeśli ktoś myśli, że to się będzie robić samo, to jest w błędzie. Jak zaczniesz to traktować lekko, lekceważyć, to bardzo szybko się okaże, że puszczą cię z torbami.
Początek lat 90-tych to czasy, kiedy nic nie dało się kupić. Pracowałem na kopalni, na dole. Wykańczałem dom i potrzebowałem płytek do łazienki, wymyśliłem sobie, że zrobię płytki z łomu kamiennego. Miałem takie dwa taborety z metalowymi ramkami. Na tych taboretach układałem kawałki kamienia i zalewałem cementem. I tak dzień po dniu, po dwie sztuki, zrobiłem płytki do łazienki. Zostało ich trochę więcej, miały być ułożone na balkonie. A jak to w pracy bywa, siedzi się z kolegami i rozmawia. Przyszedł kolega obejrzeć i stwierdził, że on to kupi. Sprzedałem je. I od razu kupiłem materiał na kolejne płytki. To była ta iskra, która zaczęła moją przygodę z kamieniarstwem.

Kupowałem odpady z Białej Marianny i produkowałem dalej płytki. Kiedyś, szukając materiału na produkcję kolejnych płytek trafiłem tu, gdzie obecnie stoi nasza firma. Był tu taki mały warsztacik, w którym pracował stary kamieniarz. Bardzo fajny gość. Tylko jak dostał ode mnie pieniądze za materiał, to na jakiś czas znikał... Więc po którymś razie ja mu mówię: „To może ja to od pana kupię”. A on na to: „To jest na sprzedaż.” „Ale ja się na tym nie znam.” „Ja pana nauczę.” Nie miałem pieniędzy, nie miałem pewności, czy się do tego nadaję, więc ustaliliśmy, że to będzie taka forma dzierżawy: ja ponoszę koszty, oddłużam warsztat, on mnie uczy i pokazuje, jak się pracuje w kamieniu – a ze sprzedanych płytek będzie dostawał część zysków. I tak powoli spłacałem budynek, teren, prymitywne maszyny. To miejsce wyglądało, jak na tym zdjęciu z 1994 roku, które widzi pan na ścianie: mała szopka 4 x 5 m, a dookoła same pola. To jest nie do uwierzenia na dzisiejsze czasy.
Jak się narobiło trochę płytek, to wiozłem je do zaprzyjaźnionego zakładu pod Jastrzębie do wypolerowania. Żeby było ciekawie, jeździłem wtedy „maluchem”. Więc wyciągało się siedzenie, wkładało 3 metry płytek i jechało z nimi do szlifierza. Zawoziłem mu te płytki, on mi je wypolerował, zostawiał sobie meter – bo płaciło się materiałem – i przywoziłem 2 m gotowych do sprzedania płytek. I tak codziennie.
Nie było czegoś takiego jak kątówka, żeby krawędzie polerować. Żeby wypolerować czoła, przynosiłem zużyte kamienie szlifierskie, moczyłem je w wodzie i polerowałem krawędzie coraz to mniejszą gradacją. Ręcznie.
Czemu nie nagrobki? Od początku robiliśmy tylko budowlankę. To było dość nietypowe, ponieważ w tamtych czasach wszyscy robili nagrobki. Nagrobki nigdy mi nie pasowały – były proste, banalne i wszystkie prawie że jednakowe. Za to choćby schody, nawet najzwyklejsze, są niepowtarzalne, gdy są wykonane z kamienia. Na początku trudno było się przebić, bo nie było możliwości – takich jak dziś – zareklamowania się. Ale jak już coś wyprodukowałeś, to sprzedawało się wszystko. A klienci polecali nas swoim znajomym i przyprowadzali kolejnych klientów.
Kiedy zaczynałem, to była epoka targów, gdzie zdobywało się pierwsze informacje, rozszerzało horyzonty, nawiązywało kontakty. Oczywiście zaczynaliśmy od wyjazdów do Wałbrzycha. Tam otwierały się ścieżki do polskich kamieni – Biała Marianna, szare i złote Sławniowice, marmury kieleckie. Tam też zdobywało się pierwsze kontakty zagraniczne. Nie było możliwości takich jak teraz, trzeba było samemu do wszystkiego dojść, wszystko znaleźć. Później był wyjazd do Werony na targi. To było chyba w 1997 roku. I to było jak zderzenie światów: inne możliwości materiałowe, inne możliwości maszynowe. Oczy wychodziły z orbit, bo człowiek nie miał pojęcia, że coś takiego w ogóle jest. Takie kamienie, takie maszyny.
Od początku stawiałem na dobre warunki pracy. W tej naszej pierwszej szopce za ogrzewanie robił piec zrobiony z rury stalowej 70 cm. Na nim stało wiadro z wodą. I jak za bardzo ręce zmarzły, to wkładało się je do tej ciepłej wody. Takie były czasy. Jak stałeś na obcinarce koło pieca, to było ciepło, ale trochę dalej już ręce marzły. Szybko zapadła decyzja, że trzeba budować porządną halę i wstawić porządną maszynę. Pierwsza była piła mostowa Promasz. Jak pojawiły się maszyna promaszowska, to już można było własne elementy ciąć. Później zatrudniłem ludzi, pomagali mi też w pracy synowie, którzy od dziecka spędzali czas w warsztacie. Wolne chwile w warsztacie, wakacje w warsztacie. Wtedy nie było zmiłuj się i spania do późna. Chciał się bawić i wracał do domu o 2:00 nad ranem – jego sprawa, byle o 7:00 był w robocie. Potem to już szło coraz szybciej. W 2006 roku rozpoczęliśmy budowę kolejnej hali. Pojawiła się więc konieczność zakupu kolejnych maszyn. A potem zaczęły się dotacje i był to bardzo istotny krok w rozwoju firmy. Kolejne hale, kolejne maszyny i… I ja się zestarzałem. [śmiech]
Teraz to ja już w zasadzie nie zajmuję się firmą. Mamy funkcje podzielone: starszy syn, Jarosław, zajmuje się projektowaniem i sprzedażą, Tomek jest głównie od zaopatrzenia i utrzymania ruchu na zakładzie, a ja… Ja tu tylko mam swój gabinet. [śmiech] Choć synowie twierdzą, że kiedy jestem w firmie, to pracownicy od razu inaczej chodzą.
Obecnie w firmie pracuje ponad 50 osób. Mamy też kilka zewnętrznych, niezależnych firm montażowych. My im dostarczamy gotowe elementy, projekt montażowy, robimy całą oprawę logistyczną, a oni jadą pod wskazany adres i montują. Często są to nasi ludzie, którzy u nas nauczyli się roboty, a potem poszli na swoje. To są bardzo sprawne firmy. Mają płacone od wykonanego montażu, więc to wygodny układ dla obu stron – robią szybko i bez usterek, a my możemy ręczyć za ich jakość. To też wygodne dla klienta. W firmie Marmur Dulemba klient kupuje produkt wraz z montażem i nie musi się martwić kto i kiedy mu to zamontuje, a także kto będzie gwarantem jakości.
Oczywiście do rozwoju firmy potrzebni są klienci. W dużej mierze z polecenia: usłyszał od kogoś, na stronie sobie pooglądał i przyjechał. Czasami klient przyprowadza architekta bądź projektanta, który wcześniej nie proponował kamieni naturalnych, bo ich nie znał, czy wręcz się bał. Staramy się wtedy edukować, pokazywać piękno tych naturalnych materiałów i często jest to początek dobrej współpracy. Jeśli klient przychodzi sam i potrzebuje podpowiedzi, to obsługujemy go kompleksowo począwszy od projektu. Co do jakości wykonania i montażu jesteśmy siebie pewni, więc to tylko kwestia zrozumienia potrzeb klienta i sprostania jego wymaganiom.
Jeśli myślisz o dużej firmie, to nie wystarczą tylko indywidualni nabywcy. Przez lata tworzyliśmy sieć odbiorców i ta sieć się zagęszcza. Współpracujemy z wiodącymi na rynku firmami meblarskimi, budowlanymi, kominkowymi, ale też z architektami czy projektantami wnętrz.
Kolejny temat, którego chętnie się podejmujemy, to kościoły. Robimy zarówno nowe inwestycje, jak i remonty oraz renowacje. Czasem kompleksowo, czyli cały kościół, a czasami to tylko pojedyncze elementy jak ołtarz lub ambona. Zdarza się tak, że z niektórymi księżmi zrobiliśmy już dwa albo trzy kościoły. Jak już nas znają, to chętnie korzystają z naszych usług po przeniesieniu na nową parafię.
Przy okazji taka ciekawostka. Kiedyś przeczytałem, że jakaś ekipa budowlana remontując wieżę kościelną znalazła taką metalową tubę, w której był list sprzed ponad stu lat z opisem poprzedniego remontu. Pomysł nam się spodobał i od tamtej pory takie „kapsuły czasu” zostawiamy w każdym kościele. List zawiera datę wykonania, informację z czyjej inicjatywy był remont, kto brał udział w pracach, jaki kamień został wykorzystany. I wszyscy, łącznie z pracownikami, mamy dużą frajdę ze składania podpisów na takim dokumencie zostawionym dla potomnych.
Jeszcze o porządku i warunkach pracy. Na zakładzie miało być czysto, tak żeby nie trzeba było zakładać gumowców, kiedy się wysiada z samochodu. Widziałem to w zachodnich firmach i tak chciałem mieć u siebie, dlatego obecnie cały teren zakładu jest wybrukowany lub wyłożony płytami. Przed budową pierwszej hali kupiłem okazyjnie okna z demontażu ze stacji benzynowej. Wszyscy się wtedy pukali w głowę, że to jest nie dobry pomysł, bo będzie zimno. Wtedy się budowało niskie hale z małymi oknami, żeby łatwiej było ogrzać. Moja hala była jasna i wysoka, a przez duże okna wpadało tyle słońca, że była też ciepła. A skoro miało być czysto, to pojechałem pod Opoczno i tam poskupywałem z różnych firm płytki ceramiczne i wykafelkowałem ściany. Końcówki serii, niedoróbki, II gatunek – straszna mieszanka widoczna do dziś w tej hali, ale nic innego wtedy nie było dostępne, zwłaszcza za małe pieniądze. Ale cel został osiągnięty – wygląda to estetycznie, poza tym wykafelkowane ściany nie chłoną wody, której w naszej branży na produkcji nie brakuje.
Porządek na magazynach to kolejny temat, na który zwracam uwagę. I to nie tylko w sprawie nowego towaru. W tej chwili mamy około 35 tysięcy metrów kwadratowych kamienia w slabach gotowych do sprzedaży, więc sam widzisz, jak ważny jest porządek. Ale mówię też o resztkach i końcówkach po produkcji. W wielu firmach stanowią one problem, odpad, z którym nie wiadomo co zrobić. My mamy to wszystko w miarę poukładane dzięki dwóm pracownikom, którzy zajmują się tylko tym – wnoszą, wynoszą, układają na stojakach. Owszem, to są koszty, ale ten porządek przynosi zysk – jeśli te kawałki po produkcji byle gdzie położysz, to już przepadło, nie zostaną wykorzystane. Ale jeśli wiesz, gdzie co stoi, to zawsze jest szansa, że da się z tego jeszcze coś zrobić. Jeżeli materiał jest już zapłacony przy okazji wcześniejszego zlecenia, to jeśli go sprzedam – nawet za niewielkie pieniądze – to będzie czysty zysk. Podobnie jest, kiedy przyjedzie kamieniarz, który nie potrzebuje całej płyty, a wyłącznie mały element pod drobne zamówienie. Tylko trzeba było tego pilnować od początku i nauczyć pracowników. W końcu wszyscy się przyzwyczaili i teraz dobrze to funkcjonuje.
Z domu wyniosłem uczciwość. Dlatego zdarza się, że odmawiamy prac, które są wątpliwe. Pamiętam, jak lata temu przyjechał ksiądz i chciał zamówić parapety do kościoła. Wtedy były modne konglomeraty i właśnie z tego chciał je zamówić. Z dalszej rozmowy wynikało, że to będzie zamontowane w starym kościele i nie chciał się dać przekonać na nic innego: jemu się to podoba i cena jest dobra. Odpowiedziałem: „To idźcie do konkurencji, bo ja wam ich nie zrobię. Czemu? Bo ja się za to wstydzić nie będę. Ktoś kiedyś zobaczy konglomerat w starym kościele i zapyta kto to zrobił, a wy powiecie, że Dulemba. Nie chcę.” Ksiądz się obraził i poszedł. Ale za jakiś czas wrócił i powiedział, że on jednak zamówi te parapety z marmuru. Zrozumiał moją intencję i dał się przekonać.
Nie musimy konkurować ceną. Nasza marka jest już rozpoznawalna – to po pierwsze. Po drugie: stawiamy na jakość i różnorodność materiałów. Na magazynach mamy kilkaset rodzajów kamieni z całego świata, w ostatnim czasie prowadzimy intensywny import materiałów – w tym przepięknych kwarcytów z Brazylii. Po trzecie, jeśli coś się wydarzy z naszej winy, to bez szemrania przyjmujemy reklamację, co u naszych stałych klientów jest gwarancją jakości.

Od lewej: Jarosław Dulemba, Tomasz Dulemba

Co słychać w naszej branży.
Nowa nazwa, nowe logo

Firma Impekstir Operations Sp. z o.o. informuje o połączeniu z firmą Przedsiębiorstwo Wydobywania, Przerobu i Sprzedaży Kamienia Budowlanego „KWARC” Sp. z o.o. Poprzez połączenie, od 2 kwietnia funkcjonować będzie nowa nazwa spółki: „Kopalnia Granitu Impekstir Sp. z o.o.”.
Kopalnia granitu Impekstir kontynuować będzie działalność w branży kamieniarskiej, zajmując się wydobyciem, przerobem i sprzedażą kamienia.
Dane spółki:
Kopalnia Granitu Impekstir Sp. z o.o.
ul. Kopernika nr 27, 58-150 Kostrza
Ceramika Paradyż mecenasem sztuki

Ceramika Paradyż została partnerem wystawy w Polskim Pawilonie na Biennale w Wenecji.
Wkład firmy w tegoroczną wystawę niesie za sobą nie tylko aspekt finansowy, ale również symboliczny. Wsparcie inicjatyw, takich jak performance ukraińskiego kolektywu Open Group „Powtarzajcie za mną II” w Polskim Pawilonie, potwierdza nie tylko wrażliwość społeczną firmy, ale także znaczenie sztuki jako integralnej części naszego życia.
La Biennale di Venezia, czyli międzynarodowa wystawa sztuki, odbywa się w Wenecji od końca XIX w. i jest uważana za jedno z najważniejszych wydarzeń w świecie sztuki. Hasłem tegorocznego biennale jest „Foreigners Everywhere / Obcokrajowcy są wszędzie”, dlatego naturalną odpowiedzią dla Marty Czyż, kuratorki polskiej wystawy, było zaproszenie do współpracy ukraińskich artystów z projektem, w którym biorą udział uchodźcy z Ukrainy.
60. Międzynarodowa Wystawa Sztuki – La Biennale di Venezia, otworzy się 20 kwietnia i potrwa do 24 listopada 2024 roku.
Zjazd związku kamieniarstwa
Od 7 do 9 czerwca 2024 r. Bronisławów k. Piotrkowa Tryb. będzie gościł kamieniarzy uczestniczących w XXIX Walnym Zjezdzie Polskiego Związku Kamieniarstwa. Będzie to zjazd wyborczy, na którym będą wybierane władze Związku na kolejną kadencję.
Organizatorzy mają nadzieję na wysoką frekwencję. Z tego powodu wybrano lokalizację w centralnej Polsce z wygodnym dojazdem autostradami. Bliskość malowniczego Zalewu Sulejowskiego ma również zachęcać do spędzenia tego weekendu w kamieniarskim gronie. Zjazd obędzie się w hotelu Magellan, w którym zachętą ma też być kompleks basenowy i szeroka oferta zabiegów SPA.
Jeden ze zjazdowych dni tradycyjnie poświęcony będzie na zwiedzanie okolicy w sposób umożliwiający poszerzenie wiedzy kamieniarskiej. Program wycieczki jest jeszcze owiany tajemnicą, ale bliskość Bełchatowa i pewnej znanej wielkiej dziury w ziemi pozwala na spekulacje.
Partnerem spotkania jest firma Cosentino.
Więcej informacji: www.kamieniarze.org.pl

Włochy to jest moje miejsce na ziemi. Włoska mentalność, włoskie wino, jedzenie i rozmowy o jedzeniu. A kamień to pasja, która nadal wywołuje gęsią skórkę.
Jaka była moja droga do kamienia? Pochodzę z okolic Krakowa. Tam chodziłam do szkoły i zawsze ciągnęło mnie do nauki języków. Po skończeniu liceum wybrałam anglistykę, ale zawsze podobał mi się węgierski, więc tuż przed złożeniem dokumentów na studia naszła mnie myśl, żeby zmienić kierunek na hungarystykę. Okazało się jednak, że język węgierski mnie nie pokochał – to piękny, ale jednak bardzo trudny język. Poddałam się i porzuciłam studia. Z tamtego okresu zostało mi kilku świetnych znajomych, z którymi do dzisiaj utrzymuję kontakt.
Był 1998 rok. Trzeba było zacząć pracę. Trafiła mi się praca w Rzymie. Miałam szczęście, bo spotkałam tam świetnych ludzi – mimo to coraz bardziej odczuwałam brak rodziny i znajomych. Wróciłam do Polski, ale gdzieś wewnętrznie czułam, że Włochy to jest moje miejsce na ziemi. Zaczęłam pracę w firmie Mota-Engil. Tam pracowałam z Portugalczykami. No i spotkałam swojego męża. I tak w 2000 roku pojechałam do Włoch.
Uczyłam się wcześniej włoskiego, ale nauka języka, a posługiwanie się nim na co dzień to spora różnica. Tym bardziej, że tu ludzie często mówią w dialekcie werońskim. To był okres, kiedy bycie obcokrajowcem w innym kraju nie było łatwe, szczególnie tym ze Wschodu. Jeszcze były potrzebne pozwolenia na pobyt i inne formalne wymogi. Dodatkowo ludzie w tym rejonie byli dość zamknięci w swoim środowisku i obcokrajowcom trudno było odnaleźć się w takim otoczeniu. Dopiero poprzez rodzinę, dzieci można się było łatwiej zaadoptować i wtopić w ich świat. Ważnym etapem w relacjach był też moment, kiedy syn zaczął chodzić do szkoły. Dzięki temu poznałam wiele osób i kontakty z otoczeniem stały się dużo lepsze.
Teraz sporo się zmieniło. Mocno rozwinęła się turystyka i Włosi już akceptują obcokrajowców, nawet tych ze Wschodu. Mimo to i tak są środowiska, w których obcokrajowcy z określonych rejonów Europy czy świata, przebywający na stałe traktowani są jako ci, którzy odbierają pracę rodowitym Włochom. To poprawiło się, bo i sami Włosi wyjeżdżają do pracy za granicę – również do Polski.
Sporym ułatwieniem jest to, że Polacy dla Włochów stali się specjalnym narodem. Włosi nie lubią Francuzów, Niemców i jeszcze kilku innych narodowości, ale do nas mają dużo lepsze nastawienie. W znacznym stopniu za sprawą papieża-Polaka, ale pewnie też dzięki naszej mentalności: chęci do kontaktu, rozmowy.
Jak trafiłam do branży? Pracowałam w pewnym momencie w firmie logistycznej. Przyjaciółka, z którą tam pracowałam, dała mi znać, że jeden z kontrahentów szuka do pracy kogoś polskojęzycznego – do obsługi klientów z Europy Wschodniej. Poszłam na rozmowę, i tak trafiłam do Grein Italia. Nawiasem mówiąc, to przyszłam tam na miejsce mającej polskie korzenie Marty Zuliani, która przeniosła się do Antolini Luigi.
W Grein Italia przepracowałam 11 lat i to była dobra szkoła, a zarazem miejsce, w którym kamienie stały się dla mnie również pasją. Nie bez znaczenia było to, że wtedy Grein stawiał mocno na materiały ekskluzywne. Było sporo kamieni budzących emocje. Często, kiedy przychodziły nowe dostawy, nowe materiały, chodziłam na magazyn i podziwiałam te dzieła sztuki natury.
Zaczynałam jako asystentka, ale dość szybko zaczęłam jeździć do Polski, by odwiedzać klientów i realizować zlecenia. Wtedy u klientów decyzje podejmowało jeszcze starsze pokolenie i kontakty były bardzo serdeczne.
Kiedyś spotykaliśmy się na targach i to była okazja, żeby się poznać, porozmawiać, zrozumieć wzajemnie swoje potrzeby. Teraz młodzi wolą bardziej uproszczoną komunikację. To pokolenie Internetu i komunikatorów, gdzie cała komunikacja jest skrajnie uproszczona. Dla mnie kontakty z otoczeniem – czy prywatne, czy służbowe – są bardzo ważne, a z tym jest coraz gorzej. Wydaje mi się też, że młodzi z pokolenia Internetu, komórek i uproszczonej komunikacji są mniej odporni na problemy. Nie potrafią dyskutować i z zasady unikają konfrontacji. W kontaktach z klientami to spory problem. Jest im ciężko wymienić się poglądami i w przypadku rozbieżności uzgodnić jakiś kompromis. Ci najmłodsi handlowcy często uważają, że jeśli pojadą do klienta, przedstawią się, zaprezentują ofertę, to wystarczy, by uzyskać zamówienie. Niestety, to tak nie działa.
Wracając do mojej pracy i kontaktów. Pracując w Grein Italia miałam szczęście poznać wielu fantastycznych ludzi z polskich firm. Dzięki temu, kiedy skończyłam pracę w Grein Italia w 2014 roku, praktycznie od razu podjęłam współpracę z EGA. Moim zadaniem nadal jest szukanie nowych dostawców, nowych materiałów, sprawdzanie jakości materiałów. Od niedawna pomagam też we wprowadzaniu na polski rynek produktów – nomen omen – Antolini Luigi.
Firmę oczywiście wszyscy znają, ale kojarzą ją z nie najniższymi cenami. A to nie zawsze jest prawdziwy pogląd. Dla mnie bogata gama kamieni Antoliniego, to ogromna frajda wyszukiwania propozycji dla klientów szukających materiałów innych, nietypowych.
Jedno jest pewne: po tych latach pracy z kamieniem nie wyobrażam sobie życia zawodowego bez kamienia i kontaktów w naszej branży. Dla mnie kamień naturalny ma duszę. Czasem idąc przez magazyny, widząc jakąś płytę nagle dostaję gęsiej skórki. Kamień naturalny to prawdziwa SZTUKA.
Środowisko kamieniarskie jest fantastyczne, chociaż kiedyś to był bardzo męski świat i kobietom było trudno wyrobić sobie markę fachowca. Wtedy zdarzało się, że gdy rozmawiałam z branżystami, sprawdzali, czy wiem cokolwiek o kamieniu. Teraz nas kobiet jest trochę więcej i rzadziej nas panowie tak postrzegają i testują.
Czas wolny? To dość oczywiste – mieszkam we Włoszech, w rejonie Werony, a jak mówiłam na początku rozmowy, Włochy to moje miejsce na świecie. Tu w okolicach jeziora Garda, są piękne tereny, jest gdzie chodzić i jeździć. Do tego włoskie jedzenie i wino. Ze znajomymi mamy kilka fantastycznych miejsc, w których się spotykamy.
Do Polski przyjeżdżam teraz rzadziej niż na początku współpracy z EGA – raz na dwa, trzy miesiące. To dlatego, że tu, na miejscu, mam sporo pracy. Od jakiegoś czasu przyjeżdża z Polski wielu architektów i klientów, i trzeba się nimi zająć na miejscu.
Mieszkam blisko centrum przemysłowego, i czasem słychać pracujące traki– czasem na ten szum trochę narzekam, ale kiedy była pandemia Covid i wszystko zamarło, to brak tych odgłosów był przerażający.
Wracając do tematów kulinarnych to – jako Polka we Włoszech – myślę, że Włosi mają jakiś gen, dzięki któremu odczuwają smaki jedzenia i wina w specjalny sposób. To też oczywiście tradycja. Ja się przez te lata nauczyłam od nich zwracać uwagę na to, co jem i co piję.
Wyobraź sobie, w święta w większym gronie siedzą przy stole, jedzą i jeszcze rozmawiają o jedzeniu. Tego też się nauczyłam. Teraz, jak jestem z kimś w restauracji, to dla mnie jest oczywiste, że ktoś powinien powiedzieć, czy mu smakuje, co czuje. Jak nie mówi, to dopytuję: „Co sądzisz o makaronie? A jak sos?” Włosi nauczyli mnie delektować się tym, co się spożywa. Zrozumiałam też, że na problemy i stresy najlepsze lekarstwo to świetne jedzenie, lampka dobrego wina i rozmowa ze znajomymi.