
Choć na świecie zagościła na dobre niepewność jutra, my planujemy rok 2021.
Bo zagrożenie to konieczność szukania nowych rozwiązań, to siła napędowa do rozwoju.
Ten rok był dla BETKOM wyzwaniem. Zastanawialiśmy się, jaki wpływ na odbiory polskiego kamienia będzie miała obecna pandemia. Naszym rynkiem docelowym jest rynek niemiecki.
Dzisiaj możemy stwierdzić, że dla Firmy BETKOM, która sprzedaje polski kamień do niemieckich hurtowni budowlanych, rok ten był rokiem dobrym. Ale także rokiem pełnym wyzwań.
Zwiększone zapotrzebowanie na kamień do aranżacji ogrodów było spowodowane faktem, że duża część odbiorców indywidualnych w okresie letnim pozostała w domu. Także duże budowy nie zwalniały tempa. Kamień murowy, kostka granitowa, elementy cięte, grysy, elementy aranżacji ogrodu, to towar, który był wiodącym na rynku odbiorcy indywidualnego w Niemczech.
Trudna sytuacja na rynku azjatyckim spowodowała, że klienci europejscy zaczęli poszukiwać europejskiego kamienia. Klient niemiecki też zaczął szukać europejskiego towaru. Dzięki temu mogliśmy pokazać europejską jakość polskiego kamienia.
Pytanie tylko, czy polscy producenci są gotowi na zwiększone zapotrzebowanie rynku? Z naszego doświadczenia wynika, że nie zawsze.
Przesuwanie terminów dostaw i trudności na rynku transportowym to główne czynniki, które kładły się cieniem na blask dostaw polskiego kamienia.
Cały czas poszukujemy nowych polskich produktów, nowych producentów, których moglibyśmy zaprezentować na rynku w Niemczech. Bo rynek ten jest bardzo chłonny, otwarty na nowości. BETKOM należy do sieci Eurobaustoff skupiającej 1500 hurtowni w całych Niemczech. Dzięki temu zaprezentowanie nowych produktów i wejście z nimi na rynek jest dużo łatwiejsze.
Nadchodzący rok to szansa dla polskiego kamienia. Bo kiedy pojawiają się trudności, pojawiają się także szanse. To czas na nowe pomysły, nowe rozwiązania, nowe produkty.
Nie pozwólmy, aby ten pociąg odjechał bez nas…

Niedawno pisaliśmy w Kurierze Kamieniarskim o poprawnym zapisie dat na nagrobkach. Jedną z możliwości, które wymieniliśmy, jest użycie symboli gwiazdy i krzyża dla oznaczenia daty narodzin oraz śmierci. W tym artykule przyjrzymy się wnikliwiej wspomnianym symbolom.
Gwiazda
Gwiazda jest bardzo popularnym ideogramem, który można często spotkać na flagach i herbach. Jeśli przyjrzymy się im uważnie, to szybko zauważymy, że większość z nich to gwiazdy pięcioramienne. Umieszczone zostały między innymi na fladze Stanów Zjednoczonych i Unii Europejskiej.
Nie należy do końca utożsamiać gwiazdy pięcioramiennej z pentagramem. Mimo, że zewnętrzny kształt obu symboli jest w zasadzie identyczny, to pentagram zawiera w sobie linie łączące poszczególne ramiona. O ile gwiazda jest symbolem o szerokim wachlarzu znaczeń, a zarazem dość neutralnym i bezpiecznym, pentagram często jest utożsamiany z magią i mistycyzmem. Stąd też prawdopodobnie wzięło się przekonanie niektórych osób o niechrześcijańskim charakterze tego znaku.
Warto jednak wspomnieć, że wśród wczesnych chrześcijan symbolizował on pięć ran Chrystusa, a złą sławę zyskał dopiero później, bo w XIX wieku. Wtedy to odwrócony pentagram, zwany też czarnym, zaczęto porównywać do głowy kozła i uznano za symbol Szatana.
Innym często spotykanym symbolem jest Gwiazda Dawida, która ma sześć ramion, czyli jest technicznie heksagramem. Dokładniej rzecz ujmując, to dwa zachodzące na siebie trójkąty równoramienne. Symbol ten znany jest także jako pieczęć Salomona. Występuje na fladze Izraela i jest głównie kojarzony z religią żydowską, choć jego korzenie sięgają prawdopodobnie tantryzmu hinduistycznego.
Gwiazdka przy dacie narodzin na nagrobkach chrześcijańskich jest odniesieniem do gwiazdy betlejemskiej i narodzin Jezusa. Użycie tutaj gwiazdy pięcioramiennej z jednym z wierzchołków skierowanym do góry jest jak najbardziej uzasadnione. Należy jednak uważać, aby taka gwiazda nie była odwrócona do góry nogami (czarny pentagram). Gwiazda Dawida na nagrobkach chrześcijańskich z oczywistych względów również nie jest najlepszym pomysłem.
Nierzadkie są też gwiazdy ośmioramienne, takie jak ta na zdjęciu powyżej. Choć tego typu ideogram może mieć głębszą symbolikę (gwiazda ośmioramienna może symbolizować na przykład mezopotamską boginię Isztar), to nie należy się raczej doszukiwać na siłę drugiego dna. Większość gwiazd, które zobaczymy na nagrobkach, ma po prostu przypominać kształt gwiazdy na nocnym niebie, a ilość promieni jest często kwestią czysto estetyczną.
Krzyż
Tego symbolu nie trzeba chyba nikomu wnikliwie przedstawiać ani tłumaczyć, warto jednak przyjrzeć się jego odmianom.
Crux ordinaria, czyli inaczej krzyż łaciński, to najbardziej powszechna wersja tego symbolu obecna w naszej kulturze. Dolne ramię jest dłuższe niż pozostałe, w przeciwieństwie do krzyża greckiego, zwanego też klasycznym, w którym wszystkie ramiona są równe. Istnieje wiele innych rodzajów krzyży chrześcijańskich (patriarchalny, papieski, prawosławny), ale symbol ten występuje też w innych kulturach i wierzeniach. Dobrym przykładem będzie egipski krzyż Anch lub krzyż celtycki.
Jeśli chodzi o zastosowanie symbolu krzyża na chrześcijańskich nagrobkach przy dacie śmierci, to zdecydowanie najbezpieczniejszą opcją będzie krzyż łaciński. Należy absolutnie wystrzegać się jego odwróconej wersji zwanej krzyżem św. Piotra, która kojarzona jest z satanizmem.
* * *
Jeśli mają Państwo jakiekolwiek wątpliwości językowe, zwłaszcza te dotyczące kamieniarstwa, gorąco zachęcamy do przesyłania pytań na adres
biuro@kurierkamieniarski.pl.

Wielokrotnie słyszałem pytanie: co będę miał z tego, że przystąpię do Związku? Uważam, że to źle zadane pytanie. Ale jeżeli tak musi być, to – do wielu korzyści, o których mówią Członkowie – każdy, kto przeczyta ten tekst, może chyba sam dopisać kolejny punkt.
Rok 2020 powoli się kończy. Wiemy już, że zapamiętamy go na długo, jako ten rok, w którym nie było, nie odbyło się, nie doszło do skutku, zostało przełożone prawie każde wydarzenie, jakie jeszcze w styczniu wpisywaliśmy do kalendarza jako pewnik. Pomimo jednak niespodziewanych trudności, nieoczekiwanych zmian, poczucia niepewności, a może zwłaszcza z uwagi na te niesprzyjające okoliczności, są rzeczy, które trzeba robić.
We wrześniu udało się nam zorganizować w Złotym Potoku koło Częstochowy Walny Zjazd Polskiego Związku Kamieniarstwa. Spotkanie ważne, bo będące jedyną w tym roku szansą na rozmowy i omówienie bieżącej sytuacji w szerszym gronie. Podczas Zjazdu odbyły się również wybory, a we władzach związku pojawiło się wiele nowych twarzy. W dobrej atmosferze odbyliśmy wiele rozmów o potrzebach i wyzwaniach stojących przed kamieniarstwem w nadchodzącym czasie. Nakreśliło to główne kierunki działań na najbliższe miesiące.
Wiele zadań z lat poprzednich będzie kontynuowanych, natomiast jako priorytetowy dla branży uznany został projekt szeroko rozumianego lobbingu kamieniarstwa i kamienia naturalnego wśród architektów. Ma on na celu przedstawienie zalet materiałów skalnych na tle substytutów, dobrych praktyk współpracy na linii projektant-kamieniarz, oferty krajowej i importowanej bazy surowcowej oraz możliwości produkcyjnych członków PZK. Pierwszym krokiem służącym temu zadaniu jest przygotowanie cyklu szkoleń, na których przybliżone zostaną zagadnienia związane z materiałoznawstwem, technologią i zasadami montażu elementów budowlanych z kamienia naturalnego. W kwestii zapotrzebowania na takie szkolenia i ich tematykę, konsultujemy się z SARP-em, co daje szansę dotrzeć do szerokiego grona zainteresowanych architektów z wszystkich zakątków Polski.
Jesteśmy przekonani, że taka forma współpracy ze środowiskiem architektów przyczyni się do chętniejszego sięgania przez nich po materiały skalne. Częstszego i bardziej świadomego, niż ma to miejsce obecnie. Dodatkowo liczymy na stałą współpracę między członkami Związku a biurami projektowymi w pracach nad przyszłymi projektami i później podczas ich realizacji.
Ruszenie w przedstawiony sposób z tematyką szkoleń ma się stać początkiem szerszej oferty szkoleniowej, która skierowana będzie już bardziej specjalistycznie i odpowiadać różnym potrzebom zarówno wewnątrz branży (tu już częściowo realizowane szkolenia dla kamieniarzy) jak i na zewnątrz (szeroko rozumiany rynek budowlany, inwestycyjny). Opisane działania wymagają poświęcenia czasu i środków dla organizacji, przygotowania i przeprowadzenia szkoleń. Wymagają ich również opracowanie i przygotowanie materiałów szkoleniowych, które podniosą wartość przeprowadzanych zajęć.
Cieszymy się, że liczba członków Polskiego Związku Kamieniarstwa jest już na tyle duża, że można śmiało myśleć o sukcesie takiego przedsięwzięcia. Żeby zrobić to jednak lepiej, szybciej, więcej – tu każda pomoc się liczy, stąd czekamy na kolejne firmy branży kamieniarskiej wstępujące w nasze szeregi, jak i sponsorów, którzy w tę tematykę chcą się bardziej zaangażować.
Na zakończenie pragnę podziękować za poparcie w wyborach i okazane zaufanie. Życzę wszystkim Członkom Polskiego Związku Kamieniarstwa doskonałych rezultatów, a także wiele satysfakcji z tego wszystkiego, co razem robiąc dla branży, robimy dla rozwoju naszych firm.
Krzysztof Skolak
Przy okazji przygotowań do wrześniowego Zjazdu Polskiego Związku Kamieniarstwa, od kolegów kamieniarzy otrzymaliśmy liczne sygnały o dużej ilości zamówień, z którymi mają do czynienia w swojej działalności. Spowolnienia spowodowanego wiosennym lockdownem chyba więc specjalnie nie widać, ale jak jest naprawdę, przekonamy się pewnie dopiero za jakiś czas.
Jak restrykcje związane z przeciwdziałaniem COVID-19 wpłyną długofalowo na przedsiębiorstwa, to trudno przewidzieć. Bo chociaż niektóre skutki widzieliśmy od razu, inne pokazują się obecnie, to tak naprawdę nie wiemy, jak system naczyń powiązanych, jakim jest gospodarka, ustabilizuje się po dotychczasowych wstrząsach i zachwianiach. Zwłaszcza, że nie wiemy też, w jakim momencie kryzysu koronawirusowego jesteśmy ani ile on jeszcze potrwa.
Warto jednak zastanawiać się nad możliwymi wariantami i przygotowywać z wyprzedzeniem do ewentualnych zmian. Zmian, które utrudnią dotychczasowy schemat działania lub otworzą nowe możliwości.
W jednym z rozważanych scenariuszy można założyć, że nadchodzi dobry czas dla rzemiosła, lokalnych produktów, krajowych materiałów, małych producentów. Dlaczego? Doświadczenia ostatnich miesięcy dobitnie pokazały, że globalizacja wszystkich procesów obniża wprawdzie koszty, ale niesie za sobą realne ryzyko. Okazuje się bowiem, że zawirowania na jednym końcu świata uderzają gospodarczo w miejsca bardzo odległe, że szlaki komunikacyjne wcale nie są tak pewne, jak się wydawało, że ograniczenia w przepływie ludzi i towarów paraliżują konieczne działania. Nie ma się wpływu na terminy, przerywane są łańcuchy dostaw, brakuje ważnych towarów.
Obok strategicznych mankamentów lokowania produkcji z dala od miejsca konsumpcji, są i inne. Na przykład ekologiczne. Po kilku latach debaty Unia Europejska zdecydowała się na wprowadzenie podatku od śladu węglowego. Oznacza to obłożenie dodatkową opłatą produktów, które na obszar Unii docierać będą z odległych zakątków świata. Im dalej, tym wyższa opłata. Ma to zniechęcić do importu w sytuacji, gdy produkt może powstać na terenie Unii, a jeśli już towar musi zostać sprowadzony, to uiszczona opłata będzie przeznaczona na walkę z negatywnymi skutkami emisji CO2. Trochę rykoszetem, ale poprawi to sytuację lokalnych (europejskich) producentów, ponieważ zmniejszy dysproporcję między ceną na przykład chińskiego produktu, a tego wykonanego w realiach unijnych.
Z opisanych wyżej strategicznych i ekologicznych zmian, jakie będą miały mniejszy bądź większy wpływ na globalną ekonomię, wynika jeszcze jeden – ekonomiczny. Stare powiedzenie mówi, że lepsze deko handlu niż kilo roboty, ale to produkcja generuje rozwój i przyrost PKB. Produkcja, zwłaszcza ta o charakterze rzemieślniczym, tworzy miejsca pracy, napędza gospodarkę i system podatkowy, stanowi podstawę ładu społecznego, powoduje tworzenie się kapitałów. Robi to bez względu na to, gdzie się znajduje, nie robi tego tam, gdzie jej nie ma lub jest słaba. Zachodzące zmiany mogą wpłynąć na bardziej zrównoważone rozlokowanie mocy produkcyjnych i korzystanie z nich.
Trochę upraszczając, na naszym, kamieniarskim podwórku oznaczać to może większe zainteresowanie polskimi oraz europejskimi kamieniami, a mniejsze tymi importowanymi z większych odległości. Analogicznie produkcja krajowa powinna absorbować więcej zleceń, co odbyłoby się kosztem zmniejszonego importu spoza UE. W zależności od profilu działalności będzie to korzystne lub nie, ale dla każdego uczestnika rynku na pewno będzie wyzwaniem.
Krzysztof Skolak

2016 to był rok, w którym podjęliśmy decyzję o postawieniu suwnicy 35-tonowej i linek do paserowania bloków w RPA. Jednak zaczniemy od początku 2015 roku, kiedy Zenon zakupił ZREMB strzegomski. To pozwoliło nam na podjęcie tematu budowy linek stacjonarnych do paserowania bloków.
W momencie budowy maszyn wiedzieliśmy, że wyjadą do RPA. Obecnie jest ich tam trzy, a czwarta pracuje w Polsce. Zanim jednak zapakowaliśmy maszyny do kontenerów, trzeba było w kopalni postawić suwnice i – co chyba najważniejsze – ktoś musiał przygotować fundamenty i teren pod inwestycję. W tym momencie zaczyna się najciekawsza część tej historii.
Oczywista sprawa: zaczynamy szukać firm lokalnych, które byłby w stanie nam ten temat ogarnąć w RPA. Ale jak wiecie z poprzedniego tekstu, Burowie 1 chcą za wszelką cenę jak najbardziej „skroić” obcokrajowców. Tak było i w tym przypadku! 
Spotkania, negocjacje cen, kolejne spotkania i wałkowanie tego tematu trwało przez dwa nasze pobyty w RPA. Jednak efekt był cały czas ten sam: za drogo! Wykonanie fundamentów pod trzy maszyny plus fundamenty pod suwnicę o długości 65 metrów zostało wycenione na ponad 500 000 randów – około 125 000 zł. Przy czym sami zrobiliśmy naszym sprzętem roboty ziemne i postało tylko skręcić zbrojenie, rozstawić szalunki i wylać beton. To jednak przerastało Burów do tego stopnia, że podjęliśmy decyzję o ściągnięciu fachowców z Polski.
W czerwcu 2017 roku razem z dwoma chłopakami, Arkiem i Piotrkiem, zapakowaliśmy się do samolotu i wylądowaliśmy w Johannesburgu. Miesiąc ciężkiej pracy oraz fachowość Arka i Piotrka zrobiły wielką różnicę, a Burowie byli zdziwieni, że da się tak szybko wykonać taką wielką robotę. Dla nas jednak najważniejsza chyba była sprawa kosztów. Od 2015 roku mamy w RPA kupiony dom, więc za hotel nie trzeba było płacić.
Zresztą zakup domu, mimo że był sporym kosztem, to w dłuższej perspektywie okazał się bardziej opłacalny niż wynajem mieszkania na czas pobytu. Diety dla chłopaków, bilety lotnicze i wyżywienie nie przekroczyły 12 000 zł. Po dodaniu kosztu robocizny i zakupu materiałów ta budowa zamknęła się kwotą około 65 000 zł. Łatwo więc wyliczyć oszczędności. Do tego Arek i Piotr mieli wolne weekendy, więc zobaczyli też kawałek Czarnego Lądu.
Jednak finał jest najciekawszy. Bur – ten, który składał nam ofertę – po wszystkim stwierdził, że mógł wykonać tę robotę za taką samą cenę. Popatrzyliśmy na niego z Zenonem i tylko głęboko westchnęliśmy.TIA.
Później zostało nam tylko dostarczenie suwnicy i maszyn oraz ich montaż. Montażem zajął się kolejny człowiek, który robi ogromną różnicę. Mietek, bo o nim mowa, to człowiek-orkiestra. W sumie to nasza prawa ręka. Bez niego nie wyobrażam sobie dzisiaj funkcjonowania w RPA! Jemu poświęcę osobny tekst.
To nie był jedyny raz, kiedy spotkaliśmy się ze ścianą ze strony Burów. Rozważaliśmy zakup nowej ładowarki kołowej Volvo L350. W Polsce cena takiej maszyny oscyluje w okolicach 500 000 euro. Jednak u przedstawiciela Volvo na południową część Afryki, którym jest firma Babcock, ta cena jest astronomicznie wyższa. Negocjacje zakończyliśmy na poziomie 9 milionów randów, czyli przy dzisiejszym kursie EUR/ZAR to około 600 000 euro. Więc spojrzeliśmy na siebie z Zenonem i stwierdziliśmy, że możemy im sprzedawać maszyny z Polski z transportem do RPA. Oczywiście skończyło się na tym, że kupiliśmy maszynę w Polsce i zapakowaliśmy ją na statek, a suma kosztów, jakie ponieśliśmy, tylko trochę przekroczyła 550 tysięcy euro.
Historii jest wiele na temat tego, jak podchodzą obywatele RPA – zarówno czarni, jak i biali – do nas, obcokrajowców. Istotą tych historii zwykle jest to, co już wcześniej napisałem: „widzisz ich – będę strzygł ich jak owce, bo nie mają tu nikogo, komu mogą zaufać”. Niestety jest to smutne i prawdziwe. Jednak muszę tu dodać coś jeszcze. Jak lubi mawiać Zenon: zawsze na jedną złą osobę trafia się jedna osoba dobra. I tak samo w pewnym sensie jest w naszym przypadku. W roku 2019 wrócił do nas Eben – manager, który kiedyś u nas pracował i dał się poznać jako człowiek solidny i prawdomówny. Ktoś obiecał mu złote góry, on uwierzył, a skończyło się jak zawsze. Po ponad dwóch latach pracy dla kogoś innego wrócił do nas.
Czy to praca na Ukrainie, czy to praca w RPA, zawsze szkopuł jest jeden: trzeba mieć kogoś, na kim można polegać. Tym bardziej w czasie, kiedy nie ma nas na miejscu. Czy ktoś za nas, właścicieli, zrobi taką samą robotę, jak byśmy my zrobili? Raczej nie, ale przynajmniej jest na kim się oprzeć. Doszukałem się informacji, że loty do RPA będą możliwe dopiero od 2021 roku. Czyli już teraz wiem, że to nasze najdłuższe rozstanie z Czarnym Lądem.
Co zastaniemy? W jakim miejscu będziemy w kamieniołomie? Kto będzie jeszcze pracował? I chyba najważniejsze: czy będę miał kontynuację eksportu materiału do Polski? Wiele niewiadomych, wiele znaków zapytania. Jedno mogę stwierdzić na pewno: po tylu latach pracy w RPA nadal nie znalazłem tam osoby zaufanej. Ale mam przynajmniej kogoś do stałego kontaktu, który mówi mi prawdę, a nie to, co chciałbym usłyszeć.
1 Burowie – potomkowie kolonizatorów Afryki Południowej.
TIA – This is Africa – to najczęściej powtarzany przeze mnie zwrot. W odniesieniu do RPA. Przez ostatnie 9 lat powtórzyłem go tysiące razy.
Na głos i w myślach.