Artykuły

Podróż za jeden uśmiech - cz. III

Autor: Jakub Matuszewski   |   Data publikacji: środa, 25 czerwca 2014 19:25

Jestem w drodze od piętnastu dni.Znów jestem na stacji, na której spędziłem poprzednią noc – zanim wjechałem do Kartageny. Niestety, Kartagenę zapamiętam jako szarą i nijaką. Trochę wcześniej spędziłem 3 dni w Walencji, która zostanie w pamięci jako urzekająca i najbardziej hiszpańska ze wszystkich odwiedzonych miast. Przede mną 500 km południowego wybrzeża nim osiągnę cel podróży – Gibraltar.

Ze stacji benzynowej zabrał mnie Luis – chyba jeden z najbardziej zwariowanych kierowców, z którymi jechałem. Godzinna podróż minęła nam na żartach i ciągłym śmiechu, bo jak sam powiedział, woli unikać tematów politycznych, gdyż za bardzo go denerwują. Ale to właśnie od niego dowiedziałem się, że w Hiszpanii obecnie jest więcej opuszczonych domów, niż bezdomnych rodzin. Te niezamieszkałe budynki są efektem tego, że były stawiane przez bogatych ludzi, którzy oprócz „głównego” domu, chcieli mieć także drugi, po naszemu nazwijmy go letniskowym, do którego mogliby przyjeżdżać na weekendy czy wakacje. Kiedy przyszedł kryzys mało kogo było stać na utrzymanie dwóch domów. W takiej sytuacji trudno było też sprzedać dom, więc większość z nich jest po prostu porzucona.

Luis wysadził mnie w okolicach miejscowości Vera, w połowie drogi z Puerto de Mazarron do Almerii. Tam jednak utknąłem już na noc. Przespałem się na karimacie tuż przy budynku stacji benzynowej. Pod głową miałem mniejszy plecak z cennymi rzeczami, a drugi, z ubraniami, stał tuż obok mnie. Rankiem dość długo nie mogłem się stamtąd wydostać. Po 4 godzinach czekania jakiś Hiszpan zabrał mnie na stację na innej drodze, gdzie już po chwili złapałem stopa pod samą Almerię.

Na kolejnej stacji omal nie straciłem swojego zegarka. W mieszczącej się tam restauracji postanowiłem coś zjeść. Myjąc ręce przed posiłkiem, zdjąłem zegarek i położyłem obok. Wyszedłem, zamówiłem jakieś tanie, lokalne danie i usiadłem. Wtedy zauważyłem, że zapomniałem zegarka, a gdy wróciłem do łazienki już go tam nie było. Z ponurą miną zjadłem posiłek. Przy płaceniu jednak postanowiłem się zapytać, czy ktoś go może odnalazł i przyniósł. Przez kilka minut tłumaczyłem im, o co właściwie mi chodzi (kelnerzy albo pokazywali mi miejsce, gdzie mogę kupić sobie jakąś bransoletkę, albo z niezrozumieniem kręcili głową). Dopiero po dłuższym czasie jeden z kelnerów z wyrazem nagłego zrozumienia w oczach zdjął z półki mój zegarek i zapytał, czy o to mi chodzi. Byłem lekko zszokowany, że odzyskałem zgubę, a po wypytaniu okazało się, że zegarek szczęśliwym trafem znalazł właściciel restauracji. Miałem nauczkę na przyszłość, aby lepiej dbać o swoje rzeczy.

Wróciłem się na trasę uzbrojony w karton z napisem „MALAGA”, czyli nazwą miasta, które było jakieś 200 km za Almerią i niecałe 150 km od Gibraltaru. Wkrótce siedziałem w samochodzie Amayi i Jose, którzy wprawdzie nie jechali daleko, ale przynajmniej mogli mnie zostawić po drugiej stronie Almerii. Po kilku minutach jazdy Amaya powiedziała, że oni jadą do swojego mieszkania w niedalekiej nadmorskiej miejscowości Roquetas de Mar i że jeśli chcę, to mogę pojechać z nimi i spędzić u nich noc. Po upewnieniu się, że nie będę dla nich kłopotliwym gościem, z wielką ochotą przystałem na ich propozycję.

Tego wieczora Amaya i Jose zabrali mnie na tapas. Nie jednak takie typowe, hiszpańskie tapas, ale na… niemieckie. Głównym składnikiem przekąsem była niemiecka kiełbasa i oczywiście piwo. W barze spotkaliśmy się jeszcze bratem Amayi i jego żoną. Bardzo się zdziwił kiedy mnie zobaczył, mimo że Amaya uprzedzała, że będzie z nią „El Polaco” (Polak). Później wyjaśniono mi to. „El Polaco”, nie mówi się tylko na mieszkańców Polski, ale także na… Katalończyków. Jose, chłopak Amayi, pochodzi właśnie z Barcelony i jej brat nie spodziewał się więc prawdziwego Polaka, ale właśnie Jose. Gdy zapytałem przy stole, dlaczego właściwie na mieszkańców Katalonii mówi się „los Polacos” (Polacy), Jose odpowiedział, że to dlatego, że Katalonia ma z Hiszpanią tyle samo wspólnego ile Polska, czyli nic. Chociaż prawdziwej genezy tego określenia do tej pory nie udało się ustalić. Ciężko jednoznacznie stwierdzić też, czy to określenie jest pozytywne czy negatywne. Wydaje się, że mieszkańcy Hiszpanii używają tego z pejoratywnym zabarwieniem, podczas gdy sami Katalończycy odbierają to pozytywnie. Taki mały paradoks.

Z rana Amaya i Jose odwieźli mnie na rondo, z którego mogłem zacząć dalszą jazdę. Dość szybko zatrzymał się Damian, który podwiózł mnie kilkadziesiąt kilometrów, częstując przy okazji najlepszym hiszpańskim piwem jakie piłem, czyli zieloną Estrellą. Z kolejnego ronda zabrał mnie Mohammed z Maroka, który przewiózł mnie tylko kilkanaście kilometrów. I wtedy podjąłem chyba najgorszą, a na pewno najgłupszą, decyzję w trakcie całej wyprawy. Na rondzie, na którym stałem, ruch był znikomy. Pomyślałem więc przez chwilę i doszedłem do wniosku, że dawno już nie mijałem żadnej stacji benzynowej, więc znając ich zagęszczenie w Hiszpanii, powinna być bardzo blisko mnie. Więc założyłem plecaki na siebie (jak wyglądam z dwoma plecakami widać na zdjęciach w poprzednich odcinkach mojej opowieści ) i ruszyłem przed siebie autostradą. Na szczęście słońce schowało sie za chmurami, ale temperatura nadal oscylowała w okolicy 30 stopni. Ku mej rozpaczy stacji wcale tak blisko nie było, a po 10 kilometrach marszu skończyła mi się woda i słońce wyszło zza chmur. Po kolejnych kilku wyczerpujących kilometrach natrafiłem na ludzi remontujących autostradę, którzy poratowali mnie butelką wody. Przechodziłem w okolicach miasteczka, toteż miałem nadzieję na jakąś stację w pobliżu. Gdy po kolejnych kilkudziesięciu minutach marszu nie widziałem żadnej, po prostu usiadłem na drodze (już nie autostradzie) i machałem kartonem przejeżdżającym autom. Zdziwiłem się, gdy po 15 minutach siedzenia wreszcie ktoś się zatrzymał. Był to Gabi z Rumunii, który zabrał mnie na oddaloną o, nomen omen, parędziesiąt kilometrów stację. Na niej spędziłem jakieś dwie godziny, gdy zatrzymała się Ruth, która, jak powiedziała, zawsze zabiera autostopowiczów. Później stwierdziła, że w sumie nie lubi jeździć samochodem jako kierowca i nie bardzo wie, gdzie ma jechać – po dwóch godzinach jazdy jednak dokładnie tam gdzie chciała, a ja byłem już blisko Malagi. Gdy poprosiłem ją o pamiątkowe zdjęcie, Ruth rozpuściła swoje włosy mówiąc, że chce żebym ją pamiętał jako typową Hiszpankę . Kolejną noc spędziłem ponownie śpiąc na karimacie na murku przy stacji benzynowej. Od Gibraltaru dzieliło mnie tylko jakieś 150 km, które pokonałem pięcioma samochodami.

przeczytaj cały artykuł

Dlaczego tak?

Autor: Bogusław Skolak   |   Data publikacji: środa, 25 czerwca 2014 19:20

Nie ma złych kamieni, są tylko źle zastosowane.

Tym razem spacer po krakowskiej Starówce. Opodal słynnego Królewskiego Traktu, wśród zabytkowych perełek na skalę europejską, na Kanoniczej – jednej z najstarszych ulic Krakowa ktoś zlecił, a ktoś wykonał remont fasad sąsiadujących kamienic. Dobrze, że użyto materiału, który w tym miejscu jest jak najbardziej na miejscu – szkoda, że bez pomyślunku.

Bohaterami dzisiejszej opowieści są kamieniczki, które sąsiadują ze sobą – na zdjęciu widać, że graniczą „przez rynnę”. Przechodziły remont mniej więcej w tym samy czasie. Stoją przy tym samym chodniku – nota bene miło, że wyłożonym porfirem, a nie kostką betonową. Zatem warunki użytkowania są dla nich jednakowe: jednakowe narażenie na erozyjne działanie sił natury, jednakowe oddziaływanie zabiegów porządkowych człowieka – także tych zimowych z użyciem soli. A jakże różny efekt już po kilku latach użytkowania.

W obu przypadkach zastosowano cokoły z piaskowca. W pierwszym przypadku posłużą przez długie lata. Wprawdzie cokoły ciągną wodę z podłoża i pojawiają się przebarwienia, bo wykonawca nie zastosował warstwy odcinającej między chodnikiem a ścianą. Ale materiał tak dobrano, że wytrzyma przysłowiowe sto lat. W drugim przypadku cokoły nadają się już do wymiany – złuszczone, pokruszone, obsypujące się.

I znów ciśnie się pytanie: dlaczego tak? Dlaczego wybrano materiał, który nie nadaje się do zastosowań na zewnątrz? Dlaczego wykonawca nie wykazał się odrobiną wiedzy kamieniarskiej i nie doradził odpowiedniego materiału? Dlaczego znów wystawiono na szwank wizerunek symbolu trwałości jakim jest kamień naturalny? A może po raz kolejny o wyniku przetargu decydowało wyłącznie kryterium ceny...?

przeczytaj cały artykuł

Budapeszt zdobyty przez Grupę EGA

Autor: Dariusz Wawrzynkiewicz   |   Data publikacji: środa, 25 czerwca 2014 19:12

Ogromne inwestycje polskich zakładów kamieniarskich w maszyny postawiły nasze zakłady technologicznie, jakościowo i wydajnościowo na równi z zakładami z Europy Zachodniej. Pomimo tego eksport polskiego kamienia ogranicza się prawie wyłącznie do najprostszych elementów, czyli produktów drogowych jak kostka czy krawężnik. To duże uproszczenie, ale oddaje skalę.

GRUPA EGA startuje w przetargu

Powodem napisania tego artykułu jest potężne zadanie eksportowe jakie na przełomie 2013 i 2014 roku zrealizowała GRUPA EGA (Euro Granit Adamus) – dostawa gotowych elementów na rewitalizację placu przed budynkiem Parlamentu Węgierskiego w Budapeszcie. Jak twierdzi Grzegorz Adamus – właściciel firmy – cała sprawa wynikła dzięki wieloletniej pracy polegającej na kształtowaniu wizerunku firmy oraz zdobywaniu potrzebnych kontaktów. Rozmowy rozpoczęły się w czerwcu 2013 roku i trwały do września. Początkowo planowano realizację z granitu szarego, ale GRUPA EGA zaproponowała Nero Zimbabwe. Do konkursu stanęło wiele firm europejskich, również włoskich, ale przyjęto ofertę EGA i zaproponowany materiał. To był początek. Finałowe rozmowy z inwestorem i generalnym wykonawcą robót były dużo trudniejsze. W rezultacie podpisano umowę, która była dopracowana w najmniejszych szczegółach i dobrze zabezpieczona prawnie. Dzięki temu na poziomie organizacji pracy, odbiorów i płatności nie było później problemów.

Zakres robót

Umowa obejmowała dostawę gotowych elementów na plac budowy w Budapeszcie, gdzie montażem zajęła się współpracująca z EGA firma węgierska. Łączna ilość dostarczonego materiału wyniosła ponad 1000 metrów sześciennych gotowego wyrobu (140 TIRów). W zakresie prac znalazły się m.in. główny plac defiladowy, koło z granitu wokół masztu flagowego, fontanna o powierzchni 700 m2 z elementów trapezowych, mury oporowe wykonane z bloków monolitowych oraz wiele innych wymagających precyzji wyrobów.

Terminy

Podpisywanie umowy przeciągało się w czasie. Prace rozpoczęto dopiero pod koniec września, a termin umowny wyznaczono na 12 lutego. To było duże wyzwanie. Ponoć Węgrzy zakładali się, że Polacy nie dadzą rady zrealizować takiego zlecenia w takim czasie i w wymaganej jakości. Polacy dali radę. A generalny wykonawca w ostatnich dniach zlecił poza kontraktem wykonanie dodatkowej partii elementów, które nie zostały dostarczone w terminie przez innych dostawców z Europy. Mimo tego opóźnienie można liczyć co najwyżej w godzinach, bo ostatni transport wyjechał z Piławy 12 lutego późną nocą.

Realizacja

Rozmowy i uzgodnienia trwały długo. Ich końcowe fragmenty były bardzo nerwowe i decydowały minuty. W Afryce czekano na decyzję, czy ładować bloki na statek. W końcu sprawa stanęła na ostrzu noża – albo zapadnie natychmiast, albo GRUPA EGA wycofuje się z realizacji zamówienia. Kiedy przyszła odpowiedź potwierdzająca, zaczął się wyścig z czasem. Bloki załadowano na statek, a EGA dopinała uzgodnienia z firmami, które miały wspomóc firmę w realizacji obróbki. Sfinalizowano też zakup i montaż maszyn pod realizację zadania. Zakupiono maszyny GMM – kompaktowe, bo można było zamontować je w ekspresowym tempie. Jedna zastąpiła starą w Strobicach, drugą zamontowano w Piławie. Ponieważ prawie wszystkie elementy były płomieniowane, EGA zakupiła również linię do płomieniowania. Ruszyła karuzela – bloki przypływały do Szczecina, przeładowywane na samochody jechały do zakładów w Piławie, a po obróbce ruszały w podróż do Budapesztu. Cała akcja zawdzięcza swoje powodzenie ścisłej współpracy pomiędzy partnerami biorącymi udział w tym przedsięwzięciu. Zapewne kluczowym elementem był fakt, że Grzegorz Adamus jest szanowany przez kontrahentów, a zaufanie do jego słowa skutkowało bezproblemowym pozyskaniem firm do współpracy. Ze względów logistycznych kooperantów szukano w Piławie i okolicach. Niestety, nie wszyscy byli w stanie zapewnić wymaganą jakość i precyzję wykonania. Pozostali, czyli znacząca część piławskich firm, nie miała szans na odpoczynek po zakończeniu sezonu 2013. Trzeba docenić te firmy, bowiem w znacznym stopniu przyczynili się do realizacji zadania. Przy okazji rozmowy Grzegorz Adamus prosił, aby na łamach Kuriera Kamieniarskiego serdecznie podziękować w jego imieniu wszystkim, którzy brali udział w tym przedsięwzięciu. Co z przyjemnością czynię.

Kłopoty i zagrożenia

Krótki czas realizacji zadania wiązał się z koniecznością pogodzenia się z kilkoma problemami. Przede wszystkim nie można było wybrzydzać jeśli chodzi o bloki. Niektóre miały ciężar ok. 35 ton i stwarzały problemy transportowe. Istniało też ryzyko wystąpienia wad w materiale, bo przy takich ilościach to przecież możliwe. Sprzyjającym czynnikiem był termin. Zlecenie realizowane było poza sezonem, więc nie potykało się o możliwości przerobowe firm współpracujących w obróbce. Jednym z kluczowych elementów był niewątpliwie transport. Mniejszy był problem z transportem ze Szczecina do Piławy, bo GRUPA EGA realizuje takie transporty na co dzień. Jednak trafiło się też poważniejsze wyzwanie logistyczne – przy okazji jednego z odbiorów do portu podstawiono w jednym czasie 7 samochodów niskopodwoziowych. Sporym problemem były transporty na Węgry. Transport międzynarodowy wymaga wielu dokumentów, a na dodatek już w samym Budapeszcie, były kłopoty z wjazdem do centrum i na plac przed Parlamentem. Konieczne były różnorodne lokalne zezwolenia, a wjazd był możliwy tylko w określonych godzinach – częstokroć samochody przyjeżdżały w nocy i czekały. Okres zimowy, poza zaletami wolnych mocy przerobowych, stanowił pewne ryzyko. Nagły atak ciężkiej zimy mógł sparaliżować przecinanie materiału. Styczniowe ochłodzenie zabrało tydzień pracy. Wcześniej przez tydzień były wichury (słynny z mediów orkan). Z tego powodu ostatni transport z Afryki utknął gdzieś w hiszpańskim porcie, a potem, z powodu wiatru, nie mógł zostać rozładowany w Szczecinie. To kosztowało kolejny tydzień przestoju. W końcu kiedy już się wszystko uspokoiło nadeszła przerwa świąteczna. Dopiero po świętach wszyscy ostro wzięli się do pracy i w następnym tygodniu, w ciągu 5 dni, na Węgry pojechało 15 samochodów. Jak podkreślał w rozmowie Grzegorz Adamus, wszyscy się sprężyli i bardzo ciężko pracowali.

Na koniec

Chcieliśmy to zrobić, żeby się przekonać, czy damy radę. I udowodnić sobie i innym, że jeśli trzeba to potrafimy zorganizować realizację tak dużego kontraktu – powiedział Grzegorz Adamus na koniec rozmowy.

Przyznał również, że w takich sytuacjach może liczyć na swoich pracowników w 100%. Wszyscy z pełnym zaangażowaniem i poświęceniem pracowali bez wytchnienia nie patrząc na zegarek ani na termometr. To było wielkie zadanie logistyczne – koordynacja dostaw, przerobu i wysyłki na budowę. Sprawdziła się zdolność polskich firm do współpracy, chociaż mogłoby się wydawać, że to niemożliwe. Na uroczystościach otwarcia, która odbyła się 15 marca (rocznica Wiosny Ludów na Węgrzech) GRUPA EGA nie dojechała, bo już zaczął się kolejny sezon i kolejne prace. W firmie śmieją się, że dla nich nadal trwa sezon 2013, bo nawet nie zauważyli końca roku.

przeczytaj cały artykuł

Nie Mercedes, a Kuzik wśród łupiarek

Autor: Kurier Kamieniarski   |   Data publikacji: środa, 25 czerwca 2014 19:02

Popularność granitowych elementów drogowych utrzymuje się nadal na wysokim poziomie. Przyszłość też rysuje się interesująco, gdyż sporo jest jeszcze miejsc, które wymagają remontu.

Wśród kamiennych elementów drogowych największy udział ma oczywiście kostka granitowa, której najciekawszym wariantem jest wersja łupana. W związku z zapotrzebowaniem wiele firm korzysta z łupiarek i innych urządzeń do produkcji kostki. Na rynku dostępnych jest wiele maszyn, ale zawsze warto wspierać producentów krajowych.

Wśród nich jest firma Kuzik. Firma, która ma już swoją tradycję, a pierwsze łupiarki wyprodukowała w 2000 roku. Przez lata pracy w zakładzie powstało kilkaset maszyn różnej klasy, o różnym nacisku i gabarytach, które sprzedano nie tylko w Polsce. Maszyny Kuzik pracują w wielu krajach Europy, ale również w Azji.

Zanim powstała firma, jej szef – Krzysztof Kuzik – pracował jako serwisant maszyn w kamieniołomie. Tam w praktyce zrozumiał specyfikę pracy maszyn w ciężkich warunkach i nauczył się przewidywania możliwych problemów. Dziś mówi, że to co jest dla niego najważniejsze to jakość produkcji. Dlatego ze spokojem może oferować klientom długie gwarancje i lansuje hasło, że jego maszyny „to nie mercedes wśród łupiarek – to Kuzik wśród łupiarek”.

W firmie od zawsze obowiązuje zasada stosowania najprostszych rozwiązań. Dzięki temu pracujące w ciężkich warunkach maszyny rzadziej ulegają awariom, a jeśli nawet coś się zdarzy to naprawy są łatwe i relatywnie niedrogie. Nie bez znaczenia jest też niższa cena takiej maszyny. Nie oznacza to jednak, że maszyny ustępują jakością konkurentom. Kuzik stara się znaleźć kompromis między jakością i ceną, ale na pewno nie szuka się oszczędności tam, gdzie mogłoby to wpłynąć na bezawaryjność lub jakość pracy.

Dużą wagę firma Kuzik przywiązuje do kwalifikacji pracowników. Część kadry to inżynierowie, którzy odbywali w firmie praktyki studenckie z Politechniki Wrocławskiej i zostali w firmie po ukończeniu studiów. Również syn właściciela, Paweł Kuzik, przeszedł taką drogę i jest obecnie dużym wsparciem dla firmy. Krzysztof Kuzik ma nadzieję, że właśnie syn będzie teraz motorem wprowadzania w firmie nowych, coraz lepszych konstrukcji.

Najpopularniejszą maszyną w ofercie jest łupiarka K50 o nacisku 62T. W ofercie są również 36 tonowa K30 i przeznaczona do produkcji dużych elementów K 150 o nacisku 180T.

Kuzik produkuje również tzw. łupiarki ramowe. Urządzenia te znakowane jako BR nadają się idealnie do łupania bloków, oporników, słupków, płytek jak również do produkcji kostki z ciętych płyt i odpadów poprodukcyjnych. Ofertę firmy uzupełniają stoły podawcze, odbiorcze i manipulatory.

Wymieniane maszyny w trakcie pracy można obejrzeć na stronie producenta www.kuzik.pl.

przeczytaj cały artykuł

Kontrastowo - nowa forma tradycyjnego nagrobka

Autor: Kurier Kamieniarski   |   Data publikacji: środa, 25 czerwca 2014 18:56

<strongWierzymy, że ludzie akceptują powtarzalne rozwiązania, ponieważ nie znają niczego lepszego. Współpraca z projektantami daje możliwość wyboru.

Wszyscy znamy obraz współczesnego polskiego cmentarza. Sztampowe nagrobki, z czego duża część chińskich. Powtarzalne wzory, kolory i detale. Tylko gdzieniegdzie historyczny nagrobek z dawnych czasów odcinający się od szarej rzeczywistości. Zawsze kiedy jestem na polskim cmentarzu zadaję sobie pytanie: "Czy ja bym to mógł zaprojektować lepiej?", "Czy dałoby się to zrobić inaczej?".

Na przykładzie naszego projektu nowoczesnego nagrobka inspirowanego gotykiem chciałbym przedstawić pokrótce praktykowany przez nas proces projektowy. Pomysł na "inny", nowoczesny nagrobek, nosiłem w głowie od paru lat. Wiosną 2013 myśl o designerskim nagrobku dojrzała. Przez następne parę miesięcy odwiedziłem ponad sto cmentarzy w całej Europie. W wielu miejscach odnalazłem bardziej lub mniej udane próby wyzwolenia się ze schematów. Niektóre rozwiązania były inspirujące, ale nigdzie nie znalazłem pomnika, który odpowiadałby moim założeniom.

Pracujemy zwykle "od ogółu do szczegółu".

1. Lokalizacja

To kluczowa sprawa. Odniesienie się do kontekstu jest szalenie ważne. Inaczej projektuje się nagrobek ładnie oświetlony, a inaczej z ekspozycją północną, lub zlokalizowany w cieniu drzew. Ważne będą też ewentualne sąsiednie zabytkowe nagrobki. Nie chcemy stanowić konkurencji, ale przecież nie może się też okazać, że mimo nowoczesnych technologii nie udało się sprostać zadaniu. W trakcie projektowania naszego modelowego nagrobka inspirowanego gotykiem ten etap musiał być uogólniony, gdyż chcieliśmy zaprojektować nagrobek uniwersalny, nadający się równie dobrze do różnych lokalizacji.

2. Życzenia klienta

Wszyscy to znamy. Gdzieś, coś się spodobało i trzeba spróbować spełnić życzenie. Nie należy jednak do wymagań klienta podchodzić bezkrytycznie. Czasem wiemy, że coś się na pewno nie sprawdzi i wyraźnie trzeba o tym klientowi powiedzieć, aby nie doprowadzić do porażki. Nie wolno zgodzić się na elementy, które zmniejszą funkcjonalność nagrobka lub spowodują problemy techniczne – na przykład brak odpływu wody.

3. Koncepcja

Zwykle zaczynamy od burzy mózgów, można wtedy z pośród licznych, często szalonych pomysłów wyłowić te najbardziej obiecujące i zająć się ich szlifowaniem. Następnie ze wstępnej idei wyłania się uproszczona forma, która zostaje stopniowo nasycona szczegółami. Pojawiają się szkice, modele, wizualizacje komputerowe. Stworzony przez nas nowoczesny nagrobek to próba przywołania pięknego rzemiosła i skonfrontowania go z nowoczesną techniką produkcji. Prosty, elegancki i dostojny kształt. Cały nagrobek stanowi jeden spójny element. Pierwszy opracowany przez nas wzór reliefu w nowoczesny sposób nawiązuje do średniowiecznych, gotyckich witraży.

4. Projekt szczegółowy

Po zaakceptowaniu koncepcji przez klienta pora na wykonanie szczegółowych rysunków wykonawczych. Na ich podstawie zakład kamieniarski może przygotować komplet elementów do montażu.

5. Prototyp

Prototypy naszego nowoczesnego nagrobka powstały jesienią 2013 roku. Ze względu na trudny kształt zdecydowaliśmy wykonać zaprojektowany nagrobek z materiału znanego człowiekowi od kilku tysięcy lat, a konkretnie z jego najbardziej zaawansowanej odmiany – betonu architektonicznego zbrojonego włóknem szklanym.

Uważamy, że powstała niejako kwintesencja nagrobka. Nagrobek, który przez swoją prostą i konsekwentną bryłę wywiera silny wpływ na obserwatora. Z tego też względu forma i detal zostały objęte ochroną wzoru przemysłowego. Obecnie opracowujemy kolejne wzory inspirowane innymi epokami historycznymi.

Marzymy jednak o zrealizowaniu naszego projektu z prawdziwego kamienia na przykład z czarnego "Szweda". Wierzymy, że za pośrednictwem Kuriera Kamieniarskiego znajdziemy firmę, która podejmie się tego trudnego zadania i że razem będziemy mogli uruchomić bardziej masową, chociaż wciąż dość ekskluzywną sprzedaż.

Chcielibyśmy również służyć swoją pomocą projektową w przypadku bardziej skomplikowanych, bądź nietypowych zleceń.

www.kontrastowo.pl


Autorzy:
Tomasz Skorupa – Ur. 1973, ukończył architekturę w Łodzi. Pomysłodawca Kontrastowa i nowej formy nagrobka. Od wielu lat prowadzi własną pracownię architektoniczną G3 Architekci, która ma na koncie kilkadziesiąt autorskich realizacji. Oprócz architektury, jego pasją jest fotografia – ma na koncie parę autorskich wystaw i publikacji. Od kilku lat amatorsko uprawia bieganie, ukończył kilka maratonów.

Urszula Tuszyńska – Ur. 1985, jest absolwentką Łódzkiej Politechniki (kierunek architektura i urbanistyka). Jako architekt pracuje od 7 lat. W dizajnie poszukuje rozwiązań nieoczywistych i zaskakujących, ale funkcjonalnych i dopasowanych do indywidualnych potrzeb klienta. Jest mężatką i mamą półtorarocznego Adrianka.

Jakub Stępień aka Hakobo – (ur. 1976) należy do 50 najważniejszych obecnie plakacistów na całym świecie (według Johna Fostera, autora książki New Masters of Poster Design: Poster Design for the Next Century). Doskonale czuje się również w identyfikacji wizualnej, działaniach na pograniczu sztuki i dizajnu, w modzie i ogólnie – grafice użytkowej. Współpracuje z wieloma instytucjami kulturalnymi m.in. z Muzeum Sztuki w Łodzi, CSW Zamek Ujazdowski, Galerią Design – BWA Wrocław, Tate Britain. Wśród jego klientów znajdują się: Pogo, Festiwal Łódź Design, Wyborowa, TVP i inni. W swoich realizacjach prezentuje charakterystyczny styl, inspirowany zarówno tradycyjnym graficznym rzemiosłem, jak i kulturą ulicy. Zbiór jego prac obejmuje zarówno zdyscyplinowane, proste układy, jak również realizacje wynikające z fascynacji kamuflażem, graficznym noizem i estetyką nadmiaru.

przeczytaj cały artykuł
Strona 205 z 230

Najnowszy numer
6/2025 (139)

grudzień 2025 – styczeń 2026

Zamów darmową prenumeratę

Ogłoszenie drobne
kup, sprzedaj, zamień...

noimage
2025-12-08 00:00:00
Sprzedam automat polerski firmy PROMASZ, mało używany, z głowicą. Cena do uzgodnienia. Krotoszyn. Tel. 607 334 259

Reklama W Kurierze
Poznaj zalety naszego pisma

  • Kurier Kamieniarski to dwumiesięcznik – najstarszy na rynku kamieniarskim, wydawany od 1997 r. Jest bezpłatnie wysyłany do ponad 4.000 osób i firm związanych z branżą kamieniarską.
  • Nasza baza adresowa jest na bieżąco aktualizowana, a co tydzień dopisujemy do niej nowe firmy. Stale zdobywamy nowe kontakty biorąc udział w targach i spotkaniach branżowych.
  • Osiągamy ponad 99% skuteczność - z wysłanych 4.000 egzemplarzy wraca do nas nie więcej niż 30-50 szt.