Artykuły

Podróż za jeden uśmiech- cz.2

Autor: Jakub Matuszewski   |   Data publikacji: niedziela, 30 marca 2014 19:41

Jestem w drodze od dziewięciu dni. Cztery spędziłem w Barcelonie, ostatnią przegadałem na stacji pod Barceloną z trójką autostopowiczów z Niemiec. Pora ruszać dalej – wszak głównym celem mojej autostopowej wyprawy jest Gibraltar. Przede mną przejazd wschodnim i południowym wybrzeżem Hiszpanii, a po drodze m. in. Walencja i Cartagena. Wszystko wskazuje na to, że dalszą podróż będę kontynuował samotnie.

Ostatniej nocy mało spałem, więc dzień zacząłem od napoju energetycznego. Nadine z koleżanką dość szybko wsiadły do jednej z ciężarówek i ruszyły w swoją stronę. Na stacji zostało nas czworo – Sergiej, ja, Mateusz i Dagmara – para z Polski, która noc spędziła też na tej stacji. Ruchu nie było niemal wcale. Po jakiś trzech godzinach zabrały nas trzy lawety z polskimi numerami rejestracyjnymi na kolejną stację pod Tarragoną – 100 km w kierunku Walencji. Stacja nie robiła dobrego wrażenia. Była mniejsza niż nasz poprzedni przystanek. Jednak jeszcze zanim wysiadłem z auta, spostrzegłem stojącą na parkingu ciężarówkę na polskich numerach. I miałem szczęście, bowiem pan Stanisław, kierowca, 20 minut później ruszał w kierunku Walencji i zgodził się mnie zabrać! Pożegnałem się z Dagmarą i Mateuszem i wsiadłem do kabiny.

Podczas dłuższych podróży z jednym kierowcą jest parę niebezpiecznych tematów, których lepiej nie poruszać, a zwłaszcza nie zajmować skrajnie odmiennego od kierowcy stanowiska. Oczywiście nie jest to normą, ale jeśli intuicja podpowiada milczenie i przytakiwanie, to lepiej jej posłuchać. Ze Stanisławem nasze poglądy polityczne nieco się różniły, ale dość szybko jednak odkryłem, że mamy bardzo zbliżone gusta muzyczne, więc skierowałem rozmowę w tę stronę. Kiedy kończyliśmy rozmowę, byliśmy już o krok od Walencji.

Zgłodniałem. Przed zdobyciem Walencji postanowiłem przyrządzić sobie jakże „pełną wartości odżywczych” zupkę chińską, podstawowy prowiant autostopowiczów. Mój sprzęt – kuchenka turystyczna i butla z gazem – wzbudził zainteresowanie kilku zgromadzonych na stacji osób, w tym dwójki młodych ludzi, którzy zaproponowali mi podwózkę do… Madrytu. Po chwili wahania odmówiłem, chcąc wcześniej zwiedzić to, co pierwotnie zaplanowałem, czyli zachwalaną przez innych podróżników Walencję. Po posiłku stanąłem na końcu stacji z kciukiem wyciągniętym w górę, bo nie mogłem znaleźć kartonu do napisania nazwy miejscowości – teoretycznie lepszego sposobu łapania stopa, jeśli jedzie się w konkretne miejsce. Po kilkunastu minutach zatrzymał się samochód, a kierowca powiedział, że mogę się z nim zabrać do… tak, Madrytu. Gdy odmówiłem, a kierowca zniknął mi z oczu, zacząłem żałować. Palące słońce i mała ilość samochodów nie zwiastowała przyjemnych chwil spędzonych na stacji. Szczęście jednak mnie nie opuściło. Po kilkunastunastu minutach zatrzymał się koło mnie bus.

Jego kierowcą był Manuel z Ameryki Południowej, który jechał do samego centrum Walencji. Podczas dość krótkiej jazdy, okazało się, że Manuel jest kibicem Levante. Drużyny z Walencji, którą moja Barcelona ograła parę dni wcześniej 7:0. Gdy pokazałem mu bilet na mecz, zaczął się serdecznie śmiać. Niedługo później, w samym środku dnia, wylądowałem w turystycznym centrum trzeciego co do liczby mieszkańców miasta Hiszpanii.

Opcje na nocleg miałem dwie. Pierwszą z nich, tą łatwiejszą, było zameldowanie się w jednym z hosteli w centrum miasta. Drugą było udanie się na zaplanowane akurat tego dnia, cotygodniowe spotkania couchsurferów.

Couchsurfing to ogólnoświatowy program, w którym zwykli ludzie oferują za darmo miejsce noclegowe w swoim mieszkaniu podróżnikom. Czasami jest to miejsce na podłodze na rozłożenie karimaty, a czasami całe mieszkanie do dyspozycji. Ideą couchsurfingu jest wymiana kultur, poznawanie się i nauka od siebie nawzajem. Wspólne zwiedzanie miasta, gotowanie czy imprezowanie to codzienność dla jego uczestników. Jest to świetny sposób na nocleg dla osób, które nie tyle chcą zaoszczędzić na noclegu, co chcą poznać nowe, wspaniałe, otwarte na świat osoby. Couchsurferzy z niemal każdego miasta organizują cotygodniowe spotkania zarówno dla mieszkańców danej miejscowości, jak i dla podróżników akurat tam przebywających.

Niestety, spotkania couchsurferów nie udało mi się znaleźć, więc zameldowałem się na trzy noce w hostelu. Takie tanie hostele też mają swój urok. I zazwyczaj są one pełne młodych ludzi. We wspólnym pokoju, do którego trafiłem, była prawdziwa mieszanka towarzyska: grupka przyjaciół z Niemiec, para z Francji, a także osoby z Wielkiej Brytanii, Nowej Zelandii, Kanady i innych państw z całego świata. Oczywiście spotkałem też Polaka. W takim towarzystwie, przy kuflu piwa czy szklance wina, spędzałem każdy wieczór.

Samo miasto niezwykle mnie urzekło. Jadąc do Walencji nie spodziewałem się, że wywrze na mnie tak pozytywne wrażenie. Po multikulturowej Barcelonie, w Walencji mogłem spokojnie powiedzieć, że wreszcie poczułem hiszpański klimat. Wąskie uliczki z mnóstwem barów, w których przeważały te z bardzo popularnymi w Hiszpanii tapas. Najprościej rzecz ujmując, tapas, to typowe przekąski, popijane piwem czy winem. Nieraz są to po prostu oliwki czy kanapeczka z szynką, a czasami tapas przybierają zaskakujące połączenia różnych potraw i przekąsek. Gdy zapytałem jednego z Hiszpanów, czym właściwie są tapas, odpowiedział, że mogą być wszystkim, tylko w zminiaturyzowanej formie. Potwierdził także, że polskim tapas mógłby być np. mały kotlet schabowy.

Najsławniejszym bodaj zabytkiem Walencji jest Katedra Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny wzniesiona w miejscu meczetu. Jest ona uznana za symbol miasta, a swoją sławę zawdzięcza głównie temu, że znajduje się w niej kaplica Świętego Kielicha – według wierzeń właśnie tam znajduje się Święty Grall. W pobliżu katedry znajduje się dzielnica El Carmen, będąca swoistym połączeniem przeszłości z teraźniejszością. Jest to miejsce pełne ciasnych uliczek i starych budowli, które w weekendy staje się imprezowym centrum miasta. Innym popularnym miejscem, jest tzw. „dzielnica przyszłości”, czyli Miasteczko Sztuki i Nauki. To niezwykle ciekawe miejsce, w którym znajduje się między innymi planetarium, muzeum nauki czy największe w Europie oceanarium.

Po paru wspaniałych dniach przyszedł czas, aby ruszyć dalej na południe w kierunku Cartageny. W południe udałem się więc na stacją benzynową na obrzeżach miasta i próbowałem zatrzymać samochód jadący w stronę Alicante, jednego z większych miast na mojej drodze do Kartageny. Po około dwóch godzinach bezskutecznego stania, zatrzymał się koło mnie pochodzący z Senegalu Abdoulaye, który zgodził się zabrać mnie ze sobą. W trakcie jazdy dowiedziałem się, że jego bliski przyjacielem jest Baba, piłkarz pierwsze drużyny Levante. W trakcie jazdy kolejny raz przekonałem się o fantastycznej bezinteresowności osób, które zabierają autostopowiczów. Tym razem Abdoulaye zafundował mi na jednej z przydrożnych stacji przekąskę. Co więcej, okazało się, że Senegalczyk nie jechał tylko do Alicante, ale do Puerto de Mazarron, które od Kartageny oddalone jest tylko o 30 kilometrów!

Kilkugodzinna jazda z przesympatycznym Senegalczykiem upłynęła szybko, a ja udałem się na drogę wyjazdową z Puerto de Mazarron. Niestety, tutaj pierwszy raz zawiodłem się na swojej mapie. Pokazała ona, że aby z tej miejscowości pojechać w kierunku wschodnim (czyli do Kartageny), należy ustawić się na zachodnim jej końcu. Stałem już długo, gdy minęło mnie uprawiające jogging małżeństwo. Gdy wracali po 1,5-godzinnym treninugu, a ja nadal stałem w gęstniejących ciemnościach, zabrali mnie ze sobą, wsadzili w samochód i zawieźli na stację benzynową na wschodnim końcu miasta. Była noc, zacząłem szukać miejsca do spania i wtedy spotkałem jednego z najwspanialszych ludzi na trasie – ochroniarza ze stacji benzynowej.

Antonio pilnował stacji i okolicy w godzinach jej zamknięcia, czyli od 22:00 do 6:00. Mimo, że nie mówił po angielsku, udało nam się porozumieć. Słysząc skąd i jak przybyłem, ochroniarz uznał, że mogę tu się położyć na odpoczynek, a on będzie co jakiś czas sprawdzał, czy u mnie wszystko w porządku.

Następnego dnia dojechałem do Kartageny. Kiedy wjechałem do centrum miasta dwa razy pytałem moją dobrodziejkę, która mnie podwoziła, czy aby na pewno jesteśmy w centrum. Kompletnie nie tak sobie wyobrażałem Kartagenę. Była aż nazbyt szara i nijaka. Szukając biura informacji tur ystycznej spotkałem Mohamada z Jordanii, który do Kartageny dotarł statkiem parę dni wcześniej. Powiedział mi to, czego się obawiałem: nie ma tu nic specjalnie ciekawego i nie warto na dłużej zostawać.

Uzbrojony w mapę z biura turystycznego szybko obejrzałem kilka najważniejszych obiektów w mieście i po trzech godzinach postanowiłem opuścić miasto. W tym celu skorzystałem z Hitchwiki – internetowaj encyklopedii autostopowicza, w której są zawarte wskazówki jak wydostać się z danego miasta w konkretnym kierunku, gdzie są dobre miejsca do łapania stopa, a także ogólne informacje na temat podróżowania po kraju. Hitchwiki jest uaktualniania przez autostopowiczów z całego świata, toteż informacje tam zawarte są z reguły aktualne. Niestety, Hitchwiki była bezradna wobec mojej lokalizacji. Wróciłem więc na drogę, którą tu przyjechałem, i szedłem z uniesionym kciukiem będąc obrócony plecami do nadjeżdżajacych samochodów. Zdziwiłem się, kiedy po 20 minutach jeden z nich zatrzymał się przede mną. Jechał nim Carlos, który wziął mnie ze sobą i wysadził na stacji, na której – nomen omen – spędziłem poprzednią noc.

Znajdowałem się dokładnie na południowym wschodzie Hiszpanii i aby dotrzeć na Gibraltar, musiałem przemierzyć jeszcze 500 km południowego wybrzeża. Tego dnia chciałem dotrzeć do Almerii oddalonej o niecałe 200 km na zachód, w kierunku Gibraltaru.

c.d.n.

przeczytaj cały artykuł

Podróż za jeden uśmiech

Autor: Jakub Matuszewski   |   Data publikacji: środa, 08 stycznia 2014 23:41

Pierwszą w życiu podróż „za jeden uśmiech” odbyłem ledwie parę miesięcy wcześniej. Był to zorganizowany z okazji długiego majowego weekendu wyścig autostopowy z Wrocławia do Dubrownika. To była jedna z tych rzeczy, po zrobieniu której wiedziałem już, że będę to powtarzał przy każdej nadarzającej się okazji. I już w drodze powrotnej zacząłem planować kolejną wyprawę. Od razu wybrałem punkt docelowy – Gibraltar – bo chyba dalej w Europie dojechać się nie da. A po drodze jest przecież Barcelona, Madryt, Sewilla... Jednak najbardziej chciałem przeżyć przygodę życia. Po prostu.

Samotny wyjazd na taką wyprawę nie jest dobrym pomysłem – we dwójkę raźniej, bezpieczniej i weselej. Doświadczenie podpowiadało też, że parze mieszanej łatwiej „złapać stopa”. Niestety, żadna ze znajomych mi osób nie zdecydowała się na taką wyprawę, dlatego towarzyszki szukałem na facebookowej grupie „Autostopowicze czyli MY”. Ostatecznie wyruszyłem z Patrycją, której, z racji dzielącej nas odległości, nie mogłem poznać przed startem. To okazało się nienajlepszym rozwiązaniem, ale o tym nieco później.

Podróż swojego życia zacząłem 14 sierpnia we Wrocławiu. Kiedy razem z Patrycją zameldowaliśmy się na stacji benzynowej na autostradzie na Bielanach była już około godziny 15:00. Późno, jednak nas to nie zrażało i wytrwale próbowaliśmy złapać naszego premierowego stopa. Udało się i tak, krok po kroku, dotarliśmy wieczorem do stacji benzynowej niedaleko Lipska. Właśnie, z ciężkim sercem, zrezygnowaliśmy z jazdy do Holandii – to nie był nasz kierunek – i siedząc na ławce zastanawialiśmy się co dalej. Szczęście nam dopisało. Akurat niedaleko nas zatrzymał się Polak wysadzający innych autostopowiczów i zgodził się zabrać nas w kierunku Hiszpanii.

Po zachodniej Europie autostopem podróżuje się niemal wyłącznie po autostradach. Jest to oczywiście wygodne, bo podróżuje się szybko i łatwo można znaleźć kolejną „okazję”, ale ma jedną zasadniczą niedogodność: na autostradach nie wolno „łapać stopa”. Jeśli na poboczu autostopowicza zabierze policja, może nałożyć karę w wysokości nawet paruset euro. Dlatego trzeba jeździć od stacji do stacji. Podczas jazdy z naszym następnym kierowcą nauczyliśmy się, żeby zawsze sprawdzać na mapie gdzie są kolejne stacje nawet, gdy kierujący jest tego pewien. W tym przypadku, mimo zapewnień kierowcy, stacji nie było. Szczęśliwie kierujący nie zostawił nas w środku nocy na pustkowiu i odwiózł na najbliższy parking. Niestety, na tym parkingu nie było gdzie rozbić namiotu, więc zimną noc spędziliśmy na ławce owinięci we wszystko, co się do tego nadawało. Nad ranem dość szybko zlitowało się nad nami niemieckie małżeństwo, które nie dość, że zabrało nas 100 km dalej, to pozwoliło się wygrzać i przespać.

Kolejny przystanek i kolejny moment zwątpienia – więcej niemieckich pograniczników, niż samochodów osobowych. I tym razem uratowali nas Niemcy. I to jak! Z przemiłym małżeństwem przejechaliśmy ponad 500 km, od Karlsruhe, aż po Chambery we Francji. Mimo zmęczenia ciężko było odkleić nos od okna, kiedy mijaliśmy tak wspaniałe widoki. Panorama szwajcarskich Alp to zdecydowanie najpiękniejsza rzecz, którą widziałem po drodze do Hiszpanii.

Na kolejnej stacji zaczęliśmy się przekonywać, że Francuzi, wbrew obiegowej opinii, naprawdę dobrze radzą sobie z językiem angielskim. Mimo powoli zachodzącego słońca i niewielkiego ruchu z uroczej stacji z cudownym widokiem na francuskie góry przejechaliśmy jeszcze 100 km – pod sam Lyon, opodal autostrady prowadzącej do Barcelony. Remy, nasz ciekawy świata kierowca, dowiedział się m.in. że typowym polskim jedzeniem jest bigos i schabowy, a trunkiem… wódka. Nasze obawy, czy czasem czegoś nie pomyliliśmy, rozwiały się już następnego dnia. Po luksusowym wręcz noclegu (namiot w krzakach przy stacji) w dalszą drogę pojechaliśmy z dwiema siostrami z Francji. W trakcie podróży dowiedzieliśmy się, że jedna z nich była w Polsce i doskonale pamięta smak Żubrówki.

Wielka stacja z dużym parkingiem i restauracją oraz dziesiątki samochodów – tym krótkim zdaniem mógłbym opisać idealne miejsce do łapania „okazji” na autostradzie. I taki był właśnie nasz następny przystanek pod Nimes. Niestety, utknęliśmy na kilka godzin. Dobrze że choć wygrzaliśmy się w słońcu. Kiedy wreszcie znalazłem polskie busy jadące za 10 godzin prosto do Barcelony, zadzwoniła Patrycja z drugiego końca parkingu. Jedziemy! Wprawdzie nie do miasta Gaudiego, ale już pod samą hiszpańską granicę. Do dziś zastanawiam się, czy nie popełniłem błędu odpuszczając prośbę o autograf – córka kierowcy była początkującą śpiewaczką jazzową. Podpisu może i nie mam, ale mamy wspólne zdjęcie, więc może kiedyś rozpoznam ją gdzieś na scenie ;).

Wylądowaliśmy pod Perpignan. Nasze telefony już od wielu godzin dopominały się o ładowanie. Z radością więc skoczyliśmy do znajdujących się na stacji gniazdek. W jeszcze lepsze nastroje wprowadziło nas darmowe wi-fi i pierwszy od początku wyjazdu kontakt z cyfrowym światem. By nie marnować czasu zostawiłem Patrycję przy telefonach i poszedłem na spacer po ogromnym parkingu. Na samiuteńkim końcu placu zobaczyłem trzy ciężarówki na polskich numerach. Bardzo mnie to ucieszyło, bowiem znałem już zasadę, że wśród Europejczyków Polacy za kółkiem są chyba najbardziej przyjaźni autostopowiczom, zwłaszcza dla rodaków. Po krótkiej rozmowie z kierowcami okazało się, że jeden z nich jedzie do Barcelony o czwartej rano i może nas zabrać. Będziemy w Katalonii rano!

To był jeden z tych wieczorów, dla których się podróżuje autostopem – prysznic w „toi-toiu” (poważnie, są takie!), śląska kiełbasa od kierowców, wymiana historii z życia i nocleg w kabinie tir-a. Rano, po paru godzinach jazdy byliśmy już na stacji pod Barceloną. Stąd holenderskie małżeństwo zabrało nas prosto do centrum stolicy Katalonii. Po prysznicu i krótkim odpoczynku, zaczęliśmy zwiedzać Barcelonę.

Od wielu lat jestem kibicem klubu piłkarskiego FC Barcelona, nie mogłem więc przepuścić okazji zobaczenia na żywo moich piłkarskich idoli. Tego dnia, na stadionie Camp Nou, odbywał się mecz inauguracyjny sezonu – popularna Duma Katalonii grała z Levante. W podróży autostopem fundusze to ważna rzecz, ale nie żałuję pieniędzy wydanych na bilet, bo moja drużyna wygrała 7:0.

Jeszcze pierwszego dnia w Barcelonie przypomnieliśmy sobie, że na autostopowej grupie facebookowej jeden z użytkowników, napisał, że jest w stolicy Katalonii. Skontaktowałem się z nim i wkrótce dołączył do nas. Mateusz – tak miał na imię – przebywał w mieście Gaudiego już od paru tygodni i dzięki niemu znaleźliśmy bezpłatne miejsce do spania na kilka dni. To było interesujące przeżycie: nocleg „ na dziko” w towarzystwie przyjaznych „współlokatorów” z różnych zakątków świata w parku przy porcie, długie wieczorne rozmowy i specyficzne poczucie bezpieczeństwa nieświadomie ofiarowane przez przejeżdżające co chwile patrole policji.

Barcelona to wspaniałe miejsce. Podczas tych kilku dni udało się zobaczyć ekipę trenera Gerardo Martino w akcji, wypić sangrię na plaży, wykąpać w Morzu Śródziemnym, zobaczyć wiecznie niedokończony kościół Sagrada Famila wieczorową porą i, mimo gorączki na dworze, wdrapać na Tibidabo – górę z niesamowitym widokiem na niemal całe miasto, na której piękny kościół Najświętszego Serca sąsiaduje z... wesołym miasteczkiem! Dla mnie był to już czwarty raz w sercu Katalonii i wiem, że będę tam wracał kiedy tylko będę miał możliwość.

Po pięciu nocach w Barcelonie trzeba było ruszyć dalej. Było nas czworo – dołączyła do nas Ania, która pracowała w Barcelonie i chciała wykorzystać kilka dni wolnego na dołączenie do naszej wyprawy. Niestety mieliśmy różne wizje dalszej jazdy. Ja chciałem zgodnie z planem jechać w stronę Walencji, reszta wolała odwiedzić jakieś małe nadmorskie miasteczko. Dalej ruszyłem sam.

Byłem na stacji benzynowej na wylocie z Barcelony. Postanowiłem podładować telefon i skorzystać z dostępu do internetu, by uzupełnić zaniedbywany od kilku dni dziennik podróży. Później postanowiłem zostać tu na noc. Duża stacja to doskonałe miejsce na nocleg – jest gdzie rozłożyć namiot (lub choćby śpiwór) i jest bezpiecznie. A że w tej chwili bardzo mi się nie spieszyło, nie chciałem zamieniać tych luksusów na nieznaną przyszłość. Nie żałowałem tej decyzji ponieważ wieczorem poznałem trójkę Niemców: Nadine jadącą z koleżanką do Murcii do rodziny oraz Sergeja, który jechał do swojej dziewczyny pracującej w małej miejscowości na południu Hiszpanii. I tak we czwórkę spędziliśmy całą noc rozmawiając o naszych podróżach, o narodach, o planach na przyszłość i o rzeczach dużo bardziej banalnych. Natomiast nad ranem przygoda rozpoczęła się na nowo!

c.d.n.

przeczytaj cały artykuł

Dlaczego tak?

Autor: Bogusław Skolak   |   Data publikacji: środa, 08 stycznia 2014 23:33

14Urzędnicy miewają dziwne pomysły i czasem podejmują mało zrozumiałe dla myślącego człowieka decyzje – fakt powszechnie znany. Ale urzędnik nie jest fachowcem w każdej dziedzinie i można do niego mieć żal, co najwyżej o zaniechanie konsultacji z profesjonalistą. Jednak jak w takim kontekście ocenić pracę wykonaną przez fachowca? Skąd czerpią pomysły niektórzy wykonawcy?

...a przecież wystarczyła by odrobina pomyślunku.

14

Kołobrzeg. Portowe nabrzeże. Miejsce, jakby nie patrzeć, dość reprezentacyjne. A przynajmniej takim mogłoby być skoro mówimy o nadmorskim, znanym mieście. Przechodzi tędy mnóstwo ludzi i można przyjąć, że każdy turysta odwiedzający to miasto przynajmniej raz spojrzy na skwer przy nabrzeżu. I cóż tu widzimy? Jakiś „architekt krajobrazu” zaplanował tu zagospodarowanie przestrzeni z wykorzystaniem kamienia naturalnego dla realizacji funkcji rekreacyjnej. Nie będziemy się skupiać nad ideą łączenia kamienia naturalnego z innymi materiałami, bo nawet na tym przykładzie jest to temat na osobne opracowanie. Spójrzmy tylko na wykorzystane tu granitowe płyty. Zastosowane jako nakrywki na murku stanowią doskonałą podstawę do wykorzystania jako ławka. I nawet w miejscach, gdzie nie przygotowano siedzisk są tak właśnie wykorzystywane przez ludzi. Tylko dlaczego ich dolna krawędź wygląda jak płyta wyjęta prosto spod traka? Czy zabrakło chęci albo umiejętności? Czy to tylko efekt niedbałości? A może znów wygrało kryterium najniższej ceny? A przecież wystarczyło by zrobić ujmę z fazą, by dolna krawędź płyt stanowiła prostą, nieszpecącą linię na całej długości murku. Koszt: 5-8% wartości samego materiału.

14

Drugi przykład również z Kołobrzegu. Schody do domu uzdrowiskowego. Zapewne przechodzi po nich mnóstwo ludzi. Więc dlaczego użyto tu stopni okładzinowych zamiast blokowych? Stylistyka obiektu sugeruje, że schody powstały w latach 70., a budowało się wtedy według specyficznych kryteriów. Dlatego za cud uznać można już to, że najniższy stopień jeszcze nie popękał przy tak małej grubości tak dużej płyty. Ktoś jednak próbował te schody remontować. Widać świeże ślady łatania dziur. Tylko jaki sens ma taki remont, skoro nie przyniesie poprawy nawet wizualnej? Brakuje podstopni; zastosowane płyty, podobnie jak w pierwszym przykładzie, nie mają równej grubości czoła i do kompletu dochodzi niestabilność gruntu – płyty klawiszują, a całe schody osiadły poniżej posadzki przed drzwiami. Jakie świadectwo dają te schody kamieniowi, który winien uchodzić za symbol wiekowej trwałości?

przeczytaj cały artykuł

Król na Strzegomiu stoi

Autor: Daria Pigulla   |   Data publikacji: środa, 08 stycznia 2014 23:23

22 lipca 2014 r. minie 65 lat od ponownego ustawienia Kolumny Zygmunta na Placu Zamkowym w Warszawie

Każda stolica na świecie ma coś charakterystycznego. Coś, co zawsze pojawia się na pocztówkach, w filmach i na zdjęciach. Wiedeń ma Katedrę św. Stefana, Paryż – wieżę Eiffla, Praga – Most Karola. A Warszawa ma Kolumnę Zygmunta. Zwiedzając jakieś miasto zazwyczaj dostajemy dość oględne informacje o jego historii, a ta, w przypadku Kolumny, jest bardzo interesująca.

Kolumna Zygmunta III Wazy została ufundowana w 1644 roku przez jego syna, Władysława IV Wazę, który uczcił ten sposób pamięć swojego ojca – króla, który przeniósł stolicę Polski z Krakowa do Warszawy. Pierwszy monolit marmurowy na trzon kolumny nawet nie wyjechał z kamieniołomu Jerzmaniec – pękł przed przetransportowaniem. Pierwszy trzon kolumny o wysokości 22 m wykonano z jednego bloku marmuru chęcińskiego, pozyskanego z Kamieniołomu Czerwona Góra pod Chęcinami.

Po ponad 200 latach dokonano gruntownej renowacji pomnika, podczas której Firma Union-Bau Gesellschaft z Wiednia zastąpiła marmur trzonu kolumny granitem z Włoch. W tej formie Kolumna przetrwała do września 1944 r., kiedy została zniszczona przez żołnierzy niemieckich.

Po II wojnie światowej, w 1948 roku, zapoczątkowano zbiórkę pieniędzy na odbudowę pomnika. Renowacji wymagała nie tylko postać króla – lewa dłoń, szabla, krzyż – lecz także sam trzon kolumny. Rozpoczęto poszukiwania kamieniołomu, w którym była by możliwość wydobycia tak dużego monolitu w całości – 11,0 x 1,15 x 1,15 m.

I właśnie w Strzegomiu odnaleziono ławę o długości 15 m odpowiadającą szukanemu przekrojowi. Prace polegające na oderwaniu monolitu, bez uszkodzeń, stanowiły nie lada wyzwanie. Ciężar tego zadania wzięły na siebie Zakłady Kamienia Budowlanego z Grabiny. Jak relacjonuje ówczesny pracownik Zakładów, Bogusław Skolak, w tamtym czasie Zakłady nie posiadały odpowiedniego sprzętu – dźwigów, ładowarek, a monolit, który odspojono za pomocą prochu strzelniczego, miał ciężar 185 ton! Obróbka tego monolitu, przeważnie ręczna na miejscu wydobycia, doprowadziła do zmniejszenia jego ciężaru do około 40 ton.

Wydobycie bloku z kamieniołomu i załadunek na wagony kolejowe to było kolejne wyzwanie. Ale i z tym zadaniem poradzili sobie strzegomscy skalnicy. Razem z kolumną wydobyto i przetransportowano do Warszawy również dwa 10-tonowe ciosy służące jako podstawa kolumny. Prace przy wydobyciu, obróbce i transporcie zajęły w sumie około 3 miesięcy. Przez kolejne miesiące właściwy kształt nadano kamiennemu blokowi w warszawskim zakładzie kamieniarskim inż. Juliana Fedorowicza. 22 lipca 1949 roku Kolumna Zygmunta wróciła na swoje miejsce przed Zamek Królewski.

W 1974 roku, wskutek obniżenia Placu Zamkowego w Warszawie, niezbędne okazało się dorobienie z granitu 2 dodatkowych schodów do kolumny. I te prace również wykonały Zakłady Kamienia Budowlanego. Dziś wydaje się to nieskomplikowanym zadaniem, ale 40 lat temu wymagało nieco zachodu z odrysowaniem szablonu istniejących stopni i wykonaniem następnych biegów.

Kolejną renowacje pomnika przeprowadzano w latach 90. Jednak granitowy trzon kolumny nie wymagał już żadnych poważnych prac konserwatorskich.

przeczytaj cały artykuł

Obietnica obniżenia składek ZUS

Autor: Krzysztof Fornal   |   Data publikacji: środa, 08 stycznia 2014 23:16

Ile prawdy jest w ogłoszeniach o obniżeniu składek ZUS dla przedsiębiorcy prowadzącego działalność gospodarczą?

 

Coraz częściej w internecie trafiamy na oferty firm proponujących przedsiębiorcom rozwiązania pozwalające na „ucieczkę” od tzw. pełnych składek ZUS, obiecujące oszczędności rzędu 9.000 zł rocznie. Na ich stronach znajdziemy informacje, że po zawarciu umowy o pracę za granicą, z pracodawcą z jednego z państw członkowskich UE, ustanie obowiązek opłacania składek z tytułu wykonywania pozarolniczej działalności gospodarczej w Polsce.

 

Przedsiębiorca po upływie dwuletniego okresu startowego, za który odprowadzał składki ZUS na preferencyjnych warunkach (414,85 zł/m-c), traci te uprawnienie i jest zobowiązany do opłacania składek w pełnej wysokości (1.026,68 zł/m-c – łącznie: składka społeczna, zdrowotna oraz fundusz pracy). Godząc się jednak na powyższe rozwiązanie może zaoszczędzić nawet 9.000 zł rocznie (tak wynika z obietnic zamieszczanych na stronach internetowych). Ponadto polski przedsiębiorca w kraju nadal objęty jest bezpłatną opieką zdrowotną, należą mu się te same świadczenia co w sytuacji, gdyby był objęty ubezpieczeniem zdrowotnym w Polsce.

Faktem jest, że osoba prowadząca działalność gospodarczą w jednym z państw członkowskich, jednocześnie wykonująca pracę najemną w drugim państwie unijnym, składki winna odprowadzać w kraju, gdzie świadczy pracę najemną. Powyższe znajduje również potwierdzenie w interpretacjach indywidualnych ZUS1) oraz orzecznictwie Sądu Najwyższego2). Sąd Najwyższy we wskazanym orzeczeniu zaznaczył ponadto, że „organ rentowy ani sądy nie mogą powodować sytuacji, w której osoba prowadząca działalność i wykonująca pracę najemną w różnych państwach członkowskich Unii nie będzie podlegała żadnemu ustawodawstwu lub że będzie podlegała ustawodawstwu więcej niż jednego państwa”. Mamy zatem rozwiązanie prawnie dopuszczalne i wolne od ryzyka, że ZUS w przyszłości, podobnie jak przed laty w przypadku pracy nakładczej, nałoży na nas obowiązek opłacenia składek z działalności gospodarczej. Broni nas przed tym interpretacja indywidualna oraz orzeczenie SN, z którego wynika, że ani ZUS ani żaden polski sąd nie są uprawnione, aby podważyć nasze zatrudnienie za granicą.

Korzyści:

  • brak obowiązku opłacania składek w kraju, co, jak obiecują firmy oferujące takie rozwiązania, niesie ze sobą oszczędność rzędu 9.000 zł rocznie,
  • zachowujemy prawo do bezpłatnej opieki zdrowotnej na tych samych zasadach, co przedsiębiorca odprowadzający składki zdrowotne w kraju.

Należy się jednak zastanowić nad konsekwencjami wyboru takiego rozwiązania. Przede wszystkim, co jest dość oczywiste, w tej sytuacji nie nabywamy prawa do świadczeń z ubezpieczeń społecznych w kraju, tj. z ubezpieczeń: emerytalnego, rentowych, chorobowego i wypadkowego. Będą one bowiem należne z ubezpieczeń społecznych, którymi jesteśmy objęci w ramach stosunku pracy za granicą. Warto zatem ocenić „opłacalność” zaproponowanego rozwiązania z tego punktu widzenia, tj. oszacować wysokość ewentualnych świadczeń w razie choroby, wypadku lub nabycia uprawnień do renty lub emerytury wypłacanych z zagranicy.

Warto również wskazać, że ZUS wydając pisemną interpretację w indywidualnej sprawie, opiera się jedynie na przedstawionym przez wnioskodawcę stanie faktycznym. Przedsiębiorca z kolei odpowiada za to, by stan faktyczny przedstawiony we wniosku pokrywał się z rzeczywistością, w przeciwnym wypadku wydana interpretacja go nie chroni.

Należy ponadto mieć na względzie, że mimo objęcia ubezpieczeniami społecznymi w innym państwie członkowskim UE, ZUS może zwrócić się do instytucji właściwej ze względu na miejsce wykonywania pracy najemnej w celu ustalenia stanu faktycznego, tj. istnienia tytułu podlegania ubezpieczeniom społecznym w tym państwie. Z kolei instytucja państwa członkowskiego (odpowiednik polskiego ZUS) w uzasadnionych przypadkach może „wycofać” ubezpieczenie, którym polski przedsiębiorca jest objęty za granicą jako pracownik. W konsekwencji oznaczałoby to ponowne powstanie w Polsce obowiązku opłacania składek z tytułu prowadzenia działalności gospodarczej.

Zatem wbrew temu, co mogłoby się wydawać, ZUS nie jest całkowicie bezbronny wobec nadużyć ze strony osób, które wykorzystują ową furtkę, aby ominąć prawo – w celu „ucieczki” przed tzw. pełnymi składkami. Choć, teoretycznie, obawiać powinni się tylko nieuczciwi przedsiębiorcy, tj. ci, którzy stosują przedstawione rozwiązanie w celu obejścia prawa, ofiarą działań ZUS, kiedy już ten odnajdzie skuteczne narzędzie dowodzenia prawdy, mogą paść także ci przedsiębiorcy, którzy faktycznie wykonują pracę najemną za granicą. To swoją drogą przywodzi na myśl nie tak dawno głośną sprawę pracy nakładczej, wykorzystywanej przez wielu przedsiębiorców w celu obejścia przepisów, tj. aby uniknąć opłacania wysokich składek społecznych z tytułu działalności gospodarczej.

Wady i ryzyka:

  • brak prawa do świadczeń z ubezpieczeń społecznych w kraju; świadczenie te nabywane są z ubezpieczeń jakimi ubezpieczony jest objęty za granicą,
  • ryzyko wyłączenia z ubezpieczeń za granicą i powstanie obowiązku opłacania wszystkich składek w kraju, jeśli faktycznie ubezpieczony nie wykonuje pracy zarobkowej za granicą (w takim przypadku nawet interpretacja indywidualna nie ochroni nieuczciwego przedsiębiorcy).

1)zob. decyzja ZUS nr 816/2013 z dnia 14 czerwca 2013 r., sygn. WPI/200000/451/816/2013
2) zob. wyroku SN z dnia 6 czerwca 2013 r.; sygn. akt: II UK 333/12

Podstawa prawna:

  • art. 13 ust. 3 rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady (WE) nr 883/2004 z dnia 29 kwietnia 2004 r. w sprawie koordynacji systemów zabezpieczenia społecznego (Dz. Urz. UE L 166 z 30.04.2004; Dz. Urz. UE Polskie wydanie specjalne, rozdz. 5, t. 5, str. 72)
  • art. 5 rozporządzenie Parlamentu Europejskie-go i Rady (WE) nr 987/2009 z dnia 16 września 2009 r. dotyczące wykonywania rozporządzenia (WE) nr 883/2004 w sprawie koordynacji systemów zabezpieczenia społecznego (Dz. Urz. UE L 284 z 30.10.2009, s. 1)

Krzysztof Fornal, autor tekstu, pracuje na stanowisku Głównego Księgowego w Kancelarii Księgowych Sp. z o.o. z siedzibą w Strzegomiu, świadczącej m.in. usługi w zakresie doradztwa podatkowego na rzecz podmiotów gospodarczych.

Kontakt do autora:
e-mail: biuro@kancelariaksiegowych.pl
tel./fax: (74) 649 22 22(74) 649 22 22
www.kancelariaksiegowych.pl

 

 

 

 

przeczytaj cały artykuł
Strona 209 z 230

Najnowszy numer
6/2025 (139)

grudzień 2025 – styczeń 2026

Zamów darmową prenumeratę

Ogłoszenie drobne
kup, sprzedaj, zamień...

SPRZEDAM BELLANI – SUPERMODULO
2025-11-26 00:00:00
SPRZEDAM używaną maszynę BELLANI – SUPERMODULO, rok produkcji 2008. Maszyna w bardzo dobry stanie, po remoncie w 2024 roku. Miejsce: okolice Krakowa. Cena 75 000 zł Tel. 609 102 580

Reklama W Kurierze
Poznaj zalety naszego pisma

  • Kurier Kamieniarski to dwumiesięcznik – najstarszy na rynku kamieniarskim, wydawany od 1997 r. Jest bezpłatnie wysyłany do ponad 4.000 osób i firm związanych z branżą kamieniarską.
  • Nasza baza adresowa jest na bieżąco aktualizowana, a co tydzień dopisujemy do niej nowe firmy. Stale zdobywamy nowe kontakty biorąc udział w targach i spotkaniach branżowych.
  • Osiągamy ponad 99% skuteczność - z wysłanych 4.000 egzemplarzy wraca do nas nie więcej niż 30-50 szt.