
I znów głośno o Krakowie. Tym razem z powodu granitowej kostki na Rynku. Że nie wytrzymała upałów i wybrzuszyła się. Bo i jak miała się nie wybrzuszyć skoro zafugowana była preparatem może i skutecznie chroniącym przed wodą, ale przy okazji twardym i zupełnie nieelastycznym. To tak, jakby pchać klin między dwa kamienie i dziwić się, skutkom takiego działania. Praw fizyki się nie oszuka.
Przykład Krakowa nie jest odosobniony. W każdej miejscowości znajdzie się takie miejsce, gdzie tego typu błędy, rzec by można, mnożą się same. Zwłaszcza w ostatnich latach, kiedy ogromne fundusze inwestowane są w rewitalizację miast, a przede wszystkim w ich zabytkowych okolic.
Obok tekstu zdjęcia z Gdańska. Płyty ułożone „na styk” może i zostaną docenione przez kobiety na szpilkach, ale sprawa ich wyszczerbienia lub wybrzuszenia, to tylko kwestia czasu. Przecież płyty będą pracowały i przesuwały się względem siebie - zarówno pod wpływem odbywającego się po nich ruchu jak i pod wpływem zmian temperatur. Skutek jest oczywisty: w najlepszym razie wyszczerbione krawędzie.
I co z tego, że wszyscy fachowcy, wszyscy rzeczoznawcy i wszystkie gazety branżowe trąbią o tym na okrągło? Co chwila pojawia się temat układania kostki czy płyt „na styk”, układania kostki ciętej w miejscach o pod-wyższonym natężeniu ruchu, doboru grubości i wymiaru płyt do przenoszonych obciążeń, czy choćby fugowania materiałami o odpowiednich do zastosowań właściwościach i elastyczności...
Zawsze się znajdzie się ktoś, komu się wydaje, że prawa fizyki da się oszukać.
Pytam więc ponownie: dlaczego tak? Uczmy się na błędach innych, nie na swoich.


Dzień dziewiętnasty. Po nocy spędzonej na karimacie na murku koło stacji benzynowej gdzieś pod Malagą osiągnąłem cel podróży - wjeżdżam do Gibraltaru.
Gibraltar niegdyś był częścią Hiszpanii. Jednak bieg historii doprowadził do tego, że w 1704 roku, w trakcie wojny o sukcesję hiszpańską, Gibraltar został zdobyty przez Brytyjczyków, a podczas pokoju utrechckiego z 1713 roku został im przyznany jako wieczysta kolonia.
Ostatnie 150 kilometrów pokonałem pięcioma samochodami, a w pamięci mam Ruth, która poprzedniego wieczora rozpuściła włosy do pamiątkowego zdjęcia - abym zapamiętał ją jako typową Hiszpankę.
Ważnym „towarzyszem” współczesnego podróżnika stał się internet. Można tam w kilka chwil znaleźć wszystko, co jest w trasie niezbędne. Noclegi, adresy, ulice… Dlatego autostopowicze bardzo lubią restauracje McDonald’s, które oferują darmowy dostęp do wi-fi. Nim więc przekroczyłem granicę hiszpańsko-brytyjską skorzystałem z sieci w pobliskim fast-foodzie.
Zaraz za granicą znalazłem się na jednym z ciekawszych miejsca na Gibraltarze, mianowicie na… lotnisku. Pas startowy przecina drogę, a gdy samoloty startują bądź lądują, przejście blokowane jest szlabanami jak na zwykłym przejeździe kolejowym.
Po półgodzinnym marszu już witałem się z Nickiem - moim gospodarzem na najbliższe dni, z którym nawiązałem kontakt klika dni wcześniej na couchsurfingu i który zgodził się przenocować mnie. Jak się okazało nie byłem jednym gościem Nicka.
Już pierwszego dnia mojego pobytu dowiedziałem się kilku przydatnych rzeczy. Po pierwsze, tuż obok mieszkania Nicka był Nazareth House, w którym codziennie od poniedziałku do piątku każdy potrzebujący mógł zjeść pożywne śniadanie - z czego z radością korzystaliśmy. Ponadto kilkaset metrów dalej mieścił się Kościół Metodystów, w którym można było się posilić w niedziele. Naprzeciwko niego natomiast była biblioteka, gdzie można było skorzystać z internetu. Taka sytuacja była dla mnie, jako podróżnika, idealna. Przy dość ograniczonym budżecie możliwości zaoszczędzenia kilku złotych na dalszą trasę jest bezcenna.
W trakcie mojego pięciodniowego pobytu na Gibraltarze zwiedziłem niemal wszystko, co warte jest tam zobaczenia. Widziałem większość umocnień obronnych jeszcze z czasów wojen. Dotarłem na Europe Point, powszechnie znanego jako najdalej wysuniętego na południe miejsca Europy (w rzeczywistości takim nie jest). Tuż obok tego miejsca znajdował się malowniczo wkom-ponowany w otoczenie meczet, oraz miejsce, które jest ważne dla każdego Polaka - pomnik generała Władysława Sikorskiego.
Generał Sikorski zginął 4 lipca 1943 roku w katastrofie lotniczej zaraz po starcie z lotniska na Gibraltarze. Katastrofa nadal wzbudza kontrowersje i obrosła różnymi teoriami, w tym spiskowymi. Pomnik natomiast poświęcony temu wydarzeniu w zeszłym roku został odnowiony przeniesiony w obecne miejsce, o czym donosił również Kurier Kamieniarski.
Symbolem Gibraltaru jest Skała Gibraltarska, która wznosi się 426 metrów ponad poziomem morza. Większość z jej powierzchni zajmuje rezerwat przyrody, w którym żyje około 240 małp magotów, czyli jedynego dziko występującego gatunku małp w Europie. Legenda głosi, że tak długo, jak magoty występują na Gibraltarze, tak długo to miejsce będzie pod brytyjskim panowaniem. Same małpy nie są niebezpieczne i są przyzwyczajone do ciągłej obecności turystów. Jednak trzeba na nie bardzo uważać ponieważ zdarzały się przypadki, kiedy magoty kradły ludziom torebki, czy zrywały z szyi aparaty. W ich obecności absolutnie nie wolno wyciągać jedzenia, gdyż wtedy mogą zaatakować. Jednak przy zachowaniu ostrożność małpy nie wyrządzają nikomu żadnej krzywdy. I bez problemu można nawet sfotografować się z nimi.
Warto także wiedzieć, że Gibraltar jest jednym z tak zwanych „rajów podatkowych”. Dlatego ceny m.in. sprzętu elektronicznego i używek są tam bardzo atrakcyjne. Na przykład w jednym ze sklepów na głównej ulicy Gibraltaru widziałem litrowego Sobieskiego za 5 funtów, czyli mniej więcej równowartość 25 złotych.
Po pięciu dniach spędzonych w brytyjskiej kolonii nadszedł czas ruszyć w drogę powrotną. Wiele osób mnie przestrzegało, że opuszczenie Gibraltaru nie jest takie proste. Ze względu na atrakcyjne ceny wielu ludzi próbuje co nieco przemycić na stronę hiszpańską. Ku mojemu zaskoczeniu nawet nikt nie sprawdził moich dokumentów, mimo że przecież szedłem z dwoma wypchanymi plecakami.
Dużo czasu zajęło mi natomiast znalezienie dobrego miejsca do łapania stopa. Dopiero po półtora godzinnym marszu trafiłem na miejsce doskonałe. Był to przystanek autobusowy zaraz za rondem - samochody dopiero zjeżdżające ze skrzyżowania nie jadą jeszcze szybko, natomiast przystanek jest idealnym miejscem, aby mogły się zatrzymać. Transport znalazłem jednak dopiero po dwóch godzinach. Zmęczony odłożyłem karton z napisem „SEVILLA” i usiadłem na ławce. Sprawdzałem na mapie, czy na pewno stoję na dobrej drodze. Wtem kątem oka zauważyłem, że obok zatrzymał się samochód. Kierowcą był Sergio, który jechał prosto do Sewilli. W trakcie jazdy zdziwiony zapytałem, czemu się zatrzymał. Sergio odpowiedział, że półtorej godziny wcześniej jechał w drugą stronę i widział mnie stojącego przy drodze. Powiedział sobie, że jeśli w drodze powrotnej mnie spotka, to zabierze mnie ze sobą.
W stolicy Andaluzji przywitał mnie 42-stopniowy upał. Był to sam środek dnia, słońce niewyobrażalnie prażyło, a ja musiałem znaleźć miejsce do spania. Niestety, nie odezwała się żadna osoba z CouchSurfingu, dlatego skazany byłem na hostel. Cena była bardzo atrakcyjna - 30 euro za 3 noclegi. Ale ten wydatek spowodował, że jeśli nie znajdę gospodarza w Madrycie, to stolicę Hiszpanii będę musiał sobie odpuścić, bo nie stać mnie już na kolejny hostel.
Sevilla to, obok Walencji, najpiękniejsze miejsce, do którego dotarłem. Wspaniały hiszpański klimat unosił się w każdej ciasnej uliczce i znajdujących się na niej barów tapas. Prawdą okazało się także to, co wcześniej o tym mieście słyszałem. Mianowicie w miesiącach letnich życie tam rozpoczyna się dopiero wieczorem. Wcześniej jest po prostu zbyt gorąco, aby można było normalnie funkcjonować. Stąd też wzięła się siesta, czyli popołudniowa, parugodzinna przerwa Hiszpanów od pracy. I faktycznie, kiedy popołudniem wyszedłem z hostelu na ulicach było niewiele osób, zwłaszcza w porównaniu z tym, co działo się wieczorem - gdy na dworze zmierzchało, bary zapełniały się ludźmi. To w Sevilli, jak i całej Hiszpanii, bardzo mnie urzekło. Tam wieczorami miasto tętni życiem, mieszkańcy wychodzą ot tak po prostu, żeby podyskutować ze znajomymi.
Pierwszego dnia wieczorem w hostelu spotkałem Marcina - architekta z Wrocławia. Marcin przyjechał do Sevilli na półroczny staż w hiszpańskiej firmie. Nie znalazł jeszcze mieszkania, więc na kilka dni zameldował się w hostelu. To spotkanie okazało się moim zbawieniem. Kiedy powiedziałem, że prawdopodobnie będę musiał zrezygnować z wizyty w Madrycie, powiedział, że ma tam znajomą z Wrocławia, Kasię, która działa również na couchsurfingu. Kasia, podobnie jak Marcin, przyjechała do Hiszpanii na półroczny staż w jednej z architektonicznych firm. Już następnego dnia dowiedziałem się, że Kasia zgodziła się przyjąć mnie w Madrycie.
Sevilla nie bez powodu uznana jest za jedno z najpiękniejszych miast Półwyspu Iberyjskiego. W stolicy Andaluzji znajduje się wiele zabytków, które można by wymieniać długo. Wspomnę jedynie o ogromnej katedrze Najświętszej Marii Panny, której budowa rozpoczęła się w 1401 roku, o pałacu Alcazar i słynnych na całą Europę ogrodach, o Złotej Wieży (Torre del Oro) z XIII wieku czy Domu Piłata, postawionym kilkaset lat temu na wzór posiadłości Piłata z Jerozolimy. Jednak największe wrażenie wywarł na mnie Plac Hiszpański, który powstał niecałe 100 lat temu. Jest to wielki plac otoczony półkolistym budynkiem zbudowanym częściowo w stylu barokowym, a częściowo renesansowym. Tuż obok niego znajduje park Parque de María Luisa, w którym natura miesza się z całym szeregiem zabytkowych budynków i muzeów. Niezwykły klimat tego miasta spowodował, że niechętnie się z nim żegnałem. Niestety, czas gonił.
Dojazd do Madrytu zajął mi dużo czasu. Na jednej ze stacji pierwszy raz odmówiłem jazdy, mimo że kierowca jechał aż do samej stolicy. Był to Marokańczyk, który mówił płynną angielszczyzną w spokojnym, ale niepokojącym tonie. Kiedy usłyszał, że jestem z Polski, zaczął się mocno nad czymś zastanawiać. W tym momencie zaufałem intuicji i wycofałem się. Jeżdżąc autostopem należy nauczyć się słuchać przeczuć - to dobry zwyczaj.
W Madrycie od razu skontaktowałem się z Kasią i pojechałem do niej. Akurat wybierała się do jednego z najsławniejszych muzeów na świecie, czyli Museo del Prado, gdyż wejście tam w określonych godzinach jest za darmo. Pojechałem z nią, a po wyściu z muzeum usłyszeliśmy muzykę, która zwabiła nas do stóp fontanny Cibeles, jednej z wizytówek miasta. Mnie, kibicowi piłkarskiemu, jest ona znana głównie z tego, że jest miejscem, w którym kibice Realu Madryt świętują sukcesy swojej drużyny. Tego dnia miał się odbyć wybór dwóch miast, które powalczą o organizację Igrzysk Olimpijskich w 2020 roku, a Madryt był jednym z kandydatów. Gdy doszliśmy pod scenę pojawił się na niej Vicente del Bosque, trener piłkarskiej reprezentacji Hiszpanii, co mi, jako fanowi futbolu, sprawiło dużą radość.
Współlokatorem Kasi był Raul, lokalny patriota. Dla niego wszystko co z Madrytu, jest najlepsze w całej Hiszpanii, a co hiszpańskie, jest najlepsze w całej Europie. Jako, że przekonywał mnie o tym w bardzo sympatyczny sposób, nie miałem mu tego ze złe, zwłaszcza, że często faktycznie musiałem przyznać mu rację. Madryckie piwo było jednym z najlepszych, jakie kosztowałem w Hiszpanii. Kolejny dzień upłynął nam na grillowaniu. Nie jestem w stanie wymienić nawet połowy potraw, które Raul przyrządzał. Co chwilę tylko ogłaszał, że to mięso i sposób jego przyrządzenia jest typowe w Argentynie.
Kolejne w Meksyku… i tak przez cały, bardzo miły dzień.
Następny dzień poświęciłem na wędrówkę po mieście. Sam Madryt, mimo wielu wspaniałych miejsc, nie urzeka już tak swoim klimatem jak Sevilla czy Walencja. Najprzyjemniejsze wrażenie zrobił na mnie ogromny Park Retiro. Wśród połaci zieleni i wielu fontann znajduje się ogromny staw, po którym można pływać łódką, a także pomnik jednego z królów Hiszpanii. Jedną z głównych atrakcji jest wykonany w całości ze szkła i stali Pałac Kryształowy. Oczywiście zobaczyłem też stadion Realu, Santiago Bernabeu. Nie mogłem też pominąć Gran Via, czyli jednej z najsławniejszych ulic Madrycie, która jest centrum kulturalnym, rozrywkowym i handlowym miasta. W samym sercu Madrytu znajduje Puerta del Sol, czyli plac, na którym mieści się południk zero. Od tego miejsca mierzone sa wszystkie drogi wychodzące z Madrytu. Sam plac nie robi wielkiego wrażenia - ot, zwykła fontanna, ratusz i mnóstwo turystów.
Kolejnym celem mojej podróży miało być francuskie Bordeaux. Mieszka tam moja ciocia, którą chciałem odwiedzić.


Codziennością w mojej pozazawodowej pasji - nurkowaniu - jest konieczność posługiwania się specyficzną formą komunikacji. Pod wodą trudno rozmawiać w sposób tradycyjny - pozostają tylko ręce. W tym zakresie na całym świecie przyjęto pewien podstawowy zestaw gestów. Może nie jest to zaawansowana forma wymiany informacji, ale, przy założeniu z popularnego skeczu kabaretowego, „nie gadamy, nurkujemy” - wystarcza. Nurkowanie, nawet najdłuższe, kończy się po 60-70 minutach. I wtedy, po wyjściu z wody, wszyscy rozmawiają dzieląc się uwagami i omawiając nurkowanie.
Jestem gadułą. Nie chciałbym, aby w życiu i w codziennej pracy ludzie używający (mam nadzieję) wyróżniającego nas w świecie organicznym organu - zwanego mózgiem - zamieniali skomplikowane procesy jakie w nim zachodzą na proste gesty w stylu: „mam problem”, „nie mam powietrza”, „do góry”, „wolniej” itp. Obawiam się, że upowszechnienie takiej komunikacji, po 2-3 pokoleniach spowoduje, że same procesy myślowe będą w formie podobne do sms-a. Trudno będzie wtedy znaleźć wśród całej populacji następców Einsteina.
Niestety łatwo zauważyć, że takie skrócone systemy komunikacyjne opanowują nasze życie i pracę.
Moim zdaniem wszystko zaczęło się od telefonów komórkowych, a dokładnie ich specjalnej funkcjonalności jaką są sms-y. Pisanie na małej klawiaturze nie jest ani łatwe, ani szybkie, dlatego trudno się dziwić, że informacje przekazywane tą drogą są mało rozbudowane.
Swoją drogą obecna popularność sms-ów jest zadziwiająca. Wprawdzie pierwszy sms został wysłany przez pracownika Vodafonu w grudniu 1992 roku i były to życzenia świąteczne dla kolegów, ale z założenia sms-y miały służyć operatorom sieci komórkowych do przesyłania klientom komunikatów.
Potem pojawił się Facebook i słynne „Lubię to” - na dodatek sprowadzone do piktogramu.
Ciekawe, że na potrzeby internetu i sms-ów powstał zestaw symboli często mających przekazać odbiorcy emocje (emotikony) - tyle że jest ich może 100, a może 200. A porównując to do znanej oceny, że aby komunikować się w obcym języku trzeba znać minimum 2000 słów - można wpaść w przerażenie w jakim kierunku zmierza cywilizacja.
Te myśli naszły mnie, gdy odwiedzając kiedyś zakład kamieniarski widziałem, że jego szef (młody człowiek z pokolenia Facebook’a) nie tolerował żadnych dyskusji z pracownikami. W zasadzie oczekiwał tylko komunikatu typu „Lubię to”. Brak tolerowania szerszej komunikacji to niestety prosta droga do strat.
W przytoczonym przykładzie pracownik chciał powiedzieć, że zauważył w materiale sztych i jak będzie go ciął tak jak kazał szef, to płyta pewnie pęknie, ale zgodnie z zaleceniem powiedział „tak jest” (lubię to) no i ... płyta trzasnęła. Szkoda, bo gdyby wykorzystać ją do wycięcia mniejszych elementów nie byłoby strat.
Dyktatorskie zapędy i blokowanie dyskusji z pracownikami to w gruncie rzeczy blokowanie rozwoju firmy. Nawet jeśli jesteśmy super-fachowcami, to czasem się mylimy i wysłuchiwanie opinii innych może uchronić nas przed wieloma błędami.
W zasadzie w tym modelu można by zgodnie z zasadami bhp wyposażyć pracowników w kaski z zieloną lampką (oznaczającą „lubię to”) i nawet pominąć słowny komunikat „tak jest”. W wersji rozbudowanej: 3 lampki —dodatkowo żółta (później, bo mam inną robotę) i czerwona (”sie-nie-da”).
Okrojona komunikacja bywa czasem zabawna - kiedyś pewien człowiek chciał dać w gazecie ogłoszenie o śmierci teściowej - ale tanio. Usłyszał, że najtaniej to będzie 6 słów. Przemyślał i kazał napisać - „Jagna Kwiatek nie żyje”. Przyjmujący zamówienie podpowiedział, że ma 6 słów, a to są tylko 4. Po przemyśleniu podał treść ogłoszenia: „Jagna Kwiatek nie żyje. Sprzedam Opla.”
Po prawdzie to lubię Facebook’a i wysyłam sms-y, ale staram się nie ograniczać komunikacji z ludźmi do obrazka z uniesionym kciukiem i uśmiechniętej buźki, czego i Wam życzę.

Niniejszy artykuł jest napisany w oparciu o badania i doświadczenia firmy OTTO-CHEMIE (przodującego w Europie producenta mas uszczelniających i silikonów) oraz doświadczenia własne. Ma zasygnalizować jak ważną sprawą jest proces fugowania kamieni naturalnych. Projektantom i wykonawcom wskazuje pułapki pojawiające się w trakcie prac i podpowiada jak unikać podejmowania niewłaściwych decyzji przy doborze materiałów uszczelniających. Zleceniodawcom wskazuje potrzebę wyboru właściwych silikonów uszczelniających, nieco droższych od tradycyjnych, lecz dających gwarancję uzyskania estetycznej fugi wysokiej jakości.
Oszczędzając na materiałach uszczelniających, narażasz nie tylko swoje dobre imię, ale ryzykujesz poważne, negatywne skutki dla swojej firmy.
Fugowanie to bardzo ważny, końcowy etap prac montażowych. Jednak na łączeniu elementów kamiennych rola fugi uszczelniającej jest wyraźnie różna od innych zadań fugowania. Z jednej strony łączenie narażone jest na duży wpływ czynników zewnętrznych jak: zmienna temperatura, obciążenie spalinami, długotrwałe promieniowanie UV i opady, z drugiej różne są właściwości materiałów łączonych. Należy koniecznie te dwa elementy brać pod uwagę przy doborze materiałów uszczelniających. Oprócz uzyskania czysto estetycznej funkcji montowanych elementów, fuga uszczelniająca musi niezawodnie i trwale chronić kamień naturalny oraz podłoże przed wnikaniem wody (przemakaniem) i innych zabrudzeń.
Jeżeli zajrzymy do literatury fachowej dotyczącej kamieni naturalnych to trudno tam znaleźć informacje na temat fugowania, pomimo że jest ono niezbędnym procesem jakościowego zabezpieczania elementów kamiennych. To mała operacja o dużych konsekwencjach. Niewłaściwe przygotowanie powierzchni i stosowanie niewłaściwych materiałów uszczelniających nie tylko niweczy wykonaną pracę, lecz dodatkowo powoduje nie dające się oszacować koszty następcze związane z reklamacjami, naprawą lub wymianą uszkodzonych fug, a często całych elementów. Dodatkowo trzeba się liczyć w przypadku sporów prawnych z utratą dobrej opinii o firmie oraz utratą kolejnych zleceń.
Fuga do kamienia musi spełniać następujące wymagania techniczne:
- wysoka odporność na działanie promieni UV oraz wilgoć,
- niezawodna przyczepność na różnych materiałach,
- elastyczność pod wpływem naprężeń i nacisku,
- wysoka odporność na rozdzieranie.
Fuga musi odpowiednio pracować pod wpływem różnych czynników, spełniać funkcję pomocniczą przy ruchu elementów łączonych. Ażeby te zadania spełniać musi być odpowiednio położona, a elementy fugowane odpowiednio przygotowane - tzn. suche, oczyszczone z pyłu i brudu. Szczególne wyzwanie dla materiału uszczelniającego stanowi długotrwałe, silne obciążenie wodne. Środki grzybobójcze zawarte w środku uszczelniający muszą przeciwstawiać się tu wymywaniu. Środkiem grzybobójczym szczególnie odpowiednim w przypadku dużego, trwałego obciążenia wilgocią (baseny, prysznice, łaźnie) jest zjonizowane srebro. Zjonizowane srebro znajduje się w silikonach firmy OTTO, które posiadają przedłużoną ochronę przed pleśnią.
NIE ZWRACAĆ UWAGI —tymi trzema słowami można opisać wszystkie wyzwania, jakim musi sprostać perfekcyjny materiał uszczelniający: nie może on zmieniać się pod wpływem oddziaływania fizycznego i chemicznego, nie może ulegać zabrudzeniu i musi uwydatniać wizualnie interesujący produkt naturalny, jakim jest kamień.
Dobrze położona fuga powinna łączyć dwa elementy bez jednoczesnego łączenia się z podłożem. Jeżeli fuga połączy się z podłożem, to takie połączenie nie będzie spełniać spełnia swojej funkcji - może prowadzić do pęknięć spoiny lub elementów łączonych. Aby tego uniknąć zaleca się stosowanie miękkich wkładek-prętów z pianki poliuretanowej (PU), która wypełnia dolną przestrzeń elementów łączonych, izolując fugę od kontaktu z podłożem. Dla uzyskania optymalnego efektu łączenia, powierzchnie stykowe można gruntować. Dotyczy to szczególnie piaskowca. Ważną sprawą jest też wygładzenie fugi odpowiednim środkiem, który nadaje estetyczny wygląd (połysk) i odporność na zabrudzenia, pomaga usunąć powstałe w trakcie pracy nadmiary i rozmazania fugi wzdłuż krawędzi. Stosowany w tym celu przez wielu użytkowników płyn do mycia naczyń może pozostawiać plamy na kamieniu. Tylko stosowanie profesjonalnych, przystosowanych do tego, środków gładzących daje pożądany efekt. Przy okazji środki te są również bezpieczne dla skóry.
Jest kilka obszarów stosowania okładzin z kamienia naturalnego, gdzie ekstremalnie trudne warunki zewnętrzne wymagają stosowania fugi z materiałów najwyższej jakości, a są to:
- elewacje i fasady zewnętrzne - narażone na duże zmiany temperatur w przedziale od - stC do +100stC, promieniowanie słoneczne UV, osadzanie kurzu i brudu, przenikanie wody, a w efekcie możliwa emisja składników zawartych w podłożu,
- łaźnie, prysznice i baseny wyłożone kamieniem naturalnym —narażone na wilgoć, osady z mydła, szamponów i innych zabrudzeń,
- konstrukcje stalowe schodów - okładane kamieniem naturalnym, a szczególnie konstrukcje wolnostojące, gdzie fuga musi neutralizować różną rozszerzalność temperaturową tych materiałów i pobierać ruch elementów łączonych bez utraty właściwości uszczelniających,
- podłogi kamienne (szczególnie duże powierzchnie) - gdzie fugi narażone są na duży nacisk mechaniczny, zniszczenia wywołane ciężkimi przedmiotami, naciskiem maszyn myjących, a także kombinacją materiałów i elementów kamiennych o różnych właściwościach,
- nagrobki i inne elementy z kamienia montowane na gruncie - ruchy podłoża oraz działanie atmosferyczne powodują pękanie i ubytki fugi, a zakłady kamieniarskie mają ciągle reklamacje składane przez klientów.
Stosowanie niewłaściwych materiałów do fugowania wynika często z niewiedzy i braku doświadczenia. Wychodząc naprzeciw wysokim wymaganiom stawianym materiałom uszczelniającym, firmy zajmujące się produkcją mas uszczelniających opracowały specjalne silikony do fugowania marmuru i innych kamieni naturalnych. Oferta tych silikonów na polskim rynku jest coraz większa, lecz jakość ich jest różna. Mając duży wybór, wykonawcy powinni dokładnie zapoznać się z ich parametrami, dokonać prób, nie kierować się wyłącznie ceną, zanim podejmą decyzję o zakupie. Dobry silikon do kamienia powinien posiadać następujące cechy:
- sztywno-elastyczny, dający się łatwo wygładzać,
- neutralny, nie brudzący krawędzi elementów łączonych,
- odporny na zarysowania i rozrywanie,
- odporny na wilgoć i promieniowanie UV,
- nie korodujący,
- występować w dużej palecie kolorów, co umożliwia optymalny dobór koloru fugi do koloru elementów łączonych.
Istotnym elementem są także odpowiednie narzędzia. Zaopatrzeni w profesjonalny środek gładzący i odpowiednie praktyczne szpachelki, jesteśmy w stanie wykonać estetyczną, trwałą, odporną na wiele czynników fugę silikonową.
WAŻNE! Minusem wielu tradycyjnych silikonów (budowlanych, sanitarnych itp.), które często są stosowane do fugowania kamieni naturalnych jest oleisty plastyfikator (zmiękczacz), który pod wpływem ciepła i nacisku może wnikać w strukturę kamienia powodując niepożądane tłuste plamy i zabrudzenia krawędzi elementów łączonych. Silikony te są jednocześnie mocno klejące, a fugi tak wykonane trudne do wygładzenia i szybko ulegające zabrudzeniom.
Tłuste zabrudzenia są przedmiotem wielu reklamacji, a usunięcie ich to pracochłonny i kosztowny proces. Należy usunąć wówczas złą fugę, nałożyć na zabrudzone powierzchnie specjalną pastę do usuwania tłuszczu i oleju. Dopiero po oczyszczeniu i przygotowaniu krawędzi na nowo, można nałożyć ponownie właściwą fugę odpowiednią do kamieni naturalnych.
Na bazie obserwacji i rozmów z wykonawcami, mogę stwierdzić, że wciąż nie przywiązuje się właściwej wagi do procesu fugowania, często wręcz bagatelizuje się te prace. A szkoda. Na Zachodzie, a szczególnie w Niemczech, nakładaniem fug i wykańczaniem prac montażowych kamienia zajmują się specjalnie szkoleni pracownicy o wysokich kwalifikacjach i umiejętnościach. Mam nadzieję, że tak będzie wkrótce i w Polsce.
Strzegomskie Biennale Rzeźby w Granicie
13 lipca 2014 roku 8 rzeźbiarzy rozpoczęło swoje zmagania z kamiennymi bryłami w ramach VI Strzegomskiego Biennale Rzeźby w Granicie. To był trudny okres dla uczestników. Przez 5 tygodni starali się swoim przemyśleniom i wizjom nadać materialną postać.
Pracowali w trzech miejscach: na terenie dawnej kopalni bazaltu udostępnionej przez firmę Granex, w zakładzie firmy Kamieniarstwo Zenon Kiszkiel oraz w zakładzie firmy Gromiec. W końcu, 17 sierpnia, nadszedł czas prezentacji prac.
W tym roku rzeźby zostały ustawione w kilku punktach miasta, więc goście wernisażu zostali zaproszenia na spacer po Strzegomiu. Przy każdej z rzeźb jej twórca opowiadał o swojej pracy. Oto co opowiedzieli.
Jerzy Fober
Kiedy po raz pierwszy spotkałem się z kamieniem, uświadomiłem sobie jego ciężar i trudność jaką stwarza artyście. Każdy artysta chciałby się poczuć wolny – móc zrobić to co chce pomimo trudności. To też jeden z aspektów pracy – myślę, że tytuł mojej rzeźby „Uniesienie” odnosi się również do tej trudności, związanej z pracą w kamieniu. Ale nie tylko to – „Uniesienie” to też wymiar niematerialny, to wyzwolenie się z duchowych ograniczeń. Moją pracą w postaci sarkofagu wydobywającego się ze skały chciałem o tym opowiedzieć.
Andrzej Szarek
„Wyszedłem o świcie” to jest tytuł mojej pracy. Myślę, że jej przesłanie jest dość czytelne. Chciałem pokazać pewną wewnętrzną przestrzeń jaką posiada każda skała, która, dopóki nie zostanie dotknięta przez rzeźbiarza, jest doskonałością samą w sobie – choć tajemniczą, bo zamkniętą we wnętrzu. Pracując nad tą bryłą skalną chciałem odkryć tę tajemnicę jakby wypychając skałę ze skały. Każdy sam powinien odkryć w tym, co odsłoniłem, swoją indywidualną wizję tego, co w kamieniu było ukryte.
Grażyna Jaskierska-Albrzykowska
„Wyrwane z kontekstu”: Dzięki udziałowi w biennale mogłam poznać kamieniołomy i strzegomski granit. Dzięki panu Skolakowi mogłam w realizacji pracy skorzystać z współczesnych technologii. Dzięki temu realizacja w technologii 3D może zaistnieć w przestrzeni. Chciałam w tej pracy poprzez jej wycinanie zaglądać w głąb kamienia. Drugą rzeźbę wykonałam z bazaltu chcąc, aby kojarzyła się z koncentracją i przemyśleniami o przyszłości. Bazalt to dziwna skała – chciałam się z nią dogadać. Patrzyłam na te otoczaki wyrzeźbione przez naturę i zastanawiałam się jak w nią zaingerować nie naruszając jednocześnie tej naturalnej formy. Postanowiłam pokazać przekroje, a na nich barwę.
W obu moich pracach pojawia się łącze ciesielskie tzw. jaskółczy ogon, które jest prezentacją idei spinania. W bazalcie kamienie są spinane do środka natomiast w granicie pokazałam ich rozpinanie i rozwarstwianie. To symbol pozyskiwania kamienia z kamienio-łomu i dzielenia się tym, co ma Strzegom.


Grzegorz Niemyjski
Chciałem popracować nad rzeźbą dość klasyczną. Jest to postać kobiety z małym brzuszkiem – stąd tytuł „Trzeci miesiąc”. Rzeźba wykonana jest z impali dzięki przekazaniu kamienia przez zakład pana Kiszkiela. To piękny materiał i zastanawiałem się, czy może nie warto by było wykonaną rzeźbę wypolerować. Ale w końcu uznałem, że wersja szlifowana będzie najwłaściwsza. To taki stan powierzchni przetworzonej, ale jeszcze nie do końca – tak jak dziecko w trzecim miesiącu ciąży.
Marie Seborová
Przede wszystkim chciałam podziękować za pomoc techniczną i możliwość cięcia linką. Dzięki temu mogłam skupić się na detalu i skończyć zaplanowaną pracę. Dziękuję również mężowi Jean Paul’owi, który przyjechał ze mną i pomógł mi w pracy.
Rzeźba jest moim przedstawieniem bogini Pomony. To etruska nimfa, która została również włączona do Panteonu rzymskiego jako bogini sadów.
Adam Wyspiański
Cóż ja mogę powiedzieć o swojej pracy? Temat najstarszy w świecie – kobieta, jej piękno i metamorfoza. Przeistaczająca się w motyla, owiana welonem usiadła na tafli jeziora.
Oglądacie państwo monumentalną rzeźbę „Nocny motyl” wykonaną do końca, z detalami i polerem. W tak krótkim czasie byłoby to niemożliwe gdyby nie pomoc fachowców – pracowników zakładu Granex pana Krzysztofa Skolaka. Proszę zauważyć, że praca została wykonana z bardzo drogich, pięknych materiałów, które ofiarowała firma M+Q kierowana przez Pana Michała Nowaka. To również zmusiło mnie do wykoń-czenia rzeźby polerem. Tak piękne materiały nie można zostawić w wersji surowej – trzeba pokazać ich piękno i głębię kolorów.
Martin Kuchař
„Kropla”: Miałem nadzieję, że projekt, który wymyśliłem uda się zrealizować bez tak ciężkiej pracy. Niestety, nie udało się w większym zakresie skorzystać z maszyn. Blok, który dostałem ważył 12 ton. Po skończonej pracy rzeźba, którą widzicie waży 8 ton. Zatem 4 tony granitu spadło na ziemię w wyniku ręcznej obróbki mojej i pomagającego mi Tomka z zakładu Granex. Co do samej rzeźby, to pomysł kropli dojrzewał we mnie długo. Kropla to początek życia. Chciałbym, aby ta wykonana przeze mnie kropla wywołała u oglądających refleksję nad znaczeniem kropli – symbolu czegoś małego, ale znacznego dla naszego świata.
Chciałbym podziękować rodzinie Golińskich, którzy nie tylko ofiarowali kamień, ale starali się wspomóc mój organizm załatwiając masaże, abym jakoś przetrwał te 5 tygodni pracy. Dziękuję… i kropla jest wasza.
Zbigniew Frączkiewicz
Myślałem, że już pożegnałem się z pracą w granicie, który uwielbiam i zrealizowałem w nim wiele prac. Dostałem jednak zaproszenie od Jurka Fobera i okazało się, że nie jest ze mną jeszcze tak źle. Poradziłem sobie z wyku-ciem tych czterech stóp. Dlaczego taka forma tej rzeźby? Kiedy poznałem pana Chęcińskiego, który przekazał kamień na wy-konanie rzeźby, w jego biurze opowiadałem o mojej koncepcji, okazało się, że zna słynny kamień ze Szklarskiej Poręby, który ma 100 ton wagi i był wydobyty tuż po wojnie. To właśnie ten kamień był dla mnie źródłem inspiracji. Chciałem taką bryłę kamienną podnieść i nie uszkadzając umieścić na moim znaku rozpoznawczym – stopach kamiennych. Oczywiście wydobycie tak wielkiego głazu w Strzegomiu jest niemożliwe dlatego zastosowałem mniejszą kubaturę, ale nadal jest to hołd dla tamtego kamienia ze Szklarskiej Poręby i ludzi, którzy go wydobyli. Jest też hołdem dla granitu strzegomskiego, który bardzo lubię.
Więcej zdjęć z Biennale i wernisażu na facebook.com/KurierKamieniarski
Filmowe podsumowanie Biennale na Youtube.com.