
Fundament jest, nagrobek stoi, a skoro tak, to dziś napiszę o dokumencie, o którym wielu słyszało, niewielu czytało, a do którego warto się stosować: „Wytyczne branżowe – wyroby z kamienia naturalnego - nagrobki”.
„Wytyczne branżowe – wyroby z kamienia naturalnego - nagrobki”. Długi tytuł, dlatego w skrócie znany też pod nazwą: Norma nagrobkowa. Jest to opracowanie powstałe na podstawie konsultacji szeroko prowadzonych przez Polski Związek Kamieniarstwa (PZK). Dokument stanowi wytyczne branżowe do stosowania dobrowolnego.
Ujmując to innymi słowy: nie jest (na razie) obowiązkowy, jednakże osoby, które się doń zastosują, unikną wielu potencjalnych błędów jakże nagminnie spotykanych przeze mnie na cmentarzach. Opisane metody, do których powinien się stosować wykonawca i montażysta nagrobka, gwarantują, że praca zostanie wykonana zgodnie z zasadami i sztuką kamieniarską.
Co prawda brak jest ustawowej definicji pojęcia „sztuka kamieniarska”. Jednakże przez termin „zgodnie ze sztuką kamieniarską” należy rozumieć wykonanie realizacji zgodnie z wszelkimi normami prawnymi i technicznymi mającymi zastosowanie w kamieniarstwie, przy dochowaniu należytej staranności oraz wg najlepszej, profesjonalnej wiedzy.
Wymiary nominalne
Grubość nominalna wszystkich kamiennych elementów konstrukcyjnych oraz tablicy napisowej powinna wynosić minimum 50 mm. Oczywiście, jak wszędzie, są wyjątki potwierdzające regułę. Dlatego dopuszcza się stosowanie, w nagrobku, elementów o nominalnej grubości mniejszej niż 50 mm, jednakże jedynie w celach dekoracyjnych, np. podstawka pod znicz, czy doklejona do płyty napisowej płytka z napisami.
Wymiar nominalny to nic innego jak wymiar, od którego dopuszczalne są odchyłki. Odchyłki te wyznaczają zakres (od minimum do maksimum), w którym powinny się mieścić rzeczywiste wymiary kamiennych elementów nagrobka.
Dopuszczalne odchylenia od grubości zależą też od konkretnego wymiaru. Jeśli nominalna grubość elementu wynosi do 80 mm – dopuszczalne odchylenie wynosi +/- 3 mm, powyżej 80 mm grubości – dopuszczalna odchyłka wynosi +/- 4 mm.
Istnieją też inne unormowane odchylenia: pomiędzy krawędziami ciętymi, pomiędzy krawędziami łupanymi, a także pomiędzy jedną krawędzią ciętą, a drugą łupaną. Tutaj dopuszczalne odchyłki zależą od długości lub/i szerokości elementu.
Norma Nagrobkowa i montaż nagrobków są ze sobą ściśle powiązane, dlatego wiele aspektów, opisanych we wcześniejszych częściach, pokrywa się z treścią niniejszego artykułu.
Kotwienie płyty napisowej
Od czasu do czasu słyszymy lub czytamy w mediach, że na dziecko przewrócił się nagrobek. Oczywiście wtedy najczęściej chodzi właśnie o płytę napisową. W takich przypadkach ujawniają się popełnione błędy przy jej montażu. Po pierwsze kotwa, która powinna być wykonana z nierdzewnego, gwintowanego pręta o dobranej długości i średnicy, a jeśli tablica jest szersza niż 50 cm, stosujemy dodatkową kotwę. Podam dwa przykłady. Do płyty napisowej o szerokości brutto (mierząc od lewej do prawej strony) 50-100 cm włącznie, stosujemy min. dwie kotwy. Dla płyt napisowych o szerokości brutto od 100 do 150 cm włącznie – min. trzy kotwy. Upraszczając, na każde rozpoczęte 50 cm przypada jedna kotwa.
Nie mniej ważną rzeczą jest średnica zastosowanej kotwy, którą, w tym przypadku, dobieramy do wysokości tablicy napisowej. Oto dwa przykłady:
minimum 10 mm dla płyt napisowych o wysokości do 60 cm włącznie,
minimum 12 mm dla płyt napisowych o wysokości 60-80 cm włącznie.
Kolejną sprawą, jeśli chodzi o kotwienie tablic napisowych, jest głębokość zakotwienia w samej tablicy napisowej. Absolutne minimum to 100 mm, które stosujemy w tablicach o grubościach nieprzekraczających 60 mm. W płytach napisowych o grubościach do 90 mm włącznie stosujemy zakotwienie co najmniej 120 mm, a dla płyt napisowych o grubości do 160 mm włącznie – 150 mm.
Średnica gniazda montażowego, w którym umieszczamy kotwę, powinna być o 2 mm większa od średnicy zastosowanej kotwy. Jak już pisałem w poprzednim numerze Kuriera Kamieniarskiego (Montaż nagrobków, cz. 2), kotwa nie może być zbyt luźno ani zbyt ciasno osadzona. Nie wolno też osadzać jej na siłę, wbijając ją w otwór gniazda montażowego. Samo gniazdo powinniśmy wypełnić odpowiednim środkiem do kotwienia o dobrej przyczepności, bezskurczowym, o wysokiej odporności na niskie temperatury i o krótkim czasie wiązania.
* * *
Od siebie dodam, że przypadków przewrócenia się tablic nagrobkowych jest dużo. Konsekwencje są poważne, a od czasu do czasu bywają, niestety, tragiczne dla życia i zdrowia ludzkiego. Nie żałujmy więc czasu ani środków poświęconych na wykonanie poprawnego montażu. Tym bardziej, że koszt poprawnego zakotwienia i sklejenia wszystkich elementów w nagrobku jest niewspółmiernie mały w stosunku do późniejszych ewentualnych poniesionych przez nas konsekwencji, wynikających z pośpiechu i minimalizowania tychże kosztów. Nie ilością zmontowanych nagrobków, a poprawnością ich montażu się chwalmy.
W wytycznych jest ważny zapis, że montaż nagrobka powinien być nadzorowany przez osobę z potwierdzonymi kwalifikacjami w zawodzie kamieniarz na poziomie mistrzowskim. Nie bez przyczyny.
Podyktowane jest to, między innymi, zdarzającymi się tragicznymi wypadkami na cmentarzach, do których dochodzi często z powodu nieprawidłowo wykonanego/zmontowanego nagrobka. Błędy te bywają wynikiem niewiedzy, a nawet niedbalstwa spowodowanego pośpiechem. Wykwalifikowany kamieniarz z dyplomem mistrzowskim daje rękojmię na wykonaną pracę.
Więcej i bardziej szczegółowych informacji na temat poprawnego montażu nagrobków (oraz wiele innych tematów jak: materiałoznawstwo, maszynoznawstwo, technologia obróbki kamienia, uwarunkowania prawne i skarbowe prowadzenia firmy, podstawy BHP) można uzyskać na kursach organizowanych przez Polski Związek Kamieniarstwa. Przykładowe fotografie, rysunki poglądowe, animacje ułatwiają zrozumienie omawianych tematów, a kontakt z prowadzącym i innymi uczestnikami pozwala na uzyskanie wyczerpujących odpowiedzi na zadawane pytania i wymianę doświadczeń. Kursy są on-line, dlatego można brać w nich udział z dowolnego miejsca.
Zachęcam też do potwierdzania swoich kwalifikacji zawodowych. Warto uzyskać świadectwo czeladnicze i dyplom mistrzowski w zawodzie kamieniarz i brukarz, które są honorowane we wszystkich krajach członkowskich Unii Europejskiej. Polski Związek Kamieniarstwa (PZK) przy współpracy z Dolnośląską Izbą Rzemieślniczą organizuje takie egzaminy dwa razy w roku.
Informacji udziela Polski Związek Kamieniarstwa (tel. 74 855 12 28, www.kamieniarze.org.pl).
Dokument zawiera zbiór informacji na temat wykonania nagrobka. Stosowanie tych wytycznych to gwarancja, że pomniki będą dokładnie takie, jakie być powinny. Że będą wykonane zgodnie z zasadami rzetelnej kamieniarskiej roboty i że będą bezproblemowo służyć. Oraz że będą bezpieczne w użytkowaniu (wystarczająco mocne, by się nie zawalić pod własnym ciężarem i wystarczająco solidnie zmontowane, by nie stanowić zagrożenia).
Do pobrania na: www.kamieniarze.org.pl
(zakładka: Norma nagrobkowa) lub
www.kurierkamieniarski.pl/normanagrobkowa
Dariusz Chrzanowski, autor tekstu – mistrz w zawodzie kamieniarz – jest biegłym sądowym w zakresie kamieniarstwa, a także rzeczoznawcą ds. jakości produktów lub usług przy Wojewódzkim Inspektoracie Inspekcji Handlowej w Gdańsku.
Kontakt do autora:
abakor.biuro@wp.pl
tel. 693 818 996


Marmomac
24-27.09.2024, Werona
Targi w Weronie jako chyba jedyna kamieniarska impreza targowa na świecie przetrwała wszystkie przeciwności. Ani pandemia, ani zmiany w postrzeganiu targów i ocena ich efektywności nie zaważyły na ocenach tej imprezy. Wydaje się, że to efekt przyjętej wiele lat temu strategii. Targi w Weronie mają być nie tylko imprezą wewnątrz branżową. Mają stworzyć imprezę prezentującą design kamieniarski.
W tym roku hasło imprezy „Twórczy i technologiczny postęp w kamieniu naturalnym” ma promować innowacyjne wykorzystanie materiału przy zastosowaniu najnowszych technologii. Ten kierunek będzie widoczny na targach podczas wydarzeń towarzyszących, wystaw, warsztatów i konferencji. Pewnie również oferty handlowe też będą realizowały tę myśl.
Zapowiadane atrakcje to m.in.: „Walk of Stone” inspirowany hollywoodzką aleją gwiazd – na 1 m2 powierzchni firmy kamieniarskie będą prezentować swoje najciekawsze rozwiązania; „Full/Empty” wystawa prac wykonanych przy użyciu nowych narzędzi cyfrowych pod kuratelą Rafaello Galiotto; „Viaggio al centro della tavola” (Podróż na środek stołu) wystawa najnowszych prac Rafaello Galiotto; Moduły Architektoniczne – prezentacja nowych, trójwymiarowych elementów konstrukcyjnych przeznaczonych do elewacji, ścian i wnętrz.

Stone
20-22.11.2024, Poznań
II połowa listopada to Targi Branży Kamieniarskiej STONE w Poznaniu. Organizatorzy są na końcowym etapie przygotowywania tej imprezy. Z założenia głównym tematem targów będzie nowoczesne podejście do renowacji i konserwacji kamienia. Znajdzie to odzwierciedlenie podczas prelekcji odbywających się w czasie targów. Prelegentami będą teoretycy i praktycy branżowi. Panel tematyczny będzie kierowany nie tylko do branżystów, ale również do projektantów, architektów i konserwatorów zabytków.
Poza prezentowaniem teorii będą się również obywały warsztaty, gdzie zainteresowani będą mogli w praktyce poznać omawiane zagadnienia. Pierwszy raz na poznańskiej imprezie zorganizowana będzie strefa networkingu. Będzie to przestrzeń, gdzie zainteresowani będą mogli wymienić się doświadczeniami i nawiązać nowe kontakty biznesowe. Będzie też można odwiedzić strefę inspiracji, gdzie można będzie zobaczyć gotowe wyroby z kamienia naturalnego.
Partnerem tegorocznej edycji targów Stone jest IZFAS, turecki organizator targów kamieniarskich Marble Izmir Fair. Współpraca z IZFAS zaowocuje zapewne liczną reprezentacją tureckich wystawców.

Stone Expo
18-20.02.2025, Nadarzyn
Ptak Warsaw Expo już od dłuższego czasu przymierza się do powołania do życia targów kamieniarskich. Kolejne zapowiedzi niestety nie doprowadziły do powstania imprezy.
Według ostatnich informacji targi mają się odbyć w dniach 18-20 lutego 2025 roku. Czy uda się tym razem zrealizować plan? Nie wiadomo. Na odnotowanie zasługuje rozmach, z jakim pracuje dział marketingu telefonując po firmach i zapraszając do uczestnictwa w targach. Martwi natomiast, że doświadczony organizator targów nie pokazał jak dotychczas jakiejś koncepcji odmiennej od tych, do których przyzwyczaili nas organizatorzy targów kamieniarskich w Polsce. Przy okazji nazwa – Międzynarodowe Targi Kamienia i Maszyn Kamieniarskich – to hasło znane jeszcze z czasów targów we Wrocławiu.

Jak chcesz mieć firmę, to trzeba pracować. Nie odpuszczać, cierpliwie, codziennie, od rana do wieczora. Jeśli ktoś myśli, że to się będzie robić samo, to jest w błędzie. Jak zaczniesz to traktować lekko, lekceważyć, to bardzo szybko się okaże, że puszczą cię z torbami.
Początek lat 90-tych to czasy, kiedy nic nie dało się kupić. Pracowałem na kopalni, na dole. Wykańczałem dom i potrzebowałem płytek do łazienki, wymyśliłem sobie, że zrobię płytki z łomu kamiennego. Miałem takie dwa taborety z metalowymi ramkami. Na tych taboretach układałem kawałki kamienia i zalewałem cementem. I tak dzień po dniu, po dwie sztuki, zrobiłem płytki do łazienki. Zostało ich trochę więcej, miały być ułożone na balkonie. A jak to w pracy bywa, siedzi się z kolegami i rozmawia. Przyszedł kolega obejrzeć i stwierdził, że on to kupi. Sprzedałem je. I od razu kupiłem materiał na kolejne płytki. To była ta iskra, która zaczęła moją przygodę z kamieniarstwem.

Kupowałem odpady z Białej Marianny i produkowałem dalej płytki. Kiedyś, szukając materiału na produkcję kolejnych płytek trafiłem tu, gdzie obecnie stoi nasza firma. Był tu taki mały warsztacik, w którym pracował stary kamieniarz. Bardzo fajny gość. Tylko jak dostał ode mnie pieniądze za materiał, to na jakiś czas znikał... Więc po którymś razie ja mu mówię: „To może ja to od pana kupię”. A on na to: „To jest na sprzedaż.” „Ale ja się na tym nie znam.” „Ja pana nauczę.” Nie miałem pieniędzy, nie miałem pewności, czy się do tego nadaję, więc ustaliliśmy, że to będzie taka forma dzierżawy: ja ponoszę koszty, oddłużam warsztat, on mnie uczy i pokazuje, jak się pracuje w kamieniu – a ze sprzedanych płytek będzie dostawał część zysków. I tak powoli spłacałem budynek, teren, prymitywne maszyny. To miejsce wyglądało, jak na tym zdjęciu z 1994 roku, które widzi pan na ścianie: mała szopka 4 x 5 m, a dookoła same pola. To jest nie do uwierzenia na dzisiejsze czasy.
Jak się narobiło trochę płytek, to wiozłem je do zaprzyjaźnionego zakładu pod Jastrzębie do wypolerowania. Żeby było ciekawie, jeździłem wtedy „maluchem”. Więc wyciągało się siedzenie, wkładało 3 metry płytek i jechało z nimi do szlifierza. Zawoziłem mu te płytki, on mi je wypolerował, zostawiał sobie meter – bo płaciło się materiałem – i przywoziłem 2 m gotowych do sprzedania płytek. I tak codziennie.
Nie było czegoś takiego jak kątówka, żeby krawędzie polerować. Żeby wypolerować czoła, przynosiłem zużyte kamienie szlifierskie, moczyłem je w wodzie i polerowałem krawędzie coraz to mniejszą gradacją. Ręcznie.
Czemu nie nagrobki? Od początku robiliśmy tylko budowlankę. To było dość nietypowe, ponieważ w tamtych czasach wszyscy robili nagrobki. Nagrobki nigdy mi nie pasowały – były proste, banalne i wszystkie prawie że jednakowe. Za to choćby schody, nawet najzwyklejsze, są niepowtarzalne, gdy są wykonane z kamienia. Na początku trudno było się przebić, bo nie było możliwości – takich jak dziś – zareklamowania się. Ale jak już coś wyprodukowałeś, to sprzedawało się wszystko. A klienci polecali nas swoim znajomym i przyprowadzali kolejnych klientów.
Kiedy zaczynałem, to była epoka targów, gdzie zdobywało się pierwsze informacje, rozszerzało horyzonty, nawiązywało kontakty. Oczywiście zaczynaliśmy od wyjazdów do Wałbrzycha. Tam otwierały się ścieżki do polskich kamieni – Biała Marianna, szare i złote Sławniowice, marmury kieleckie. Tam też zdobywało się pierwsze kontakty zagraniczne. Nie było możliwości takich jak teraz, trzeba było samemu do wszystkiego dojść, wszystko znaleźć. Później był wyjazd do Werony na targi. To było chyba w 1997 roku. I to było jak zderzenie światów: inne możliwości materiałowe, inne możliwości maszynowe. Oczy wychodziły z orbit, bo człowiek nie miał pojęcia, że coś takiego w ogóle jest. Takie kamienie, takie maszyny.
Od początku stawiałem na dobre warunki pracy. W tej naszej pierwszej szopce za ogrzewanie robił piec zrobiony z rury stalowej 70 cm. Na nim stało wiadro z wodą. I jak za bardzo ręce zmarzły, to wkładało się je do tej ciepłej wody. Takie były czasy. Jak stałeś na obcinarce koło pieca, to było ciepło, ale trochę dalej już ręce marzły. Szybko zapadła decyzja, że trzeba budować porządną halę i wstawić porządną maszynę. Pierwsza była piła mostowa Promasz. Jak pojawiły się maszyna promaszowska, to już można było własne elementy ciąć. Później zatrudniłem ludzi, pomagali mi też w pracy synowie, którzy od dziecka spędzali czas w warsztacie. Wolne chwile w warsztacie, wakacje w warsztacie. Wtedy nie było zmiłuj się i spania do późna. Chciał się bawić i wracał do domu o 2:00 nad ranem – jego sprawa, byle o 7:00 był w robocie. Potem to już szło coraz szybciej. W 2006 roku rozpoczęliśmy budowę kolejnej hali. Pojawiła się więc konieczność zakupu kolejnych maszyn. A potem zaczęły się dotacje i był to bardzo istotny krok w rozwoju firmy. Kolejne hale, kolejne maszyny i… I ja się zestarzałem. [śmiech]
Teraz to ja już w zasadzie nie zajmuję się firmą. Mamy funkcje podzielone: starszy syn, Jarosław, zajmuje się projektowaniem i sprzedażą, Tomek jest głównie od zaopatrzenia i utrzymania ruchu na zakładzie, a ja… Ja tu tylko mam swój gabinet. [śmiech] Choć synowie twierdzą, że kiedy jestem w firmie, to pracownicy od razu inaczej chodzą.
Obecnie w firmie pracuje ponad 50 osób. Mamy też kilka zewnętrznych, niezależnych firm montażowych. My im dostarczamy gotowe elementy, projekt montażowy, robimy całą oprawę logistyczną, a oni jadą pod wskazany adres i montują. Często są to nasi ludzie, którzy u nas nauczyli się roboty, a potem poszli na swoje. To są bardzo sprawne firmy. Mają płacone od wykonanego montażu, więc to wygodny układ dla obu stron – robią szybko i bez usterek, a my możemy ręczyć za ich jakość. To też wygodne dla klienta. W firmie Marmur Dulemba klient kupuje produkt wraz z montażem i nie musi się martwić kto i kiedy mu to zamontuje, a także kto będzie gwarantem jakości.
Oczywiście do rozwoju firmy potrzebni są klienci. W dużej mierze z polecenia: usłyszał od kogoś, na stronie sobie pooglądał i przyjechał. Czasami klient przyprowadza architekta bądź projektanta, który wcześniej nie proponował kamieni naturalnych, bo ich nie znał, czy wręcz się bał. Staramy się wtedy edukować, pokazywać piękno tych naturalnych materiałów i często jest to początek dobrej współpracy. Jeśli klient przychodzi sam i potrzebuje podpowiedzi, to obsługujemy go kompleksowo począwszy od projektu. Co do jakości wykonania i montażu jesteśmy siebie pewni, więc to tylko kwestia zrozumienia potrzeb klienta i sprostania jego wymaganiom.
Jeśli myślisz o dużej firmie, to nie wystarczą tylko indywidualni nabywcy. Przez lata tworzyliśmy sieć odbiorców i ta sieć się zagęszcza. Współpracujemy z wiodącymi na rynku firmami meblarskimi, budowlanymi, kominkowymi, ale też z architektami czy projektantami wnętrz.
Kolejny temat, którego chętnie się podejmujemy, to kościoły. Robimy zarówno nowe inwestycje, jak i remonty oraz renowacje. Czasem kompleksowo, czyli cały kościół, a czasami to tylko pojedyncze elementy jak ołtarz lub ambona. Zdarza się tak, że z niektórymi księżmi zrobiliśmy już dwa albo trzy kościoły. Jak już nas znają, to chętnie korzystają z naszych usług po przeniesieniu na nową parafię.
Przy okazji taka ciekawostka. Kiedyś przeczytałem, że jakaś ekipa budowlana remontując wieżę kościelną znalazła taką metalową tubę, w której był list sprzed ponad stu lat z opisem poprzedniego remontu. Pomysł nam się spodobał i od tamtej pory takie „kapsuły czasu” zostawiamy w każdym kościele. List zawiera datę wykonania, informację z czyjej inicjatywy był remont, kto brał udział w pracach, jaki kamień został wykorzystany. I wszyscy, łącznie z pracownikami, mamy dużą frajdę ze składania podpisów na takim dokumencie zostawionym dla potomnych.
Jeszcze o porządku i warunkach pracy. Na zakładzie miało być czysto, tak żeby nie trzeba było zakładać gumowców, kiedy się wysiada z samochodu. Widziałem to w zachodnich firmach i tak chciałem mieć u siebie, dlatego obecnie cały teren zakładu jest wybrukowany lub wyłożony płytami. Przed budową pierwszej hali kupiłem okazyjnie okna z demontażu ze stacji benzynowej. Wszyscy się wtedy pukali w głowę, że to jest nie dobry pomysł, bo będzie zimno. Wtedy się budowało niskie hale z małymi oknami, żeby łatwiej było ogrzać. Moja hala była jasna i wysoka, a przez duże okna wpadało tyle słońca, że była też ciepła. A skoro miało być czysto, to pojechałem pod Opoczno i tam poskupywałem z różnych firm płytki ceramiczne i wykafelkowałem ściany. Końcówki serii, niedoróbki, II gatunek – straszna mieszanka widoczna do dziś w tej hali, ale nic innego wtedy nie było dostępne, zwłaszcza za małe pieniądze. Ale cel został osiągnięty – wygląda to estetycznie, poza tym wykafelkowane ściany nie chłoną wody, której w naszej branży na produkcji nie brakuje.
Porządek na magazynach to kolejny temat, na który zwracam uwagę. I to nie tylko w sprawie nowego towaru. W tej chwili mamy około 35 tysięcy metrów kwadratowych kamienia w slabach gotowych do sprzedaży, więc sam widzisz, jak ważny jest porządek. Ale mówię też o resztkach i końcówkach po produkcji. W wielu firmach stanowią one problem, odpad, z którym nie wiadomo co zrobić. My mamy to wszystko w miarę poukładane dzięki dwóm pracownikom, którzy zajmują się tylko tym – wnoszą, wynoszą, układają na stojakach. Owszem, to są koszty, ale ten porządek przynosi zysk – jeśli te kawałki po produkcji byle gdzie położysz, to już przepadło, nie zostaną wykorzystane. Ale jeśli wiesz, gdzie co stoi, to zawsze jest szansa, że da się z tego jeszcze coś zrobić. Jeżeli materiał jest już zapłacony przy okazji wcześniejszego zlecenia, to jeśli go sprzedam – nawet za niewielkie pieniądze – to będzie czysty zysk. Podobnie jest, kiedy przyjedzie kamieniarz, który nie potrzebuje całej płyty, a wyłącznie mały element pod drobne zamówienie. Tylko trzeba było tego pilnować od początku i nauczyć pracowników. W końcu wszyscy się przyzwyczaili i teraz dobrze to funkcjonuje.
Z domu wyniosłem uczciwość. Dlatego zdarza się, że odmawiamy prac, które są wątpliwe. Pamiętam, jak lata temu przyjechał ksiądz i chciał zamówić parapety do kościoła. Wtedy były modne konglomeraty i właśnie z tego chciał je zamówić. Z dalszej rozmowy wynikało, że to będzie zamontowane w starym kościele i nie chciał się dać przekonać na nic innego: jemu się to podoba i cena jest dobra. Odpowiedziałem: „To idźcie do konkurencji, bo ja wam ich nie zrobię. Czemu? Bo ja się za to wstydzić nie będę. Ktoś kiedyś zobaczy konglomerat w starym kościele i zapyta kto to zrobił, a wy powiecie, że Dulemba. Nie chcę.” Ksiądz się obraził i poszedł. Ale za jakiś czas wrócił i powiedział, że on jednak zamówi te parapety z marmuru. Zrozumiał moją intencję i dał się przekonać.
Nie musimy konkurować ceną. Nasza marka jest już rozpoznawalna – to po pierwsze. Po drugie: stawiamy na jakość i różnorodność materiałów. Na magazynach mamy kilkaset rodzajów kamieni z całego świata, w ostatnim czasie prowadzimy intensywny import materiałów – w tym przepięknych kwarcytów z Brazylii. Po trzecie, jeśli coś się wydarzy z naszej winy, to bez szemrania przyjmujemy reklamację, co u naszych stałych klientów jest gwarancją jakości.

Od lewej: Jarosław Dulemba, Tomasz Dulemba

Każdy człowiek na swojej drodze mija kamienie milowe. Kwestią bardzo indywidualną jest, co uznamy za zasługujące na miano kluczowego, przełomowego momentu. Jednak łatwo jest domyślić się, że tysiące lat temu – kiedy został postawiony pierwszy kamień milowy – miał on inną rolę i służył ludziom w innych okolicznościach. Aby dowiedzieć się jak udajmy się w podróż.
Są czasy Imperium Rzymskiego, zajmującego ogromne terytorium. Na tak wielkim obszarze Rzymianie kontrolowali niezliczone szlaki i drogi. Aby w czasach bez GPS-a nie zgubić się, wiedzieć na jakim odcinku trasy się jest, ile zostało do końca oraz czy poruszamy się w dobrym kierunku, trzeba było znaleźć sposób na znakowanie szlaków. W tym celu zaczęto stawiać wzdłuż dróg kamienie – później nazwane milowymi od odległości, w jakiej były ustawiane. Rozwiązanie to stało się – nomen omen – kamieniem milowym w rozwoju sieci szlaków i znakowania dróg. Inne państwa, na innych kontynentach, również zaczęły korzystać z tej taktyki po usłyszeniu wieści o takim rozwiązaniu. Modyfikowały przy tym pewne aspekty, takie jak jednostka miary, punkt wyjścia czy miejsca docelowe. Do dziś można zauważyć inspiracje płynące z tego wynalazku w postaci chociażby słupków na autostradzie informujących na jakim odcinku drogi się znajdujemy. Bez nich oczywiście nadal swobodnie można by poruszać się dalej znając kurs, jednak w przypadku różnych zdarzeń na drodze są bardzo pomocne do określenia położenia.

Stawiane co rzymską milę (1478,5 m) od stolicy prowincji, lub stolicy samego Imperium, do miejsca docelowego, kamienie zawierały wyryte na nich inskrypcje. Informowały o pokonanej odległości, a w niektórych przypadkach, o cesarzu (wówczas panującym, lub już nieżyjącym), aby oddać mu cześć. Dodatkowo, co 5 mil rzymskich (7392,5 m) na podróżnych czekały kamienie kurierskie. Swoją nazwę zawdzięczają kurierom, którzy często urządzali przy nich postoje, aby wymienić z innymi kolegami po fachu informacje lub towar.
Dla lepszego zobrazowania odległości dziś i w tamtych czasach weźmy pod uwagę, że obecnie odległość 50 kilometrów (niecałe 34 mile) jesteśmy w stanie pokonać samochodem w około 30-40 minut. W czasach rzymskich tę odległość pokonywano wozem w ciągu jednego dnia. I to tylko przy sprzyjającej pogodzie. Zimą udawało się przejechać tylko połowę tej trasy.
W wielu sytuacjach kamienie milowe były usytuowane obok miast czy klasztorów pełniąc wtedy rolę typowego drogowskazu. Tak było w przypadku Cystersów. Zakon Cystersów, zgodnie ze swoją doktryną „ora et labora” (łac. módl się i pracuj) – którą prekursor zakonu zapożyczył od Benedyktynów (poprzedniego zakonu, do którego należał) – pracując budował wiele dróg, które były następnie znakowane kamieniami milowymi, często przez tych samych ludzi.
Nie jest to jednak jedyny punkt styczny między zakonem a wspominanym „wynalazkiem”. O wiele bardziej wiekowe kamienie milowe stały już na długo przed powstaniem zakonu.
Pierwszy klasztor cystersów powstał w Cîteaux (łac. Cistercium) we Francji w 1098 roku. Skąd nazwa Cistercium? Można wnioskować, że właśnie od rzymskich znaczników drogi. „Cis tertium lapidem miliarium” z łaciny oznacza „przy trzecim kamieniu milowym” [na drodze z Langres do Chalon]. Jak podają przekazy, święty Robert – założyciel cystersów – niezadowolony ze sposobu życia benedyktynów, oddalił się o kilka kamieni milowych od rodzimego opactwa i tam właśnie założył nowy klasztor. Ten stał się początkiem potęgi, jaką z biegiem czasu stali się cystersi. Niewątpliwie dla bractwa był to kamień milowy.
Niedaleko więc szukać powiązania oryginalnej ze współczesną definicją kamienia milowego.
W starożytności minięcie go świadczyło o minięciu pewnego etapu w podróży. Dzisiaj „kamienie milowe” to symboliczne znaczniki osiągnięcia pewnego etapu w wykonaniu zadania, pokonania istotnego odcinka w dążeniu do celu czy osiągnięciu jakiegoś poziomu w rozwoju. Towarzyszy temu świadomość, że odnotowana została pokonana już droga i że mijający kamień milowy wie, w jakim miejscu się znajduje na szlaku kariery, życia czy rzymskiej drogi tysiące lat temu.

Jednym z warunków uzyskania dofinansowania kosztów kształcenia młodocianych – w świetle art. 122 ust. 1 pkt 1 ustawy Prawo oświatowe – jest ustalenie, że pracodawca lub osoba prowadząca zakład w imieniu pracodawcy albo osoba zatrudniona u pracodawcy posiada kwalifikacje wymagane do prowadzenia przygotowania zawodowego młodocianych określone w przepisach w sprawie przygotowania zawodowego młodocianych i ich wynagradzania.
Mając na uwadze kierowane do Dolnośląskiej Izby Rzemieślniczej we Wrocławiu zapytania, spełnienie powyższej przesłanki budzi wiele wątpliwości. Jak pokazuje praktyka, niejednokrotnie nieprawidłowo interpretują spełnienie tego wymogu również organy administracji wydające decyzje w przedmiocie przyznania dofinansowania kosztów kształcenia młodocianych, a dotyczy to zarówno urzędów gmin, jak również organów odwoławczych. Powoduje to konieczność składania przez pracodawców odwołań od decyzji, a nawet skarg do wojewódzkich sądów administracyjnych.
Przy interpretacji przedmiotowych przepisów ustawy Prawo oświatowe należy odwołać się do definicji pojęć „pracodawca” i „osoba zatrudniona u pracodawcy”, utrwalonych na tle unormowań prawa pracy.
Zgodnie z przepisem art. 3 Kodeksu pracy pracodawcą jest jednostka organizacyjna, choćby nie posiadała osobowości prawnej, a także osoba fizyczna, jeżeli zatrudniają one pracowników. Pracownikiem jest osoba zatrudniona na podstawie umowy o pracę, powołania, wyboru, mianowania lub spółdzielczej umowy o pracę – art. 2 Kodeksu pracy.
Ustawa Prawo oświatowe nie zawiera ustawowej definicji pojęcia osoby zatrudnionej, niemniej zaznaczyć należy, że ustawa ta nie posługuje się pojęciem pracownika. Pojęcia te zaś, choć są do siebie znaczeniowo zbliżone, nie są jednak tożsame. Termin „zatrudnienie” należy rozumieć szeroko, to jest jako wykonywanie pracy na podstawie różnych umów, a nie tylko umowy o pracę – w rozumieniu ścisłym, określonym w przepisach kodeksu pracy. Pojęcie to, zgodnie z zasadą swobody kształtowania stosunku zatrudnienia, nie musi mieć bowiem charakteru pracowniczego1).
Jak wskazuje się w orzecznictwie, „(…) dokonując interpretacji art. 122 ust. 1 pkt 1 ustawy Prawo oświatowe nie można tracić z pola widzenia celu samej regulacji prawnej, którym było uzyskanie przez pracodawcę częściowego zrekompensowania kosztów dokształcania zawodowego młodocianego pracownika a więc zrekompensowanie kosztów poniesionych na skutek przejęcia przez pracodawcę obowiązku ciążącego generalnie na Państwie. Dlatego też przyjąć należy, że pojęcia osoby zatrudnionej u pracodawcy nie należy ograniczać tylko do wąskiej wykładni tego przepisu. Dlatego dokumentem potwierdzającym, że spełniony jest warunek określony w powołanym powyżej przepisie może być umowa zlecenia czy też umowa o dzieło, natomiast nie ma konieczności zawarcia przez strony tylko i wyłącznie umowy o pracę”2).
Pojęcie osoby prowadzącej zakład w imieniu pracodawcy nie zostało ustawowo sprecyzowane, w związku z czym może to być osoba zatrudniona na podstawie umowy o pracę, umowy zlecenia, umowy o dzieło, kontraktu menedżerskiego, wykonująca zadania o takim charakterze. W orzecznictwie przyjmuje się, że osobą taką może ponadto być członek zarządu spółki, jak również osoba legitymująca się stosownym pełnomocnictwem udzielonym przez pracodawcę do podejmowania czynności składających się na prowadzenie zakładu w imieniu pracodawcy.
Powyższa treść stanowi jedynie ogólne wskazówki interpretacyjne dotyczące omawianego zagadnienia. Należy pamiętać, że każdy przypadek powinien podlegać szczegółowej analizie.
1) vide: wyroki Sądu Najwyższego z dnia 9 grudnia 1999 r. sygn. akt I PKN 432/99, OSNP 2001/9/310, z dnia 30 maja 2001 r. sygn. akt I PKN 429/00, OSNP 2003/7/174, z dnia 13 kwietnia 2000 r. sygn. akt I PKN 594/99, OSNP 2001/21/637 oraz z dnia 5 grudnia 2000 r. sygn. akt I PKN 133/00, OSNP 2002/14/326)
2) wyrok Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego z dnia 10 maja 2023 r., II SA/Po 189/23)
Pierwotnie tekst ukazał się w: Nowiny Rzemieślnicze, nr 63, zima 2023
Magdalena Kieszkowska – radca prawny od 2011 r.
Kancelaria zajmuje się prowadzeniem spraw cywilnych,
a w szczególności specjalizuje się w obsłudze przedsiębiorców,
jak również prowadzeniu tzw. spraw frankowych.
Kontakt do autorki:
tel. 698 376 673
e-mail: m.kieszkowska@kancpraw.com