
Targi, jako impreza o określonym kierunku, powinny spełniać cele oczekiwane przez wystawców i zwiedzających. Dla wystawców ważne jest, aby imprezę odwiedziło jak najwięcej zwiedzających, a zwiedzający chcieliby zobaczyć jak najszerszą ofertę produktów.
Nasze targi kamieniarskie to specyficzny rodzaj targów.
W zasadzie od początku pojawienia się targów kamieniarskich była to impreza wewnątrz branży. I poprzez wszystkie edycje oraz zmiany miejsc wystawy i organizatorów nadal tak pozostało. Na targach prezentują się firmy zaopatrujące branżę kamieniarską, a zwiedzającymi są firmy kamieniarskie szukające ofert do swojej działalności.

Co ważne dla zwiedzających, to możliwość porównania ofert na rynku. Aby tak było i zwiedzający odbierali imprezę jako dobrą, wśród wystawców muszą znaleźć się w miarę możliwości wszyscy ważni i znani dostawcy. Oczywiście, w pojedynczych przypadkach może kogoś brakować, ale z zasady targi w zakresie oferty wystawców powinny reprezentować aktualny rynek. Można powiedzieć, że organizator targów umożliwia zaprezentowanie się wszystkim. Niestety, MTP jako organizator jest sprzedawcą, i przez lata przyzwyczaił się do sytuacji, że klienci-wystawcy sami szukają możliwości udziału w targach, ba, walczą o jakieś miejsce na swoją ekspozycję. No cóż – kiedyś wszędzie były kolejki klientów: po papier toaletowy, po wędliny, po książki, i aby wystawić się na targach też. Niestety organizatorzy targów pozostali w tamtych czasach. Dzisiaj, żeby coś sprzedać, trzeba działać aktywnie i w sposób przemyślany.

Niestety, nawet, jeśli organizatorzy targów dzwonią, to bardzo często w wersji call-center. Dzwoniący nie wie nic o branży, jej elementach i przedstawicielach. To nie działa. Ilość ewentualnych wystawców jest mocno ograniczona, i działanie znane w handlu jako „efektywność statystyczna” nie przyniesie dobrych efektów. Zadzwonimy do 100 – to 10% się wystawi. W sprzedaży masowej to działa. W mocno ograniczonej branży, to niestety tylko 10 wystawców. Dzwoniąc do 1000 zdobędziemy 100 wystawców. Niestety firm kluczowych, o które powinno się zabiegać, jest pewnie w ogóle kilkadziesiąt.
W rezultacie targi wyglądają tak, jak tegoroczny Stone.

Zabrakło wielu wystawców, którzy są czołowymi zaopatrzeniowcami w branży – dostawców kamienia, oferujących maszyny, czy narzędziowców.
Organizator cieszył się z powrotu na targi firm chińskich. Faktycznie było ich sporo, tylko ich obecność (a raczej sposób działania) mocno bulwersuje firmy oferujące narzędzia. Rzecz w tym, że prowadzą na stoiskach regularny handel. Sprzedaż bez faktur, VAT-u, podatków i ceł. Z tego powodu większość firm narzędziowych nie chce wystawiać się na tych targach.

Problem jest złożony. Bardzo wielu zwiedzających targi za główny powód przyjazdu do Poznania uważa możliwość tańszych zakupów chińskich narzędzi. Podejrzewam, że gdyby skutecznie zablokować możliwość sprzedaży na chińskich stoiskach, ilość zwiedzających targi spadłaby znacznie.
Zamiast zabiegać o kluczowe firmy na polskim rynku MTP zadbało o skuteczne ściągnięcie firm chińskich oraz dogadanie się z organizacją branżową z Indii i obecność tamtejszych firm. W tym względzie organizator też ogłosi sukces. Nawet oficjalne otwarcie targów zaszczyciła swoją obecnością ambasador Indii Nagma Mohamed Mallick.
Podobno trwają rozmowy, aby w następnej edycji poznańskich targów w podobny sposób zaprezentowały się firmy z Turcji. Tylko czy takie targi (chińsko-indyjsko-tureckie) będą atrakcyjne dla polskich kamieniarzy?

Najważniejsze jest przekonanie polskich firm do zaprezentowania swojej oferty i ich ponownego udziału w kolejnej imprezie. A za rok dokoptowania do tych firm kolejnych. Tylko tak można zbudować dobrą imprezę targową. Dopiero potem można walczyć o firmy zagraniczne. Czy można sobie wyobrazić targi w Weronie bez kluczowych firm włoskich? Targi będą miały odpowiednią pozycję, jeśli będą odzwierciedleniem polskiego rynku kamieniarskiego.

Odczuwam, że branża jest już zmęczona targami w Poznaniu, które nawet nie próbują zmian w oczekiwanym kierunku. Ciekawa okazała się popularność informacji o targach, jaką zaobserwowałem pod postami na naszym profilu na Facebooku. Zapowiedź targów w Poznaniu – zainteresowanie 1428. Informacja o Warsaw Home & Contract – zainteresowanie 2596. Zapowiedź pierwszych targów Stone Expo Poland w Nadarzynie – zainteresowanie 2301.
Te dane można odebrać jako złą informację dla organizatora Stone w Poznaniu. Jeśli Stone Expo Poland odniesie jakiś sukces, to branża może w przyszłości tam szukać miejsca dla najważniejszego w Polsce spotkania kamieniarzy.

W branży kamieniarskiej działam już bardzo długo. Pamiętam dokładnie, jak to się wszystko zaczęło. 6 kwietnia 1978 roku zatrudniono mnie w Bolesławieckich Zakładach Kamienia Budowlanego, oddział montażowy w Poznaniu.
Wszystkie oddziały związane z kamieniem były zrzeszone w krakowskim Kombinacie Budowlanym Kambud. To był przypadek – mój kolega został kierownikiem tego zakładu i zaproponował mi pracę. Wcześniej, po ukończeniu technikum budowlanego, dwa lata pracowałem w Poznańskim Przedsiębiorstwie Budownictwa Przemysłowego nr 2, gdzie zajmowałem się przygotowaniem produkcji. Z tematami budowlanymi miałem sporo do czynienia, dlatego szybko zaadaptowałem się do nowej pracy, gdzie potrzebny był ktoś, kto poradzi sobie z obiegiem dokumentów i jednocześnie poprowadzi roboty montażowe.
W firmie Kambud pracowałem 8 lat i zrealizowałem 183 budowy. To było spore doświadczenie! Kiedy ogólne warunki w kraju zaczęły się zmieniać, w 1986 roku powołałem do życia swoją własną firmę – WRIMAR. Zajmowałem się przede wszystkim montażami kamienia. Miałem też mały zakład obróbczy. Były to czasy, kiedy płyty kamienne były praktycznie niedostępne, a pozyskanie brył było nie lada wyzwaniem.
Mimo trudności zawsze znalazłem jakieś rozwiązanie. Zlecenia napływały, więc można było działać.
Co ciekawe, wcale nie musiałem zaczynać od małych zleceń. Wcześniejsze kontakty pozwoliły mi od początku realizować duże projekty. Zwracały się do mnie firmy z okolic Międzyzdrojów, Szczecina czy Gorzowa. Od razu zlecały mi duże roboty kamieniarskie, bo znali mnie właśnie z pracy w Kambudzie. To były przede wszystkim ośrodki wypoczynkowe, budynki urzędów pocztowych, banki itp. Mniejsze zlecenia stanowiły w tamtym czasie problem.
Do pracy z klientem indywidualnym trzeba mieć zupełnie inny system obsługi oraz inną organizację pracy. Dopiero po latach, po rozbudowie firmy, potrafimy realizować również te mniejsze zlecenia.
W 1991 roku kupiłem teren w Uścikowie, gdzie firma znajduje się do dziś. Powoli wyposażałem zakład. Miałem mnóstwo przestrzeni do rozwoju.
Budowa własnej firmy to dzieło, w którym dość istotna jest nadzieja, że w przyszłości pojawią się następcy, którzy „przejmą pałeczkę”. Mam dwie córki i skłamałbym mówiąc, że w tej kwestii nie liczyłem na nie.
Młodsza córka Paulina zaczęła mi pomagać, jak jeszcze uczyła się w szkole średniej. Znała dobrze język angielski, więc towarzyszyła mi na służbowych wyjazdach, np. na targi lub na zagraniczne spotkania z kontrahentami, głównie do Włoch. Na stałe pracę zaczęła po ukończeniu studiów ekonomicznych w 2004 roku.
Starsza córka Marta dołączyła do firmy w 2008 roku, 3 lata po ukończeniu studiów ekonomicznych. Szczerze mówiąc Marta nigdy nie planowała pracować ze mną w firmie, ale tak ułożyło się jej życie zawodowe. I nie żałuje tej decyzji.
Dziewczyny mają różne charaktery i zainteresowania. Żywiołem Pauliny są dokumenty. Przygotowuje różnego rodzaju zestawienia, analizuje umowy oraz podejmuje decyzje związane z wydatkami. Ukończyła dodatkowo kilka kursów o charakterze ekonomiczno-księgowym w Stowarzyszeniu Księgowych w Polsce. Zdarza się jej również pracować z klientem. Specjalizuje się w przygotowywaniu projektów pod indywidualny podział elementów kamiennych. Planuje np. podział posadzki na elementy o indywidualnych wymiarach, co wynika z łącznego metrażu posadzki i wymiarów płyt kamiennych, jakie są dostępne w danej chwili w naszym magazynie. Kamieniarstwo ją wciągnęło. Została nawet rzeczoznawcą kamieniarskim w Ogólnopolskim Stowarzyszeniu Producentów Wyrobów z Kamienia.
Marta spełnia się tam, gdzie jest możliwość kontaktów z ludźmi. Według niej nić porozumienia i sympatia między klientem a firmą to najlepsza promocja. Mając częsty kontakt z projektantami, uznała, że musi doszkolić się w tym kierunku. Ukończyła zatem podyplomowe studia z Aranżacji Wnętrz. Zaangażowała się też w Ogólnopolskim Stowarzyszeniu Producentów Wyrobów z Kamienia. Jest Członkiem Zarządu oraz Dyrektorem Biura Stowarzyszenia.
Czy jestem z nich dumny? Tak, jestem z nich dumny! Czy mnie wkurzały, kiedy weszły do firmy? Ach, wkurzają mnie po dziś dzień! Serio, ostatnio chyba wczoraj. Powód – mają własne zdanie. Jeśli uważasz się za fachowca, a ktoś ma inne zdanie w twojej dziedzinie, to wiesz jak jest... W sumie to nawet dobrze. Jak słyszysz inne zdanie – i chociaż uważasz, że wiesz lepiej – to zaczynasz myśleć. Jak przemyślisz, to często okazuje się, że w ich podejściu jest często sporo racji.
To inne pokolenie, inny sposób widzenia świata i pracy. Siłą rzeczy muszą być spory, ale one prowadzą do kompromisów i wypracowania wspólnego zdania. To ogromna siła w budowaniu firmy, która ma swoją historię, ale jest też budowana przez młode pokolenie.
Wiedza oparta o doświadczenie czasem nie jest wystarczająca i głos dobrze wykształconych córek jest cenny. Dzieci jeszcze mają tą zaletę, że jeśli mają inne zdanie, to łatwo nie ulegają i będą walczyć o swoje racje. Nawet najlepsi pracownicy firm, gdzieś w głowie mają zakodowane, że „szef ma zawsze rację”, można go czasem przekonywać do czegoś, ale… to w końcu szef! Więc finalnie trzeba mu przytaknąć. Niestety, przytakują również, kiedy ma się głupie pomysły.
Dzieci wiedzą, że firma jest też ich i jeśli pakuję się w złe decyzje, to głośno protestują. Faktem jest, że w wielu sprawach już się rozumiemy i spory są coraz rzadsze. Ale nadal się zdarzają. Swoje zdanie miały od początku, ale wcześniej artykułowały je łagodnie. Teraz, gdy mają już doświadczenie, potrafią ostro bronić swoich racji.
Dziewczyny przeszły bardzo trudny okres, w którym normalny tryb pracy się zawalił. W 2016 roku poważnie zachorowałem. Kolejne 2 lata mojego życia to była walka z nowotworem. W tym czasie dowodzenie firmą przejęła Paulina. Sytuacja finansowa firmy nie była najlepsza i wiem, że córki rozważały nawet likwidację firmy. Dużo rozmawialiśmy… Powiedziałem wtedy: „Dziewczyny, kamień i ta praca to całe moje życie. To jest to, co kocham i potrafię robić. Nie wyobrażam sobie pracy w innej branży, mimo, że ta do łatwych nie należy…” No i postanowiły walczyć i kontynuować dzieje naszej rodzinnej firmy.
Kiedy w pełni wróciłem do pracy, zauważyłem, jak bardzo córki dojrzały. Miały wcześniej pomysły tworzenia systemów bardziej korporacyjnych, ale te dwa lata trudnej pracy spowodowały, że zauważyły, iż kamieniarstwo jest rzemiosłem i trudno „ubrać” je w korporacyjne struktury. Są w pełni gotowe do kierowania firmą.

Włodzimierz Ratajczak z córkami Pauliną i Martą
Ostatnio do pracy w firmie dołączyła wnuczka Emilia, córka Marty. Ma 20 lat i wdraża się w zagadnienia produkcyjne. Jej zadaniem jest głównie promocja firmy w oparciu o wizerunek. Zatem WRIMAR to już firma trzypokoleniowa.
Tak, praca i firma to jedno, ale w życiu można realizować siebie na wiele sposobów. W młodości grałem na perkusji i to z pewnymi sukcesami. Nasz rockowy zespół Racja Stanu grał dwa razy na festiwalu w Jarocinie – w 1983 i 1984 roku. Nawet dzisiaj można odnaleźć nagrania Racji Stanu w Internecie na kanale YouTube. W 1984 roku mieliśmy bardzo dobrą recenzję na łamach pisma Jazzforum. Nadal z częścią kapeli mam kontakt. Dwaj członkowie zespołu są do tej pory aktywni muzycznie.
Po chorobie postanowiłem powrócić do grania dla własnej przyjemności na perkusji. Jak się okazało, moje bębny, które oddałem na przechowanie, zaginęły. Szkoda, bo to była bardzo dobra perkusja od kultowego producenta – Szpaderski. Chciałem grać, więc w 2018 roku po prostu kupiłem bębny i ustawiłem je na strychu w firmie. Od tamtej pory co jakiś czas gram. Zdarza się, że ktoś z grających znajomych wpadnie na wspólną sesję. Ciągle myślę o tym, że w branży jest kilka osób grających. Może kiedyś uda się nam razem coś zagrać. To byłoby wydarzenie! Kamieniarskie rockowe granie!

Są słowa, które mają co prawda wiele znaczeń lub używane być mogą w różnych kontekstach, ale w społecznym odbiorze utrwaliło się ich jedno konkretne znaczenie.
Ostatnio w wielu rozmowach – zarówno wśród znajomych niezwiązanych z kamieniarstwem, jak i branżystów – zadawałem pytanie o to, jak kojarzą słowo kumulacja. Ta moja mała ankieta przyniosła ciekawy wynik.
Otóż pierwsze skojarzenie przeważającej ilości rozmówców, to był „totolotek”. O czym to świadczy? O naszym optymizmie. Bo przecież wygrana na loterii, na dodatek ze skumulowaną nagrodą, to oczekiwanie szczęśliwych zdarzeń.
A przecież według słownika kumulacja to nagromadzenie lub skupienie się czegoś w jednym miejscu lub czasie; też: sumowanie się jakichś działań, doświadczeń itp.
Kończy się rok, który w opinii wielu branżystów był bardzo trudny. Niepewna sytuacja gospodarcza związana z wydarzeniami politycznymi w kraju i za granicami. Niepewny kurs walut, ograniczenie inwestycji, ograniczenie dofinansowań nie tylko w kamieniarstwie, ale przede wszystkim na rynku budowlanym. Wszystko to spowodowało spłycenie rynku i trudności z utrzymaniem normalnego poziomu produkcji. Medale należą się tym, którzy dali radę w takich warunkach przetrwać, a czasem nawet rozwijać swoje firmy.
Niezależnie, jak wam się udało poradzić sobie z problemami, nadal kumulacja kojarzy się z wygraną. Nawet wtedy, gdy w konkretnym dniu kumulacja to awaria maszyny, choroba najlepszego pracownika i wycofanie się inwestora z dużego zlecenia.
Optymizm jest jednym z najważniejszych elementów w budowaniu sukcesu firmy. Oczywiście tylko taki, który opiera się na racjonalnych przesłankach i aktywnym przemyślanym działaniu. Trudne czasy to właśnie ten moment, w którym aktywne działanie, mądre inwestycje i sensowne zmiany w organizacji firmy, dają świetne efekty.
Przeraża mnie, kiedy słyszę, że firmy rezygnują z działań marketingowych, niezbędnych inwestycji czy zmniejszają zatrudnienie. Redukcja kosztów za wszelką cenę to droga, która nie rozwiązuje problemów. Wręcz tworzy nowe. Jeśli w nowym roku rynek ulegnie poprawie, to ze zredukowanym zatrudnieniem nie będzie możliwości realizowania większej ilości zleceń. A chyba wszyscy przekonali się już, że o pracowników na rynku trwa walka. Jeśli redukcja dotyczyła inwestycji sprzętowych, to spadnie wydajność i jakość. Redukcja kosztów marketingowych to też droga w dół.
Jeśli mamy konkretne, atrakcyjne w naszym mniemaniu, propozycje dla rynku, ale ich nie zaprezentujemy potencjalnym klientom, to ich sprzedaż będzie prawdopodobnie niższa, niż to wynika z jej atrakcyjności. Firma z dobrym wizerunkiem, na którym zbudowała swoją pozycję na rynku, powoli zacznie tracić, jeśli nie będzie tego wizerunku podtrzymywać. Problem jest taki, że w pierwszym momencie zmiana będzie niezauważalna. Zwykle, jeśli po jakimś czasie odczujemy, że jest mniej zleceń, obarczymy winą wszystko, tylko nie zaniechania w podtrzymywanie dobrego wizerunku firmy.
Zauważcie, że tytułowe słowo „kumulacja” ma taki odbiór przez stałą promocję lotto.
Oczywiście rozumiem firmy, które szukają możliwości zmniejszenia kosztów. Patrząc w excelowe tabelki widzimy dokładne kwoty, w tym te wydatkowane na marketing. To są konkretne kwoty. Wykreślenie ich to redukcja kosztów, na której nam zależy. Ale w tych tabelkach nie widać kosztów złej organizacji pracy, nadmiaru odpadów produkcyjnych czy kosztów paliwa zużytego na źle zaplanowane wyjazdy lub montaże, na których zabrakło jednej tubki silikonu albo kleju.
Wydaje się, że największe rezerwy w kamieniarstwie to pozyskiwanie zleceń, które trafiają do branży ceramicznej. To ogromny rynek, w którym drzemią wielkie rezerwy dla naszej branży. Ale niestety to wymaga inwestycji marketingowych. Tworzenia luksusowych ekspozycji, prezentowania kamienia w bardzo wielu miejscach i udziału w różnych imprezach targowych. Za chwilę nadejdzie nowy rok, nowy sezon i nowe wyzwania. Zadbajmy w tym nowym sezonie, żeby słowo „kamień” stało się jak „kumulacja” i miało same pozytywne skojarzenia – luksus, piękno, łazienka, parapety, posadzki. Bo na razie, dla większości ludzi, to po prostu coś, co leży na ich drodze.

Chciałbym, żeby tak było! Zamykasz rok – wszyscy wypłacają się na zero, ty jesteś w stanie wypłacić innych – górka zostaje i każdy jest szczęśliwy!
Kiedyś ktoś mi fajnie powiedział, że wypłatę, którą się dostaje za przepracowany okres, można rozbić na przepracowane tygodnie. Pierwszy tydzień ma zabezpieczyć twoje koszty związane z rachunkami za dom czy mieszkanie. Drugi tydzień pracy powinien pokryć potrzeby wyżywienia i zakupów, trzeci powinien pokryć wydatki na zachcianki czy fanaberie, a czwarty tydzień pracy to pieniądze, które mają zabezpieczyć twoje oszczędności lub inwestycje, jakie by one nie były. Tyle w teorii – jak jest w praktyce, każdy dobrze wie. I w ten sposób chcę was przenieść w realia afrykańskie, gdzie sformułowanie „Cash is King” – w przenośni: kto płaci, ten rządzi – czuć w każdym miejscu na Czarnym Lądzie.
W biznesie nie ma sentymentów. I przyjaciół niestety. A Afryka tym bardziej to uwydatnia. To, że nas traktują jak bankomat, na wszystko jest potrzebna kasa, i że nie ma takiej gotówki, której by nie wydali, już zdążyłem się nauczyć. Odciąłem ich też już dawno od swobodnego wydawania pieniędzy na lewo i prawo. Czasy, kiedy w pewnym sensie byłem uległy wobec ich potrzeb i ciągłej presji, że to czy tamto jest niezbędnie potrzebne, już mam za sobą. Nie zwracam już uwagi na to, jak mi marudzą, że czegoś im brakuje i coś potrzebują „na pilnie”. Nauczyliśmy się używać jednego zwrotu: „tomorrow” – dzień, który nigdy nie nastąpi.
No i teraz przechodzimy do sedna – moich pracowników, którzy ciężko przepracowali cały rok i, przebierając nóżkami, czekają na 15 grudnia. W RPA to data, która rozpoczyna okres urlopowy trwający aż do 15 stycznia. Czyli miesiąc czasu wolnego od pracy i zasłużony czas odpoczynku. Warto przypomnieć, że jesteśmy po drugiej stronie równika i w RPA to najgorętszy środek lata. Pojawia się więc problem, z którym muszę się mierzyć co roku...
Przychodzi do mnie delegacja Czarnych, którzy chcą, aby im wypłacić podwójną pensję przed Świętami Bożego Narodzenia akordem stycznia. Odpowiadam im krótko: to najgorszy okres dla mnie na dodatkowe wydatki, zima za pasem. Jednak dużo większy problem to uzmysłowienie im, że nie patrzą w przyszłość. Jeżeli teraz wypłacę wynagrodzenie za styczeń, to następną wypłatę zobaczą dopiero 25 lutego, czyli za ponad dwa miesiące. Znam ich i wiem, że kiedy wrócą do pracy 15 stycznia, będą goli i weseli i od razu przyjdą po pożyczki do firmy, bo nie będą mieć co jeść. Nie pierwszy raz już to przerabiałem.
Tłumaczę więc im ich podejście do pieniędzy i wiem, że historia się powtórzy. Bo jeśli w styczniu przyjdą po pożyczkę do firmy, to firma nie będzie miała z czego im pożyczyć. Już to przerabiałem. Więc będą przychodzić na fochu do pracy, a ja będę się wkurzał, że robią tzw. włoski strajk.
Szczerze: przestałem się już tym martwić, i ostatnia rzecz jaką chcę i mam zamiar robić, to układać się z Czarnymi! Zasada: wyciągnij do nich dłoń, a przy następnej okazji urwą ci rękę, jest naprawdę aktualna! Indolencja mojej kadry zarządzającej czasami jest porażająca. Nieprzejmowanie się problemami dnia codziennego jest u nich codziennością, ale niestety kreowanie z małych problemów dużych – ba, nawet eskalowanie ich do miana nie do rozwiązania – czasami mam wrażenie, że oni się cieszą tym, że coś mi się nie udaje czy jest przerwana produkcja z powodu czynników zewnętrznych.
Nie mogę powiedzieć: kiedy wszystko idzie zgodnie z planem i wszystko się układa, praca jest przyjemnością. Można wtedy tylko się przyglądać, jak firma oddycha i ma się dobrze. Ale przychodzi ten koniec roku i miesiąc przerwy. I muszę przyznać, że chyba z tych wszystkich osób, które pracują lub są związane z Afryką, to ja czekam najbardziej na wolne! Czekam na to, żeby chwilę odpocząć. Nie mieć telefonów o 5 rano, bo ktoś zapomniał, że w Polsce czas jest przesunięty o godzinę. Nie musieć się martwić przez ten jeden miesiąc, że coś się odj...ie w Afryce na tyle mocno, że awaryjnie będę musiał wskoczyć w samolot i szybko tam polecieć! Jeden miesiąc, w którym głowa jest wolna od Afryki.
Jedyne, czego można w tym czasie im zazdrościć, i czego bardzo brakuje w Polsce, to słońca i pięknej pogody. 35 stopni, dzień, który trwa ponad 12 godzin i kolory otoczenia trochę inne niż paleta barw szarości. Cóż...
Święta Bożego Narodzenia jednak kojarzą się ze śniegiem i rodzinnym klimatem. Dlatego tym bardziej się cieszę, że będę mógł je spędzić w spokoju, a głowa nie będzie musiała być 12 000 km stąd, na Czarnym Lądzie. TIA – This is Africa.

W każdej organizacji prędzej czy później dochodzi do wycieku danych, najczęściej spowodowanego przez niefrasobliwość pracownika lub niewystarczające środki bezpieczeństwa. W pierwszym przypadku mówimy tutaj o zaniechaniu lub ignorowaniu instrukcji dotyczących bezpieczeństwa danych przez pracownika, w drugim – o niewystarczających kompetencjach osób zarządzających systemami bezpieczeństwa lub braku możliwości technicznych zabezpieczających dane w organizacji, wskutek czego dochodzi do włamania do systemów informatycznych.
Niedawno w mediach informowano, iż w wyniku działania ransomware (szkodliwego oprogramowania) z systemu informatycznego podmiotu wykonującego badania medyczne skradziono ok. 50 tysięcy (tyle ujawniono) wyników badań i udostępniono je w internecie. Ransomware to drugie, po działaniach phishingowych, co do popularności działanie hackerów. Istnieją oczywiście systemy, które chronią dane, jednak jak się można domyśleć, nie ma 100% skuteczności.
W opisanym przypadku wyciek danych jest dosyć niebezpieczny dla osób, których dane zostały upublicznione, z uwagi na ich krytyczność. Mówimy tu o znajdujących się na wypisach z wynikami badań danych takich jak: imię i nazwisko, płeć, adres zamieszkania, PESEL, wiek oraz dane medyczne. Niestety wymienione informacje mogą posłużyć do, mówiąc wprost, kradzieży pieniędzy lub zaciągnięcia kredytu.
Jako osoba fizyczna niewiele możemy zrobić, aby zweryfikować poziom zabezpieczeń w organizacjach, które przetwarzają nasze dane. Tutaj, jak na zawołanie, przychodzi nam z pomocą możliwość zastrzeżenia swojego numeru PESEL.
W listopadzie udostępniono bardzo ciekawą i przydatną funkcjonalność ograniczającą skutki kradzieży tożsamości poprzez zastrzeżenie własnego numeru PESEL, minimalizując tym samym ewentualność zaciągania zobowiązań np. kredytowych przez podszywających się pod nas przestępców.
Niestety dopiero od 1 czerwca 2024 banki, instytucje kredytowe czy notariusze będą zobowiązani do weryfikacji rejestrów przed podjęciem określonej czynności w celu sprawdzenia, czy nasz numer PESEL został zastrzeżony.
Ciekawa jest odpowiedzialność powyższych instytucji: zgodnie z regulacją, nie poniesiemy odpowiedzialności za zobowiązania, które zostały zaciągnięte bez naszej zgody w trakcie istniejącego zastrzeżenia numeru PESEL.
Już teraz zachęcam do zastrzeżenia swojego numeru PESEL. Warto też sprawdzić, czy nasze dane są bezpieczne na stronie https://bezpiecznedane.gov.pl/